środa, 30 września 2009

"Aristoi" Walter Jon Williams


Razem z Oramusem, o którym piszę poniżej, pożyczono mi też "Aristoi", chyba po to, bym mogła skonfrontować wrażenie moje i w/w autora. Ale... ale co tam, nie zaglądam do "Rozmyślań nad tlenem", nie ma ściągania.
Aristoi. O czym jest ta książka? Aristoi to bogowie. Właściwie nie, to ludzie, ale uprawnienia, możliwości mają równe bogom. Rządzą planetami, mają olbrzymie możliwości intelektualne, które ciągle doskonalą. Pracują nad poprawieniem świata - żadnych wojen, nauka, technika, moralność - wszystko na wysokim poziomie. Idealne światy.
Aż tu nagle coś się sypło. Jeden z Aristoi mając zupełnie inne koncepcje konstruuje świat rodem ze średniowiecza, gdzie rządzą wojny, korupcja, głód i choroby. Ciemnogród.
Więc Gabriel (główny bohater książki, również Aristoi) zabiera się za naprawę tego stanu rzeczy. Zwiedza ów świat, próbując dotrzeć do zbuntowanego "upadłego anioła", dociera, walczy z nim. To fabuła książki, tak w skrócie.
Moje wrażenia: ciekawe. Williams, mam wrażenie, głosi chwałę i potęgę wysokiego poziomu nauki, kultury, sztuki. Tylko że uznaje, że ludzie, zwykli ludzie nie mogą sami osiągnąć takiego poziomu. Do tego potrzebni są "nadludzie". Co więcej, kiedy Gabriel, na skutek walk z przeciwnikiem traci wiele swoich nadprzyrodzonych właściwości - pogardza sobą. On nie chce być człowiekiem, zwykłym człowiekiem, wcale mu się to nie podoba. A mnie się nie podoba, że jemu się nie podoba. Może to i słuszna koncepcja, ta doskonałość, dążenie do doskonałości, ale ja wychowana jestem na Pirxie, gdzie człowieczeństwo, poczciwe, zwykłe, ułomne człowieczeństwo razem z wszystkimi błędami i ograniczeniami stoi wyżej niż doskonałość. Czytałam kiedyś taką książkę "Tak bardzo chciał być człowiekiem" Markowskiego, w zasadzie to opowiadanie - w starciu z Williamsem wygrywa. Według mnie, oczywiście.
Tym niemniej przeczytać warto. Bardzo precyzyjnie opisany świat, światy w zasadzie. Stany świadomości (och, można mieć w sobie wiele osobowości i to wcale nie jest schizofrenia!), pobudki, motywy - wszystko to piękne. I cóż, że mnie nie przekonało? Kogoś innego może przekonać, ot co.

wtorek, 29 września 2009

"Rozmyślania nad tlenem" Marek Oramus


Podtytuł (wybór felietonów z cyklu "Piąte piwo") jasno określa, że to są felietony, nie określa jednak, o czym. To gratka dla lubiących s-f, jest to bowiem zbiór felietonów o książkach s-f. Znakomite.
Dam kawałek z przedmowy autora:
Są to listy o książkach do nieznanego przyjaciela, informujące go o wyczytanych w nich ciekawostkach, o wrażeniach, jakich się doznaje pod wpływem dobrze opowiedzianych i niegłupich historii, a także refleksje, jakie się nasuwają człowiekowi żyjącemu na tym padole już prawie pół wieku.
Całość czyta się fantastycznie. Oramus opowiada o 55 książkach (w tym tomie, felietonów jest więcej, ale nie mam do nich dostępu, na razie przynajmniej), nie wszystkie mu się podobają, ale wszystkie potrafi przedstawić ciekawie. Gratuluję mu tak wnikliwego oka, ja podczas czytania nie zawsze chwytam wszystko, co powinnam, a przynajmniej, co wyobrażam sobie, że powinnam. Skąd taki autokrytyczny osąd? Ano, jest tam kilka pozycji, które czytałam, a okazało się, że autor naświetlił mi je ze strony, której nie znałam. I bardzo dobrze. Trzeba poszerzać horyzonty.
Przyznam się, że dostawszy książkę, przejrzałam spis i zaczęłam czytanie od tych felietonów, które traktowały o dziełach już mi znanych, z ciekawości. Potem zaś zaczęłam czytać pozostałe. To był gruby błąd, ponieważ po którymś tam felietonie popadałam w coraz większe przygnębienie: na litość boską, tego nie czytałam, tego nie czytałam, tego też nie - co ze mnie za osoba! Porażka, bieda z nędzą, miałam się za osobę oczytaną, cóż za pycha. Oramus zepchnął mnie z piedestału "czytelnika", który sama sobie nieopatrznie wykułam i starannie na niego wdrapałam. I bardzo dobrze, powiem wam, bo w miarę czytania uczucie frustracji minęło, a pozostała radość: jeszcze tyle przede mną, tyle książek do odnalezienia, pięknie.
Cóż dodać więcej? Ano: polecam gorąco - tłustym drukiem, a jakże. Miłośnikom s-f na pewno się spodoba, jak to znajdziecie, sięgnijcie.
I jeszcze na koniec cytat z książki, baaardzo mi podpasował, hehe:
Człowiek, który zyje odpowiednio długo, wyobraża sobie, że inni wiedzą to samo co on, tyle samo przeczytali oraz przeżyli, wobec czego nie powinno być trudności z porozumieniem. Jakaś inercja psychiki każe stosować w życiu codziennym ten całkowicie fałszywy model i jeszcze dziwić się, gdy zawodzi. Lepsze już podejście całkowicie odmienne: mało kto wie cokolwiek, ludzie mają mózgownice zapchane gazetowo-telewizyjną juchą, nikt nic nie czyta (jeśli czyta, nie rozumie, jeśli zaś czyta i rozumie, zaraz zapomina, chłe, chłe - skądże to przywołanie, robaczki?), nikt nic nie przemyślał, nie przeżył ani nie przecierpiał. Oczywiście ta druga krańcowość jest jest równie fałszywa jak pierwsza, ale ma przynajmniej tę zaletę, że stosowana w życiu oszczędza rozczarowań. Szczególnie młodzi ludzie najchętniej poruszają się dziś w rejonach nie wymagających wysiłku umysłowego ani pracy pamięci, a kontakt z nimi wspomnianego na początku osobnika (mnie na przykład) bliski jest zera.
Taaa... powyższe z felietonu o "Pikniku na skraju drogi" Strugackich, dziwić się, że rzuciłam się na to jako pierwsze do czytania i walnęło jak obuchem?

poniedziałek, 28 września 2009

Paczka z Empiku dotarła dziś, hura!

I wzbogaciłam się o: - "Coś się ślini pod łóżkiem" Wattersona - "Jukon czeka" jw - "Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" Brzezińskiej (pomna słów Burzyna) - "Historia brudu" Ashenburg - "Spowiedź brata Haluina" Petersa (z Kronik brata Cadfaela, pamiętacie film?) - "Po śniadaniu" Rylskiego

niedziela, 27 września 2009

"Park Marzeń" L. Niven, S. Barnes


Nota wydawcy:
Park Marzeń to Disneyland przyszłości. Jego główną atrakcją są wymyślne gry fantasy, dziejące się "na serio" z udziałem żywych aktorów. O przebiegu Gry decyduje jej Mistrz. Jeżeli logika Gry tego wymaga, Mistrz może nawet zabić każdego z Graczy. Park zapewnia plenery, kostiumy, rekwizyty, reszta należy do wyobraźni Graczy. Właśnie zbierają się, by zacząć nową Grę - "Skarby Mórz Południowych", opartą na mitologii melanezyjskiej.
Wzięłam sobie to i poczytałam. Cóż. Nie jest to książka wysokich lotów, o nie. Raczej sprawnie napisane czytadełko (nie wiem, czy teraz nie obrażam miłośników tworczości tych panów, z góry przepraszam, jakby co), które pozwala na miłe oderwanie się od rzeczywistości. Taka wycieczka do wesołego miasteczka. Tyle że przez to umieszczenie akcji w „grze” jakoś czytelnik cały czas pozostaje na uboczu i nie jest do końca przekonany do akcji książki. Skoro i tak to tylko gra. A może ja po prostu zbyt mało wiem o mitologii melanezyjskiej (to, że wiem, co to jest kult ‘Cargo’, to za mało), i czytałam o coraz to innych jej aspektach (nie wiedząc, że to są jej aspekty, przypominam, dla mnie to tylko gra) z coraz większym niedowierzaniem: ale powymyślali ci autorzy. Dramaturgii również ciut maławo. Hm, jak tak się zastanawiam, to podobało mi się tylko jedno – motyw wprowadzenia do gry kogoś z zewnątrz, nie gracza, przygotowanego mało albo wcale. Gracza – detektywa, tak dodam dla ścisłości. Wynika z tego więc, że ujęły mnie kryminalne klimaty, inne zaś, futurystyczno-magiczne – ledwo ledwo. No cóż, polecać, nie polecać... sama nie wiem. Jak chcecie, to czytajcie.

piątek, 25 września 2009

"Jeśli zimową nocą podróżny" Italo Calvino - cytaty


- To co w takim razie czytasz? - Nic. Tak dobrze wyćwiczyłem się w nieczytaniu, że nie czytam nawet tego, co nasunie mi się przed oczy przypadkiem. Nie jest to łatwe: uczą nas czytać, kiedy jesteśmy dziećmi, i potem do końca życia pozostajemy niewolnikami całej tej pisaniny, którą nas zarzucają. Może na początku kosztowało mnie to trochę wysiłku, zanim nauczyłem się nie czytać, ale teraz przychodzi mi to w sposób zupełnie naturalny. Sekret polega na tym, aby nie odwracać wzroku od napisanych słów, przeciwnie, należy patrzeć na nie tak długo, aż znikną. (1) 


 Na ścianie naprzeciw mojego biurka wisi plakat, który mi podarowano. Piesek Snoopy siedzi przed maszyną do pisania, a w dymku czytamy zdanie: "Była ciemna i burzliwa noc..." Za każdym razem, gdy tu siadam i czytam: "Była ciemna i burzliwa noc", bezosobowość tego incipitu zdaje się przede mną otwierać przejście z jednego świata do drugiego, z czasu i przestrzeni tu i teraz w czas i przestrzeń napisanej strony. Urzeka mnie początek, który stwarza niewyczerpane, wielorakie możliwości dalszego poprowadzenia akcji, przekonuję się, że nie ma nic lepszego nad konwencjonalne rozpoczęcie utworu, nic lepszego od wstępu, po którym można spodziewać się wszystkiego i niczego. (2)

Jeśli zimową nocą podróżny [Italo Calvino]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
(1) "Jeśli zimową nocą podróżny" Italo Calvino, Państwowy Instytut Wydawniczy 1989, Warszawa, s. 51
(2) Tamże, s. 176

czwartek, 24 września 2009

"Kłamstwa Locke'a Lamory" Scott Lynch

Tytuł mówi nam sporo o książce. Zdradza imię i nazwisko głównego bohatera, a do tego informuje, że Locky kłamie. Tak, kłamie jak najęty, od małego. Jest bowiem złodziejem, łotrzykiem i oszustem, wyszkolonym w tym właśnie fachu przez najlepszych nauczycieli. Należy do Niecnych Dżentelmenów. Cóż za piękna nazwa, prawda? Przywodzi na myśl Arsen Lupina, Rafflesa (kto czytał, ten wie), Woodehouse'a, Sherlocka Holmesa i paru innych dżentlmenów. A do tego jest Janosikiem, bo naciąga i okrada jedynie bogatych.

Lamora jest sympatycznym facetem, choć oszukuje, bo nie oszukuje nas, czytelników. Ma poczucie humoru, jest lojalny wobec przyjaciół - polubiłam go. Polubiłam też jego paczkę, misiowanego z wyglądu, ale śmiertelnie niebezpiecznego Jeana, bliźniaków Calo i Galdo oraz Pędraka, najmłodszego z Niecnych Dżentelmenów, nadrabiającego swój młody wiek ogromnym zaangażowaniem.

Historię Locke'a można opisać krótko "zabili go i uciekł". I tak kilkanaście razy. Jestem pełna podziwu dla autora, że w jednym tomie zawarł tak wiele przygód, perypetii, splotów akcji, walk, podchodów, podstępów, ucieczek i intryg. Coś fantastycznego. Śledzimy dzieje Lamory od dzieciństwa, kiedy to jako osierocone kilkuletnie chłopię trafia pod skrzydła Złodziejmistrza, aby dla niego zarabiać. Jako złodziej, oczywiście - i zarabia, tyle że aż nazbyt skutecznie, bo Złodziejmistrz szybko się go pozbywa, odkrywszy olbrzymi spryt chłopaka,zagrażający jego pozycji. Nie dało się przy czytaniu tego fragmentu nie odkryć podobieństwa do "Oliwera Twista", ale to tylko tak na marginesie. Locke wędruje więc do innego mistrza, też złodzieja, ale jakże innego... Kapłan (fałszywy kapłan) Łańcuch szczególną uwagę przywiązuje do starannego przygotowania się do fachu. Chłopcy (Locke i wspomniani wyżej bliźniacy) uczą się więc. Wszystkiego. Języków, arytmetyki, zachowania przy stole, gotowania, sztuk walki. Co ciekawe, obserwujemy te przygotowania wplecione w akcję książki, bo tak naprawdę główny wątek zaczyna się, gdy Lamora ma już lat dwadzieścia parę i znakomicie radzi sobie jako oszust. Przy czym te wplecenia nie są zwykłą retrospekcją, tylko są tak sprytnie wkomponowane, że dostarczają wyjaśnień dla tego i owego splotu wydarzeń. Bardzo, jak dla mnie, przekonywujący literacki zabieg.

Teraz mogłabym przejść do opisywania, co się w powieści dzieje, a dzieje się dużo. Locke przygotowywuje wielki skok, ale w paradę wchodzi mu Szary Król, tajemnicza persona, roszcząca sobie pretensje do tronu króla podziemnego światka w Camorrze, który to jest obecnie w posiadaniu capy Barsaviego. Niecnym Dżentelmenom depczą po piętach Nocni, tajna straż księcia rządzącego Camorrą, okazuje się, że w grze jest też straszliwy więzimag, okrutny i bezwzględny, Szary Król się ujawnia, Lamora popada w tarapaty, kilkukrotnie prawie ginie, cudem... dobra, stop. Zapewniam, że dzieje się naprawdę dużo.

I tu muszę podkreślić dwa, moim zdaniem, bardzo mocne strony tej powieści (trzecia też będzie, ale potem). Pierwsza to te wspomniane już wyżej retrospekcje: pozwalają na nabranie oddechu podczas czytania. Druga: mimo akcji pędzącej do przodu z szybkością przyświetlną, ani na chwilę nie tracimy wątku, nie gubimy się w zawiłościach wydarzeń - wielki plus!

Na uwagę zasługuje też świat przedstawiony w powieści. Mieszkańcy tego świata trochę przypominają społeczeństwo miasta Ankh-Morpork, to społeczeństwo o ściśle określonej hierarchii: arystokraci, mieszczaństwo, biedota; światek podziemny z jego gildiami przestępczymi; kapłani wielu bogów; tajna policja, magowie. Miasto Camorra leży na wielu wyspach połączonych mostami, ilość zaułków i zakamarków przekracza wszelkie pojęcie, różne wyspy zamieszkują różne kasty, a w centrum, gdzie mieszka arystokracja, uwagę zwracają przewysokie, oszałamiające wieże ze staroszkła, górujące nad całym miastem. Staroszkło - to pozostałość po starożytnych mieszkańcach Camorry, Eldrenach, tajemniczej rasie, która wyginęła dawno temu, pozostawiajac po sobie tylko budowle, przezroczyste, wytrzymałe i niezwykle piękne. Z wieżami kontrastują kanały pomiędzy poszczególnymi częściami miasta, czarne, zatęchłe, z krwiożerczymi pająkami - mutantami. Same smaczki!
Trzecia (albo któraś tam z kolei) mocna strona powieści to humor:
  - Już doszedłem do siebie i dobrze się czuję, mistrzu Ibeliusie. Nie, nie wstawaj, nie ma potrzeby. Mój puls jest dokładnie w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłem: w moim nadgarstku.
  - Jestem uosobieniem roztropności.
- Ha! Skoro tak, drogi panie, to mam szczerą nadzieję, że nigdy nie spotkam uosobienia nierozwagi.
- Nie dręcz go, Ibeliusie - jęknął Jean. - Nie wypada tak uprzykrzać mu życia, nie wyszedłszy najpierw za niego za mąż.
- Medykusi bywają pożyteczni - powiedział Locke, obciągając mankiety surduta. - Wydaje mi się jednak, że powinniśmy za dopłatą zamówić sobie wersję niemą.
- Będziecie wtedy mogli sami opatrywać swoje rany, drogi panie, a także samodzielnie przykładać sobie kompresy. Ośmielę się jedna zauważyć, że w wypadku waszej dwójki szybciej i prościej będzie wykopać dwa groby i spocząwszy w nich, oczekiwać nieuniknionego przejścia w spokojniejszy stan istnienia.
 I tym optymistycznym akcentem kończę i zachęcam. To debiut Lyncha, życzę mu długiego życia i mnóstwa powieści!

środa, 23 września 2009

"Wodnikowe wzgórze" Richard Adams


Kawał porządnej opowieści o spersonifikowanych (trudne słowo i wcale nie wiem, czy poprawnie je napisałam) królikach.
Taka jakby wyprawa drużyny pierścienia – jest królik Frodo z misją, królik czarodziej i drużyna królików, gdzie każdy z nich jest specem od czego innego, by mógł przydać się podczas licznych przeszkód, są oczywiście też siły zła (królik Sauron i jego żołdacy). Ale nie lękajcie się! Dzielne króliki wywiną się z każdej opresji. Grunt to działanie zespołowe. Drużyna. Cel.
No dobrze, odrobinę ironizuję, ale tylko ociupinkę, bo całość bardzo ładnie napisana, a króliki budzą sympatię. Jedyne, co mi zgrzytnęło, to jednak ząb czasu, który troszkę już napoczął powieść (takie tam niuanse, a może klimacik, a może jeszcze coś innego). A nie, nie jedyne, drugie to króliki. To znaczy instytucja dzikich królików jest raczej w Polsce nieznana, jeśli już, to zające, musiałam wytężyć wyobraźnię, by króle z klatki znane od dziecka przenieść na łąki i pola i dać im wolność. To świadczy jednak źle tylko o mnie, żem spętana okowami tradycjonalizmu, kajam się bardzo.
A „Wodnikowe wzgórze” przeczytajcie koniecznie, mało jest książek o takiej tematyce, a wśród nich ta właśnie błyszczy jak perełka.

Wodnikowe Wzgórze [Richard Adams]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 22 września 2009

"Wyprawa Kon-Tiki" Thor Heyerdahl


Z ogromnego kartonowego pudła na targu staroci w Krakowie wychyliła się i uśmiechnęła do mnie mała, pożółkła, zaczytana książeczka z jakimś bohomazem na okładce. Uśmiechnęła tak ujmująco, że nie mogłam się powstrzymać i wzięłam do ręki, a wtedy ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej i obie wiedziałyśmy, że jesteśmy sobie przeznaczone.
Mała zaczytana książeczka to "Wyprawa Kon-Tiki" Thora Heyerdahla - możecie mi teraz nawrzucać, że coś mnie ominęło, że powinnam to przeczytać dawno temu, że to kanon literatury podróżniczej... ale ja z pogodnym uśmiechem odeprę wszystkie zarzuty jednym zdaniem - bardzo dobrze się stało, że to przeczytałam właśnie teraz. Bo to śliczne.
Treść samej książki myślę, że zna wielu: wyprawa tratwą zbudowaną z drzewa balsa po to, żeby udowodnić teorię, iż Polinezję zaludnili przybysze z Ameryki Południowej.
Mnie urzekł język książki: ciepły, sympatyczny, pogodny. Autor bez nadymania się opisuje swoje przygody związane z przygotowywaniem całego wojażu i całą tą morską podróżą, gdzieniegdzie wtrącając swoje naukowe hipotezy. Ale wtrąca je tak tylko, by uzasadnić całość, skleić to w jeden spójny tekst. Głównym motywem jest podróż. Pasjonująca - od skompletowania załogi, przez budowę tratwy dokładnie wg starożytnych opisów, poprzez sam rejs. Opis życia na tratwie, żeglowania, obserwacje oceanu i jego mieszkańców - całość jest przepiękna. Aż chce się tam być!
Thor wydaje się być przesympatycznym człowiekiem, uśmiechniętym i pełnym zapału. To się czuje w książce i znacząco podnosi wartość dla mnie. Tak mi się nasunęło, że niedawno czytałam też fabularyzowaną biografię Amundsena i opis jego podróży biegunowych (popełnione przez Centkiewicza czy też Centkiewiczów) i mimo niewątpliwego bogactwa przygód - tam nie ma tego uśmiechu, tej sympatii dla czytelnika - a szkoda.
Dobra, ja tu dygresuję, a powinnam zabrać się za szukanie pozostałych książek Heyerdahla. Nawet jeśli jego teorie są już przestarzałe, to klimat jego książek na pewno się nie zestarzał, co mówi wam Agnes, ponadtrzydziestoletnia kobieta, na parę godzin przemieniona w dziesięciolatkę pochłaniającą z wypiekami na twarzy arcyciekawą książkę.

poniedziałek, 21 września 2009

"Maratończyk" William Goldman


Opis z księgarni netowej:
Tom Levy, zwany Babe, ma kilka obsesji. Chce zostać wybitnym myślicielem i najlepszym maratończykiem w dziejach. Chce także uwolnić się od prześladującego go widma wywołanej skandalem, samobójczej śmierci swojego sławnego ojca. Jednak nieoczekiwana wizyta starszego brata zapoczątkowuje ciąg wydarzeń, który wciągnie Babea w wir przemocy, zdrady i morderstwa oraz zmusi go do walki o rzecz podstawową - pozostanie przy życiu.
No opis całkiem ok, ale szczerze powiem, że na podstawie opisu nie kupiłabym tej książki. Dlatego też zapobiegliwe wydawnictwo dodało podtytuł "Pierwowzór literacki znakomitego filmu z rewelacyjną rolą Dustina Hoffmana", żeby nikt nie przeoczył, że był film, co więcej, że grał w nim świetny Dustin Hoffman. Widać rynek wydawniczy wymaga rozpychania się łokciami.
Dobrze, więc podtytuł już zwróciłby moją uwagę. Lubię tego aktora, nie ukrywam; uważam, że jest świetny i w byle popierdółce by nie zagrał. Kupiłabym. Tanie chwyty, ale skuteczne. Przy okazji - filmu nie oglądałam (choć na początku zdawało mi się, że oglądałam) i chwałaż Bogu. Mogłam z czystym sumieniem rozkoszować się lekturą, mogłam być zaskakiwana nagłymi zwrotami akcji i mogłam gryźć palce z niecpierliwości i ciekawości, co też zdarzy się za kartek parę. Tak nawiasem - nie gryzę palców, nawet nie obgryzam paznokci, ale to dodaje dramatyzmu mojemu opisowi, prawda?
Akcja, akcja, książka na tym stoi. Znakomite budowanie scen, napięcie i te inne chwyty stosowane przez pisarzy - perfekcyjne. Otworzyłam buzię ze zdziwienia, gdy (uwaga, kawałek fabuły) brat bohatera stanął w drzwiach i okazało się, że... no właśnie. Fenomenalne. Albo też ja się starzeję i zatracam zdolność przewidywania, co też autorowi mogło wpaść do głowy - to też w tym konkretnym przypadku zaliczam na plus.
No dobrze, to tyle o książce, bo i więcej nie ma co napisać, nie zdradzając fabuły. Ale dodam jeszcze jedno - to wydanie, które posiadam, aktualnie dostępne w księgarniach, ma świetną przedmowę autora. Pisaną lekko, bez nadęcia i zadęcia, trochę o książce i okolicznościch, trochę o filmie - o wszystkim razem. Bardzo dobrze się czyta, naprawdę. Polecam, jeśli ktoś nie czytał. Jeśli zaś ktoś oglądał film, to poproszę o wrażenia, ja dopiero zamierzam go wyszukać i obejrzeć. Dobrze się stało, że kolejność nie była odwrotna, ponieważ twarz Dustina pewnie by mi wisiała nad książkę, hehe.

niedziela, 20 września 2009

"Blondynka w dżungli" "Poradnik Globtrotera czyli blondynka w podróży" Beata Pawlikowska

Zachęcona soczystym fragmentem gdzieś publikowanym zakupiłam sobie dwie książki. Tym chętniej zakupiłam, że autorkę często widywałam w bardzo ciekawym programie „Podróże z żartem” i spodobała mi się. Wesoła, rozmowna, ciekawie opowiadała o swoich podróżach.

Czytanie zaczęłam od „Poradnika”, no cóż, tytuł zobowiązuje, poradnik to poradnik, poradnikiem ma być i basta – i niech nawet nikt nie myśli, że może być czymś innym niż poradnik. Jak się pakować, czym podróżować i czy dawać bakszysz czy nie – takie porady zajmują mniej więcej połowę książki. Druga połowa to lista chorób tropikalnych, jakie można załapać podróżując po świecie. Po prostu rewelacja. Po przeczytaniu o robaczku nitkowcu podskórnym (drakunculus) odechciało mi się podróży. Przy malarii zabarykadowałam się w domu, a przy żółtej febrze wyrzuciłam paszport przez okno.

 Następnie zabrałam się za „Blondynkę w dżungli”. Prześliczne wydanie (National Geographic Society łapkę na tym trzyma), przepiękne fotografie, czasem nawet osadzone w odpowiednim miejscu w tekście, a do tego zbiór luźnych wspomnień i historii z licznych podróży. Oczywiście po dżunglach przeróżnych. No nie wiem, oczekiwałam chyba czegoś innego, czegoś więcej? Ale czego? Sama nie wiem. Ach, te moje wygórowane oczekiwania... zepsuły mi lekturę. Fe, Agnes, fe.

Blondynka w dżungli [Beata Pawlikowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 19 września 2009

"Był dom... Wspomnienia" Anna Szatkowska


Raz w tygodniu dwie osoby (zawsze dwie) przychodziły o szóstej rano do kościoła Świętego Krzyża, gdzie w bocznej kaplicy Matki Boskiej Częzstochowskiej oczekiwał je ksiądz Edmund Krauze. Wręczał im puderniczkę z podwójnym dnem, specjalnie wykonanym na prośbę Mamy orzez jubilera, członka konspiracji. Kapłan wkładał kilka hostii między podwójne dno. Trzema etapami, za pośrednictwem trzech różnych osób, puderniczka docierała do "Myszki", która ją swobodnie przenosiła w torebce jako własną. Był to przedmiot używany przez większość pań. Na Pawiaku 'Myszka" dyskretnie przekazywała puderniczkę Wandzie (tej, którą gestapo zaaresztowało u nas w styczniu 1941 roku zamiast Mamy), a ta z kolei rozdawała maleńkie części hostii tym kobietom, które miały być rozstrzelane w najbliższych dniach. Często odbywało się to w toalecie. Z czasem udało się donieść komunię również do męskiego oddziału Pawiaka. Po wojnie Mama, organizatorka tej akcji, złożyła puderniczkę jako votum na Jasnej Górze i tam jest ona przechowywana i wystawiona w skarbcu. (1)

Kiedyś "Cień" zwraca się do mnie, zakłopotany, i prosi, czy mogłabym mu umyć nogi. Ręce ma nadal uwięzione w klateczkach i goją się bardzo powoli. Jego stopy nie widziały wody już od dawna; pokrywa je skorupa sklejonego brudu, kurzu i krwi. Gdy wreszcie zdobywam miednicę, wodę, mydło i jakąś szmatkę, gdy stopy "Cienia" nabierają normalnego wyglądu, jego uśmiech wdzięczności i zadowolenie z tej odrobiny komfortu są tak wzruszające, że nigdy nie zapomnę, jaką radość sprawił mi swą prośbą o coś tak prostego i oczywistego, jak umycie nóg... (2)

Do piwnicy, w pobliżu naszej kuchenki, schroniły się trzy kobiety: matka i jej dwie córki, z których jedna była w ciąży i z dnia na dzień oczekiwała narodzin. Jej mąż pracował w innej dzielnicy i nie zdołał dotrzeć do rodziny, gdy wybuchło powstanie. Jego żona bardzo się martwiła o niego i o nadchodzący poród w tak dramatycznych i ubogich warunkach. I pewnego dnia, przychodząc na barykadę, słyszymy płacz niemowlęcia: młoda matka uśmiecha się, szczęśliwa, że wszystko dobrze poszło, pomimo braku wody, światła, komfortu i niezbędnych przedmiotów codziennego użytku; a przede wszystkim pomimo braku perspektywy normalnego życia... Gdy w końcu sierpnia opuszczaliśmy definitywnie naszą pozycję, proponowałyśmy tym trzem kobietom, by przyłączyły się do nas, lecz wolały zostać na Starówce. Nie wiemy, jaki los je spotkał...
Po latach, kiedy rodziły się moje dzieci w szwajcarskich szpitalach, zawsze wspominałam tę młodą matkę ze Starego Miasta, która w TAMTYCH warunkach uśmiechała się do szczęśliwie urodzonego dzieciątka... (3)

- Ci, co mnie znają - mówiła - wiedzą, że to wierutne kłamstwo [praca Zofii Kossak jako sekretarka Bolesława Bieruta], a ci, co nie znają, niech myślą sobie, co chcą. Jest to równie niedorzeczne, jak gdyby napisali, że zabiłam własne dziecko. Na to się nie odpowiada. Ja natomiast nie posiadałam się z oburzenia i z trudem zachowywałam uprzejmy spokój wobec przygodnych emigrantów. Mamy postawa, pełna godności i wzniesienia się ponad polityczne "błoto", bez rzucania na kogokolwiek obrażonych inwektyw, była dla mnie wielką lekcją i przykładem. (4)
---
(1) "Był dom... Wspomnienia" Anna Szatkowska, Wydawnictwo Literackie, 2008, s. 119-120
(2) Tamże, s. 186
(3) Tamże, s. 191-192
(4) Tamże, s. 332

piątek, 18 września 2009

"Pan Dick, czyli dziesiąta książka" Jean-Pierre Ohl


Książka ta pochodzi z nurtu książek o książkach, mojego ulubionego. Mam wrażenie, że ostatnimi czasy stało się modne pisanie kryminałów literackich, w zasadzie to nie kryminałów, tylko powieści detektywistycznych, gdzie podmiotem jest inna książka. I pan Ohl się w ten nurt dobrze wpisuje.
O czymże to? Ano o tym, jak też miała się zakończyć ostatnia książka Dickensa "Tajemnica Edwina Drood'a" (książka ta jest, jak na niego, nietypowa, ponieważ zauważywszy rosnącą popularność powieści kryminalnych, sam postanowił spróbować swych sił w tym właśnie gatunku). Nie jest zakończona, ponieważ Dickens nie zdążył, zszedłszy z tego padołu. Na temat tego, jak powinna się ona zakończyć, a właściwie - kto zabił, narastają spekulacje, wysnuwane są najróżniejsze teorie. Wielbiciele twórczości Dickensa mają naprawdę dużo pomysłów na to, jakie powinno być zakończenie, ale nie wiadomo, które z nich jest właściwe. Ohl dołącza do nich, snując własną wizję - zawartą w swojej powieści.
Czy udało mu się rozwiązać zagadkę? Oczywiście, że wam o tym nie napiszę, byłby to czystej klasy spoiler, karygodny i niewybaczalny.
Ale napiszę o tym, że jako miłośniczce książek w ogólności, spodobało mi się to, że autor swego bohatera tak uzależnia od słowa pisanego. Główny bohater jako dziecko trafia do dziwnego pokoju, dosłownie wyłożonego książkami przez jego dziadka. Jedna z tych książek go facynuje, odkrywa, że jej autorem jest Dickens właśnie, i tym momencie jego los wiąże się z nim na stałe. Takie idee fixe. Mania. Opętanie prawie. I tak już się kręci - książka, śledztwo, dochodzenie, takie tam...Mści się trochę nieznajomość dzieł Dickensa (mało go czytałam), bo wszędzie mamy odwołania do postaci czy fabuł - ale trudno, trzeba było więcej czytać - moja wina.
Podsumowywując - jako książka o książce - znakomita. Jako książka - trochę mniej, to chyba przez klimat, czasem zbyt zbyt surrealistyczny jak na moje gusta. Ale zapewniam, warto przeczytać. Choćby dla postaci księgarza i antykwariusza Krook'a.

czwartek, 17 września 2009

"Dekorator" Boris Akunin


Dobrze pisze ten Gruzin! Sprawnie. Kryminał soczysty, z pięknie odmalowanym klimatem Rosji roku 1889. Intryga tak zawiązana, że z zapałem myśli się przy czytaniu, kto też mógł zabić (a przesłanek jest sporo i można trochę pogłówkować).

Dla miłośników kryminałów nie lada kąsek, naprawdę. Troszkę trąci Agatką, troszkę Alexem, troszkę fajką i prochowcem z Baker Street - ale broń Boże, że plagiat, czy ściąganie pomysłów, nienienie. Ot, taki zapaszek dedukcji, prawdaż. No i temat: Kuba Rozpruwacz w Moskwie. Na czasie, hehe, czytałam, w świetle ostatnich doniesień z Ipswich.

Dodam jeszcze, dla tych, którzy nie doczytali w przytoczonym poście, że powyższa książka jest częścią serii 'Przygody Erasta Fandorina'. Oczywiście zaczęłam od środka - "Dekorator" jest szóstą częścią cyklu. No jakżeby inaczej. Chronologia cyklu to dla mnie rzecz prawie nieznana.

Dekorator [Boris Akunin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 16 września 2009

"Złamana szabla" Gilbert Keith Chesterton


To malutka książeczka zawierająca trzy opowiadania kryminalne. Pierwsze najbardziej utkwiło mi w pamięci, a to dlatego, że - nietypowo - bohater rozwiązuje zagadkę z przeszłości. Kto czytał "Córkę czasu" pani Tey? O tym, jak to Alan Grant udowodnił, iż Ryszard III wcale nie był dzieciobójcą i tyranem? No, to tu mamy ciut podobny motyw. Ksiądz detektyw ogląda pomnik bohatera wojennego, generała, który poległ chwalebnie w walce z przeważającymi siłami wroga. W trakcie czytania dowiadujemy się, iż bohater wcale nie jest takim bohaterem, gdzieś tam w zakamarkach czai się morderstwo, a ksiądz na podstawie dawnych listów, zapisków i notatek odkrywa prawdę. Świetne, bo opiera się na czystej dedukcji. Pozostałe opowiadania nie są już tak błyskotliwe, ale również solidne. A całość ma swój urokliwy klimat angielskości, posmak Conan Doyle'a, chłodną dystynkcję.
Polecam. A sama idę szukać innych książek tego pana, spodobał mi się.

wtorek, 15 września 2009

"Wurt" "Pyłki" Jeff Noon

Na okładce szumnie napisane „nowy P.K.Dick!” czy coś podobnego, co mnie od razu nastroiło dość nieufnie, a cóż to za szmira, że aż tak grubymi nićmi trzeba ją reklamować? I tu najmocniej przepraszam autora, albowiem po przeczytaniu okazało się, że wcale nie szmira, a ten tekst z okładki to zapewne wytwór półmózgich marketingowców.

Wurt to odjazd. Wsuwasz piórko w usta i odlatujesz, śnisz, przenosisz się do innego świata, jakże podobnego do gibsonowskiej cyberprzestrzeni. Ale Noon poszedł dalej, bo cyberprzestrzeń, jakby nie było dla nas, ludzi dwudziestego pierwszego wieku, jest czymś normalnym, znanym i obłaskawionym, a jego wurt to odjazd, inny świat, zupełnie inny. Niby to świat snu, ale jakże snu, skoro można się tam zagubić, jak siostra głównego bohatera. Czyli że sen staje się prawdziwy i realny. A że równowaga w przyrodzie musi być zachowana, zamiast dziewczyny z wurtu wypada obcy. I aby ją odzyskać, jego trzeba tam z powrotem wsadzić, to nie jest wcale łatwe. Zakręcone? A jakże!

Do zakręconej, lekko psychodelicznej fabuły Noon dodaje postacie. Ale jakie! Nie ma tak, że bohaterami są wyłącznie ludzie. Świat poszedł dalej, era Płodności zrobiła swoje, rozbudzony popęd zaowocował takimi mieszańcami jak widmoludzie, roboludzie, robopsy, ludziepsy... Na początku to trochę szokuje, potem już nie. Potem rozwija się akcja, wciąga i kibicujemy Skrybie (wspomniany już wcześniej główny bohater) w poszukiwaniach Desdemony i nawet już tak bardzo nie zwala nas z nóg, gdy się dowiadujemy, że Skryba darzy Desdemonę miłością wcale nie braterską, w końcu przecież związki między siostrą a bratem zdarzają się, a co. I dzieci z tych związków również się zdarzają, a to, że poczęte zostają w wurcie, czyli w innym świecie, to również normalka. Co prawda autor usiłuje nam wmówić, że nie (analogia z cyberprzestrzenią, nie ma jeszcze dzieci poczętych z cyberseksu), ale nie nas, starych czytelników, na takie plewy!

Gdy już się uporałam z „Wurtem” przeszłam od razu, za ciosem, do „Pyłków”. Luzacko podeszłam, no bo czymże jeszcze Noon może mnie zaskoczyć? Ale dał radę. Dorzucił do mieszańców jeszcze florę, połączył, zamotał, zakręcił. Wmieszał nekrofilię. Dał istotom z wurtprzestrzeni tęsknotę za światem realnym, wyszła z tego wojna, gdzie główną bronią stał się katar sienny, a pojęcie „być zakichanym na śmierć” stało się dla mnie przerażające. A to wszystko ładnie splecione w wątku kryminalnym, rodzinnym, armagedonowym i co tam jeszcze chcecie.

Nie, Noon to nie Dick. Ale ma coś w sobie. Pazur taki. Wyobraźnię, rozmach. On nie boi się pisać – to naprawdę fajne. Polecam.

P.S. Napisał coś jeszcze, co nawiązuje do „Alicji w krainie czarów” i „Alicji po drugiej stronie lustra”, no no, jak mi wpadnie w łapki, nie omieszkam przeczytać.

poniedziałek, 14 września 2009

"Wiek żelaza" J.M. Coetzee


"Wiek żelaza" to z grubsza opowieść o umieraniu. Zajrzałam z ciekawości do recenzji na biblionetce i okazuje się, że to książka bardzo znana, uznana, genialna, odkrywcza, zjawiskowa, trudna, ważna i tak dalej i tak dalej. Mnie się nie spodobała, co przyznaję z niejakim wstydem, w świetle powyższych epitetów powinnam docenić geniusz, a nie doceniłam. Przepraszam.
Mogłabym się usprawiedliwić jakoś, że świeżo upieczona mamusia preferuję życie, a nie śmierć, wobec czego stan psychiczny książkę mi odrzucił, a nie ja sama. Ale się tak nie usprawiedliwię, albowiem uważni czytelnicy dostrzegli zapewne peany i pochwały na cześć "Śmierci pszczelarza" Gustafssona o tutaj - wynika więc z tego, że pan Coetzee po prostu mi nie podszedł.
Dlaczego? Bo to bardzo mglista i zawikłana książka. Bo opowieść starej, schorowanej kobiety często się plącze i kołuje. Bo czasem komplenie nie rozumiałam przeczytanych zdań. Bo, bo, bo... - nie zawsze umiem ładnie ubrać w słowa odczucia i wrażenia po przeczytaniu książki i chyba tak właśnie jest w tym przypadku. Może, kiedyś, za czas jakiś, dam szansę autorowi raz jeszcze, tym razem z innym tytułem. Zobaczymy.
Na zakończenie cytat ładnie opisujący Południową Afrykę: "W powszechnej opinii utrwalił się obraz równinnego kraju o dużym nasłonecznieniu, kraju bez cienia, bez przeszłości, bez głębi". *
 
--- 
* J.M. Coetzee "Wiek żelaza", tłum. Anna Mysłowska, wyd. Znak, Kraków 2004,s. 90

niedziela, 13 września 2009

Z podaja

Gilbert Keith Chesterton "Złamana szabla" Francis Scott Fitzgerald "Diament wielki jak góra" Ernest Hemingway "Motyl i czołg" Thomas Hardy "Pierwsza hrabina Wessex" Na razie tyle, będą następne.

"Kota Mruczysława poglądy na życie oraz Fragmenty biografii kapelmistrza Jana Kreislera przypadkiem na strzępach makulatury zachowane" ETA Hoffmann


Dostałam książkę w prezencie i bardzo się ucieszyłam, albowiem ponieważ koty w literaturze lubię bardzo, a jeszcze słyszałam parę pochlebnych opinii o tej właśnie pozycji. Jeśli do tego dodać fakt, iż pan Hoffmann napisał "Dziadka do orzechów", którą to książkę kocham nad życie, pod warunkiem, że jest w twardej, lakierowanej okładce i z ilustracjami Szancera - to już w ogóle szykuje się uczta.

Bardzo źle jest przystępować z takimi założeniami do lektury. Siadasz przy stole z nadzieją na znakomity obiad, a dostajesz coś lekko przesolonego i wysuszonego. Da się zjeść, ale z przyjemności nici i tylko wyglądasz końca posiłku.

Przyznam jednak, że pomysł na równoległe prowadzenie dwóch opowieści jest całkiem ciekawe, a wytłumaczenie, iż to kot Mruczysław spisywał swoje opowieści na odwrotnych stronach kart już raz wykorzystanych na przestawienie nam historii Jana Kreislera - przednie! Pomieszane to trochę, zebrane, wydane i wydrukowane, dało w efekcie tę książkę. No i na tym koniec zachwytów.
Poglądy kota na życie są nudne, sam kot wyjątkowo pyszałkowaty i nadęty, do tego miejscami naiwny i mało bystry. Losy kapelmistrza też mnie nie porwały, młody gniewny, utalentowany, do tego nieszczęśliwie zakochany - e tam, to wszystko już było. Na domiar złego powieść nie ma zakończenia, niestety, autor nie zdążył...

Summa summarum - zawiodłam się.

Kota Mruczysława [Ernst Theodor Amadeus Hoffmann]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 12 września 2009

"Szaman" "Spadkobierczyni Medicusa" Noah Gordon


"Medicus" to znakomita książka. Ale następne z serii to już takie powolne staczanie się w dół. Nie wiem, może to przez to, że coraz bardziej zbliżamy się do czasów nam współczesnych, a im coś jest bardziej nam znane (czasy i obyczaje), tym mniej jesteśmy zainteresowani tłem obyczajowym. O ile "Szaman" dostarcza nam jeszcze sporo radochy, opisując Dziki Zachód, Indian i wojnę secesyjną, o tyle "Spadkobierczyni Medicusa" oferuje jedynie samochody z napędem na cztery koła, kliniki aborcyjne, małe miasteczka i wielkie miasta, nic nadzwyczajnego. No i główni bohaterowie. Szaman jeszcze ma jakąś charyzmę (choć nie tak wielką jak Medicus, który wzbudzał ogromny szacunek swoim pędem do wiedzy), bo zostaje lekarzem mimo głuchoty, ale bohaterka "Spadkobierczyni Medicusa", lekarka, nie zachwyca niczym. Można by powiedzieć, że tym razem autor chciał postawić na naturalność, na zwyczajnego człowieka (pomijając oczywiście sławetny dar wyczuwania śmierci), tylko że po olśniewających postaciach ukazanych w poprzednich tomach serii - ta naturalność jest po prostu blada i nijaka. Jeśli ktoś chce zmierzyć się z tym autorem, niech poprzestanie na "Medicusie". Ale mały plusik dołożę - wszystkie trzy szybko i płynnie się czyta.

piątek, 11 września 2009

"Szkoła pod baobabem" Barbara Rybałtowska - szukam!

Jest to prawdopodobnie to, czego szukałam w tej notce - może ktoś ma i pożyczy? Chętnie przeczytam... Oddam. Zawsze oddaję!

"Czytanie wzbronione" Dubravka Ugrešić


Pożyczyłam, zachęcona tytułem. Jak jest coś o czytaniu w tytule, albo o książkach, albo o literaturze, to ja się łapię na to jak mucha na lep. To książka (właściwie spory zbiór esejów) napisana przez chorwacką autorkę, książka gorzka, ironiczna, pełna żalu. O co, dlaczego? Ano ogólnie, że rynek czytelniczy taki jakiś, że wszędzie korupcja, że dobre powieści gdzieś nikną, że autorzy z bloku wschodnioeuropejskiego to nie mają szans na zaistnienie, czy na znaczące wybicie. Do tego garść rozważań o sytuacji byłej Jugosławii. Nie znalazłam zbyt dużo tego, czego lubię, czyli pisania o książkach. Znalazłam za to trochę goryczy, trochę smutku, ździebko autoironii... i tyle. Cóż, czasem mi się fajnie trafi na niezłą pozycję, a czasem nie. Tym razem nie.

czwartek, 10 września 2009

"Balsam długiego pożegnania" Marek S. Huberath


Pamiętałam, że „Miasta pod Skałą” bardzo mi się podobały, nic dziwnego więc, że sięgnęłam po jego opowiadania. Gruba, tłuściutka książka – takie lubię.
Cóż by rzec o samych opowiadaniach? Otóż, wszystkie w klimacie są podobne: troszkę przyciężkie, mroczne (z gatunku mroków tych, które panują w duszy, a nie za oknem), poważne. O ile dobrze pamiętam notkę z okładki, to są tam zamieszczone opowiadania wczesne, jak i nowe. Zresztą, co tam, polegać na pamięci, podeprę się cytatem:
Tytułowy Balsam długiego pożegnania, Akt szkicowany ołówkiem, Trzeba przejść groblą, to tyko niektóre z nowych propozycji autora.
Czytelnik w proponowanym tomie znajdzie również starsze opowiadania: nagrodzone Zajdlem „Karę większą”, , nominowane do tej nagrody „Ostatni którzy wyszli z raju”, oraz inne popularne: „Trzy kobiety Dona”, „Kocią obecność”, „Absolutnego powiernika Alfreda Dyjaka” oraz debiutanckie „Wrocieeś Sneogg, wiedziaam...” nagrodzone w II Konkursie Literackim „Fantastyki”.
Widać różnicę pomiędzy jednymi a drugimi, subtelną, ale zawsze. Te późniejsze są bardziej filozoficzne, inny język, bardziej subtelny, zawoalowany, widać myśli wypełzające spomiędzy wersów, takie szare pasemka jakby dymu, rozwiewają się w powietrzu. Śmierć, życie po śmierci, życie po życiu, dylematy, przemyślenia – oto co łączy te opowiadania.
Te wcześniejsze są jakby „twardsze”. Zdania mniej złożone, więcej fabuły, mniej dywagacji, surowo, oszczędnie, prosto do celu. I chyba te wcześniejsze bardziej mi się podobają. Są takie, jak najwcześniejsze opowiadania s-f, które czytałam w dzieciństwie jeszcze, być może to nostalgia, być może kształtował się wtedy mój gust i preferencje czytelnicze. No, dość powiedzieć, że czułam się trochę jak dawno dawno temu.
Opowiadanie „Wrocieeś Sneogg, wiedziaam...” – urzeka samym tytułem, prawda? A treść piękna – ludzie, półludzie, granice człowieczeństwa, honor, odpowiedzialność, a i miłość gdzieś się przeplata.
Zwróciłam też szczególną uwagę na „Trzy kobiety Dona”. Ziemia zasypana śniegiem, zlodowaciała po katastrofie słonecznej (haha, a tu kręcą takie badziewne filmy jak „W stronę słońca” – uczcie się od Huberatha, jak pisać scenariusze!) i ludzie, próbujący sobie w tym nowym, zimnym, okrutnym świecie poradzić. Powrót do barbarzyństwa niemalże. Pamiętam, było kiedyś takie opowiadanie, nie wiem czyje, też o katastrofalnym zlodowaceniu ziemi, gdzie tlen nabierało się wiaderkami, a żyło w schronach obłożonych kocami, by powietrze nie uciekało. Bardzo mi się podobało, a te „Trzy kobiety...” podobne w wymowie, chyba lubię lody i śniegi w literaturze, vide tomik „Zapach szkła”, gdzie również utwór „zziębnięty” zyskał moje szczególne uznanie.... No dobra, ja tu dygresuję, filozuję (tak, tak, celowo tak napisałam to słowo), a tu do rzeczy trzeba.
Do rzeczy więc: Huberath wielkim pisarzem jest.

środa, 9 września 2009

"Życie nie jest romansem, ale..." Maria Pruszkowska


Zaczęłam od drugiej części historii rodzinnej, pierwsza to "Przyślę panu list i klucz", ale w niczym to mi nie przeszkadzało. A część pierwszą kiedyś przeczytam.
Ale do rzeczy. To opowieść z czasów wojny i okupacji. Rodzina, gdzie na plan pierwszy wysuwają się siostry Balladyna i Alina (piękne imiona), to osoby bardzo oczytane i obyte literacko. I mimo okropności wojny, trudnego życia w okupowanej stolicy, bombardowań i rozłąki z bliskimi - każda z tych osób traktuje książki, autorów, bohaterów literackich jako odskocznię i wytchnienie. Powieści traktujących o wojnie jest wiele, ale ta jest inna. Ta nie chce być martyrologiczna, chce tylko opowiedzieć o pewnej rodzinie w ciężkich czasach w sposób lżejszy i bez zadęcia. Co nie znaczy, że bagatelizowane są tu sprawy ważne dla polskiej historii - nie, one są tylko pokazane w innym wymiarze. A wszechobecność literatury sprawiła, że polubiłam książkę od pierwszego wejrzenia.
ps. Podobna trochę w wymowie jest "Kwatera bożych pomyleńców" Zambrzyckiego, czytał ktoś?
ps2. "Życie nie jest romansem, ale..." powędruje do spisu "książek o książkach", o ile jeszcze jej tam nie ma.

wtorek, 8 września 2009

"Orkan na Jamajce" Richard Hughes

Książka z 1929 roku. Bosz, jaki staroć, jakbym to napotkała na drodze, do ręki bym nie wzięła. Ale że zostało mi to wepchnięte do ręki w tłumie innych, przyjęłam i czekało sobie na półeczce, aż zwrócę uwagę. Nadszedł wreszcie ten czas – długa podróż samochodem jako pasażer znakomicie nadaje się na czytanie takich zaległych zaległości. Przeczytałam.

I proszę! Jak to jednak warto było! To znaczy – względnie warto. Dla mnie na pewno, ale ja to jestem taki typ, co to prawie wszystko przeczyta z dobrodziejstwem inwentarza, za wyjątkiem Lovecrafta i Pynchona.

Proszę państwa, to książka o dzieciach i piratach. Źli piraci napadają na statek i porywają grupkę dzieciaków, która podróżowała tym statkiem. Biedne dzieciątka muszą z nimi pływać, bo piraci ich nie wypuszczą ze względu na własne bezpieczeństwo, oczywiście. No i mamy śliczny, klasyczny schemacik: okrutni, wredni i krwiożerczy piraci kontra biedne, zastraszone, nieszczęśliwe dzieci. Prawda? Nieprawda! Piraci wcale nie są okrutni, a dzieciaczki nie takie zastraszone. Można rzec nawet, że piraci to po prostu złodziejaszkowie, którzy porwawszy przypadkiem dzieci sami nie wiedzą, co z tym fantem zrobić, a dzieci wyczuwają to psim swędem i włażą im na głowy. Dzieci są okrutne, o czym właśnie opowiada ta „bajeczka bez morału”.

Orkan na Jamajce [Richard Hughes]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 7 września 2009

"Ostatni legion" Valerio Massimo Manfredi


Pisząc o przeczytanej "Ostatniej kohorcie" Łysiaka wspominałam, że znalazłam na półce „Ostatni legion”. Valerio Massimo Manfredi to popełnił, w sumie niby dobrze, że popełnił, bo pewnie kasę za to dostał, takich autorów też szanujemy, nie?

Rzecz cała dzieje się w czasach, gdy upadało rzymskie imperium. Barbarzyńcy jęli rozszarpywać cesarstwo jak stado drapieżników, a żeby ukręcić Rzymianom skutecznie łeb, czynili starania, by unieszkodliwić ostatniego cesarza – Romulusa. Dziecko to jeszcze było, chłopaczek dwunastoletni. Wysłali go na Capri. Tam trochę posiedział, ale wierni mu żołnierze odbili go stamtąd, a następnie przewieźli do Brytanii. Oczywiście – żeby było dramatycznie – uciekinierom depcze po piętach pościg, a jakże. Oczywiście, książka kończy się happy endem, bitwa między najeźdźcami a Rzymianami kończy się w jedyny słuszny sposób, źli umierają, dobrzy triumfują, a jako wisienkę na torcie autor oferuje nam wyjaśnienie, skąd się wziął król Artur.
No skąd, myślicie? Dobrze myślicie! Z tatusia i z mamusi, he, he.

Reasumując, pomysł nie taki zły, ale wykonanie jakieś skiepszczone, język jakiś takiś czasami infantylny, słodko – gorzki, czarno –biały. Mało głębi. No cóż. Można sobie odpuścić, ja co prawda nie odpuściłam, ale to tylko siłą rozpędu, bo jak już czytam, to czytam.

Potem się zbulwersowałam lekko, bo skończyłam książkę, odkładam, patrzę, a tu mąż ogląda filmik jakiś. Chłopaczek, Rzymianie, bitwa. Pytam: co oglądasz, mężu mój kochany. Ano „Ostatni legion” sobie oglądam – odpowiada. Przyjrzałam się: toż to to samo, co dopiero co skończyłam czytać! A to ci, mówię mu, a ja to właśnie czytałam dopiero co! Mąż na to: a ja sobie oglądam dopiero co. No, czasowo, to on jest wygrany, czytałam dłużej niż pi razy oko 2 godziny trwania filmu. Jakościowo jednakowoż mamy remis, he, he.

niedziela, 6 września 2009

"Ostatnia kohorta" Waldemar Łysiak


To jest dziwna książka.
Zacznę może od tego, że Waldemara Łysiaka było mi do tej pory znana tylko "Perfidia", więc mało. Ale "Perfidią" byłam zachwycona, skusiłam się więc na "Ostatnią kohortę" i wpisałam ją na listę książek ślubnych. Otóż i jest.
To książka z przepięknym pomysłem. Otóż - czas akcji to V wiek naszej ery, Cesarstwo Rzymskie podupada i dogorywa, sam Rzym jest oblężony przez hordy dzikich barbarzyńców i ledwo zipie, nie mając za bardzo nadziei na zwycięstwo. Ze stolicy wymyka się więc grupa ludzi w poszukiwaniu legendarnego ostatniego legionu, który nie uległ najeźdźcom i broni się uparcie, jednocześnie skutecznie się ukrywając.
Narratorem jest Kaius (a raczej Gajusz, to to samo imię, a jednak bardziej mi się podoba), młodzieniec adoptowany przez rzymskiego trybuna Fulviusza, u schyłku życia, już jako mnich Sabinus (to imię również mi się podoba) opisujący ową wędrówkę w poszukiwaniu legendy.
Książka, jak już napisałam, jest dziwna. Podoba mi się i jednocześnie nie podoba. Podoba, bo czasy Cesarstwa Rzymskiego mają dla mnie jakiś urok - no cóż, wiem, że schyłek, ale jednak. A nie podoba, bo jest przegadana. Nie, nie to, że akcji nie ma, bo jest! Jest, wyrazista, pełna zakrętasów i meandrów, a jednocześnie mająca jasny cel i twardo do tego celu zdążająca. Ale przegadana. Tylko jakby tu o tym napisać?... Hm. Wyobraźcie sobie towarzysza trybuna, Rufusa, zaufanego człowieka, psa Fulviusza, który w tekście jest opisany jako milczek, twardziel, absolutnie wierny i oddany, człowiek czynu, nie słowa. Znacie takich, na pewno. I otóż ten człowiek toczy błyskotliwe dysputy z mnichami, z trybunem, z samym Gajuszem wreszcie, wykładając mu swoje racje obszernie jak mówca ateński. Jakoś mi to zgrzytało... Tak, samemu autorowi zgrzytało, skoro bronił się, pisząc (w imieniu narratora), że kronika pisana po latach skondensowała wypowiedzi milczka czyniąc z niego oratora. Ot, taki wybieg.
Szkoda, szkoda, że autor więcej uwagi poświęcał dialogom niż sprawnemu poprowadzeniu akcji! Czasem wszak więcej wiemy z jednego rzutu oka (oczyma duszy, oczywiście) niż z ciekawej, ale rozwlekłej rozmowy.
Mało mi też było Rzymu w Rzymie, oblężenie potraktowane było nader ogólnikowo, och, nawet nie wiadomo, jaki cesarz wtedy panował! Przynajmniej ja nie wyczytałam podczas lektury, no nie wiem, może przeoczyłam? A tak chciałam sobie przypasować akcję do czasów... Bo chyba nawet nie ma lat ściśle określonych, w których rzecz cała się dzieje.
Na osłodę rzeknę, że postacie są wyraziście zarysowane, nie powiem, a niektóre dialogi, tak przeze mnie wcześniej spostponowane, spodobały mi się, tylko że musiałam je czytać po dwa razy, żeby porządnie je zrozumieć. Takie mądre, no.
Podsumowywując: czytać, nie czytać? Ależ oczywiście! Jak lubicie Rzym - czytać koniecznie!A na sam koniec powiem wam, że po skończeniu "Ostatniej kohorty" odkryłam na półce książkę pod tytułem "Ostatni legion", napisał to Valerio Massimo Manfred. Zadziwiająca zbieżność tytułów, prawda? Może to o tym samym, tylko z innego punktu widzenia.... No, na razie tego nie stwierdzę, bo w sumie nawet zaczęłam czytać, ale przyszła do mnie paczka z "Czasem uczniów" - Światy braci Strugackich (opowiadania młodych rosyjskich pisarzy s-f kontynuujące wątki Strugackich), no i jakoś oni wygrali, na razie.

sobota, 5 września 2009

"Władca much" William Golding


Przepraszam się z klasyką, z racji tego, iż siedzę w domu, cały czas blisko małego brzdąca, który w każdej chwili może mnie potrzebować. Sięgam więc na półkę z kolekcją Gazety Wyborczej z literaturą XX wieku i wydłubuję, co jeszcze nie czytałam i co nie jest zbyt grube (za grube ciężko utrzymać w jednej ręce). Aż mi dziwno, że nie czytałam tego wcześniej, i może nawet nieco wstyd. Ale bardziej wstyd mi, że po przeczytaniu historii o chłopcach na bezludnej wyspie, gdzie tak wspaniale rozwija się konflikt między stronnictwem rozumu i wiedzy a stronnictwem instynktu i krwi - na myśl mi przyszło, że Bułyczow w "Osadzie" ujął to samo, tylko inaczej i chyba "Osada" bardziej mi przypadła do gustu. Tak to kolejność czytania, a nie powstawania determinuje nasze gusty i nasze wybory... A przecież "Władca much" to książka wspaniała, znakomicie napisana, plastyczna, autentyczna, przejmująca i dalej tak mogę superlatywy wymieniać. Bo jest rzeczywiście świetna. Nie wiem tylko, czy przypadkiem to, że już na stałe umieszczona jest na postumencie, nie oddala jej ode mnie jako czytelnika. No bo, jak coś jest wyżej niż ja, to w linii prostej jest dalej, nie? Nie umieszczajmy książek na piedestałach, na pomnikach, na podium! To im tylko szkodzi!

piątek, 4 września 2009

"Ojciec chrzestny" Mario Puzo


Któż tego nie czytał, któż tego nie oglądał, któż tego nie zna? Aż głupio pisać o tej książce, to jak odkrywczo pisać o tym, że słońce codziennie wschodzi i zachodzi, że każdy musi umrzeć i takie tam podobne truizmy. Wzięłam to do czytania, sięgając na moją ulubioną półkę z kolekcją GW, jeszcze nie jest takie grube, grubszy jest Proust, Grass i Jones.
Znakomicie się czyta plastycznie opowiedzianą historię mafijnej rodziny, z jej wzlotami, upadkami, tragediami i szczęściem. Tylko że, po przeczytaniu oczywiście, zdaje sobie człowiek sprawę, że główny bohater (bohaterowie) jest tak okropnie i natrętnie przyzwoity, że to aż nieprzyzwoite. Salomonowe sądy, ochrona biedniejszych, pomoc rodzinie - to wszystko takie szlachetne, takie prawe. To, że to mafioso, w ogóle się nie liczy, to jak praca, jak konieczność. To jest zakłamanie, co? Tak opakować w śliczniutki, błyszczący papierek zło i zepsucie, że owo zło i zepsucie staje się czymś naturalnym i prawym. To jest mistrzostwo świata.

Ojciec chrzestny [Mario Puzo]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 3 września 2009

"Żegnaj Grosvenor Square" Francis Clifford


Thriller czy sensacja? Nie umiem tego rozróżnić w tej książkowej systematyce, kryminał rozpoznam, ale te dwie nazwy jakieś takie dla mnie mgliste. "Żegnaj Grosvenor Square" kryminałem na pewno nie jest, choć trup pada tu i tam. Albowiem prawie od razu wiadomo, kto zabił, i chodzi już tylko o to, by tego ktosia wyciągnąć z pokoju hotelowego, gdzie się schronił, biorąc zakładników jako gwarancję bezpieczeństwa. Tylko że to nie jest tak jasno, ha ha, nieźle się zdziwicie co najmniej dwukrotnie. Raz w połowie powieści, drugi raz pod sam koniec. Chwała książkom, które pozwalają nam przeżyć chwile prawdziwego zdumienia i zaskoczenia.
Właściwie nie, chwała autorom takich książek.

środa, 2 września 2009

"Alienista" Caleb Carr


Historia człowieka, którego dziś byśmy nazwali psychologiem policyjnym, a więc osobą, która na podstawie śladów zostawionych na miejscu zbrodni, sposobu popełnienia samej zbrodni i innych takich czynników tworzy portret psychologiczny przestępcy, mający pomóc w złapaniu zbrodniarza. Kilkadziesiąt lat temu nazywano takich "alienistami". Jestem miłośniczką seriali kryminalnych takich jak "CSI" czy "Kości", gdzie zbieranie śladów i wszelkich poszlak ładnie prowadzi do rozwiązania zagadki. Myślałam, że to będzie podobne. No i było, nie mogę narzekać. Tyle że zbrodnie okrutne... Ofiarami bowiem padają młodziutcy chłopcy, pracujący w dzielnicy uciech, czyli, co tu ukrywać, sprzedający swoje ciało. Zbrodniarz zaś nie dość, że zabija, to jeszcze okrutnie okalecza chłopców. Brr. Narratorem jest, według najlepszych conanowskich wzorów, przyjaciel tytułowego alienisty, rzecz cała sprawnie jest poprowadzona po śladach do celu, zbrodniarz, acz nie bez niepodzianek, wytropiony, niby wszystko jest, ale mnie osobiście coś nie gra. Ta niezdrowa ekscytacja śmiercią, seksem, dewiacją, psychopatią - nie całkiem mi przypadła do gustu. Z tym jednym zastrzeżeniem książkę mogę polecić do poczytania.

wtorek, 1 września 2009

"Kronika ptaka nakręcacza" Haruki Murakami

Udało mi się przeczytać, przy czym zaznaczam, że słowo "udało" jest użyte celowo. Bo zabierałam się za nią już jakiś czas temu, parę stron i odepchnęła mnie ta książka. Przyznam, że to dlatego, iż ciągle gdzieś w pamięci miałam tego detektywa Monka, to nieustanne mycie rąk, to staranne i drobiazgowe dzielenie się z czytelnikami najbłahszymi rzeczami, z czego bohater zrobi kolację, o czym rozmawia z żoną przez telefon i jakie nosi obuwie (i on, i jego żona, oczywiście). Podczas urlopu miałam jednak trochę więcej samozaparcia - i bardzo dobrze. To książka, o której po przeczytaniu się pamięta - w sensie: o czym jest. Nie mogę tego samego powiedzieć o "Norwegian Wood" czy "Na południe..." A tu proszę. Ptak nakręcacz, który nakręca cały świat. Bez niego świat się zatrzyma. Zwykły człowiek uwikłany w niezwykłą historię. Odchodzi żona, on czeka na nią, pojawiają się ludzie, którzy rzucają światło na jej tajemnicze zniknięcie, mnożą się historie, mozaika słów. I niezwykłe rozstrzygnięcie, magiczne, takie nie do uwierzenia, a jednak... I te zdania, nad którymi trzeba się zatrzymać. "Zegar tykał, sucho postukując w ścianę czasu". "[tonik] Stał więc sobie niezręcznie zawstydzony w wysokiej szklance i puszczał drobne bezcelowe bąbelki". Tak.

Kronika ptaka nakręcacza [Haruki Murakami]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE