poniedziałek, 30 listopada 2009

"Harry Potter i Insygnia Śmierci" J.K. Rowling


Stara już jestem i nie pamiętam dobrze poprzednich części, ba, co tu się dziwić, skoro pierwszą czytałam dobre osiem lat temu. Dlatego też nie jestem w stanie jej ocenić, porównując z poprzednimi tomami - zwłaszcza że jak szybko się je czyta, tak szybko zapomina. Co mi się podobało? Ano przede wszystkim to, że brałam książkę do ręki i czytałam ile wlezie - nie występuje tu zmęczenie materiału, jak to w innych, trudniejszych i cięższych książkach się zdarza. Lektura wchodzi jak bułeczka dobrze posmarowana masłem. Co mi się nie podobało? Drobiazgi. Słówko "reżym" używane zamiast "reżim" (tak, wiem, że obydwie formy są poprawne, ale do mnie przemawia tylko ta druga). Jakaś taka niekonsekwencja Voldemorta, który to w tej samej chwili leci na miotle, ale też nie na miotle, bo samodzielnie. Co jeszcze? Nieco ponury ten tom, biedni bohaterowie wciąż uciekają, walczą, ukrywają się, ach, to siedemnastolatkowie, życie zbyt szybko złożyło im na barki wielki ciężar. Krótkie chwile wytchnienia - jak wesele - czy sceny humorystyczne - jak galopujące stado biurek - to za mało, by rozświetlić ścielący się na kartach książki mrok. Ale to tak ma być: eskalacja konfliktu, nerwy napięta jak postronki (nie moje, bohaterów!) - tu jest mrocznie i z przytupem. Porozwiązywała pani Rowling wszystkie wątki. Koniec kropka. Dołożyła aneksik - 19 lat później - słodki do zemdlenia, bohaterowie żonaci, dzieciaci, wyprawiają latorośla do Hogwartu. Lukrowany obrazek może miał być westchnieniem ulgi po lekturze ostatniego tomu, dla mnie jednak okazał się mdłym zgrzytem.

niedziela, 29 listopada 2009

"Kore: O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny" oraz "Księga z San Michele"


Udało mi się w stosunkowo małym odstępie czasu przeczytać dwie książki poświęcone medycynie. Nie, nie szkolę się w tym zakresie, książki to beletrystyka, nie podręczniki. Ale jaka beletrystyka!
Przepiękna, humanistyczna, mądra i głęboka książka Andrzeja Szczeklika "Kore: O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny" to perełka wśród moich lektur. On sam pisze we wstępie: "Kore" to po grecku dziewczyna. A także – źrenica. Grecy mówili, iż duszę, w postaci maleńkiej dziewczynki, zobaczyć można przez oka źrenicę. Skąd mogli wiedzieć, że źrenica to jedyne okienko z widokiem na mózg, na jego nerwy wzrokowe? A gdzie dziś podziała się dusza? Co mówi nam o niej medycyna? Czy w sobie też duszy wygląda? I szuka jej w swoich odwiecznych światach – gdzieś między życiem a śmiercią, zdrowiem a chorobą, nauką a sztuką, a także – w miłości. Chodźmy więc na poszukiwanie razem z nią. Niech nas prowadzi. Przed nami wyprawa po duszę. Duszę medycyny.
Wędrujemy więc z autorem po drogach i bezdrożach medycyny, dotrzymując mu kroku bądź nie. Przyznam się bez bicia, że nie zawsze nadążałam - ale to nie wstyd, bo książka najwyższych lotów. Opowieść o tym, że na podstawie obrazu sprzed wielu lat lekarze zdiagnozowali u modelki nowotwór i powiązali z nim ten dziwny, nieco wymuszony uśmiech (przez łzy?) - jest przejmująca. Nadto książka jest cudownie wydana: ozdabiana ręcznie wklejanymi ilustracjami - to budzi szacunek. Druga z książek to "Księga z San Michele" Axela Munthe. Znakomita opowieść lekarza o życiu i o śmierci, tak fascynującej dla autora. Medycyna jest przepiękną nauką, wyjątkowo ściśle skierowaną na człowieka, Munthe udowadnia to każdym rozdziałem, każdym słowem. Dobrym lekarzem może być każdy, kto odebrał stosowne ku temu wykształcenie i praktykę. Znakomitym lekarzem jest ten, który rozumie drugiego człowieka, jest na niego wyczulony, który współczuje - ale w tym dosłownym tego słowa znaczeniu - współczucie, czyli współodczuwanie, empatia. No i takim właśnie jawi się nam autor. Do tego dochodzą przepiękne opisy wyspy, gdzie autor buduje dom, jej mieszkańców, a sąsiadów lekarza, obrzędów, obyczajów - wszystko to bardzo interesujące. Polecam obie, mocno!

sobota, 28 listopada 2009

"Klub Dumas" Arturo Pérez-Reverte


Jeszcze jedna z ukochanych przeze mnie książek o książkach. Słusznie swego czasu założyłam wątek o tego typu pozycjach. Powstał nielichy spis, z którego można czerpać garściami, mając przyjemną pewność, że w większości przypadków trafi się na coś naprawdę dobrego.
„Klub Dumas” nie jest łatwą książką, to irracjonalnie stanowi dużą zaletę. Nie umizguje się do czytelnika, podsuwając mu na tacy gotowe, łatwiutkie do przełknięcia danie (kto chce gotowe dania typu fast-fodd, niech sobie poczyta Dana Browna).
Książkę należy czytać uważnie, by wyłapywać tu i ówdzie wtrącone opisy białych kruków, wolumenów, pierwszych wydań. Można otrzeć się o hermetyczny światek zapalonych i bogatych książkofilów. Można wciągnąć w nozdrza zapach kurzu leżącego na książkach, zapach papieru, pergaminu, skórzanych opraw. Można stojąc przed półką pełną rzadkich i cennych tomów przesuwać delikatnie palcami po oprawach, nie zatrzymując się przy żadnej z nich. No chyba że coś szczególnie przykuje naszą uwagę...
Wszystko to można, bo sam bohater powieści pozwala nam na to odsuwając się na bok, byśmy mogli oddać się kontemplacji. On w tym czasie bada związki, zależności, szuka przyczyn i skutków. Wykonuje swoją pracę. Książkowy detektyw. Człowiek do wynajęcia. Fachowiec. Profesjonalista.
To człowiek, który dostaje do ręki książkę z 1667 i ma sprawdzić, czy jest ona autentyczna. Wydawca książki (dziś tak powiemy, bo wtedy to drukarz) spłonął za nią na stosie, oskarżony o czary, herezję i inne rozliczne grzechy. Może spłonął za wykształcenie po prostu? (żarcik ofc). Książkę też spalono, a jakże. No, nie do końca, nie wszystkie egzemplarze – inaczej nie byłoby całej historii z poszukiwaniem i sprawdzaniem autentyczności...
Nie, dość o fabule. Milion ludzi obejrzało „Dziewiąte wrota” Polańskiego, nakręcone na podstawie tej powieści, więc o fabule ma jakieś tam pojęcie. Dość dodać, że za pomocą sławetnego spalonego na stosie dzieła można było przywoływać szatana, posługując się ilustracjami w niej zamieszczonymi.
Nawiasem mówiąc, nieco dziwne to dla mnie: przywoływanie szatana, skoro dość spory kawałek diabła siedzi w każdym z nas. Czasem jest trudniej dostępny, czasem łatwiej, ale zawsze coś tam tkwi. No tak.
Wracając do przedmiotowej książki, rozszyfrujmy teraz tytuł. Jaki jest związek Dumasa z szatanem? Hmm, może Dumas, któremu wszystko szło jak z płatka, miał: sławę, pieniądze, kobiety i hulał do woli, w jakiś sposób podpisał pakt z diabłem? Może. Tak naprawdę jednak myślę, że to związek luźny, taka przykrywka. Wspólny mianownik to książki. I to jest właśnie dla mnie główny urok powieści – że to książka o książkach.

P.S. Mąż pochłonął w/w chyba szybciej niż ja, a potem zapytał z głodnym wzrokiem: masz coś jeszcze tego autora? Znaczy się – też mu się podobało.

Klub Dumas [Arturo Pérez-Reverte]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 27 listopada 2009

"Smilla w labiryntach śniegu" Peter Høeg


To jedna z tych książek, które zaczyna się czytać, a potem okazuje się, że nie można się od niej oderwać, zarywa się noce i kradnie każdą wolną chwilę, by dowiedzieć się, co dalej, co dalej. To kryminał, ale jakże specyficzny przez umiejscowienie akcji w lodach i śniegach oraz przez główną bohaterkę, która w niczym nie przypomina detektywa. Przewrotnie. Pięknie.


Książka składa się z trzech części: "Miasto", "Morze" i "Lód". Miasto to trochę Chandler. Morze to zdecydowanie MacLean. Ale lód to lód, to Høeg, to coś bardzo specyficznego i oryginalnego.
Lodem i chłodem wieje z całej książki. Urok samotnych, zimnych przestrzeni. Słodka samotność. Upiorna samotność. Śnieg pada z kart książki prosto na palce i zaraz się topi. No zobaczcie sami: "Dziś w nocy temperatura spadnie jeszcze bardziej, nadejdzie burza śnieżna. Przeżyje zaledwie parę godzin. W jakimś momencie stanie, zimno dokona w nim przemiany jak w soplu lodu. Zmrożona skorupa zamknie się wokół ledwie płynnego życia, aż wreszcie puls ucichnie i człowiek stopi się z otoczeniem. Lód nie da się zwyciężyć"[1].


Na poparcie Chandlera, a raczej moich skojarzeń z klimatem "chandlerowskim": "Na kei błyska iskra. Ledwie punkcik światła, jakby ktoś zapalał papierosa. Żar unosi się w górę i łukiem skręca w moją stronę. Ciągnie za sobą ogon sypiących się, rozżarzonych cząstek. To raca. Eksploduje ze stłumionym hukiem blisko mojej głowy. W następnej sekundzie zostaję oślepiona. Zły, biały blask ciśnie się ku mnie od pomostu i wody. W tej samej sekundzie pożar wysysa z powietrza cały tlen"[2].
No dobrze, te krótkie zdania, beznamiętne i rzeczowe, to tylko lekkie tchnienie Chandlera i skojarzenie mogło narodzić się tylko w mojej głowie, ale jednak się narodziło.

Natomiast skojarzenia z MacLeanem: "Rigor mortis rozprzestrzenia się od mięśni szczęki w dół. Tak jak napięcia neurotyczne. (...) jest sztywny do pępka. Nie mogę go obrócić, ale przesuwam rękę wzdłuż skrzyni i udaje mi się dotknąć jego pleców pod kurtką. Pod łopatką wystaje kawałek metalu, długości ledwie paru centymetrów, płaski, niewiele grubszy od pilnika do paznokci. Albo klingi z hartownej stali. Ostrze wprowadzono między żebra i dalej wbito ukośnie w górę. Przypuszczam, że przeszło przez serce. Potem odkręcono rękojeść, ale ostrze pozostawiono. Żeby powstrzymać krwawienie. Przez innego człowieka klinga nie przeszłaby na wylot. Ale (...) jest przecież szczupły, mógłby zostać modelem. To musiało stać się tuż przedtem, zanim do niego dotarłam. Może kiedy przechodziłam przez plac"[3]. Kto czytał "Złote randez-vous", nie oprze się tej części książki, MacLean zagląda przez ramię, stuka lekko i pokazuje palcem: - Patrz, patrz, to jest dobre, sam bym lepiej nie napisał.


Co mnie urzekło w całości, to zakończenie. Naprawdę, NAPRAWDĘ mało jest książek, których zakończenie jest tak nieoczekiwane. Bardzo zaskakujące, bardzo. Ten jeden, ostatni akapit książki powala na kolana i pozostawia nad książką, której nawet nie ma czasu zamknąć, bo tak bardzo jest się zatopionym w myślach. Kusiło mnie na początku strasznie, by go tu zacytować, ale popełniłabym okropny, niewybaczalny błąd. Nie można. Jeśli kiedyś sięgniecie po tę książkę, zrozumiecie. Poza tym wyrwanie tego akurat akapitu z całej książki obdarłoby go z tego tchnienia lodowatego oddechu, ogrzało, stopiło lodowe śnieżynki. To już nie byłoby to.

Smilla w labiryntach śniegu [Peter Høeg]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
[1] Peter Høeg, "Smilla w labiryntach śniegu", tłum. Iwona Zimnicka, wyd. Świat Książki, Warszawa 1996, s. 445.
[2] Tamże, s. 171.
[3] Tamże, s. 364.

środa, 25 listopada 2009

"Sprężyna" Małgorzata Musierowicz


Któż nie zna książek Małgorzaty Musierowicz, słynnej Jeżycjady, poznańskiej sagi rodzinnej, pełnej ciepła, spokoju i członków rodziny oraz krewnych-i-znajomych-królika? Ja osobiście poznałam kilka pierwszych książek pani Małgorzaty, jak "Ida sierpniowa" czy "Opium w rosole" (ale za to dogłębnie, prawie na pamięć), potem była dłuuuuuga przerwa, a teraz trafiła się "Sprężyna". No i mało się zmieniło, jeśli chodzi o klimat. Wciąż jest prorodzinnie (nie łączcie tego słowa z polityką), ciepło, z lekką dawką wariacji, szczyptą nieszczęścia i olbrzymią dawką optymizmu. Tylko teraz autorka, jako że rodzina się znacząco rozrosła (mój Boże, czytałam o Idzie nastolatce, a teraz ona ma nastoletnie dzieci!), rozkłada swój pisarski wachlarz bardzo szeroko, żeby objąć tylu członków rodziny, ilu się da. Nie ma skupiania się na konkretnej osobie, ale ja to rozumiem - to dla fanów sagi, którzy chcą wiedzieć, co dzieje się u jej ulubionej rodzinki. I wiecie co? Mimo że pojawiają się oznaki rzeczywistości, jak emigracja do Londynu, czy najnowsze gry na komórce, to i tak spomiędzy kartek subtelnie wznosi się magia miłości od pierwszego wejrzenia. Lubię to. Jak i pewność, że wszystko skończy się dobrze.

wtorek, 24 listopada 2009

"Apokalipsa" Dean Koontz


Kolejny horror, który przeczytałam, bo był na półce i miał w miarę poręczny (jednoręczny) format.

Apokalipsa to koniec świata, świata nam znanego, zwyczajnego i przewidywalnego. Apokalipsa to zagłada, zniszczenie, klęska. Zaczyna się od deszczu pachnącego spermą (no co, tak to sobie autor wymyślił), potem idzie niebieski śnieg, następnie czerwone mgły. Ciemne, obce moce biorą Ziemię w posiadanie, parę głównych bohaterów ogarnia strach przed nieznanym i uciekają z położonego na uboczu domu do miasta, by być bliżej ludzi.

 I tutaj już chciałam pisać, co się dzieje dalej, ale ugryzłam się w palce, bo po co? Skupię się lepiej na problemie, czym jest zło w tej powieści. Otóż autor sprawia wrażenie, że nie wie, czy bardziej pasuje mu Szatan, czy też źli Kosmici. Ostatecznie połączył jedno z drugim i wyszedł z tego Szatan przybyły z Kosmicznej Otchłani. Należy więc bać się podwójnie! Ech, dowcipkuję sobie, bo znów nie bardzo mi podeszło, macam te horrory i macam, szukając jakiegoś, który mi podpasuje i nic. Ale muszę przyznać, że wachlarz okropności rozwijany przez autora jest szeroki: grzyby gluty, czarne porosty na drzewach, ludzie unoszeni w górę przez stropy, okaleczone twarze odbijające się w lustrach, gigantyczne jaszczurki na drzewach, zdejmowanie ludziom twarzy, gadające lalki, ożywione trupy... Sporo tego, nie?

Jedna jednakże okropność wzbudziła moją sympatię, bo mi przypomniała pewne opowiadanie, mianowicie stwory przypominające koszmarne małpy przypomniały mi triopsy z "Lotofagów" Weinbauma. Bardzo lubię "Lotofagi", bardzo.

Apokalipsa [Dean Koontz]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 23 listopada 2009

"Wierność w stereo" Nick Hornby


"Jakiś czas temu, kiedy Dick, Barry i ja doszliśmy do wniosku, że w życiu liczy się tylko to, co się lubi, a nie to, czy nas lubią, Barry wpadł na pomysł kwestionariusza dla przyszłych partnerów, dwu albo i trzystronicowego testu wielokrotnego wyboru, obejmującego takie dziedziny jak muzyka, film, telewizja, książki itd. Zadaniem testu było: a)zminimalizować konieczność odbywania niezręcznych rozmów; b) zapobiegać sytuacjom, w których facet idzie do łóżka z panienką i obudziwszy się rano, stwierdza, że wybranka ma w chacie wszystkie płyty Julio Iglesiasa. (...)
W pomyśle zawarta jest pewna istotna prawda, a brzmi ona tak, że rzeczy te mają znaczenie i nie ma sensu udawać, że czeka nas wspaniała przyszłość z kimś, kto zbiera zupełnie inne płyty niż my, a jego ulubione filmy nie odezwałyby się do naszych na przyjęciu."

niedziela, 22 listopada 2009

"Brudnopis" Siergiej Łukjanienko


Książka zaczyna się strasznie. Pomysł, by główny bohater, Kirył Maksimow, stawał się powoli, acz nieubłaganie "niewidzialnym" w społeczeństwie jest koszmarny. Bo pomyślcie sami: nagle wasze mieszkanie nie jest wasze, w pracy o was nie słyszeli, a przyjaciele i rodzina powoli, ale nieubłaganie o was zapominają. Zostajecie sami, bez dachu nad głową, bez pieniędzy, bez żadnego wsparcia. Brrr - otrząsnęłam się ze zgrozą, gdy całość implikacji takiego stanu rzeczy zaczęła do mnie docierać. Trzeba więc przyznać, że Łukjanienko zaczął z grubej rury. Ta część powieści, nieco psychologiczna, najbardziej mi się podobała, co nie znaczy, że potem jest gorzej - jest inaczej. Bo potem zaczyna się uczciwe, klasyczne s-f, czyli inne światy, obok tego naszego, który uznajemy za jedyny i jedynie słuszny. Łukjanienko podchodzi do zagadnienia innych światów w sposób typowy dla rosyjskiej fantastyki, prosty, trochę siermiężny, bardzo podobny do podejścia Bułyczowa, a właściwie Guslarczyków, bez nadęcia, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. Kosmici? Aaa, dobrze, niech wejdą. Niestety, w mojej opinii autor przeszarżował pod koniec powieści. Przyspieszył i zawikłał akcję prawie do granic mojej percepcji (a może ja za szybko czytam po prostu?), za to ma minus. Ale i tak całość bardzo dobra.
Szaleństwo ma w sobie pewien urok. Wyjść z domu po chleb i wyjechać do innego miasta, poznać rano dziewczynę i wieczorem wziąć z nią ślub, zdecydowanym ruchem otworzyć drzwi do ciemnego pokoju, z którego dobiegają podejrzane dźwięki, wejść do klatki hipopotama i poklepać go po tłustym zadzie, pojechać do Tajlandii i uprawiać seks bez prezerwatywy, przyjąć propozycję tajemniczego nie znajomego i podpisać się krwią na czystej kartce papieru. Jednym słowem, rzucenie się na złamanie karku ku przygodzie to bardzo kusząca wizja.

sobota, 21 listopada 2009

Dziś spotkanie biblioNETkowe było

... które dzieć mi zdominował, albowiem marudny był bardzo, nie wiadać czemu. Ale to mi nie przeszkodziło powymieniać się książkami.

Wydłubałam z półek i przekazałam potrzebującym:
"Rymy życia i śmierci" Amos Oz - dla Dot
"Norwegian Wood" Haruki Murakami - dla villeny
"Moja babcia czarownica" Jan Edward Kucharski - dla Olimpii
"Regulamin tłoczni win" John Irving - jw
"Świat w Clarksona" Jeremy Clarkson - dla jakozak
"Sekret hiszpańskiej pensjonarki" Eduardo Mendoza - jw

Oddałam właścicielkom:
"Artemis Fowl: Arktyczna przygoda" Eoin Colfer - Dot
"Ten Inny" Ryszard Kapuściński - miałam epie, ale jej nie było, wzięła Neska albo Marylek
"Wyspy zaczarowane" Waldemar Łysiak - też epy, ale nie wiem, kto wziął
"Bez mojej zgody" Jodi Picoult - Olimpii
"Julita i huśtawki" Hanna Kowalewska - jw
"Łowca dusz" Alex Kava - jw
"Przez dziurkę od klucza" Krystyna Siesicka - jw
"Rudy Dżil i jego pies" - jw

Dostałam do poczytania:
"Nie wiem, jak ona to robi" Allison Pearson - od Dot
"Ani słowa prawdy" Jacek Piekara - jw
"Nie żyję, więc jestem" Katarzyna Byzia - jw (chyba, bo nie podpisane)
"Pamiętaniki Jane Austen" Syrie James - od Olimpii
"Historia miłości" Nicole Krauss - też
"Wiele hałasu o nic" William Szekspir - też
"Sprężyna" Małgorzata Musierowicz - też
"Saga rodu Klaptunów" Maciej Wojtyszko - też

piątek, 20 listopada 2009

"Kapuściński: Nie ogarniam świata" Witold Bereś, Krzysztof Burnetko


Ale jeden kadr wypadł dobrze: było to zdjęcie wygłodniałych dzieci gorączkowo wydłubujących z błota ziarna ryżu. Zrobiłem je pod Kalkutą, kiedy Bengal tonął w ulewnych deszczach i w prowincji panował straszny głód. Choć zdjęcie przedstawiało sytuację tragiczną - wziąwszy je do ręki, odczułem wielką radość. Tak! Oto udało mi się stworzyć obraz, zatrzymać na ułamek sekundy wiecznie pędzące życie i obraz ten pokazać innym. Dzięki owemu zdjęciu między tą gromadą dzieci a mną nawiązała się jakaś wspólnota, były to "moje" dzieci, powołałem je przecież do tego znieruchomiałego w kadrze, czarno-białego życia. (1)
Kapuściński opisał to zdjęcie w rozdziale, gdzie ogólnie przygląda się fotografii reportażowej. Wiadomo, odwieczny dylemat: fotografować czy pomóc, pamiętacie słynne zdjęcie dziecka z sępem.
Ludzkość, która dawniej poruszała się po pustkowiach planety w małych, rozproszonych grupach, nagle przemieniła się w tłumy mrowiące się na ulicach miast, stłoczone na drogach świata. To pojawił się ów "samotny tłum", tak sugestywnie opisany przez Davida Riesmana. Samotny, wykorzeniony z tradycyjnej kultury i środowiska, poszukujący nowej wspólnoty i tożsamości. Ten tłum stał się łatwym łupem wszelkiego typu ideologów, fałszywych proroków, demagogów, populistów, dyktatorów. (2)
Straszna prawda. Może poszukać tej wzmiankowanej książki i poczytać?
Musiałem się nauczyć opisać zamach stanu w stu słowach, bo miałem sto dolarów, a przekazanie słowa kosztowało dolara. To była twarda szkoła lapidarności. (3)
Jak widać po książkach Kapuścińskiego to znakomita szkoła.
Kapuściński ujawnia nam jeszcze jeden swój sposób. Ciekaw spotkanie, rozmowa? Zaraz po nim, natychmiast, choćby miejsce było najdziwniejsze, notatka. Czysto, schludnie, bez skreśleń spisane wspomnienie. Właściwie już gotowy tekst. (4)
Tak powinno się spisywać wrażenia po przeczytanej lekturze. Bazylu, to jest właśnie ta tajemna metoda, którą znam, cenię, a nie umiem zastosować.
---
(1) "Kapuściński: Nie ogarniam świata" Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Świat Książki, s. 301-302
(2) Tamże, s. 295
(3) Tamże, s. 108
(4) Tamże, s. 12

czwartek, 19 listopada 2009

"Julia" Peter Straub


Dałam tej książce biblionetkową jedynkę po przeczytaniu, czyli "beznadziejna". Po pierwsze dlatego, że to jest horror, ja wiem, może i jestem trochę uprzedzona do horrorów, może ich nie lubię... ale jestem pewna, że dobry horror potrafiłabym docenić! A po drugie za całokształt. Julia jest o kobiecie, która po utracie dziecka odchodzi od męża, kupuje wielki dom i próbuje w nim mieszkać. Wybitnie niestabilna emocjonalnie, znosi z pokorą wybryki męża, potem ducha brykającego w jej domu. Nie wiadomo dlaczego, uznaje, że zgłębienie historii domostwa w jakiś sposób przyniesie jej ukojenie. Zaplątana w dziwne układy pomiędzy mężem, jego siostrą i przyrodnim bratem miota się bez ładu i składu przez blisko trzysta stron powieści, walcząc z duchem, złośliwie gorącymi grzejnikami i lustrami. Nie wiadomo, o co chodzi tak naprawdę w tej książce. A wiadomo, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. No i nie wybaczę autorowi, że każe bohaterce szukać suchych miejsc na sukience, której kawałek namaczał się w umywalce do prania przez cały dzień.

środa, 18 listopada 2009

Zakupy wózkowe

Wybrałam się dziś na spacer po moim mieście, z dziecięciem w wózku - planowałam dojść do jakiejś, jakiejkolwiek księgarni (głód czytelniczy jest straszny). Jedna na pięterku, bez podjazdu. Druga - straszliwie wąskie drzwi. Trzecia - jest PŁASKO, można wjechać wózkiem!
Jupi!
Z tej radochy kupiłam aż trzy książki:
- Joanna Chmielewska "Porwanie"
- Terry Pratchett "Johny" (trzy tomy w jednym)
- Rita Monaldi, Francesco Sorti "Wątpliwości Salaiego"
Jestem zadowolona.

wtorek, 17 listopada 2009

"Czerwony smok" Thomas Harris

Każdy w miarę oblatany w filmowym światku wie, czym jest "Milczenie owiec", a doktor Hannibal Lecter stał się ikoną grozy. "Czerwony smok" również został sfilmowany, co mnie wcale nie dziwi, trzeba kuć żelazo póki gorące i wyciągać kasę z czego się da. Sprawiedliwie trzeba jednak przyznać, że w tym przypadku bardzo dobrze się stało, bo warto. Film "Czerwony smok" widziałam nie tak znów dawno temu (choć oczywiście nie pamiętam kiedy), bo podczas czytania książki sceny z filmu stały mi przed oczami. Z początku nawet myślałam, że książkę czytam po raz drugi - ale nie, plastyka za duża. To dobra książka, wiecie? Przerażająca, to prawda. Historia psychpaty, seryjnego mordercy, który włamuje się do domów, morduje mieszkańców i okrutnie ich kaleczy, jest przerażająca. Historia jego dzieciństwa, wyjaśniająca (ale nie usprawiedliwiająca!) jak do tego doszło, że małe zagubione dziecko wyrosło na żądnego krwi zabójcę, jest przerażająca. Przerażające są szczegóły zbrodni. Ale rozgrywka pomiędzy policyjnym fachowcem od seryjnych zabójców a tymże właśnie zabójcą jest fascynująca. Jak w "Dniu Szakala". Intelekt kontra intelekt. Miodne. Polecam.

Czerwony smok [Thomas Harris]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 16 listopada 2009

"Galapagos" Kurt Vonnegut


Uprzedzam, będą spojlery!

Dzięki uprzejmości Koali (kolega) mam okazję delektować się pozycjami ww autora. I jak go kiedyś nie lubiłam Vonneguta, tak teraz definitywnie zmieniłam zdanie.

Galapagos - historia o tym, jak ludzkość powstała na nowo. Pisana z punktu widzenia ducha, który nie chce odejść w zaświaty, bo go interesuje, co stanie się z ludzkością. Nową.
Futrzastą, z płetwami zamiast rąk, łowiącą ryby w oceanie.
Powstałą, bo na statku, który osiadł na mieliźnie u brzegów wyspy, było kilkoro ludzi. Kapitan, który myślał, że może być nosicielem nieuleczalnej choroby, nauczycielka, ciężarna Japonka, niewidoma Amerykanka i sześć małych dziewczynek. Ciężarna Japonka miała córeczkę, która urodziła się pokryta delikatnym futerkiem, dziewczynki dorosły, a nauczycielka sprawiła, że kapitan (choć tego nie chciał) stał się ojcem ich dzieci. I tak stała się ludzkość.

piątek, 13 listopada 2009

"Baranek" Christopher Moore

- Josh, udawanie opętania przez demony jest jak ziarnko gorczycy. 
- W jakim sensie jest jak ziarnko gorczycy? 
- Nie wiesz, co? W ogóle nie jest podobne do ziarnka gorczycy, prawda? No to teraz rozumiesz, jak się wszyscy czujemy, kiedy porównujesz coś do ziarnka gorczycy. No, jak? (1)


Nauce hebrajskiego i Tory pomogła na pewno moja przyjaźń z Joszuą. Kiedy inni chłopcy bawili się w „podrażnij owcę” albo w „kopnij Kananejczyka”, my z Joszuą bawiliśmy się w rabinów, a on się upierał, żeby przy ceremoniach używać autentycznego hebrajskiego. Była to lepsza zabawa, niż może się wydawać - a w każdym razie była do czasu, kiedy matka przyłapała nas, jak próbujemy obrzezać ostrym kamieniem mojego młodszego brata Sema. Ależ zrobiła nam awanturę... Moje argumenty, że Sem potrzebował odnowienia swego przymierza z Panem, jakoś jej nie przekonały. Pobiła mnie do krwi oliwkową rózgą i zakazała bawić się z Joszuą przez miesiąc. Wspominałem już, że była opętana przez demony? Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że mały Sem tylko na tym skorzystał. Był jedynym znanym mi dzieciakiem, który mógł sikać zza rogu. Z taką umiejętnością można się nieźle urządzić jako żebrak. Ale nigdy mi nie podziękował. Bracia. (2)

---
(1) "Baranek" Christopher Moore, wyd. MAG 2007, s. 432
(2) jw, tylko strony nie znam, bo ściągnęłam z www :)

czwartek, 12 listopada 2009

Wysłałam

Do koleżanki z podaja dwie książki: - "Motyl i czołg" Hemingway'a - "Zazdrosny Estremadurczyk" Miguela Cervantesa Udało mi się uśpić małego w wózku, zanim dotarłam na pocztę, a przede mną były tylko dwie osoby, ale i tak czekałam ponad dwadzieścia minut! Obudził się Krzyś, oczywiście, sama bym się obudziła, jakby przestało bujać, a za to zaczęło trzaskać datownikami i pieczątkami. Ogólnie z nabytkami i ubytkami nie jestem całkiem na bieżąco, wciąż też czekam na czas i chęci, aby skatalogować zbiory (mam całkiem nowy regał!). Poza tym ogromnie rozrosła mi się lista linków, i wciąż nie mam czasu, żeby poważnie się w nie wczytać.

środa, 11 listopada 2009

"Spowiedź brata Haluina"Ellis Peters


Po przeczytaniu tej książki zdałam sobie sprawę, że kiedyś, dawno temu, w publicznej tv puszczano serial kryminalny z mnichem w roli głównej. Benedyktyna Cadfaela grał Derek Jacobi. Kompletnie nie pamiętam tego serialu, ale odtwórcę głównej roli i owszem. Miły, ciepły, po mnisiemu pokorny, ale do tego dociekliwy. Nie wiem, kim był Cadfael, zanim został mnichem, bo "Spowiedź brata Haluina" jest którąś tam częścią cyklu i napomknienia o dawnym życiu braciszka są nader mgliste. Nieważne, może kiedyś przedczytam pierwszą część. W tej natomiast brat Cadfael towarzyszy bratu Haluinowi, który po ciężkim wypadku i niemalże cudownym powrocie do zdrowia ślubuje pielgrzymować do grobu ukochanej. Tak, ukochanej, albowiem brat Haluin wstąpił do zakonu po śmierci ukochanej damy, zresztą to mezalians byłby, jak twierdziła jej matka. Wędrują więc, jeden powłócząc poranionymi nogami, nie do końca jeszcze wyleczony, drugi podpierając go i prowadząc. Od chaty do chaty, od dworu do dworu. W drodze spotykają dawnych znajomych Haluina, Cadfael obserwuje, myśli, dodaje dwa do dwóch i rozwiązuje zagadkę dawnej miłości. Takoż i ja to czynię, trochę za wcześnie jak na mój gust, ale może to dlatego, że to tom piętnasty i autorce już sił brakło na finezyjne zacieranie śladów i skąpe wydzielanie materiałów do dedukcji? Film, choć daleki i zapomniany (a może właśnie dlatego?), jakoś mi bliższym jest niż książka, czytadełko-zapychadełko.

wtorek, 10 listopada 2009

"Zimna góra" Charles Frazier


Wojna secesyjna. Ranny żołnierz armii południa, Inman, ucieka ze szpitala. Dezerteruje. Rozpoczyna wędrówkę do swej ukochanej. Ada, po śmierci ojca, walczy o przetrwanie na doszczętnie spustoszonej farmie. Relacja z przygód Inmana pełna jest mordów i gwałtów popełnianych przez wszystkie strony konfliktu.
Zakupiłam, nie oglądając wcześniej filmu i chyba dobrze - ta książka znakomicie działa na wyobraźnię. Losy i Inmana i Ady porywają, trzyma się kciuki za ich powodzenie. Do końca. Paręset stron, a nie można się oderwać. Wojna jest zła, bardzo zła - banał? Niby wszyscy to wiedzą, ale jeśli przeczytają tę książkę, będą wiedzieć to na pewno. Polecam, naprawdę.

poniedziałek, 9 listopada 2009

"Julita i huśtawki" Hanna Kowalewska


To nie jest książka o moim pokoleniu, tylko o pokoleniu ciut starszym niż ja, ale nie przeszkodziło mi to pochłonąć ją w mgnieniu oka. Coś jest w niej takiego, że trudno się oderwać od czytania. Zabieg literacki, polegający na złożeniu w jedną całość mnóstwa małych opowieści, czyli epizodów z życia kilku głównych bohaterów, sprawdził się znakomicie. Chciałam porównać to do puzzli, albo do witrażu, ale w tym porównaniu traci się gdzieś czynnik czasu, następstwo zdarzeń. Lepsze jest przyrównanie do gry w domino, gdzie kostki kładzie się jedną po drugiej i nie można ani skoczyć w bok, ani pominąć jakiegoś etapu w układaniu. Opowieść o Julicie, Metce, Medyku, Bazylim, Róży, Bąku toczy się zgrabnie od ich narodzin aż do wieku średniego - nie wszyscy doczekają co prawda tego wieku. Opowiada zaś Kola - jeden z nich, tylko że o sobie on milczy, albo napomyka bardzo skąpo (głównie o swojej miłości do Metki). Urzekły mnie dwie rzeczy w tej książce: jedna to te zwyczajne wydarzenia, urodziny, szkoła, młodzieńcze miłości, problemy w domu, w szkole... czy ja wiem zresztą, czy tak do końca zwyczajną jest anoreksja czy kazirodztwo, a zdarza się przecież, wcale nie tak rzadko. Drugim promyczkiem w powieści jest magia. Słodka magia dwóch aniołów Julity, dziewczyny, która wyczuwa cudze cierpienie i potrafi pomóc, pocieszyć, wysłuchać. Magiczna Julita nawet po śmierci posyła swoje anioły na ziemię, do swoich bliskich. Pozazdrościłam jej tych aniołów, ale z drugiej strony, czyż nie mam własnego anioła? Na pewno mam. Pomijając już tego, który właśnie śpi w łóżeczku w pokoju obok, bo ten na pewno ma swojego małego aniołka stróża.

niedziela, 8 listopada 2009

"Lawinia" Ursula Le Guin


Tutaj zacząć należy od bicia się w piersi i posypania głowy popiołem. Mea culpa, nie czytałam "Eneidy" Wergiliusza, nie znam historii Eneasza, a to przecież kanwa i osnowa powieści!
Na szczęście pani Urszula, przemądra kobieta, napisała "Lawinię" tak, że nawet ten, co nie czytał, wie, o co chodzi, albowiem sam poeta pojawia się na kartach książki i wyjaśnia, nie wszystko oczywiście, lecz to, co dotyczy Lawinii. Wiemy więc, że Lawinia jest córką króla, przyrzeczoną według wyroczni Eneaszowi, który trafi do Lacjum po ucieczce ze zniszczonej Troi. O Lawinię stara się jednak więcej zalotników, jej rodaków, którzy za plamę na honorze traktują fakt, że obcy, przybłęda, ma pojąć ich księżniczkę za żonę. Toteż na tym tle wybuchają walki przybyszów z tubylcami, walki krwawe i okrutne. Lawinia wie, jak one się skończą, słuchała bowiem poety uważnie i zapamiętała dokładnie przyszłość jej i całego królestwa, jednak ani jej w głowie dzielić się tym ze współplemieńcami, cicho czeka na spełnienie się przepowiedni. Cicho - to ważne.
Podkreślone jest mocno, że w "Eneidzie" księżniczka nie ma głosu, jest tylko mglistą postacią zarysowaną na kartach poematu, do tego stopnia niewyraźną, że Wergiliusz myli się co do jej koloru włosów. Lawinia w poemacie nie mówi ani słowa. Pani Le Guin dopuszcza ją dopiero do głosu, rozbudowuje jej postać, silną, piękną i wyrazistą, a przy tym nieśmiałą i skromną oraz, no właśnie, cichą. Lawinia przemawia, ale nie krzyczy, nie musi. Wystarczy, że obserwuje, odczuwa, myśli i dzieli się tym wszystkim z nami. Polubiłam Lawinię. To jej oczami oglądamy rozwój wydarzeń, z nią marzymy o pięknym nieznajomym, z nią boimy się własnej matki, leżymy obok, gdy Lawinia śni sen o poecie. No i towarzyszymy jej dalej, poza wydarzenia opisane w "Eneidzie", jesteśmy świadkami jej małżeńskiego szczęścia i późniejszych losów.
To świetna powieść ze znakomitą główną bohaterką, wyciągniętą dłonią pisarki z prawie niebytu w światło jupiterów. Czy tylko kobieta może tak pięknie pisać o kobiecie i ukazywać ją nam na nowo? Tak zrobiła Margaret Atwood w "Penelopiadzie", Elizabeth Dored w "Kochałam Tyberiusza" czy Olga Tokarczuk w "Annie In w grobowcach świata". "Lawinia" błyszczy wśród tych pozycji.

sobota, 7 listopada 2009

"Kirinyaga" Mike Resnick


Ta powieść została napisana przez Resnicka niejako na zamówienie, w ramach większego projektu, cyklu opowiadań pisanych przez różnych autorów, a połączonych wspólnym tematem przewodnim: utopią w najróżniejszych ujęciach.
Resnick wykroczył poza ramy projektu, napisał nie jedno, ale kilka opowiadań łączących się w książkę.
Oramus pisze: "»Kirinyaga« jest jedną z najważniejszych książek SF ostatniego czasu, ponieważ dalece wykracza tematyką i problematyką poza getto fantastyki. Dyskutuje sprawy ważne i o dalekim zasięgu"*.
Resnick opisuje problemy utopijnego państwa-planety. Świata, gdzie ludzie żyją wg dawnych wierzeń kenijskich, słuchają swojego szamana we wszystkim, uprawiają ziemię tak, jak ich przodkowie i odrzucają wszelkie oznaki nowoczesności i postępu w imię... No właśnie, w imię czego? Szczęścia? Na początku tak. Świat prosty, uładzony, bez dociekania, co skąd się wzięło (bo przecież są bogowie) wydaje się światem szczęśliwym. Tylko że to po pewnym czasie się rozsypuje. I nie wiadomo, czy dlatego, że utopia nie istnieje, czy też dlatego, że ludzie do niej nie dorośli, a może jeszcze inaczej: ludzie nie umieją żyć w utopii. A może istnieje jeszcze jakiś inny powód?
Ta książka zmusza do przemyśleń. Jeśli zaś ktoś nie chce zatopić się w rozważaniach aż tak bardzo, to zostanie mu w pamięci melancholia, smutek i jakiś nieuchwytny żal za... Za utopią? Nie. Za tym, że gdyby nawet istniała, człowiek by jej nie docenił. Chyba.
---
* Marek Oramus, "Rozmyślania nad tlenem", wyd. Solaris, 2000, s. 197.

piątek, 6 listopada 2009

"Na tropach jednorożca" Mike Resnick


To kryminał fantasy. Połączenie tych dwóch gatunków może wydawać się na pierwszy rzut oka ryzykownym pomysłem, ale po wczytaniu się stwierdziłam, że rezultat jest doskonały. Wyobraźcie sobie detektywa (taki na przykład, Lew Archer, albo Philip Marlowe), trochę zblazowanego, trochę gorzkiego, bez zleceń, z długami, ale za to z flaszką pod biurkiem. Aby kanonom kryminalnym stało się zadość - do biura puka gość. Oho - sprawa do wzięcia. Znajome, prawda?
Otóż od tego momentu to już wcale nie takie znajome, bo klientem nie jest piękna długonoga blondynka z rzęsami po sufit, tylko mały zielony elf. Sprawa zaś to nie żadne morderstwo, tylko zaginięcie jednorożca, bardzo ważnego jednorożca. A żeby było już całkiem ciekawie, zguby szukać należy nie w znajomym, (nie)przyjaznym środowisku szarego, deszczowego Nowego Jorku, tylko w czarodziejskim świecie, który widać tylko kątem oka. Drugi świat, tuż obok, kto by pomyślał? Z elfami, gnomami, czarodziejami, chimerami i tym podobnymi cudeńkami. Można by pomyśleć, że detektyw się pogubi w tej tak odmiennej rzeczywistości, tam są inne prawa, jakieś dziwne zawiłości. To prawda, pogubił się, zmiana światów jednak znacząco wpływa na percepcję. Ale pogubił się na krótko - prawa logiki są nieubłagane, na tym czy innym świecie, potęga myślenia raz jeszcze odniosła sukces.
Wartka akcja, nieoczekiwane zwroty, niespodziewane sytuacje nie pozwalają oderwać się od książki aż do rozwikłania zagadki.
Czego i wam życzę.

czwartek, 5 listopada 2009

"Pieśń łowcy" Tad Williams


Otóż - jest to książka o kotach. Jeśli jednak myślicie, że to jakiś nudny poradnik, grubo się mylicie. To po prostu opowieść o przygodach łowcy, rudego kota, który myśli, mówi, ma przyjaciół, przygody i w ogóle. To "w ogóle" to jest wszystko to, co mu się przytrafia, a przytrafia mu się dużo.
Łowca jest zwyczajnym kotem. Na początku tylko. Potem staje się kotem niezwykłym, trochę wymuszają to na nim okoliczności, a trochę jego charakter. Okoliczności to niepokojące zniknięcie (między innymi) jego przyjaciółki, kotki Cichej Łapy, a jego charakter nie pozwala mu przejść nad tym do porządku dziennego. Wyrusza więc na poszukiwania. Długie, wyczerpujące. Poznaje podczas wędrówki wielu przyjaciół, poznaje też nieprzyjaciół. I w tym momencie przestaje to być zgrabną opowieścią o dzielnym kotku, a zaczyna być powieścią fantasy. Trochę magii, dużo zmagań, nieoczekiwane zwroty akcji, walka dobra ze złem - to wszystko niesamowicie wciąga, aż mimowolnie zaczynamy trzymać kciuki za powodzenie Łowcy. Sekundujemy mu w jego poczynaniach, martwimy się klęskami i towarzyszymy mu w jego podróży aż do końca (nie, nie powiem, jakiego, ale to chyba nietrudno się domyślić).
Piękniutkie to wszystko, zgrabniutkie i wszystkomające. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że ja, jako posiadaczka kota (źle powiedziane, nie ja posiadam kota, a raczej kot posiada mnie) odbieram rzecz całą nieco subiektywnie, ale to już mój przywilej. I jako posiadaczka, a raczej osoba posiadana, stwierdzam, że autor bardzo dobrze zna się na kotach.

środa, 4 listopada 2009

"Cena wody w Finistère" Bodil Malmsten


Nie ma nic bardziej odstręczającego niż romantyczne tytuły książek napisanych przez kobiety w moim wieku, które kręcą się po ogrodzie w kapelusikach i klapkach, muskając swoje klematisy i ziółka - les cle'mates, les herbes. Wszystkie te gorsze od epidemii, tryskające sentencjami, ociekające bonmotami damulki. Te - szukam ostatecznej inwektywy - poetessy. *
Wypisałam sobie na szybko ten cytat, zanim musiałam książkę oddać. Potem dopiero zaczęłam się nad nim zastanawiać, dlaczego właśnie nad tymi słowami zatrzymałam się podczas czytania. Bo autorka ma w pogardzie te wszystkie książki o Toskanii czy Prowansji, książki tak śliczne, słoneczne i sielsko przaśne. Hm, a mnie się one podobają (nie wszystkie oczywiście)!
Przyznać też muszę, że w/w książka w żadnym wypadku nie jest śliczna ani idylliczna, a przyczynę tego stanu rzeczy upatruję w miejscu urodzenia autorki. Skandynawowie są chłodni.
---
* - "Cena wody w Finistère" Bodil Malmsten, tłum, Jan Rost, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2007, s. 198

wtorek, 3 listopada 2009

"Mroczne materie" Philip Pullman


Na wiki piszą: Akcja trylogii obraca się wokół dwóch wątków. Zasadniczy opowiada o wędrówce głównych bohaterów, Lyry Belacqua i Willa Parry'ego przez wieloświat równoległych wymiarów. Drugi traktuje o zmaganiach pomiędzy światem ziemskim i niebiańskim. W cyklu występuje wiele unikalnych, fantastycznych elementów świata przedstawionego, takich jak pancerne niedźwiedzie i dajmony, będące duszą pod postacią zwierzęta obrazującego charakter jej właściciela. Pullman odwoływał się też do klasyki, na przykład kreując postaci czarownic. W miarę rozwoju akcji, wydarzenia nabierają alegorycznych znaczeń. Autor czerpie z szerokiego wachlarza dziedzin, takich jak np. fizykai fizyka kwantowa, teologia, symbolika (w tym symbolika biblijna) oraz filozofia religii.
Pancerne niedźwiedzie są jak centaury, to taka moja prywatna uwaga – takie nienaturalne istoty, które generalnie nie istnieją, a na kartach książki z powodzeniem sobie egzystują i nawet budzą niechętną sympatię. Centaury budziły po prostu sympatię. Mnogość różnych bytów budzi podziw i dodaje kolorytu powieści. Mnogość odniesień też. Mitologia, proszę: zejście po umarłego do świata zmarłych, no, Orfeusz, prawda. Religia, proszę: motyw Adama i Ewy, do tego anioły i ich bunt. Do tego wierzenia ludowe, czyli czarownice, upiory, spersonifikowana śmierć, albo też coś w rodzaju wróżek, skrzatów, krasnali, no, malutcy ludzie. I jeszcze literatura, Romeo i Julia choćby, a więcej to już anomalocaris napłodził (ja tam nie umiem tak na zawołanie sobie przypominać, gdzie i kto o tym czy owym pisał, to pewnie przez sklerozę). A żeby nie było, że to tylko ładnie skompilowane wątki pościągane zewsząd, Pullman dodaje dajmony, istoty nierozerwalnie związane z człowiekiem, aczkolwiek będące niezależnymi bytami. Żeby to wszystko pomieścić, trzeba światów równoległych. No trzeba. Przeróżnych, dziwnych i całkiem normalnych. Bohaterowie wędrują po nich w tę i z powrotem, żeby coś zdobyć, coś wykonać, coś znaleźć... Wspierają się wzajemnie, Lyra i Will, wyciągając za uszy z przeróżnych opresji. To takie budujące.
Pytanie brzmi: czy mi się podobało? Otóż – i tak i nie. Tak – ze względu na tę obfitość wszystkiego, co Pullman zamieścił w trylogii i takie to wszystko zgrabne, takie przemyślane, takie mądre. Serio teraz piszę, wcale się nie nabijam. Nie – bo jakoś nie potrafiłam się utożsamić z bohaterami tak bardzo, jak bym chciała. Nie umiałam wczuć się do końca w ich historię, współczuć im, sekundować, trzymać kciuki. Takie czytanie bez przekonania. Dla porównania – „Inny Świat” wciągnął mnie nieporównanie bardziej. Nie mam pojęcia, od czego to zależy, czemu ten mniej, a tamten bardziej, ja tylko piszę, co czuję. Tym niemniej stanowczo stwierdzam, że warto przeczytać.

poniedziałek, 2 listopada 2009

"Tam piaski śpiewają" Josephine Tey


- Próżność to nieszkodliwy rodzaj słabości - powiedział Tad z tolerancyjnym wzruszeniem ramion.
- I tu właśnie się mylisz. To jest absolutnie destruktywna cecha. Gdy mówisz "próżność", myślisz o człowieku, który podziwia się w lustrze i kupuje sobie fatałaszki, aby się wystroić. Ale to jest zaledwie zarozumiałość. Prawdziwa próżność to coś zupełnie innego. To sprawa nie osoby, ale osobowości. Próżność mówi: "muszę to mieć, bo JA tego chcę". To jest przerażające, bo nieuleczalne. Próżnego nie można nigdy przekonać, że ktoś inny jest coś wart. On po prostu nie rozumie, co się do niego mówi. Raczej zabije człowieka niż zniesie przez parę miesięcy jego uciążliwą obecność.
- Ależ to jest choroba umysłowa.
- Nie w rozumieniu Próżnego. I z pewnością nie w sensie medycznym. To po prostu Próżny postępuje logicznie. Jak powiedziałem, to jest przerażająca cecha. Jedna z głównych cech osobowości przestępców. Przestępca, prawdziwy przestępca, jest przeciwieństwem małego człowieczka, który będąc w potrzebie fałszuje rachunki, lub mężczyzny, który zabija swoją żonę, gdy znajdzie ją w łóżku z kochankiem. Prawdziwi przestępcy różnią się między sobą wyglądem, upodobaniami, inteligencją i metodami, tak jak reszta ludzkości, lecz mają jedną niezmienną cechę wspólną: patologiczną próżność.
---
Josephine Tey, "Tam piaski śpiewają", tłum. Krzysztof W. Malinowski, wyd. Iskry, Warszawa 1977, s. 190

niedziela, 1 listopada 2009

„Labirynt nad morzem”, „Barbarzyńca w ogrodzie” „Martwa natura z wędzidłem” Zbigniew Herbert


Dość ciężko opisać tę trylogię. Czytałam ją smakując słowo po słowie. Przepiękne opowieści opisujące podróże Herberta po Europie. Nie tylko to, co zwiedził i obejrzał. Każdy obraz, antyk, miejscowość, obraz jest przez niego opisany i to tak, jakby cały czas przepraszał za nieudolność przekazu (a niesłusznie!), a dodatkowo to wszystko jest obficie okraszone historią, zależnościami. Widać, że sięgał do wielu źródeł, by zgłębić naturę rzeczy, naturę dzieł sztuki. Ach, chciałoby się westchnąć, dlaczego nie ma wielu takich książek, tak cennych, zawierających tak wiele informacji, a do tego pisanych językiem tak pięknym, delikatnym i obrazowym.
„Labirynt nad morzem” - rozdział po rozdziale zagłębiamy się w kulturę śródziemnomorską: - Labirynt nad morzem – co tu mamy? Cywilizację minojską na Krecie, jej odkrycie przez Evansa (szczegółowy życiorys tegoż), burzliwe polemiki archeologów dotyczące datowania... „Kreta, tajemnicza, o zaciśniętych ustach, zamkniętych oczach – broni się. Wyspa sejsmiczna, doświadczająca często gniewu Posejdona, wyspa niepewnych i chwiejnych hipotez.”
- Próba opisania krajobrazu greckiego – Ateny, Delfy, Sparta, Olimpia, wyspy greckie.
„Do Grecji jechałem na spotkanie z krajobrazem. Sztukę grecką można poznać nieźle w muzeach europejskich.”
„Pokusa opisywania i porażka opisywactwa. Nie udało mi się nawet wyrazić kształtu i koloru oliwki. A przecież znam dokładnie przynajmniej jedną z nich tuż koło muru ogradzającego pałac Minosa w Knossos. Policzyłem wzrokiem wszystkie jej liście i noszę w sobie dokładnie jej kontur. Ale trzeba być Durerem, żeby z tego doświadczenia zrobić kształt.
Opisać jeden stok góry: u spodu srebrna poszarpana zieleń krzewów. Trzy białe domy. Winnica przypominająca wydłużone, niskie altany. Z wierzchu zieleń przyprószona z dodatkiem błękitu, ale między szpalerami winorośli jest zimny, szafirowy chłód. Mały prostokąt bardzo dźwięcznego brązu, jaki mają jesienią liście grabu. Wreszcie wyżej łuszczący się kamień i rzadkie trawy.
Chciałem opisać.”
- Duszyczka – krótki szkic, Freud, stereotypy i jak to się wiąże z Grecją i Atenami.
- Akropol – to nie sam Akropol, to jeszcze historia Peryklesa, głównego twórcy potęgi Aten w piątym stuleciu. To wstrząsający opis zniszczeń, jakich doznało to miejsce (wstrząsający dla osób odczuwających uwielbienie i respekt dla sztuki).
- Sprawa Samos – centrum kultury jońskiej. Ale Herbert nie skupia się na kulturze, jak by tego można było oczekiwać. Całkiem nieoczekiwanie pisze „zajmiemy się tutaj pewnym epizodem historycznym, zwanym rewoltą lub buntem Samos. Ze sprzecznych źródeł i relacji postaramy się zrekonstruować tę historię, nie tając sympatii dla pokonanych”.
- O Etruskach„Etruskowie są modni, jakby odkryto ich niedawno, jakby byli ostatnią rewelacją archeologii śródziemnomorskiej”. Autor śledzi doniesienia na ich temat, ich sztukę, obyczaje, religię, moralność (którą Rzymianie, chcąc zdyskredytować Etrusków, poddawali w wątpliwość), bada także nieustające zainteresowanie pismem etruskim. Ta starożytna nacja, jak się okazuje, zostawiła mnóstwo tabliczek, niestety są to w większości okropnie nudne nekrologi.- Lekcja łaciny – ni z tego, ni z owego sięga Herbert do własnych wspomnień, do lekcji łaciny i groźnego łacinnika, który „wbijał” uczniom do głów rozmieszczenie najważniejszych budowli Wiecznego Miasta, by kiedyś, w przyszłości, nie dreptali po Rzymie jak barbarzyńcy. Płynnie od tego wspomnienia przechodzi do najazdu Cezara na Brytanię, historii tego podboju, przyczyn i przebiegu. Mur Hadriana, legiony w Brytanii (nie, nie ma tam legendy ostatniego legionu – którą tak pieczołowicie wykorzystał w książce Manfredi) i nie tylko, wojskowa dyscyplina i to, co zostało po Rzymianach na wyspie.
Drugi tom trylogii to „Barbarzyńca w ogrodzie”. Zaczynamy od malowideł naskalnych z Lascaux wyciągniętych z otchłani czasu, opisywanych z szacunkiem i zachwytem. Potem wędrujemy po miastach, Sienie, Valois, Arles (znane chyba najbardziej z van Gogha, jednak autor przybliża nam inne Arles, z piękną romańską świątynią, amfiteatrem i prowansalskim Wergiliuszem – Mistralem.) W rozdziale „Kamień z katedry” Herbertzagłębia się szczegółowo w tajniki budowania katedr, sposoby finansowania, projekty, opisuje mistrzów i czeladników, narzędzia, szkice... długo i wyczerpująco, zdradzając, że sięgał w przeróżne miejsca, choćby rachunki – wiele można się z nich dowiedzieć. Rozdział „O albigensach, inkwizytorach i trubadurach” to zdecydowanie najciekawszy rozdział w tej książce. Zapewne miało to związek z tym, że niedawno przeczytałam „Labirynt” Kate Moss, szeroko opisujący tę kwestię, tyle że w beletrystyczny sposób. Tu natomiast mamy fakty, historię, nazwiska, wojny, wydarzenia. Fascynująca lektura. Tak samo jak następny rozdział „Obrona templariuszy”.
Ostatnia książka „Martwa natura z wędzidłem” poświęcona jest w całości Holandii. Herbert przechodzi tu płynnie przez pasję do tulipanów - tajemniczą, niezrozumiałą i trochę szaleńczą do malarzy holenderskich, niezwykle licznych (skądże na tym małym kawałku ziemi tak wielu artystów?).
Ogólnie – podczas czytania czułam się przerażająco niedouczona. Ale nie było mi z tym źle, wcale. Łapczywie łapałam za następną książkę, by jak najszybciej dowiedzieć się czegoś nowego, interesującego, niecodziennego. Fascynująca lektura. To powinno być obowiązkowe w szkołach.
P.S. Zdaję sobie sprawę, że ta moja recenzja jest okropnie chaotyczna, niedopracowana i ogólnie do bani - i bardzo, ale to bardzo nad tym boleję, zwłaszcza że pisałam ją, przerabiając i poprawiając, parę tygodni. Boleję nie dlatego, że nie sprostałam zadaniu (w mojej własnej ocenie), ale że nie brzmi to dość zachęcająco, jak powinno. A powinno. Wybaczcie.