sobota, 31 października 2009

"Przejazdem przez życie... kroniki rodzinne" Lucjan Kydryński

Będąc młodą lekarką... a nie, to nie ta bajka. Będąc w odwiedzinach u mej szanownej rodzicielki, zostałam obdarowana (dobra, pożyczyłam tylko) w/w książką, ze słowami - poczytaj, dziecko, poczytaj, na pewno ci się spodoba, świetna książka. Oczywiście, opinia mojej Mamy jest dla mnie cenną rekomendacją, więc zabrałam sie do niej z zapałem. No i dawno nie połknęłam książki w takim tempie. Wciąga jak bagno. Tytuł właściwie mówi wszystko. Otóż pan Kydryński opisuje swoje nader ciekawe życie. Tylko tyle i aż tyle. Młodsze pokolenie zapewne nie zna Kydryńskiego, ja pamiętam jego konferansjerkę sopocką czy opolską, czy też inną - charakterystyczne, arystokratyczne "r" wryło się w uszy. No i tyle, mała byłam, to co więcej miałam wiedzieć o jego wyjazdach z orkiestrami, artystami, o małżeństwie z Kunicką, o synu Marcinie... No dobra, o Marcinie wiedziałam, bo i on przecież próbował sił na scenie, prawie jak ojciec, prawie, bo jednak poszedł w zupełnie inną stronę, a "r" mają podobne, nie? Ileż Kydryński znał osobistości świata kultury! Sporo możemy obejrzeć na zdjęciach - ksiażka jest przebogato ilustrowana zdjęciami.Tak na marginesie - wiedzieliście, że Aleksandra z kącika filmowego w "Przekroju" to Kydryński właśnie? Bo ja nie wiedziałam do mniej więcej zeszłego roku...A wiedzieliście, że żoną Marcina Kydryńskiego jest Anna Maria Jopek? Albo że... (psyt, sami poczytajcie, heh) No dobra. Podsumowywując: bardzo mi się podobała. Bardzo. A że szanowny autor wspomniał w ciepłym tonie o kilku innych książkach (jego znajomych i rodziny), to w wolnej chwili poszukam i poczytam. I Mama się ucieszy, bo jej pożyczę.

piątek, 30 października 2009

Trylogia "Tytan" John Varley

Postanowiłam napisać o w/w trylogii. Tylko od razu się przyznam, że to będzie trudne. Czytalam to bowiem już jakiś czas temu, powiecie, fajnie, bo się uleżało (mnie się musi uleżeć), ale to się przeleżało! No nic, dawno, niedawno, przeczytane i już. Powiem wam, że bardzo dobrze, że przeczytane. Jest sobie statek (muzyka), leci w przestrzeni kosmicznej (muzyka) i nagle (muzyka się urywa) napotyka obiekt, przedziwny, wielki, regularny i taki, że nie wiadomo, co z nim zrobić. Ale wiadomo, chęć poznania, badania itepe, podlatują więc i... (nagłe uderzenie muzyki, od której włoski się jeżą na rękach) KATASTROFA! Obiekt, niby cichy i niewinny, zaatakował ekipę astronautów i zdaje się, że to już koniec, nie ma statku, nie ma ratunku - ale nieee... To się dopiero zaczyna. Opowieść o małym, dziwnym świecie, niby znanym, ale zaskakującym. Gdzie trzeba sobie poradzić ze środowiskiem (jak byście się czuli, jakby was wyrzucono nagich na obcej planecie?), z mieszkańcami tego obcego świata, z Bogiem tego świata, ze współrozbitkami i wreszcie z samym sobą. I wiecie co? Człowiek sobie z tym wszystkim radzi. Nie dlatego, że jest jakiś super wspaniały, inteligentny czy silny - nie. Radzi sobie po prostu tak, ot, bo tak wyszło. Nie bez problemów, błądzenia, nie bez pomocy. Jak to bywa z opowieściami w częściach, pierwsza część jest najlepsza. Ale mini, naprawdę minimalnie odstaje od pozostałych dwóch, skłonna jestem przypuszczać, że to tylko ze względu na świeżość poznanej fabuły w pierwszej części (czy ja na pewno wyrażam się zrozumiale?), w pozostałych świeżosci już brak, co naturalne, a reszta smakowitości pozostaje.

czwartek, 29 października 2009

"Której imię wymazano" Donna Woolfolk Cross


Imię kobiety, która była papieżem, wymazano z ksiąg, kronik, annałów, z historii. Wymazano, ponieważ Kościół znieść nie mógł, iż został tak oszukany. Kościół składa się z ludzi, a ludzie nie cierpią, jak się z nich robi głupków. Tu natomiast wyszło, że ludzie zostali perfidnie wystrychnięci na dudka, perfidnie, bo papieżyca tak naprawdę wcale nie chciała stanąć na czele rzymskiej parafii, to stało się jakby przypadkiem i po drodze, a takie oszustwo przypadkowe to chyba bardzoej boli. Tak naprawdę to jest historia nie o kobiecie, która została papieżem, tylko o kobiecie, która miała chłonny, otwarty umysł, żądna była wiedzy do nieprzytomości, a tylko jako osoba duchowna mogła się kształcić. Ironią losu jest, że kobieta papież nawet nie była specjalnie pobożna! Znakomicie czytało mi się tę książkę, losy Joanny od dzieciństwa aż do śmierci przedstawione są plastycznie, z oddaniem i hm - uczuciem? Czyżby autorka tak bardzo przywiązała się do swojej bohaterki? Bardzo możliwe. Bo Joanna to całkiem sympatyczna, mądra, bystra, uczciwa osoba. Abstrahując już od tego, czy istniała w rzeczywistości, czy też jest tylko mitem i legendą, dobrze było ją poznać. Posłowie, gdzie podane są przeróżne przesłanki i fakty historyczne potwierdzające, lub też zaprzeczające istnieniu papieżycy, pozwoliłam sobie przeczytać pobieżnie i po łebkach. Jakoś nie jestem tego ciekawa.

środa, 28 października 2009

"Klub Dantego" Matthew Pearl


Z prawdziwą przyjemnością dopisałam tę pozycję do listy "książek o książkach". To w cudzysłowie to takie zgrubne określenie, bo tak naprawdę to jest kryminał, ale nie da się ukryć, że Dante Alighieri i jego "Boska komedia" to kamień węgielny całej koncepcji powieści.
Z grubsza o fabule można przeczytać tutaj.
To jest debiut tego pisarza - naprawdę udany. Zaczyna się z wysokiego "C", normalnie jak u Hitchcock’a – najpierw trzęsienie ziemi a później napięcie wzrasta. I serio mówię z tym trzęsieniem ziemi. Wyobraźcie sobie morderstwo popełnione za pomocą czerwi żywiących się żywą tkanką! Morderca ogłuszył i zranił ofiarę, po czym włożył w ranę czerwie, by one dokończyły dzieła (och, potwornego dzieła zniszczenia). Cztery dni... To straszne, to okropne, to potworne.
Ale dość zachwycania się okropieństwami. Morderstwa dalsze uświadamiają członkom Klubu Dantego, że w jakiś sposób są z nimi związani i (jakżeby inaczej w kryminale) zabierają się sami za śledztwo. I bardzo ładnie je prowadzą, to znaczy - jak na laików, oczywiście. Cała fabuła jest zgrabnie poprowadzona, tak, że sam czytelnik łapie się na tym, że myśli, dedukuje - kto też może być mordercą? Nie jest to wcale takie proste, autor co chwila podrzuca nowe tropy, które rozjaśniają sprawę, ale nie tak do końca. No, przyznam się, że mnie się nie udało wykryć sprawcy przed zakończeniem powieści - co tam, frajdę miałam i tak.
Do tego Pearl przemyca naprawdę sporą wiedzę na temat Dantego, jego twórczości i przekładów. Niektórzy mogliby się doczepić, że niekiedy rozmywa się za bardzo w opisach, zwłaszcza Bostonu owego czasu - ale to takie dopełnienie i wypełnienie książki. Dzięki temu jest mocno osadzona, taka pełna. Do tego jeszcze postacie - bardzo, ale to bardzo wyraziste. Każdemu z członków Klubu (i nie tylko) autor poświęca sporo czasu, a raczej kartek. Każdego znamy dość, by go polubić, bądź znielubić, a jeśli ani to, ani to (bo i tak się zdarzyć może), to i tak postać taką poznamy na ulicy, bo tak dobrze opisana. Rzadko kiedy zdarza się taki ładny przeplot akcji z opisami, tak dobrze wyśrodkowany, że wiemy wszystko, co autorowi zamarzyło się nam przekazać, a do tego nie nudzimy się podczas czytania.
Duży plus, panie Pearl! Mam jeszcze drugą pana książkę, "Cień Poego" - zobaczymy, czy trzyma pan poziom. Mam nadzieję, już niedługo.

Klub Dantego [Matthew Pearl]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 27 października 2009

"Syriusz", "Dziwny John" Olaf Stapledon



Po przeczytaniu zerknęłam z ciekawością do neta, cóż to za facet, ten Olaf. Otóż: pisarz i filozof. A powyższe dwie książki są jedyne, jakie wydano w Polsce (napisał więcej), i do tego określają je jako mniej ważne. Uff. W takim razie dobrze, że nie wydano więcej.
Z powyższego można odczytać pewną moją dezaprobatę dla twórcy, a raczej dla twórczości. Owszem. Dlaczego?
Obie książki są do siebie dość podobne. W obu mamy bohatera, który jest "nad". Nadnormalny. Wybitnie inteligentny, posiadający niezwykłe możliwości wynikające prawie tylko i wyłącznie z siły umysłu (ducha mniej). Taki Homo Superior. To znaczy, nie całkiem homo, bo co prawda John to człowiek, ale już Syriusz to pies z niezwykle rozwiniętym umysłem. I ta wybitna jednostka przeciwstawiona jest całemu rodzajomu ludzkiemu, Homo Sapiens. Ludziom. Głupim, bezmyślnym, zawistnym, aroganckim, cherlawym, ułomnym ludziom. Wydźwięk tego porównania jest jeden. Pogarda.
Nie podoba mi się to. Na szczęście obaj kończą marnie.

poniedziałek, 26 października 2009

"Kochali się że strach" antologia


Ściągnęłam tę książkę z półki w księgarni, bo tytuł mi się niejasno z czymś kojarzył. Po starannym obejrzeniu wiedziałam już, z czym. Otóż, tomik ten jest zbiorem opowiadań pisanych na forum Fahrenheita, w ramach ZakuŻonych Warsztatów, a że czasem tam bywam, ten temat przewodni "Kochali się, że strach" musiał wpaść mi w oko. Lubię to forum, od czasu gdy natknęłam się na celofyzy, które oczywiście nie istnieją.(1)

Tak więc postanowiłam dać szansę młodym zdolnym i zakupiłam książkę. Antologia składa się z trzynastu opowiadań, przeczytałam, co ja mówię, pochłonęłam w okamgnieniu i zakrzyknęłam: dobre!Po czym zajrzałam na tamtejsze forum i znalazłam wątek z wrażeniami z czytania zawierające opinie czytelników oraz wypowiedzi autorów. Niektóre z wypowiedzi pozwoliłam sobie załączyć w odpowiednich miejscach, mniejszą czcionką. Link do całego wątku podaję na końcu (2), przy czym chcących tam zajrzeć uprzedzam, że najpierw trzeba się przebić przez sporą dozę niecierpliwości, czekania na listonosza z paczka, szukania w księgarniach i ogólnie takie emocje, którym wcale się nie dziwię, jakby coś mojego wyszło drukiem, też bym się niecierpliwiła.

Przejdźmy teraz do opowiadań, moje krótkie cztery grosze:

1. Aleksandra Janusz: Imponderabilia
Głównym bohaterem jest imp, własność mistrza nekromanty, który próbuje pomóc swemu panu w problemach sercowej natury, choć nic a nic się na tym nie zna. No i właśnie ta nieznajomość ludzkich zwyczajów staje się źródłem komizmu. Nie najwyższych lotów, ale porządnego, nie sprośnego - fajne toto, można się uśmiechnąć całkiem szczerze. No i nekromanta - jak dla mnie to słowo to taki kotylion przypięty na stałe do Fahrenhaita.(1)

2. Daniel Greps: Głóg
A to już bardziej mroczne i metafizyczne opowiadanie. Zaczyna się dość przeciętnie, zapłatą za wykonaną usługę dentystyczną (najpewniej wampirowi, bo kto inny by robił zęby tylko po zmierzchu?) ma być kobieta. Nierzeczywiste. Nielogiczne. Ale klimat miłości pięknie oddany.

3. Andrzej Sawicki: Na końcu świata
Rzecz rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej i przez dalekie nawiązania do Hala z Odysei od razu budzi w czytelniku (czyli we mnie) pozytywne odczucia. Bo chodzi o komputery, spersonifikowane, uczłowieczone, czasem wkurzające, ale jakże kochane...Głównym bohaterem jest galaktyczny oszust, taki Stalowy Szczur, albo ten z Lotofagów Weinbauma (nie czytaliście? - no to przeczytajcie) niby krętacz, ale sympatyczny. I smok, a jakże, w przestrzeni kosmicznej. Ciekawe.
Nosiwoda:Jeszcze jedno - przypomina mi się ŚWIETNE opowiadanie Bruce'a Hollanda Rogersa, tylko cholera tytułu nie pamiętam, także o przestępcy, który uciekał swoim rozumnym statkiem i także wykiwał na koniec własny statek, popełniając samobójstwo, żeby ten mógł się uratować. Ktoś pamięta ten tytuł? Krótki był...
Savikol: O, scheise! Popełniłem plagiat?! Ups, a sam wskazałem podobieństwo opowiadania Dabliu do tekstów Mieville, to teraz mam. Szczerze mówiąc obawiałem się, że ktoś wytknie podobieństwo motywu o inteligentnych okrętach do cyklu Anny McCaffrey "Statek, który śpiewał", a tu taki kiks. To już było! Co za cios! Cieszę się, że przynajmniej się podobało.
EDIT: A niech to! W "Statku, który śpiewał" też chyba było o śmierci pilota...

4. Rafał W. Orkan: Miód z moich żył
Stare jak świat: ona go kocha, on dopiero poniewczasie zdaje sobie sprawę, że on ją też. Ale dobrze opakowane, bo historia umieszczona w kastowym świecie przyszłości, ze Złotorękimi, Arystokratami, Technomantami i tymi najniższymi, prawie śmieciami. Jak dla mnie za krótkie, stanowczo przeczytałabym więcej. Po przeczytaniu wypowiedzi poniżej (z forum) doszłam do wniosku, że mnie z kolei klimat pachnie nieco "Pozytronowym detektywem" ale tylko pachnie. Jak widać, inspiracji można się doszukiwać a doszukiwać.
Jakoś tak w okolicy (o ile dobrze pamiętam) maja tego roku (Miód z moich żył został napisany na początku stycznia ) siedziałem sobie w Literatce z Joe Cool i Nexusem, i skarżyłem się, że właśnie czytam świetną książkę pt. "Dworzec Perdido", w której autor ukradł mi masę pomysłów A tymczasem Vakkerby powstawało w mojej głowie już od 2001 roku, a do bezpośrednich inspiracji zaliczam "Neuromancera", "Diunę" i opowiadania Agnieszki Hałas o Krzyczącym W Ciemności. Ale wiedziałem, że ktoś w końcu zauważy podobieństwo do Mieville'a, bo sam je zauważyłem. Choć jest totalnie niezamierzone, a oba opowiadania z Vakkerby napisałem na kilka miesięcy przed lekturą "Dworca..."


5. Martyna Raduchowska: Cała prawda o PPM
Bajka o bajkach. Śpiąca królewna, Kopciuszek i inne księżniczki, królewicz, czarownica i takie tam. I cała prawda o PPM - Prawdziwym Pocałunku Miłości. No takiego wyjaśnienia PPM jeszcze nie czytałam. Całość humorystyczna, w nieco podobnej konwencji jak pierwsze opowiadanie. Brawo.

6. Aleksandra Zielińska: A imię jej Grace
Nie wiem, o co tu chodzi. Naprawdę. Po przeczytaniu zapomniałam. 

7. Karol Makawczyk: Detox
Nie wiem, gdzie tam była miłość, ale była wódka i tyle z tego wiem. 

8. Paweł Grochowalski: Serce na dłoni
Króciutkie walentynkowe opowiadanko, z zaskakującym zakończeniem (w teorii, hłe hłe). Tylko językowo mi coś zgrzytnęło na koniec, niestety. 

9. Krzysztof Skolim: Wielbłądy za Annę
Żeby móc kochać Annę, trzeba wnieść do rodziny sutą opłatę. Jak wielbłądy u Beduinów. A że rodzina dziwna, więc i opłata będzie niecodzienna. 

10. Karolina Majcher: Fantastyczna miłość
Fantastyczna, bo taka och i ach? Nie. Bo to chemia, bo miłość jest efektem łyknięcia tabletki. Szast prast i dwoje całkiem obcych sobie ludzi jest w sobie szaleńczo zakochanych. Rozmowa tych ludzi (tuż przez zażyciem tabletki) powala na kolana. Karolina Majcher przestawia świat przyszłości, prorodzinny do tego stopnia, że ludzie samotni odrzucani są poza margines społeczeństwa. Stąd też te tabletki - by nie być samotnym, by kogoś pokochać, by zawrzeć małżeństwo i żyć długo i szczęśliwie. A gdzie magia miłości? Magia, nie chemia... Porażające. 

11. Marta Kisiel: Dożywocie
Najpiękniejsze opowiadane z całego zbiorku. Zwyciężyło u mnie na całej linii. Historia pisarza, Konrada Romańczuka (3), który próbuje napisać Dzieło Swojego Życia, na tle perypetii związanych z nieoczekiwanym objęciem spadku. Owym spadkiem jest domek gdzieś w lesie, willa Lichotka: niby sama radość, ale rzecz w tym, że spadek obciążony jest lokatorami. Cuuudnymi (tu padam na kolana i walę czołem w podłogę), bo to stwór Kraken (tak, ten potwór morski) znakomicie spełniający się w kuchni; panicz Szczęsny, który co i rusz umiera z miłości, (nie)szczęśnik jeden; oraz Licho, wiecznie zakatarzony anioł (ma alergię na pióra, biedaczysko, własne), tak jak pisałam, cudnymi, tyle, że sprawiającymi nieco kłopotów nowemu właścicielowi. No po prostu rewelacja. Opowiadanie jest śmieszne, przesympatyczne i w ogóle. W ogóle, powiadam. Pani Marto, ja chcę więcej o willi Lichotce! Domagam się! Alleluja.

12. Konrad Romańczuk: Wielkie, magiczne... hm...
Wielki Sztuk Mistrz na tropie kryminalnej zagadki. Gdzież tu miłość, zapytacie? Wszędzie. Naprawdę wszędzie. Brawo, panie Romańczuk. Tfu, panie Bańkowski (ładnie to tak sobie żarty stroić, panie Coleman, z Marty i podszywać się pod autora przez nią stworzonego? No dobra, ładnie, bo nader zgrabnie to wyszło). http://www.fahrenheit.net.pl/archiwum/f31/30.html Tekst ten nie został napisany na ten konkretnie temat, pochodzi z innego konkursu, a został włączony do antologii jakoś tak nie wprost. Albo później. Albo jeszcze co innego.

13. Wiktoria Semrau: Tylko mnie kochaj
Jedno z opowiadań z niecodziennym pomysłem. A może i nie tak znów błyskotliwym, ale pięknie rozwiniętym. Ludzie, których jedynie miłość trzyma przy życiu, co mają począć, gdy tej miłości braknie? No właśnie. Nie wiadomo, czytelnik ma sobie dopowiedzieć.

Podsumowywując - absolutnie warto. Mimo, że nie wszystko jednakowo mi się podobało, ale taki już urok antologii. Coś powala na kolana, coś się podoba, a o czymś się zapomina prawie natychmiast po przeczytaniu. Całość jednak, moim zdaniem, jest na dość wysokim poziomie, zawiera perełki i tchnie świeżością.

(1) Żeby porządnie zrozumieć, o co chodzi z celofyzami i nekromantami, polecam przeczytanie tego http://www.fahrenheit.net.pl/archiwum/f56/29.html
 
(3) Jak zapewne zauważyliście, bohater "Dożywocia" i autor następnego opowiadania "Wielkie magiczne... hmm..." noszą to samo miano, co zauważył jeden z forumowiczów Fahrenheita i pomyślał, że Marta Kisiel sprytnie wcisnęła drugie swoje opowiadanie, tyle że pod pseudonimem:
A niech sobie Harna i dziesięć opowiadań w jednej antologii publikuje. Alleluja! Tylko dlaczego się wypiera autorstwa, to ja nie rozumiem A jeśli to nie tekst Harny, to po prostu ciekawi mnie, czyj. Bo oznaczałoby to, że to tekst np. któregoś z redaktorów. No bo, zauważcie: opowiadanie "Wielkie, magiczne... hm..." nie jest jednym ze zwycięskich tekstów, tak? Autor, Konrad Romańczuk, to postać literacka, główny bohater opowiadania Harny. W jego notce autorskiej jest wprost i w skrócie napisane to, co wynika z opowiadania. Zresztą, sami zobaczycie. No więc ja byłem przekonany, że jest to taki żart ustalony między Harną a Wysoką Komisją, już poza konkursem. A jakoże to bonusowe opko jest dość świntuszkowate, nazwałem Harnę świntuszkiem. A ona się broni. A skoro się broni, i twierdzi że nie ona, to ja drążę głębiej, bo mi jakoś styl obu tekstów wydaje się podobny. Podobny rodzaj humoru i dygresyjność No więc, jak to dokładnie jest? Kto jest tym świntuszkiem od budyniu?

niedziela, 25 października 2009

"Festung Breslau" Marek Krajewski


Opis z Merlina:
Wrocław, wiosna 1945 roku. Sześćdziesięciodwuletni, zawieszony w obowiązkach oficer Eberhard Mock prowadzi prywatne śledztwo w sprawie zabójstwa pasierbicy znanej antyfaszystki. [...] Festung Breslau to mistrzowsko skonstruowany kryminał, czerpiący z najlepszych tradycji gatunku, niebanalny i zaskakujący. Znakomity język współtworzy zagadkowy nastrój, trzymająca w napięciu intryga powoli odsłania przed czytelnikami swoje tajemnice, postacie są interesujące i niejednoznaczne. [...] Stali czytelnicy odnajdą w czwartej części cyklu to, co w nim najlepsze, dla nowych stanie się ona z pewnością początkiem lekturowej przygody. 

Jak widać z powyższego, zaczęłam od ostatniej części cyklu. Cóż, to do mnie podobne, nie sugerować się kolejnością. Wnioskując jednak z opisów na Merlinie - trafiłam źle. To znaczy - źle, bo ostatnia książka z cyklu, wcześniejsze może są lepsze. Może. Chyba tego nie sprawdzę, bo to, co właśnie przeczytałam, nie podobało mi się. W zasadzie dokończyłam czytać tylko dlatego, żeby wiedzieć "kto zabił". Wątek kryminalny to jest jedyna rzecz, jakiej krytykować nie mam prawa, bo faktycznie, dobrze zarysowany, dobrze poprowadzony - nie ma co, klasycznie, pięknie.

Ale reszta... Cóż, główny bohater wyraźnie pretenduje do miana chandlerowskiego detektywa, zmęczonego życiem, cynicznego. Tylko na jaki piernik autor z sześćdziesięciodwulatka robi jurnego faceta, regularnie odwiedzającego panienki lekkich obyczajów? Żeby poczytność wzrosła? No cóż, to tylko margines książki, na szczęście.

Dalej - postacie, niby wyraźnie zarysowane, ale i przerysowane. Na siłę udziwnione, może żeby stały się bardziej interesujące? Niejednoznaczne, hehe... jakby autor nie mógł się zdecydować, czy mają być takie, czy siakie. No nie wiem. Mnie nie pasowało.

Język, styl. Och, to było najgorsze. Drętwy, chropawy, zgrzytał mi w uszach, jak czytałam, choć wcale nie czytałam na głos! Od jeszcze w miarę zgrabnych opisów wojennego Wrocławia autor przechodzi do opisów wewnętrznych przeżyć bohaterów (głównie głównego), tak niespójnych, tak cudacznych, tak dziwnych, że aż się gęba krzywi.

Ogólnie - całość mi nie podpasowała. Aż sobie przypomniałam powieść "Maruta" Kazimierza Korkozowicza - też kryminał, też akcja toczy się podczas wojny, a jaka różnica! Niebo i ziemia, naprawdę. I jak "Marutę" polecam wszystkim miłośnikom kryminałów, tak "Festung Breslau" jest chyba tylko dla zapaleńców.


Festung Breslau [Marek Krajewski]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

sobota, 24 października 2009

"Światy braci Strugackich. Czas uczniów" antologia


Dostałam (właściwie pożyczyłam) ową pozycję od kolegi, który znając moje zamiłowanie do Strugackich podesłał książkę, wraz z niemożebną ilością starych Fantastyk. Oczywiście, namiętnością powodowana (czytelniczą, dodam dla jasności) odłożyłam NF na potem, a rzuciłam się do "Czasu uczniów".
Cóż to jest? Otóż to zbiór opowiadań młodych (a może nie, ja tam im w metryki nie zaglądałam) pisarzy rosyjskich, którzy, jak i ja, lubią czy też wręcz kochają twórczość braci Strugackich, no i pokusili się o rozwinięcie, czy też kontynuację wątków znanych z ich książek. Według informacji z okładki książki są to "skrzące się pomysłami, błyskotliwe kontynuacje takich powieści, jak «Poniedziałek zaczyna się w sobotę» czy «Piknik na skraju drogi»"
Informacja jak jest, taka jest, wiadomo, marketing, zachwalać muszą, nie? Ale już we wstępie pióra samego Borysa Strugackiego zastanowiło mnie jedno zdanie: "Nie będę twierdził, że przeczytałem wszystkie proponowane utwory z jednakową przyjemnością, ale niewątpliwie przeczytałem je z jednakowym zainteresowaniem." - mistrz dyplomacji, zaiste!
Otóż ja przeczytałam z niewątpliwą przyjemnością jedno (JEDNO!) opowiadanie, a pozostałe z nader nikłym zainteresowaniem, jedno nawet odpuściłam, bo mi się zwyczajnie nie chciało w to brnąć. Nudne, zawikłane, nieczytelne, echhh, pisać hadko. Może dla superhipermaniaków Strugackich byłyby one interesujące, widać jednak się do takowych nie zaliczam. Żeby nie było, podam, co mi się podobało: "Krzątanina w czasie" Siergieja Łukjanienki - kontynuacja "Poniedziałku". I pana Łukjanienkę chwalę i zapewniam, że jak jeszcze coś jego pióra dorwę, to przeczytam, bo mnie zainteresował.
A reszty nie polecam.
ps. Plusik mały za okładkę, ładna.

piątek, 23 października 2009

"Trzęsienie czasu" Kurt Vonnegut

Grupa ludzi wybrała się kiedyś do Kanady, żeby zapolować na jelenie i łosie. Ktoś musiał zostać kucharzem, bo inaczej wszyscy pomarliby z głodu. Ciągnięto zapałki i wypadło na mojego ojca. Myśliwi ustalili, że ktokolwiek powie złe słowo na temat kuchni ojca, sam zostanie kucharzem. Ojciec gotował coraz gorzej i gorzej, a reszta cholernie dobrze bawiła się w lesie. Koledzy chwalili kolacje, choćby najokropniejsze, mlaskając z ukontentowania i poklepując mojego ojca po plecach. Któregoś ranka, gdy reszta wyruszyła do lasu, ojciec znalazł świeżą łosią kupę. Usmażył ją na oleju silnikowym, a wieczorem podał na gorąco jako kotleciki. Gość, który pierwszy wziął kotlecik, wypluł go z obrzydzeniem. To był odruch! Wybełkotał: - Jezu Chryste, to smakuje jak łosia kupa smażona na oleju silnikowym! I szybko dodał: - Ale dobra kupa, dobra.

środa, 21 października 2009

"Królowa Południa" Arturo Perez-Reverte


To śliczna książka. Pochłonęłam ją z zapałem, ciekawością i zadowoleniem. To opowieść o kobiecie - silnej, twardej kobiecie działającej w światku przemytników narkotykowych. Znalazła się tam trochę przypadkiem, trochę wbrew sobie, ale jak już się tam znalazła, doskonale się odnalazła. Jako szefowa, jako strateg, jako głównodowodząca. Przewidująca, odważna, bezkompromisowa Teresa Mendoza. Teresa budzi sympatię, ale nie tę, gdzie identyfikujemy się z bohaterką i zaczynamy ją lubić. To raczej taka sympatia, gdzie trzymamy kciuki, żeby jej się udało, ale jednocześnie litujemy się bezustannie nad jej samotnością, wiecznym strachem i upiorami z przeszłości.

Bo tak naprawdę to opowieść o samotności tej kobiety, trwającej całe życie (dostępne nam na kartach tej powieści) z krótkimi przerwami, tym bardziej podkreślającymi pustkę w jej życiu. Możliwe, że tylko dla mnie ta książka ma taki wydźwięk, dla innych może być to świetna opowieść o narkobiznesie, rzeczowa, rzetelna, znakomicie napisana. o blaskach życia przemytników: pieniądze, luksus, szacunek (oczywiście w odpowiednich kręgach) i sława. O cieniach także: strach przed policją, przed złapaniem, porachunki między konkurencją, strzelaniny i zdrady, więzienie. Tak, dla innych może to być naprawdę dobra książka sensacyjna, rewelacyjnie napisana i w dodatku opisana, jak się tworzyła (to się chyba nazywa budowa szkatułkowa, jeśli dobrze pamiętam), ale nie dla mnie. Dla mnie to smutne studium postaci śmiertelnie (nie dosłownie, oczywiście) zranionej, żyjącej w próżni emocjonalnej.

Dobrze mi się czyta takie książki. A do tego autor wplótł (specjalnie dla kobiet!) prześliczne uwagi o strojach i ogólnie ubieraniu się*, oraz (specjalnie dla mnie!) rozważania o czytaniu w ogólności**. Miodzio - rzekłam.

* A więc ubieranie się nie służy tylko wygodzie czy uwodzeniu. Nawet nie jest wyrazem elegancji czy statusu społecznego, ale oddaje subtelności w ramach tego statusu. Ciuchy mogą wyrażać stan ducha, charakter, władzę. Można się ubierać jak ktoś, kim się jest, lub jak ktoś, kim chce się być, i na tym właśnie polega różnica. Tego się człowiek uczy, jasne. Tak samo jak manier, sposobu jedzenia czy rozmawiania. [...] - Jeśli mówimy o ubieraniu się naprawdę - wyszły z przymierzalni, gdzie Teresa oglądała się w lustrze w kaszmirowym swetrze z golfem - nie można ubierać się nudnie. Ale żeby nosić pewne rzeczy, trzeba odpowiednio się poruszać, trzeba dobrze się nosić. Nie wszystko jest dobre dla każdego. To na przykład. O Versace od razu zapomnij. W ubraniach od Versace wyglądałabyś jak dziwka. 

** Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę, mówiła Patricia. Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele. [...]Poza tym z lektury można się wiele nauczyć, czytanie pomaga myśleć inaczej albo lepiej, dlatego że na zadrukowanych stronicach inni robią to wszystko przed nią. [...]W ten sposób Teresa przekonała się, że zwykłe kartki papieru pokryte farbą drukarską nabierają życia, gdy ktoś je przerzuca i przebiega wzrokiem linijki, i znajduje w nich odbicie swojego losu, dostrzega swoje zamiłowania, upodobania, zalety i wady. Teraz już była pewna tego, co przeczuwała, kiedy rozmawiała z Pati O'Farrell o zmiennych losach Edmunda Dantesa: że nie ma dwóch takich samych książek, bo nie ma dwóch takich samych czytelników. A każda książka, jak każdy człowiek, jest czymś wyjątkowym, jest jedyną historią i całym oddzielnym światem.

Królowa Południa [Arturo Pérez-Reverte]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 20 października 2009

"Allah 2.0" Mieszko Zagańczyk

Nie sięgnęłabym sama po tę pozycję, gdyby mi jej nie pożyczono, bo tytuł jakiś dziwny i kontrastuje z imieniem autora. Nazwiskiem chyba też. Po przeczytaniu okazało się, że to jakiś rodzaj "political fiction", mnie słówko "political" trochę odrzuca, ale w przypadku tej książki uprzedzenia poszły w kąt. Rzecz cała opiera się w tej powieści na założeniu "co by było, gdyby". No i mamy rok 2072, kiedy to Europa modli się do Allaha, Watykan nie istnieje, Chiny są potęgą gospodarczą, a Polska trafia pod panowanie cara Rosji. Zagańczyk pokazuje świat poprzewracany do góry nogami i trochę przerażający, ale obserwujemy ten świat z fascynacją i zainteresowaniem, towarzysząc bohaterowi - Zakowi, hackerowi odsiadującemu wyrok za włamanie do sieci korporacyjnej. Jest jeszcze drugi świat, XIII-wieczny Damaszek, w którym drugi główny bohater, Muhammad Ibn al Charis, wyznawca Allaha, łowca, poluje na demony, sługi ciemności. Czy i jak połączą się ich losy? Nie zdradzę, powiem jedynie, że te dwa wątki są tak od siebie odmienne, iż wydaje się, że to dwie zgoła różne powieści. Na uwagę zasługuje wątek relikwii - dłoni Jana Pawła II - której poszukuje główny bohater książki. W świetle obecnych działań prowadzących do beatyfikacji tego papieża, a także tego (jak kiedyś czytałam w jakimś wywiadzie z autorem), że wątek ten powstał jeszcze za życia papieża, miałam niepokojące wrażenie jakiegoś... proroctwa? Sama nie wiem, mgliste to było uczucie. Autor pełnymi garściami czerpie z Gibsona i jego "Neuromancera". I to mu się, proszę państwa, chwali, bo robi to ładnie, po prostu. Bierze to, co mu jest potrzebne, ani grama więcej, i splata to przemyślnie z pisaną przez siebie historią. Książka ma zaskakujące zakończenie i bardzo mi się to spodobało. Śmiem nawet twierdzić, że dla samego zakończenia warto było ją przeczytać.

poniedziałek, 19 października 2009

"Przyjemność poznawania" Richard P. Feynman

Nieduża, cienka książeczka, do której zbierałam się (zbyt) długo, być może obawiając się "przeintelektualizowanego" podejścia. Niesłusznie. To po prostu opowieści naukowca o swojej pasji, czyli o nauce. No, nie tylko. Wykłady, wspomnienia ze szkoły, anegdoty z pracy, raport z badania przyczyn katastrofy Challengera, rozważania o religii. Szerokie spektrum, prawda? Bardzo dobrze się to czyta, z podziwem dla wielkiego umysłu i dla szczerości, z jaką to wszystko jest napisane. Uśmiechnęłam się tylko przy jednym ze wstępów autorstwa nie samego Feynmana, tylko kogoś innego, wydawcy chyba, mianowicie: Rozdział ten może sprawić trudność niektórym czytelnikom, jest to jednak tak ważna część spuścizny naukowej Feynmana, że mam nadzieję, iż znajdą oni czas na lekturę, nawet jeśli będą musieli opuścić kilka bardziej technicznych fragmentów. Och, nisko ceni wydawca czytelników, rozważania na temat miniaturyzacji komputerów nie są takie trudne. Tak dla zachęty: Z Bethe doświadczyłem wielu ciekawych przeżyć. Już pierwszego dnia przyszedł, a mieliśmy maszynę liczącą Marchanta, no więc przyszedł i mówi: "Sprawdźmy ciśnienie..." - do wzoru, ktory trzeba było zastosować, ciśnienie wchodziło w kwadracie - "ciśnienie wynosi 48,48 do kwadratu..." Podszedłem do maszyny, a on mówi, że to będzie około 2300, więc uruchomiłem maszynę, żeby to policzyć, a on, że jeśli chcę wiedzieć dokładnie, to jest 2304. No i było, 2304. Spytałem go, jak on to robi, a on na to: "To nie wiesz, jak podnosić do kwadratu liczby bliskie pięćdziesięciu? Jeśli to coś blisko 50, powiedzmy o trzy mniej, to to będzie o 3 mniej od 25, czyli 47 do kwadratu daje 22 plus coś, co jest równe kwadratowi dopełnienia do pięćdziesięciu. Na przykłąd tutaj dopełnienie jest równe 3, stąd 9 - czyli 47 do kwadratu to 2209. No i jak, zgadza się?" Zgadza. Zachęca? To polecam. Wszystkim, naprawdę.

niedziela, 18 października 2009

Dick Francis

Kurt Vonnegut w "Trzęsieniu czasu" napisał: 
"Pisarza Dicka Francisa spotkałem na Kentucky Derby przed wielu laty. Wiedziałem, że był kiedyś mistrzem jazdy konnej z przeszkodami. Powiedziałem, że jest wyższy, niż oczekiwałem. A on na to, że trzeba chłopa, aby utrzymać konia w czasie skoków przez przeszkody. Jego postać na stałe utkwiła mi w pamięci, ponieważ, jak mi się wydaje, w życiu jest podobnie: chodzi o utrzymanie szacunku dla samego siebie, dumy, gdy się pokonuje płoty, mury i wodę." 
Przeczytałam to i jakoś się ucieszyłam. Książek Dicka Francisa mam kilka, ale dwie szczególnie pamiętam, gdyż bardzo mi się spodobały od pierwszego czytania - "Bankier" i "Płatne przed gonitwą". Bardzo plastycznie i wiernie oddane środowisko wyścigów konnych, co się nieczęsto zdarza w kryminałach (tak, to kryminały). A teraz się dowiaduję, że przecież autor znał ten świat od podszewki! Teraz jasne! No przecież wcześniej nie wiedziałam, bo mało kto szuka informacji o autorze, przeczytawszy jego książkę, jakiś tam dobry kryminał (no ja nie), ale teraz już wiem. Fantastyczne uczucie.
I trochę z jego książek:  
"Przeczytałem jeszcze jeden artykuł, tym razem o szybkim teście antydopingowym dla koni wyścigowych opartym na przeciwciałach. Była to jedyna lektura, jaką mogłem znaleźć. Miałem przyjaciela - maniaka czytania, który był w stanie rozczytywać się w rozkładzie jazdy autobusów, jeżeli nie miał nic innego pod ręką."
  (Dick Francis 'Powrót", Świat Książki, W-wa 1994 s. 66.) Jakież to dla nas znajome i zrozumiałe, prawda? :)  

"Ceny oleju napędowego mogą pójść w górę, czytałem dalej. Nie znosiłem artykułów opartych na przypuszczeniach. Tak samo jak rubryki « lekarze ostrzegają». Lekarze powinni ostrzegać czytelników przed rubryką «lekarze ostrzegają»."  
(Dick Francis "Impuls", Świat Książki, Warszawa 1995, s. 106) Trafna uwaga!  

"Choć bardzo się starał, pełen wyniosłości ton głosu nie mógł ukryć pustki, która się pod nią kryła. Tak naprawdę Tigwood był miernotą, co stara się wynaleźć rolę dla siebie, samo w sobie nic dziwnego czy odstręczającego. Cóż innego miał robić? Pełznąć naprzód, załamując ręce, jak Uriasz Heep?" (Jak wyżej, s. 142)


Gdybym nie przeczytała wcześniej Dickensa "Dawida Copperfielda", nie wiedziałabym, kim był Uriasz Heep. Należy jak najwięcej czytać, by móc wyłapywać wszelkie niuanse. Uprzejmie proszę więc o rozciągnięcie doby.

sobota, 17 października 2009

"Labirynt" Kate Mosse

Ach, te tylne strony okładek! Zawierają tyle treści: zdjęcie autora, krótki życiorys, trochę z treści książki, informację, na ile języków ją przetłumaczono lub właśnie jest tłumaczona, do tego adres internetowy strony książki...Mnóstwo, mnóstwo. I dobrze, ma zachęcać. Choć czasem mnogość informacji zniechęca, to nie w tym przypadku. No i ta objętość - 480 stron to już coś. Kate Mosse wzięła na tapetę temat dość oklepany: święty Graal. Odrzuciła jednak całą tę mityczną, legendarną otoczkę, wzięła samo jądro opowieści i obudowała je po swojemu. Jej Graal nie jest żadnym kielichem, misą czy naczyniem. Jej Graala się nie poszukuje, organizując wyprawy czy krucjaty. Jego się ma i chroni, a także przekazuje dalej.Nie napiszę wam, czym jest Graal pani Mosse, bo zepsułabym wam przyjemność odkrywania tego na kartach książki, a to nielicha przyjemność. Nic nie jest tu wyjaśnione prosto z mostu, tylko podawane jest delikatnie, półsłówkami, w zawoalowany, tajemniczy sposób. Jak w tańcu brzucha, siedem zasłon opada jedna po drugiej niczym płatki przekwitającej róży. Pomysł autorki, by całą kanwę powieści rozdzielić na dwa pasma - pierwsze zaczyna się w roku 1208, drugie w 2005 - jest cudowny. Losy Alais, siedemnastoletniej dziewczyny uwikłanej w wojny i burze inkwizycji przeplatają się z losami Alice, trzydziestoletniej Angielki, uwikłanej w wydarzenia osnute wokół niespodziewanego odkrycia archeologicznego. Ponadto okazuje się, że te dwie kobiety są z sobą spokrewnione, a pamięć Alais, choć trochę zatarta wiekami, żyje w Alice, początkowo w jej snach, a potem na jawie. Alais i Alice są podobne. Wrażliwe, myślące, nierozsądnie odważne. Bez wahania rzucają się w szaleńcze przedsięwzięcia, tylko dlatego, że czują, iż tak trzeba. Alais trochę przypadkowo staje się opiekunką Trylogii, świętych starożytnych ksiąg: Księgi Słów, Księgi Napojów i Księgi Liczb. A może nie wszystkich trzech, tylko jednej? Albo dwóch? Nie jestem pewna, bo to wciąż się zmienia. Alice przypadkowo odkrywa miejsce, gdzie ukryta jest jedna z ksiąg, a popychana delikatnym dotknięciem palca Losu stopniowo dowiaduje się, czym są dwie pozostałe. Poznaje tajemnicę Labiryntu - symbolu Graala. Jak w labiryncie, zaczynając od zewnętrza, błądząc tu i ówdzie, zbliża się do sedna, do jądra zagadki. Alais towarzyszą przyjaciele: stary mądry Harif, młodziutki Sajhe i inni, którzy pomagają jej żyć i przetrwać. Otaczają ją też wrogowie z jej własną siostrą Orianą na czele. Milutka siostrzyczka - spiskuje, intryguje i próbuje usunąć Alais z tego łez padołu. Alice spotyka ludzi, których początkowo nie zna i im nie ufa, a którzy stają się jej przyjaciółmi, prowadzą ją i chronią przed wrogami. Któż może być wrogiem? Oczywiście, potomkini Oriane, która szuka do upadłego i po trupach Trylogii i Labiryntu. Gdy opowieść o obu kobietach zbliża się do końca, akcja nabiera tempa, jak w najlepszych powieściach sensacyjnych. Troszkę szkoda, bo pasowała mi niespiesznie snuta opowieść. Ale tak też jest dobrze. W miarę zbliżania się do środka labiryntu kręgi przez nas zataczane są coraz ciaśniejsze, idziemy coraz szybciej i nagle bum i jesteśmy w środku.

piątek, 16 października 2009

"Sekretny wątek" Kylie Fitzpatrick


"Sekretny wątek" to książka z gatunku, co to jakby coraz częściej wpada mi w ręce. Schemat jest mniej więcej taki: jest sobie jakiś obiekt, przedmiot o sporym znaczeniu czy to religijnym, czy to historycznym i śledziemy losy tegoż obiektu na przestrzeni dziejów. Taka jest książka "Labirynt" Kate Mosse niedawno przeczytana, spodobała mi się, więc wzięłam do ręki przedmiotową ksiażkę.
"Sekretny wątek" opowiada o losach haftu z Bayeux, bardzo starego(sprzed dziewięciu wieków), bardzo długiego (70 metrów), przedstawiającego historię króla Edwarda, bitwę pod Hastings i podbój Anglii przez Wilhelma Zdobywcę. Główna bohaterka otrzymuje do przetłumaczenia łaciński rękopis, który w miarę tłumaczenia okazuje się pamiętnikiem jednej z twórczyń haftu. Przeskakujemy sobie z wieku dwudziestego pierwszego do jedenastego, tajemnicza kronikarka okazuje się przodkinią głównej bohaterki, wszystko ładnie i ślicznie i... i mdło. I nie wiem, czy to wina książki, czy też schematu, który za pierwszym razem (Labirynt) ujmował świeżością, a za drugim (Sekretny wątek) stracił urok nowości.
Ale przecież Chmielewska też tak jakby zastosowała ten chwyt w "Przeklętej barierze", więc ten drugi domysł chyba nietrafiony.
No nie wiem. Teraz mam na tapecie "Ósemkę" Katherine Neville, schemat wydaje się być taki sam, przeskok w dziejach jest, więc zobaczę.

czwartek, 15 października 2009

"Wilczy notes" Mariusz Wilk


Wrzuciłam do schowka po przeczytaniu recenzji Bazyla i miałam farta, że Olimpia, która pracuje w bibliotece, zajrzała do schowka. Na któreś spotkanie wzięła, pożyczyła mi i dzięki temu mogłam przeczytać. To opowieść o kawałku Rosji, którą poznał autor, czyli o Wyspach Sołowieckich na Morzu Białym. Albo też myśli, że poznał, bo właściwie na samym początku uprzedza, że Rosji poznać się nie da. No i teraz nie wiem, poznał, nie poznał...? Drażnią na początku rusycyzmy, nie tylko jako słowa, ale i szyk zdania. Na szczęście, w miarę czytania i wciągania się w naturalny rytm powieści, staje się to naturalne i zwykłe. Jeśli zaś chodzi o treść... Dziwnie się czyta o naszych sąsiadach, właściwie o małym wycinku "sąsiedztwa", gdzie wciąż króluje nędza, ludzie żyją z zapomóg i/albo kłusownictwa, państwo zapomina o biedocie, bo im tak wygodnie, a jednocześnie kupę pieniędzy wywala się w błoto, bo tak stanowi jedna pieczątka kogoś z góry. Dziwnie się czyta o rejsie, gdzie trzeba od czasu do czasu kryć się na brzegach, wyspach, bo rejs jest niedozwolony, a jeśli do tego dodać, iż na pokładzie jest człowiek obcego pochodzenia, to już więzienie pewne. Dziwnie się czyta o człowieku, który tam mieszka, żyje i jakoś mu się tam podoba (skoro uparcie tam siedzi), bo mnie osobiście błota, mgły i lody Sołowki przyprawiają o dreszcze.

środa, 14 października 2009

"Rodeo" Ken Kesey, Ken Babbs


To powieść, której współautorem jest Ken Kesey, znany przede wszystkim z "Lotu nad kukułczym gniazdem". Napisał to razem z Kenem Babbsem - wspólna powieść wyszła im znakomicie. To historia słynnego rodeo, które odbyło się w Pendleton w stanie Oregon w 1911 roku. Chciałabym rzucić nieco światła na historię powstania książki. Otóż Kesey legendy o sławetnym rodeo słyszał już jako dziecko, od ojca, po raz pierwszy z okazji przejeżdżania obok Pendleton. Potem już odwiedzał to miasteczko całą rodziną, uczestnicząc w zabawach i festynach, a jeszcze później, jako młodzieniec wybrał się tam samotnie jako turysta, już na miejscu zbierając opowieści naocznych świadków (jeszcze żyli). Te opowieści gdzieś tam w nim siedziały, skoro po latach postanowił spisać je i opublikować. Ken Babbs, jego przyjaciel, pomagał mu zbierając informacje, takie jak artykuły z gazet, wywiady, archiwalne zdjęcia. Wspólnie wędrowali konno po szlakach Oregonu, łykając kurz z dróg, pijąc kawę przy ognisku - tak powstała powieść "Rodeo".
Historia pierwszego rodeo w Pendleton to właściwie historia trójki rywali i przyjaciół, Jonathana Spaina z Tennessee, Murzyna George'a Fletchera i Indianina Jacksona Sundowna. Wszyscy troje byli kowbojami, przybyłymi na rodeo, by wygrać i zgarnąć główną nagrodę. Napisałam przyjaciół? Tak, zaprzyjaźnili się w ciągu tych paru dni. Rywale? Tak, wszak każdy z nich chciał być tym najlepszym. Przyjaźń i rywalizacja splatają się tu w przepiękny wzór, pełen ciepła, uroku, kobiet, koni, whisky i innych drobiazgów.
Wszystko to widzimy oczami Jonathana, siedemnastolatka zaczynającego karierę jako kowboj. Towarzyszymy mu od początku, od momentu, kiedy jedzie pociągiem przez pół Stanów Zjednoczonych do Pendleton, kiedy poznaje dwójkę pozostałych kowbojów, kiedy bierze udział w poszczególnych konkurencjach, kiedy poznaje miejscową dziewczynę i zakochuje się w niej, kiedy zostaje wciągnięty w światek brudnych pozakulisowych interesów, kiedy szuka miejsca do spania i czegoś do jedzenia, kiedy próbuje wraz z Indianinem herbatki z bieluniem, kiedy budzi się nagi w chińskim podziemnym mieście, kiedy zakłada się, że utrzyma się na narowistym koniu przez 15 sekund i wygrywa zakład, gryząc konia w nos, kiedy... Takich "kiedy" mogłabym pisać jeszcze dużo, te kilka dni obfituje w taką mnogość zdarzeń, że aż wydaje się nieprawdopodobne, że aż tyle mogło się zdarzyć w tak krótkim czasie. A jednak, zdarzyło się. Wspaniale, soczyście opisane jest to wszystko, na chwilę czytelnik przepada ze szczętem dla świata i przenosi się w tamte czasy.
Nie tylko akcja wciąga, są jeszcze postacie, tak wyraziste i soczyste. Murzyn George Fletcher, śmiały wesołek. "[...]w oczach tańczyły mu figlarne iskierki. Prawdę mówiąc, wszystko w nim tańczyło, poczynając od ruchliwej twarzy, a kończąc na nogach w długich, kowbojskich butach. Kiedy kręcił się po wagonie, gadając bez przerwy, miałem wrażenie, że cały czas tańczy do rytmu słów płynących ze swoich ust."
Indianin Jackson Sundown, stoicki, małomówny, wysoki. "Chudy, dumnie wyprostowany mężczyzna o nieprzeniknionej twarzy, z kapeluszem o płaskim rondzie, spod którego wyzierała para małych, okrągłych oczu". "Indianin trzymał się prosto, jakby kij połknął. I choć jego oczy błyszczały równie intensywnie jak oczy Murzyna, nic w nich nie tańczyło. Nawet nie mrugały. Drążyły człowieka niczym para świdrów". Czy ci dwaj kogoś wam nie przypominają? Dam głowę, że w jakiś sposób obaj są pierwowzorami głównych bohaterów "Lotu nad kukułczym gniazdem". Jest jeszcze Bufallo Bill, ta słynna postać Dzikiego Zachodu! Ale w książce nie budzi sympatii, to on jest tym (między innymi) czarnym charakterem, właściwie nieco już przyszarzałym, bo to stary, sterany życiem człowiek, żyjący blaskami dawnej świetności.
Znakomita książka. Tylko zakończenie historii jest... smutne. Jak w życiu, gdy coś się kończy. Kończy się rodeo, kończy się rejwach, harmider, gorączka. Szare, zwykłe życie puka do drzwi. Tym bardziej powinniśmy pamiętać o rodeo w Pendleton w 1911 roku. Szkoda mi trochę, że ta książka jest mało znana. Warto ją przeczytać, naprawdę. Obejrzeć wspaniałe zdjęcia (autentyczne). Poczuć klimat dalekiego kraju i dawnej jego świetności.
----
To powyżej to jest co, co zamieściłam w biblionetce. Dodać chcę jeszcze, że z każdą kolejną książkę autorstwa Kesey'a utwierdzam się w przekonaniu, że to pierwszorzędny pisarz i z pewnością będę sięgać po inne jego książki, których jeszcze nie miałam okazji przeczytać.
Co do zdjęć w w/w książce: są absolutnie fantastyczne. Zarówno te pozowane, w studio, jak i te z rodeo, ujeżdżanie koni (bardzo widowiskowe), jazda na bizonie, czy wreszcie Indianin Sundown, stojący obok samochodu, który sobie kupił za wygrane pieniądze. Nigdy nie nauczył się jeździć, do końca życia woziła go żona, a on siedział z tyłu. Co się tyczy Jonathana, po trzech latach od rozpoczęcia kariery kowboja stracił rękę, wokół której owinęło się lasso. Jeździł dalej, wygrywając kolejne konkurencje w kolejnych latach i dożył sędziwego wieku. Nazywano go kowbojem-dżentelmenem. I tak dalej, i tak dalej... Naprawdę wciągnęły mnie ich losy.

wtorek, 13 października 2009

"Historia piękna", "Historia brzydoty" Umberto Eco, Girolamo de Michele

Te dwie pozycje aż się proszą, by stać razem na półce, po to, by móc sięgać na przemian to po jedną, to po drugą. Ja tak nie zrobiłam, najpierw sięgnęłam po piękno, potem po brzydotę.To wydania typowo albumowe, duże, ciężkie, drukowane na pięknym, kredowym papierze, z olbrzymią ilością ilustracji. Szczerze powiedziawszy, nie przeczytałam tych książek dokładnie, moje pierwsze podejście do obu tomów było czysto wizualne, nie treściowe. Oglądałam po prostu obrazki: reprodukcje obrazów, szkice, grafiki i zdjęcia. Pogrupowane jest to wszystko z grubsza chronologicznie na przestrzeni dziejów, a wybierane według klucza znanego tylko autorom. Omawiane jest piękno i brzydota (o ile mogłam to zauważyć) językiem jakby filozoficznym, a na pewno nieprostym. Na moje szczęście jest też mnóstwo cytatów z literatury przeróżnej i to (zdaje mi się) trudno dostępnej. Przy drugim podejściu będę delektować się więc czytelniczo. Odautorskie komentarze zostawię sobie na koniec, to będzie trzecie czytanie. Uprzedzam lojalnie co wrażliwszych czytelników: nie bierzcie się do "Historii brzydoty" przed snem. Miałam nieszczęście tak uczynić, a potem męczyły mnie koszmary. Co dowodzi siły wyrazu obrazów zamieszczonych w książce, nieprawdaż.

niedziela, 11 października 2009

"Zew Cthulhu" H. P. Lovecraft


Ze smutkiem pragnę napisać, że do nielicznych książek, których mimo chęci nie dałam rady przeczytać, nalezy też wyżej wymieniona.
Ze smutkiem, bo nie lubię zostawiać niedoczytanych książek. Ale nie dałam rady, niestety. Budowanie nastroju grozy(?), okropności (?) i ogólnie czarnego nastroju za pomocą określeń "odrażająco brzydka", "cuchnące i straszne miasto", "wynaturzone osobliwości" i inne tego typu wydaje mi się mało subtelne i generalnie do bani. A już zdanie: "Na widok nieskończenie długich ulic świecących obłędną pustką i śmiercią i na myśl o ciągnących się bezkreśnie, spowitych mrokiem mieszkaniach, które wypełniały tylko pajęczyny i wspomnienia i nad którymi zawładnęło teraz robactwo, ogarniał człowieka lęk i odraza, i chyba nawet najwymyślniejsza filozofia nie byłaby w stanie się im oprzeć." rozłożyło mnie na łopatki. I poległam. Na 124 stronie, więcej nie będzie.

Jest ktoś, kto to przeczytał i mu się podobało, bądź znalazł w tym coś ciekawego i interesującego?

(?) - znaki zapytania, bo ani w tym grozy, ani okropności nie było.

sobota, 10 października 2009

Spotkanie biblionetkowe

Na które wybraliśmy się we trójkę, było niezwykle owocne. Po pierwsze, zjedliśmy sobie tam obiad, odpadło gotowanie w domu. Po drugie, dzieć mój spał słodko cały, ale to cały czas, dzięki temu wszyscy myślą, że mam niebiańsko grzeczne dziecko. Po trzecie, mam prześliczny, niebieski ołówek z motylkiem, notesik w koty i mydlany bańkopuszczacz. W świetle powyższych punktów pisanie o tym, że mam sporo nowych książek pożyczonych do przeczytania staje się zbędne, nie? ;) No ale dla porządku...

Oddałam właścicielkom:
- Chwile wolności - Woolf
- Czytanie wzbronione - Ugresic
- Księga niepokoju - Pessoa
- Sezon na słówka - Goldberg
- Blady ogień - Nabokov
- Kore - Szczeklik
- Wiek żelaza - Coetzee
- Wilczy notes - Wilk

Oddano mi:
- Przyjemność poznawania - Feynman
- PLO - Grzędowicz - i od razu poszło do Dot
- Ulica marzycieli - Wilson - i poszło do chen
- Porwanie Jane E - Fforde - i poszło do koko
Więcej nie pamiętam.

Pożyczyłam od dzieczyn
- Której imię wymazano - Gross - od Ayame
- Ten inny - Kapuściński - epa?
- Księga śmiechu i zapomnienia - Kundera - epa
- Bez mojej zgody - Picoult - Olimpia
- Łowca dusz - Kava - Olimpia
- Rudy Dżil i jego pies - Tolkien - Olimpia
- Przez dziurkę od klucza - Siesicka - Olimpia
- Wyspy zaczarowane - Łysiak - epa?
- Julita i huśtawki - Kowalewska - Olimpia
- Artemis Fowl arktyczna przygoda - Colfer - ?
Nie wszędzie jestem pewna, od kogo, znaki zapytania na to wskazują. Muszę dopytać.

piątek, 9 października 2009

"Zakon Krańca Świata" tom 2 Maja Lidia Kossakowska


To nie jest recenzja w ścisłym tego słowa znaczeniu, nie dowiecie się z poniższych paru linijek niczego na temat bohaterów, treści, wątków. To tylko moje krótkie przemyślenia na temat po skończonej lekturze.
Tom pierwszy czytałam dawno temu, ale z okazji pożyczenia do przeczytania tomu drugiego pozwoliłam też sobie pożyczyć tom pierwszy do przypomnienia. I bardzo dobrze, bo raz: więcej czytania, a czyta się naprawdę dobrze, dwa: ponowne czytanie przypomniało mi bohatera (Lars Bergerson, przydomek Berg), a nie jest on tak charakterystyczny i zapadający w pamięć jak Draco z PLO.
Wiecie, co mi się nasunęło na myśl po zakończeniu książki? Oczywiście to, że trzeba czekać na następny to, by dowiedzieć się, jak ta historia się skończy. Ale nie tylko. Przede wszystkim to, że tak wiele książek przypomniało mi się, gdy już zamknęłam Zakon Krańca Świata.
Przypomniał mi się „Piknik na skraju drogi” Strugackich. Toż Berg to stalker, nikt inny! Wyprawia się do strefy, czyli świata w innym wymiarze, przynosząc stamtąd cuda techniki, pryzy, aby je potem spieniężyć. Grabieżca to stalker.
Przypomniał mi się „Neuromancer” Gibsona. Bo wchodzenie Berga w inną rzeczywistość przypomina surfowanie w cyberprzestrzeni. O, oprócz Gibsona jeszcze „Gamedec” Przybyłka. To samo.
Przypomniały mi się „Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka”. Bo tak samo jak Niedowiarek Bergerson jest wiecznie zły, skrzywiony, przepełniony gniewem na siebie, a jednocześnie tak wiele od niego zależy. Co prawda u Donaldsona los całej Krainy, a u Kossakowskiej życie jednej dziewczyny, ale i tu i tu - to jest bardzo wiele.
Przypomniał mi się „Inny świat” Tada Wiliamsa. Bo w ZKŚ występują siły natury, zapomniane, szamańskie, potężne.
I co z tego, że przytaczam te książki? Ha, moglibyście sobie pomyśleć, że zarzucam spore zapożyczenia Kossakowskiej, że jej książka jest zlepkiem znanych i już ogranych pomysłów. Wcale nie. To jest to, co mi się odcisnęło z książki we mnie. A skoro odcisnęło się, przywołując to, co mi się podobało (bo wszystkie w/w książki stoją w moim prywatnym rankingu bardzo wysoko), znak, że całość mi się podobała.
Na koniec mała uwaga do pani Mai: bardzo proszę, niech w następnym tomie będzie mniej tych srebrnych strumyczków łez na policzkach Miriam. Radosne dziewczyny wychodzą pani spod pióra dużo lepiej. A górność i chmurność pasuje Bergowi i niech już tak zostanie.

Zakon Krańca Świata. Tom 2 [Maja Lidia Kossakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 8 października 2009

"Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesław Myśliwski


Proszę, poczytajcie sobie recenzje na biblionetce, zawarte jest w nich wszystko, co chciałam napisać jako swoje przemyślenia po przeczytaniu, a teraz co mam pisać? No nic mi nie zostało...
Zawsze się do jego książek ciężko zbierałam, no, aż tak dużo tych książek nie było, „Kamień na kamieniu”, a teraz to. Ciężko, nie ciężko, po przeczytaniu żałowałam,że nie wcześniej...
Taaak, „Kamień...” zapada w pamięć. Śmieszne, ale gdybym miała komuś powiedzieć, o czym jest ta książka, miałabym problem.
- Wieeeesz, to taka opoooowieść, o życiu, o wszystkim... – mówię do wyimaginowanego rozmówcy, przeciągając z namysłem głoski.
Nakręcili film potem. Z Jerzym Radziwiłowiczem, jego rola świetna, ale film nie dorównywał książce, niestety. Tym niemniej ugruntował moją opinię o pisarstwie Myśliwskiego. Długie zdania, wcale nie misternie splatane, tylko toczące się jak szklane kulki po stole, gładko, potoczyście.
W „Traktacie..” jest to samo, tylko inaczej – tak, wiem, wewnętrzna sprzeczność, nie przejmujcie się, zaraz wyjaśnię. Tak samo, bo z taką samą lekkością, łatwością płyną słowa jedno po drugim. Inaczej, bo dialogi, bo retrospekcje, bo scenki...
Pięknie pisze pan Wiesław, zazdroszczę lekkości i maestrii. Aż szkoda, że tak mało osób go czyta. Skąd wiem, że mało? Ech, a spójrzcie na biblionetkę, merlina, i wyszukajcie „Widnokrąg” jego autorstwa. Powieść dostała nagrodę Nike, a recenzji czytelniczej ani jednej...


Traktat o łuskaniu fasoli [Wiesław Myśliwski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 7 października 2009

"Przeciwko babom" Joanna Chmielewska


Kolejna książka książka z serii "Jak wytrzymać...". Wiele rzeczy się powtarza (aczkolwiek, co stwierdziłam uważnie się wczytując, wcale nie z tych właśnie książek, a bardziej z autobiografii, co więcej, każdy taki 'plagiat' autorka sama podkreśla, że to już gdzieś kiedyś było), ale ogólny sens jest taki, że baby to głupie są i tyle. Za mądre, za przedsiębiorcze, zbyt wyemancypowane, zbyt samodzielne. Co wbrew pozorom życia im wcale nie ułatwia, a wręcz przeciwnie.
Z książki można wynieść takie mądrości życiowe jak:
1. Kobiety, nie wymądrzajmy się za bardzo, bo faceci się płoszą.
2. Nośmy spódnice oraz pantofle na obcasach.
No i cytaciki dwa jeszcze:
O pracy:
Od zarania dziejów dziewczyńskie zabawy przynosiły prawdziwemu mężczyźnie śmiertelny wstyd, a męskie osiągnięcia prawdziwej kobiecie wielką chwałę.No i głupie baby poszły za daleko.
O podrywaniu:
Mężczyzna chce zdobywać. Nawet musi. No i co on ma zdobywać, skoro mu samo w ręce włazi?

wtorek, 6 października 2009

"Elantris" Brandon Sanderson

Od razu pośpiesznie się zastrzegę, że znawcą literatury fantasy nie jestem, czytam ją od niedawna i żadnej analizy specjalnej nie zrobię, bo nie umiem. Po prostu wzięłam książkę do ręki (wyrwawszy ją wcześniej z lepkich rąk i macek* bazgrających mi na niej dedykacje różnej maści), obejrzałam, przeczytałam to, co jest napisane z tyłu okładki: że to o pięknym mieście, o srebrzystych ludziach pełnych wewnętrznej magii; dobro, radość i same takie miłe rzeczy wylewały się z tej okładki, a ostatnie zdanie szast prast przekreśliło całość No jak to? - myślę sobie - Jakże tak przekreślać tak dobrze zapowiadającą się milutką książkę? Muszę sprawdzić!

No i bardzo dobrze, że tak to przekreślono, nie może być za słodko, za miło. O wiele bardziej interesująca jest obserwacja, jak para głównych bohaterów (on i ona) przebijają się przez narastające trudności jak górnik przez ścianę w kopalni. Ona twarda, inteligentna, trochę złośliwa i w środku bardzo wrażliwa. On podobny, choć może mniej złośliwy. Pasują do siebie, nie? Są małżeństwem, choć dowiadują się o tym w połowie książki mniej więcej. Zawikłane, zamotlane, przez to świetnie mi się czytało, bo pędziłam do przodu z szybkością przyświetlną, chcąc rozwikłać zawikłane.
Koniec zadowala, szczęśliwy happy end (to malutki minusik, daleko tu do Malazu, gdzie główni bohaterowie ginęli jak popadnie) plus małe zaskoczenie. Całość na piątkę z plusem. Teraz zachęcam męża do czytania.

---
* - Lepkie ręce i macki należały do grupki przyjaciół obecnych na przyjęciu, na którym to książkę dostałam. Najpierw książkę podpisywała ofiarodawczyni, czyli jej tłumaczka, Aleksandra Jagiełowicz, którą mam zaszczyt znać osobiście, a potem pozazdrościły jej inne osoby i tym sposobem mam dokumentnie zadedykowaną książkę :)

Elantris [Brandon Sanderson]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 5 października 2009

"Viagra mać" Rafał Ziemkiewicz


Tym razem prezentujemy Państwu wybór najlepszych felietonów publicystycznych "pisanych pod włos" za które autor otrzymał nagrodę Kisiela w grudniu 2001 roku. Najlepsze i najbardziej niepoprawne politycznie teksty, obrazoburcze, krytykujące wszystkie wady życia politycznego i społecznego naszych czasów. Najlepsze pióro od czasów "Towarzysza szmaciaka".
A ja się łapię na tym, że przerzucam kartki nie czytając tego i owego, bo mnie nie interesuje, nie bawi, nie zaciekawia. Na szczęście nie wszystko. Coś ze mną nie tak?
Viagra mać [Rafał A. Ziemkiewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 4 października 2009

Wizyta znajomych owocna jak rzadko

Przywieźli mi: Simak - "Rezerwat goblinów" McKillip - "Harfista na wietrze", "Dziedziczka morza i ognia", "Mistrz zagadek z Hed" Gaiman - "Księga cmentarna", "Koralina" Silverberg - "Człowiek w labiryncie" Straub - "Julia" Schulz - "Sklepy cynamonowe" Le Guin - "Lawinia" Harris - "Milczenie owiec", "Czerwony smok" W zamian zabrali (żeby miejsce na półce było): Pielewin - "Hełm grozy", "Generation P" McCall Smith - "Angus od snów" Managuel - "Moja historia czytania" Ore - "Zabawki Gai" Connolly - "Księga rzeczy utraconych" Tokarczuk - "Anna In" Mitchell - "Przeminęło z wiatrem" Grzędowicz - "Księga jesiennych demonów" Bułyczow - "Przepaść bez dna"

sobota, 3 października 2009

"Ewangelia według Judasza" Jeffrey Archer


Swego czasu głośno było o tej książce. Pan Archer we współpracy z księdzem Francisem Moloneyem napisał książkę, która miała być jeszcze jedną odpowiedzią na pytanie zadawane od dwóch tysięcy lat: dlaczego Judasz zdradził Jezusa?
Temat to niezbyt nowy, podejmowany już wielokrotnie wcześniej w innych powieściach, żeby przytoczyć choćby "Bogatego księcia" Rolleczek czy "Zaciśnięte pięści Judasza Iskarioty" Evandera. Nie ukrywam, że ta pierwsza (przeczytana dawno temu) wywarła na mnie wielkie wrażenie, dlatego też motyw Judasza stał się dla mnie nader interesujący. Musiałam więc przeczytać "Ewangelię według Judasza", by zapoznać się z jeszcze inną koncepcją powodów zdrady Judasza.
Przeczytałam i westchnęłam z lekkim zawodem. Cóż, spodziewałam się czegoś więcej. Owszem, forma książki jest piękna, stylizowana na jeszcze jedną Ewangelię, język, w jakim ją napisano, również do Ewangelii nawiązuje. Forma to jednak jeszcze nie wszystko. Mnie interesowały wnioski, do jakich autor (autorzy) doszedł w kwestii Judasza i jego zdrady. Żeby o tym napisać, muszę zdradzić w znacznej mierze treść książki, a właściwie zakończenie, więc jeśli ktoś chce przeczytać o tym sam, musi w tym momencie przestać czytać recenzję.
Do tej pory spotykałam się z takimi poglądami, iż sławetna zdrada była wynikiem złego zinterpretowania przez Judasza całej działalności Jezusa; mogła też być efektem jego oczekiwań oraz nadziei związaych z Mesjaszem. U Archera natomiast mamy wyłącznie oszustwo. Czyli Judasz został wrednie, podstępnie oszukany, wmówiono mu, że ma poinformować innych o miejscu pobytu Jezusa, ponieważ ci inni chcą go ocalić, wywieźć, ukryć w bezpiecznym miejscu. Uwierzył i działając w dobrej wierze zdradził Chrystusa, czego potem żałował.
Jest to rozwiązanie bez wątpienia prostsze, a jak wiadomo, nie ma co nadmiernie mnożyć komplikacji, jeśli da się prosto coś wyjaśnić. Jednak nie do końca mi odpowiada, wolę psychologiczne subtelności i zawiłości.
Mimo tego, że spodziewałam się czegoś więcej, jednak dobrze się stało, że przeczytałam tę książkę, bo dorzuciła ona jeszcze jedno wyjaśnienie postępku Judasza do tych już mi znanych. Trzeba poszerzać horyzonty.

piątek, 2 października 2009

"Papierowi ludzie" William Golding


Pisarza znam, bo przeczytałam "Władcę much" (dobre!), a książkę wzięłam, bo coś mi się o uszy obiło, że to może być pozycja z nurtu "książki o książkach". Nie była. To znaczy, owszem, głównym bohaterem jest pisarz, a jakże, ale o książkach to tam jest niewiele. Bo sednem powieści jest ciągła gonitwa i ciuciubabka pisarza z krytykiem literackim, który to umyślił sobie napisać biografię tegoż twórcy. Krytyk chce. Pisarz nie chce. Gonią się po świecie, albo wydaje im się, że się gonią. Oszukują się wzajemnie, kłamią, używają podstępów wszelkiego rodzaju... Nie, nie, nie, po stokroć nie! Nie takiej książki chciałam, nie podobała mi się. A potem jeszcze to okropne posłowie autorstwa jednego pana (nazwiska nie zapamiętałam, a sprawdzić mi trudno, Krzysia mam na rękach), który to dobitnie wykazuje, że książka może, owszem się nie podobać czytelnikowi, ale zapewne jest to czytelnik miałki i nie wyrobiony, natomiast prawdziwi intelektualiści z pewnością docenią subtelną ironię, głębię uczuć i takie tam ble ble czołobitne. Żaden więc ze mnie intelektualista. I dobrze.

czwartek, 1 października 2009

"Sędziowie i spiskowcy" Jefim Czerniak


Dziś napiszę o książce, którą czytam, opuszczając mnóstwo stron i i dałabym się posiekać za to, że to niebywale interesująca lektura Otóż "Sędziowie i spiskowcy" Jefima Czerniaka to niezwykle drobiazgowa i analityczna książka. Co prawda wątek o Piłacie (zainteresował mnie szczególnie, bo bliski Judaszowi, a wszak Judasz to jeden z moich książkowych koników) jest jakby przeleciany po łebkach, ale za to zawiera interesujące hipotezy przeróżnych autorów, choćby taką, że Barabasz miał na imię Jezus, z czego ktoś wysnuł wniosek, że Chrystus i Barabasz to ta sama osoba i takie tam inne rewelacje. Wątek Henryka VIII i jego licznych żon jest potraktowany baaardzo szczegółowo, wdał się autor w historię licznych spisków, prawdziwych i urojonych. Pasjonujące. Wplątał się tam Szekspir. Co prawda, jak już dotarłam do Marii Stuart, zaczęłam opuszczać kartki, bo to mnie akurat nie interesuje, ale dalej dałabym się posiekać za to, że to niebywale pasjonująca lektura.