niedziela, 28 marca 2010

"Uczniowie Dantego 1: Piekło jest miejscem bardzo intymnym" antologia

Ta jedynka w nazwie to oznaczenie tomu pierwszego, polski wydawca bowiem podzielił oryginał (jednoczęściowy) na dwie części i wydał tylko pierwszą część. Zabieg jak dla mnie bezcelowy, ale może jakieś tam powody były, może autorzy drugiej części mniej są w Polsce znani albo co?.

Tekst na okładce obiecuje wiele, bo nawiązania do piekła znanego nam z utworu Dantego "Boska komedia". Łasa jestem na takie porównania, myślę sobie - o, jeśli podstawą jest taki znany utwór, pewnie coś fajnego z tego wyjdzie. I nie szkodzi, że mam braki w klasyce (tak, nie czytałam "Boskiej komedii"), można je nadrobić, a tymczasem poczytam sobie, myślę, wariacje na temat.
Po przeczytaniu nie dziwię się już, że drugiej części nie wydano. To zlepek opowiadań bądź to fantastycznych (ale mało ich), bądź horrorów, bądź po prostu niewiadomojakichgatunkowo. Nie podobało mi się, nie widziałam tam specjalnych nawiązań do klasyki. Oczywiście w posłowiu, przedrukowanym z oryginalnego wydania, śpiewają pochwalne pieśni o antologii, ochy i achy. Już mniejsza z tym, że w tymże posłowiu odnoszą się też do opowiadań, których nie miałam szansy przeczytać (te z drugiej części), i tak bym nie sięgnęła.
Ciekawostka - jestem pierwszą osobą w biblioNETce, która oceniła tę książkę. Aż szkoda, że taka niska ta pierwsza ocena, ale trudno.

Ocena: 2/6 (byłoby 1, ale podniosłam ze względu na opowiadanie "Topielec" Briana Herberta i Marie Landis, jedyne, które jako tako utrzymało mi się w pamięci).

P.S. Na allegro chyba znalazłam drugą część, pod tytułem "Epifania". Czyli jednak wydano? Nie, nie jestem zainteresowana.

I jeszcze cytat (zaznaczyłam podczas czytania, niech nie zginie w mrokach niepamięci):
Bóg jest jak kompania telefoniczna; płacisz abonament, a czasami i tak nie możesz się dodzwonić. Jeśli jednak zmienisz sposób myślenia, obywasz się bez telefonu. Kiedy indziej zmieniasz kompanię. *
 
---
* "Uczniowie Dantego", opowiadanie "Rozdarta słodycz późnego popołudnia", Douglas Clegg, tłum. Andrzej Ledwożyw, Wydawnictwo SR, 1997, s. 41.

sobota, 27 marca 2010

"Calvin i Hobbes" Bill Watterson


Kocham Calvina nad życie, od pierwszego wejrzenia. Z prawdziwą przyjemnością kompletowałam sobie poszczególne tomu tego komiksu wydane w Polsce. Kiedy wzięłam do ręki ostatni, odczułam pewien żal, że to już ostatni. No cóż, w każdym bądź razie w chwilach chandry zawsze mogę sięgnąć na półkę na chybił trafił i wyciągnąć któregoś Calvina.
Uwielbiam bałwany Calvina, powyżej próbka. Tego jest cała masa i podziwiam inwencję autora w wymyślaniu wciąż nowych bałwanów. Uwielbiam nieskończenie wiele sposobów, w jakie Hobbes rzuca się na Calvina wracającego z pracy. Zuzię też uwielbiam. I rodziców Calvina. Nawet nauczycielkę, panią Skorek.

Jeśli nie macie pod ręką komiksu papierowego, to proponuję odwiedziny na stronie: Calvin & Hobbes po polsku. Ja tam zaczynałam. Serdecznie polecam!

czwartek, 25 marca 2010

"Fortele Jonatana Koota" Janusz Przymanowski

"Psssssy...
Bul - bul - bul - bul - bul.
Psssssy...
Bul - bul - bul - bul - bul.
Syczenie dobiegało spoza żywopłotu, a bulgotanie od rzeki." *

Można mnie obudzić w środku nocy i przytoczyć powyższe, a ja bezbłędnie rozpoznam, co to jest. Można mnie spić na umór i przytoczyć DOWOLNY fragment z tej książki, a ja rozpoznam, co to jest. Są po prostu takie książki, które kocham miłością bezwarunkową i bez zastrzeżeń, a "Fortele" do nich należą. Bezapelacyjnie. Czytałam to, jak miałam kilka lat, parę lat temu kupiłam własny egzemplarz, bo zatęskniłam znienacka. I mam, stoi sobie przyjaźnie na półce. Czasem poklepię z czułością po grzbiecie, czasem wezmę do ręki z zamiarem przeczytania fragmentu, przeważnie kończy się to pochłonięciem całości (zajmuje to godzinkę, bo duża czcionka, no i znam na pamięć niemalże), czasem tylko oglądam ilustracje autorstwa Danuty Przymanowskiej-Boniuk (zbieżność nazwisk to przypadek?).
No kocham i tyle, kota Jonatana, kowalika Eryka, żółwia Bikiego - tych wojowników o czystość środowiska naturalnego. Uwielbiam ich przygody. Podziwiam pomysłowość. Trzymam za nich kciuki. I w ogóle.
Na pewno będę tę książkę czytać synowi.
A jak uda mi się zdobyć film, to puszczać mu też będę (choć film darzę daleko mniejszym sentymentem).


---
* "Fortele Jonatana Koota", Janusz Przymanowski, Nasza Księgarnia, Warszawa 1981, ilustracje Danuta Przymanowska-Boniuk, s.5.

środa, 24 marca 2010

Stieg Larsson jest mój

Jeśli wpuści się mnie do centrum handlowego, to bardzo prawdopodobnym jest, że mimo celem pobytu tam jest odebranie gotówki (za oddane buty) oraz zrobienie zakupów obiadowych, to i tak trafię, choćby na pięć minut, do księgarni. Weszłam, myśląc o Larssonie, nie ukrywam, że zachęcające komentarze pod recenzją pierwszego tomu "Millenium"  dołożyły swoje. Oczywiście na półkach z nowościami wystawione są egzemplarze z twardą okładką, a więc droższe. Zaparłam się na miękką (taki mam pierwszy tom, no i po co przepłacać), sprzedawca wskazał mi kawałek podłogi, gdzie leżała paletka z książkami w miękkiej. No i już. Dwa tomy, "Dziewczyna, która igrała z ogniem" oraz "Zamek z piasku, który runął", są moje.


P.S. Zdążyłam też kupić sobie buty w CCC :)
P.S. I dostałam zdjęcie synka ze spotkania biblionetkowego, które z dumą prezentuję!

wtorek, 23 marca 2010

"Opowieści o Johnnym Maxwellu" Terry Pratchett

Terry'ego Pratchetta raczej przedstawiać nie trzeba, bo jego Świat Dysku jest dość znany i popularny. Przedmiotowe "Opowieści" nie są z tego nurtu, przeznaczone są dla młodszych czytelników, co wcale nie znaczy, że starszemu czytelnikowi się nie spodoba, bo na przykład mnie spodobało się i polecam.

Tom dzieli się na trzy książki, każda ma wspólnych bohaterów, tylko przygoda w każdym jest inna.

Pierwsza część to "Tylko ty możesz uratować ludzkość". Ludzkość w tym przypadku to nie ludzkość taka, jaką znamy, tylko populacja stworków znanych z gier komputerowych, tych, co to najeżdżają na Ziemię i trzeba je wytłuc do ostatniego zielonego ogona, żeby ocalić Ziemię. Nic dziwnego, że mają tego dość i chcą do domu. Jedynym, który słyszy ich wołanie o pomoc, jest Johnny. No jak zwykły chłopak ma uratować całe rzesze "obcych", kiedy nikt mu nie wierzy, a nowi gracze wciąż kupują/pożyczają/piracą grę i walą w biedne stworki bez opamiętania. No bo jak wierzyć w takie dziwactwo w ogóle? Otóż to. Jak się nie uwierzy, to nie ma ratunku, nie ma też frajdy z czytania. Albo skaczemy na głęboką wodę i dajemy się porwać, albo nie. Ale jak nie, to nie bierzmy się za tę książkę.

Tak samo jest z drugą częścią: "Johnny i zmarli". Tym razem o pomoc do głównego bohatera zwracają się zmarli z miejskiego cmentarza. Korporacja chce im bowiem wyszarpać spod nóg (czy tam tułowi) miejsce wiecznego spoczynku, budując na cmentarzu biurowiec. I znów Johnny musi dać sobie radę z tym problemem - bo tylko on widzi i słyszy zmarłych. Na szczęście ma paczkę przyjaciół, którzy mu pomagają.

Trzecia część, "Johnny i bomba", podobała mi się najbardziej. To przez nieoczekiwane podobieństwo do książki Connie Willis "Nie licząc psa", czyli o podróżach w czasie. Tu Pratchett rozwija skrzydła wyobraźni, kręci i lawiruje ze światami równoległymi, skacze to tu, to tam, albo też tu, tylko pięć minut wcześniej. Dzieje się, oj dzieje.

W całym tym cyklu dostrzegam też jakieś podobieństwo do "Wielkiej, większej i największej" Broszkiewicza czy "Ci z Dziesiątego Tysiąca", dzieci mają przygody, dzieci myślą niekiedy rozumniej i doroślej niż dorośli, więcej dostrzegą, bardziej się przejmą tym, co się wokół nich dzieje. A my, dorośli, z wiekiem tracimy tę cechę.

Ocena odpowiednio: 4,5/6; 4,5/6; 5/6.

sobota, 20 marca 2010

Spotkanie biblionetkowe

Tym razem odbyło się w "Dominium" na Starowiejskiej w Katowicach. Plon prezentuję niżej:

Wydłubałam z półek i przekazałam potrzebującym:
"Kot alchemika"  i "Rumo"  Walter Moers - dla Dot
"Kompania braci" Ambrose - dla mafii
"Niezwykłe katastrofy XX wieku" Grobicki - dla misiaka
"Dewiza Woosterów" Wodehouse - dla minutki
"Smilla w labiryntach śniegu"  Hoeg - dla marioli


Oddałam właścicielom:
"Nie wiem, jak ona to robi" Allison Pearson - Dot
"Ani słowa prawdy"  Jacek Piekara - jw
"Nie żyję, więc jestem"  Katarzyna Byzia - jw
"Pamiętniki Jane Austen"  Syrie James - Olimpii
"Wiele hałasu o nic"  William Szekspir - też
"Sprężyna"  Małgorzata Musierowicz - też
"Saga rodu Klaptunów" Maciej Wojtyszko - też
"Której imię wymazano"  Wollfolk - Ayane, ale zaopiekowała się Marylek
"Księga śmiechu i zapomnienia" Kundera - epa


Oddano mi i mogę wstawić na półkę:
"Porwanie Jane E." Fforde
"Historie rodzinne" Wharton


Oddano mi i natychmiast poszło dalej:
"PLO 1 i 2" Grzędowicz - do marioli
"Widnokrąg" Myśliwski - do villeny
"Rymy życia i śmierci" Oz - do epy (zapomniałam, że miałam tego nie puszczać dalej, a wreszcie przeczytać)
"Regulamin tłoczni win" Irving - do Alicji


Dostałam do poczytania:
"Shantaram" Roberts - od Alicji
"Na zakręcie" Michalak - od Dot
"Oko jelenia" Pilipiuk - od Dot
"Kocie opowieści" Herriot - od Marylka
"Reflektorem w mrok" Żeleński - od minutki
"Zamczysko w Otranto" Walpole - od misiaka
"Pocałunek Fauna" Banach - od Olimpii
"Sekretne życie pszczół" Kidd - od Olimpii

A jak dostanę od kogoś zdjęcie Krzysia ciamkającego z zadowoleniem "Pocałunek Fauna", to wstawię :P

czwartek, 18 marca 2010

Spotkajmy się w bibliotece

Bazyl podrzucił mi dziś linka z zapytaniem, czy już coś napisałam, albo czy może chcę napisać na konkurs. Szczerze powiedziawszy, nie miałam o konkursie pojęcia, wczytałam się zatem pilnie w stronę:

http://www.biblioteki.org/pl/konkursy/konkurs/opis_konkursu/78

Potem wzruszyłam ramionami: no wszystko pięknie, ale ja nie chodzę do biblioteki. Kiedyś chodziłam, do miejskiej, to znaczy do jednego z oddziałów, ale po pewnym czasie (nawet dość długim) przestałam. Zdawało mi się, że wydłubałam z niej już wszystkie interesujące mnie książki, a nowości było mało i były od razu rozchwytywane. Zaglądałam później od przypadku do przypadku, gdy widziałam informację o wystawie zdjęć czy rysunków, albo gdy organizowano kiermasz i można było kupić książkę za złotówkę.
Następnie odkryłam spotkania biblioNETkowe, z których wynosiłam stosy książek, jeszcze potem zarejestrowałam się na podaju, gdzie można było upolować coś ciekawego (niestety, coraz rzadziej mi się to zdarza).

Zaszłam w ciążę, urodziłam dziecko i podczas urlopu macierzyńskiego, zwłaszcza kiedy mały był całkiem mały i wisiał całymi dniami przy piersi, czytałam bardzo dużo. Mały się przysysał, ja brałam książkę w jedną rękę i czytałam. Zaczęłam odczuwać lekki brak świeżych lektur i wtedy zaświtała mi myśl, że może zajrzeć by znów do biblioteki. Niestety, tu pojawiły się schody, dosłownie. Biblioteka mieści się bowiem na pierwszym piętrze budynku i trzeba by pokonać sporo schodów. Mamusie z wózkami wiedzą, o czym mówię, nagle 90% sklepów czy miejsc użyteczności publicznej staje się niedostępne albo trudno dostępne. Owszem, jest winda dla niepełnosprawnych, ale mam opory przed korzystaniem z czegoś, co jest przeznaczone dla niepełnosprawnych, to znaczy głównie tu chodzi o miejsca parkingowe, ale chyba rozciągnęło mi na wszystko.

Spotkajmy się w bibliotece - mówi hasło konkursu. Chętnie, tylko jak, skoro tak bardzo mi nie po drodze i pod górkę?

---
Zdjęcie pochodzi z http://galton.org/news.htm - polecam, obejrzyjcie inne.

środa, 17 marca 2010

„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stieg Larsson

Na półce księgarskiej prezentowało się zachęcająco – grube, opasłe tomisko, zapewniające na pierwszy rzut oka sporo dni z lekturą, dodatkowo z opinii wyczytanych tu i ówdzie wiedziałam, że kryminał ten podoba się czytelnikom.

Rzeczywiście, mnie też się spodobał i to bardzo – z jednego powodu przede wszystkim. Mianowicie, zgadłam mordercę w połowie książki! Byłam szczerze wzruszona, kiedy pod koniec potwierdziło się moje przypuszczenie co do tożsamości złoczyńcy, ponieważ nigdy wcześniej mi się to nie udało. Wiem doskonale dlaczego – za szybko czytam i przy przeciętnej grubości kryminale zanim zdążyłam się porządnie zastanowić nad możliwymi sprawcami czy motywami, byłam już przy końcu i czytałam mowę końcową czy to Poirota, czy Holmesa. Nijak nie umiałam czytać wolniej, bo kryminały wciągają.
Tutaj natomiast czytania jest tyle, że spokojnie można sobie pomyśleć o wszelkich okolicznościach, poprzyglądać się bohaterom powieści. Co prawda morderca wyszedł mi z motywu, a jak się potem okazało, ten mój wydedukowany motyw okazał się całkowicie chybiony, tak więc radość odrobinę sklęsła. Trudno.

Larsson pisze bardzo dokładnie, buduje pracowicie cały świat, w którym my, czytelnicy właśnie się znajdujemy, wprowadza na scenę powoli poszczególne osoby, cofa się w przeszłość, by wyjaśnić to i owo, a przy tym wcale a wcale nie nudzi. Główny bohater powieści nie jest detektywem czy policjantem i bardzo dobrze, to by było trochę sztampowe. Jest dziennikarzem o przenikliwym, analitycznym umyśle. Partneruje mu dziewczyna – ciekawa i nietuzinkowa, bo potężnie skrzywiona emocjonalnie, a do tego piekielnie uzdolniona w zakresie informatyki. Jest w niej jakaś skrzętnie skrywana tajemnica (może następne tomy rzucą na nią nieco światła?), bardzo to intrygujące.

Jeśli chodzi o fabułę, to tylko kilka słów rzucę: dziennikarz na skutek procesu o zniesławienie musi porzucić na jakiś czas swój zawód, co skrzętnie wykorzystuje potentat przemysłowy, proponując dziennikarzowi rozwiązanie zagadki zniknięcia kilkunastoletniej dziewczyny – zagadka tym trudniejsza, że zdarzyła się prawie czterdzieści lat temu. No, jak myślicie? Dali radę bohaterowie? Dali, a jakże, do tego odkrywając takie pokłady ciemnych, ohydnych i wstrząsających spraw, że nie ma co się dziwić, iż tomisko ma tyle stron.

Dobry to kryminał, zaprawdę. Tylko mam jeden malutki, wręcz malusi zarzut: oczekiwałam skandynawskiego chłodu (autor jest Szwedem), nie dostałam, niestety.


Ocena: 5/6.
Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet [Stieg Larsson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 16 marca 2010

"Awantury na tle powszechnego ciążenia" Tomasz Lem

Kupiłam przez Mamę, zaciągnęła mnie do półki z biografiami, bo szukała polskich autorów. Coś tam wzięła, a ja wypatrzyłam "Awantury". Wzięłam, bo lubię Lema, dużo go czytałam, a Pirx to mój ulubiony (no dobra, jeden z ulubionych) literacki bohater. Książkę napisał jedyny syn Stanisława Lema - Tomasz, posiłkując się wspomnieniami własnymi, lub (w przypadku opisywania czasów wcześniejszych niż własne narodziny) swojej matki, Barbary.


Książkę oceniam dwojako: literacko - tak sobie. Wspomnieniowo - znakomicie. Dowiedziałam się mnóstwo o słynnym pisarzu, o jego losach, o żonie, o tym, jak pisał i jak lubił słodycze, o samochodzie (słynnym mercedesie też, co to niedawno sprzedawany był na allegro i trafił do hobbysty z Tarnowskich Gór), o domu w Krakowie (widziałam, pisałam o tym).

Po przeczytaniu mam takie wrażenie, do którego chyba nie powinnam się przyznawać jako miłośniczka Lema, ale co tam, przyznam się. Chyba bym nie polubiła Lema jako człowieka. To wrażenie tylko, nie pewność, tu jakieś nieodpowiedzialności w rodzaju wyciągania kluczyka ze stacyjki podczas jazdy, tu świadome lekceważenie rozmówcy czy ludzi ogólnie (i nie mówię tu o namolnych reporterach, bo to inny gatunek).

Do tego kolega zwrócił mi uwagę, że wyczuł tam dezaprobatę Stanisława Lema wobec wyborów życiowych syna, pokładał w nim wielkie nadzieje, a ten poszedł własną drogą. No owszem, rzeczywiście, widać to.

Tu skończę (wiem, krótko dziś, nie mam weny chyba), ale zanim skończę, to biję brawo dla Tomasza, że potrafi pisać z delikatną czułością, ale i rzeczowo o swoim słynnym ojcu.

Ocena: 4,5/6.

Awantury na tle powszechnego ciążenia [Tomasz Lem]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 14 marca 2010

"Kot alchemika" Walter Moers

Kolejna książka z cyklu camońskiego, wydana w Polsce z kompletnym chyba zignorowaniem kolejności pisania. Ale akurat w tym przypadku nie ma to większego znaczenia.

Mamy tu miasto Sledwaya, wyjątkowo dziwne miasto, gdzie królują choroby i niemoc. Mieszkańcy wciąż niedomagają, wciąż się leczą, a najliczniej reprezentowaną grupą zawodową w mieście są aptekarze. Za ten stan rzeczy odpowiada przeraźnik Eisspin. Gwoli wyjaśnienia - przeraźnik to jakby czarnoksiężnik, ale tłumaczka wierna była konwencji z poprzednich książek Moersa, gdzie zwykłe czarownice zostały przeraźnicami. Zaraz, nie całkiem czarnksiężnik, ale do tego jeszcze alchemik. Zły alchemik (a bywają dobrzy?), paskudny wręcz, okropny! Swoimi tajemniczymi sposobami rozsiewa po mieście trujące opary, zarazki i mikroby, zatruwa studnie, komponuje przerażającą muzykę, która powoduje wzrost samobójstw w mieście (jak przy halnym) - a do tego wszystkiego ma z tego kupę radochy. Uczciwy, pełnokrwisty czarny charakter jak się patrzy.

I taki typek natyka się na kotka, właściwie krotka (różni się od zwykłych kotków tym, że umie mówić) biednego, małego, zagłodzonego, bezpańskiego krotka. Już truchlejemy ze strachu, że zrobi mu coś okropnego, kopnie, zatłucze na śmierć czy coś. Ale oto przeraźnik bierze krotka na ręce i oferuje mu dom - szok, zaskoczenie, jak to?
Spokojnie. Wszystko w porządku, szwarccharakter jest szwarccharakterem, a przygarnięcie i uratowanie od śmierci głodowej krotka ma swój okrutny cel. Bohaterowie zawierają bowiem umowę: przeraźnik przez miesiąc będzie karmił krotka, a ten w zamian po upływie miesiąca da się ukatrupić. O, nie dla samego ukatrupienia! Szalony alchemik pożąda tłuszczu wytopionego z ciała upasionego kociaka, jest to wszak szczególna alchemiczna gratka.

Cały miesiąc towarzyszymy krotkowi podczas jego pobytu w domu Eisspina, obserwujemy jego rezygnację i apatię, a potem liczne zrywy  niepodlegościowe, do tego mamy sporą porcję smakowitości (Eisspin gotuje bowiem jak anioł) oraz wyjątkowo pouczające rozmowy więźnia i alchemika. Co stanie się, gdy upłynie rzeczony miesiąc, dowiecie się z książki (a akcja zawrotnie przyspiesza pod koniec, nie mogłam się oderwać), jeśli zdecydujecie się ją przeczytać, a polecam, polecam mocno.

Jedyny mankament, jaki mi pozostał z czytania, to to, że nie wiem,co to jest poszerowanie - słowo użyte, oczywiście, w kontekście kulinarnym, między passerowaniem a pralinkowaniem.

Ocena: 5/6

sobota, 13 marca 2010

"Przebudzenie" Kate Chopin

Kolejna książka z wyzwania "amerykańskie południe w literaturze". Nowy Orlean, lata pięćdziesiąte XIX wieku. Główną bohaterką jest pani Pontellier, mężata, dzieciata, dobrze sytuowana, kochający mąż, grono oddanych przyjaciół, cud miód i wanilia. Wśród przyjaciół jest ten jeden szczególny, Robert, adorujący ją z zapałem i oddaniem. Dopóki ona traktuje go jak podnóżek, wszystko jest w porządku, grupa znajomych odnosi się do tego ze zrozumieniem, a mąż z uśmiechem i pobłażaniem patrzy na flircik.

- Może bałam się obudzić zazdrość w moim mężu - wtrąciła z niewinną minką. Rozśmieszyło to całą trójkę. Prawa ręka zazdrosna o lewą! Serce zazdrosne o duszę! Lecz jeśli już o to chodzi, to Kreol nie zna zazdrości o żonę - trująca ta namiętność skarlała w nim do cna wskutek braku podniety. [*]

Kiedy Robert wyjeżdża, wszystko się zmienia, przede wszystkim sama bohaterka. Budzi się? Czy to właśnie miała autorka na myśli, tytułując książkę "Przebudzenie"? Trochę przypomina przebudzenie ten opis kobiety, która, pozbawiona adoratora, zdaje sobie sprawę z uczuć do niego żywionych. Która po odkryciu tychże uczuć zrywa z dotychczasowym życiem poukładanej pani domu i zaczyna żyć tylko i wyłącznie dla siebie i po swojemu. Wysyła dzieci do babci, mąż od dawne wyjechał w interesach, więc z nim nic nie musi, wynajmuje domek tylko dla siebie, zaczyna malować, zaczyna przyjmować gości, w tym nowego adoratora...

Ja rozumiem, że w czasach, kiedy ukazała się ta ksiażka, było to szalenie odważne rozwiązanie swego pomysłu na życie, niestety, moim zdaniem, powieść nie wytrzymała próby czasu. Teraz kobiety robią co chcą, nie oglądając się za bardzo ani na męża, ani na otoczenie, realizują się w czym popadnie, znajomości damsko - męskie też zawierają bez większych zahamowań...

Ale doceniem prekursorkę, Kate Chopin.

Ocena: 3,5/6
Przebudzenie [Kate Chopin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
[*] "Przebudzenie" Kate Chopin, tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Książka i Wiedza, 1980, s. 23

piątek, 12 marca 2010

Luźniej na półkach

Albowiem wysłałam dziś do podajanina (czy to w ogóle poprawne słowo?) trzy książki:
  • "Człowiek, który zdemoralizował Hadleybyrg" Mark Twain
  • "Diament wielki jak góra" Francis Scott Fitzgerald
  • "Śmiejący się policjant" Maj Sjöwall i Per Wahlöö
Czwata książka wysłana była wcześniej i do kogoś innego:
  • "Miłości ich życia. Romantyczne związki od czasów Antoniusza i Kleopatry" Louis Baldwin
To co, może sobie coś kupić nowego? ;) Mam parę pomysłów!

    wtorek, 9 marca 2010

    Różnie, kwadratowo i podłużnie

    Tak się czuję, jak ta książka po lewej. Pokrzywiona, boląca, nie taka. Borykam się z przeziębieniem własnym, przeziębieniem synka, mąż też coś przebąkuje, że go łamie, zamykam uszy i nie chcę tego słyszeć, bo jak i on się rozłoży, to leżymy.

    Chciałam napisać recenzję "Przebudzenia" Kate Chopin z wyzwania czytelniczego, ale obawiam się, że w obecnym stanie ducha zjechałabym tę książkę zgoła za bardzo i niepotrzebnie (co wcale nie znaczy, że mi się podobała, bo nie za bardzo). Muszę odczekać.

    Ale za to podziurkowałam sobie część książek! Maluteńką część, bo tylko kolekcję Gazety Wyborczej, dzieła XX wieku. Do tej konkretnej kolekcji użyłam dziurkacza różyczki, bo seria dzieł zaczyna się od "Imienia róży" Umberto Eco. Prawda, że logiczne?

    Kolega wysłał mi wiadomość "Wszystkei twarze szatana i Siedlisko - 2 książki Cichowlasa i Kyrcza - jakby sie gdzie ebooki walały to poproszę" - to mu jutro poszukam. A teraz czytam Pratchetta, nie dysk, zresztą widać po lewo, co czytam. Strasznie ciężka książka. Yyy, tego, fizycznie ciężka, ręce mdleją, a nie, że jakieś treści dołujące czy coś.

    No, to się pożaliłam, popisałam to i owo, mogę iść spać.  :)

    poniedziałek, 8 marca 2010

    "Długie lata szczęścia" Reynold Price

    Książkę pobrałam z podaja na potrzeby wyzwania czytelniczego - amerykańskie południe w literaturze.

    Przeczytałam. Teraz usiadłam do napisania recenzji, otworzyłam edytor i zamarłam. O czym by tu napisać? No dobrze, zacznę od krótkiego przedstawienia: główną bohaterką jest Rosacoke, a w książce opisana jest jej długoletnia miłość do chłopaka Wesleya. Ona go kocha, pisze do niego, on jej czasem odpisuje, a czasem nie. Ona czeka, by chłopak przyjechał z wojska/z pracy w dalekim mieście, on, jak już przyjedzie, albo ją odwiedza, albo nie. Ona opisuje mu swoje uczucia w sposób delikatny, okrężny i nienachalny, a on jej odpowiada, że nie wie, o co jej chodzi. Łapiecie już klimat?
    Cała ksiażka jest delikatna i nienachalna, nasączona tą ostrożną obawą Rosacoke przed tym by nie wydać się natrętną, co swoją drogą trochę dziwne jest, bo mało kto jest mniej natrętny niż ona. Tak sobie myślę, że ja to doskonale znam z autopsji, tę delikatność i wiem, że się ona nie opłaca, nawet szeptałam to Rosacoke podczas czytania, ale ona mnie nie słuchała i robiła po swojemu, nie dziwię się, bo ja też robiłam po swojemu i nie słuchałam żadnych podszeptów.
    Próbka myśli Rosacoke:
    "Lecz z Wesleyem - inaczej; od razu, tego pierwszego dnia, wyraźnie przebijał przez niego cień dorosłego mężczyzny, jakby ktoś narysował na nim już gotową sylwetkę, którą miał tylko wypełnić sobą. Ja to widziałam, chociaż byłam mała. I widziałam, że nie ma tam miejsca dla Rosacoke Mustian, czymkolwiek ten chłopak zostanie. I wypełniał sobą zarys dorosłego mężczyzny, i jego twarz robiła się taka, jak przeczuwałam, że będzie, i przychodził do mnie tyle razy w tym czasie, całował mnie i tulił - a ja mu pozwalałam i mówiłam sobie: - on się zmienił i to jest miłość - a przecież zawsze byłam dla niego tym, czym jest woda dla łodzi - potrzebna mu po prostu po to, żeby mógł iść dalej, żeby dojrzał do miasta [...]"[1].
    Autor opisuje każdy krok, każdą myśl dziewczyny jakoś tak dziwnie, niby sennie i ospale, a w rzeczywistości wnikliwie, bo bez pośpiechu. O, to jest słowo-klucz: bez pośpiechu. I dzięki temu opisuje więcej, ma czas, by zatrzymać się nad tym i owym, przyjrzeć się:
    "To jest taki dzień, jakiego nikt nie chce - pomyślała - cichy, szary i smutny, choć tak przejrzysty, że powykręcane gołe wiśnie nad stawem wyglądają jak wyżłobione ostrym rylcem"[2].
    To piękna książka, pięknie się ją czyta, zła jestem tylko, że egzemplarz, który mi się dostał, jest błędnodrukiem, brakuje kilkunastu stron w środku książki, z dość istotnym zwrotem akcji, na ile zdołałam się domyślić z kontekstu.
    Czytajcie, czytajcie takie starocie (książkę w Polsce wydano w 1975 roku), urocze, nostalgiczne powieści, delikatne i miłe.

    Ocena: 4/6
    ---
    [1] "Długie lata szczęścia" Reynold Price, tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, wyd. Książka i Wiedza, 1975, s. 127-128
    [2] Tamże, s. 159

    sobota, 6 marca 2010

    "Imprimatur" Rita Monaldi, Francesco Sorti

    Skończyłam czytać na stronie 247, cała książka ma stron 536. Jak widać, dobrnęłam mniej więcej do połowy. Wkleiłam tylko jedną karteczkę-zakładeczkę, bo nie znałam słowa sekwestrować ( dla ciekawych: sekwestracja 1. «zajęcie majątku, ruchomości na rzecz państwa») w zdaniu o sekwestrowaniu gorsetów i bluzek przez straż papieską, gdy były zbyt wydekoltowane.

    Generalnie czytanie szło mi jak po grudzie, czytałam po kilka stron, odkładałam, brałam się za inną książkę, kończyłam, więc wracałam do "Imprimatur", znów kilka stron...
    Opowieść o posługaczu w gospodzie, który znienacka stał się detektywem od siedmiu boleści i kucharzem od boleści czternastu, kompletnie nie potrafiła mnie zainteresować. Już nawet nie chodzi o ten cynamon, tylko o to, że książka była zwyczajnie, śmiertelnie, beznadziejnie nudna. Co z jednej strony nie zdziwiło mnie aż tak bardzo, bo Bazyl pisał o niej i był na nie, a z drugiej strony zdziwiło odrobinę, bo "Wątpliwości Salaiego" tych samych autorów zachwyciło mnie i rozbawiło niepomiernie.

    Toteż dziś podjęłam męską decyzję, odszukałam pudełko, w którym przyszły książki, cały cykl, a więc "Imprimatur", "Secretum" i "Veritas", zdecydowanym ruchem włożyłam do pudełka, zamknęłam, zakleiłam, zaadresowałam i wręczyłam mojej drugiej połowie, by zaniósł na pocztę.
    Zaniósł. Przepadło, nie przeczytam.

    Ocena: pierwszego tomu 1/6 (przemęczyłam się tyle, że oceniam), reszty: nie jestem zainteresowana.

    piątek, 5 marca 2010

    Biżuteria w kształcie książki

    Całkiem przypadkowo, szukając w interncie, jak wygląda drewno "zebrano", natrafiłam na piękny wisiorek w kształcie książki autorstwa pana Krzysztofa Jurkowskiego. Nie jestem pewna, czy taki był zamysł autora, ale mnie skojarzył się z jednoznacznie z rozłożonym tomem, no i faktura drewna podkreślająca linie tekstu na stronach. Rzecz prosta w formie, szlachetna, klasyczna. Aż chce się kupić! Tylko cena odrobinkę zaporowa, no ale nie ma co się dziwić, wymyślić to było trzeba, wykonać... no to kosztuje.
    Jeśli ktoś chce sobie sprawić, to podaję linka do galerii i jednocześnie sklepu Pepiniera - galeria sztuki i rzemiosła artystycznego.

    A ja może mimochodem podrzucę linka mężowi...? W sumie za trzy miesiące mam urodziny, może się domyśli, o co mi chodzi ;)

    Poszukałam też na allegro, na którym jest ponoć wszystko. Niestety, takich zawieszek nie ma. Albo też nie umiem szukać, po prostu. Jeśli ktoś się natknie na jakąś książkową biżuterię, to bardzo proszę o lineczka. Z góry dziękuję!

    czwartek, 4 marca 2010

    "Wszystkie boże dzieci tańczą" Haruki Murakami

    Mało wypełniony dzień w pracy, kolega przynoszący 500 MB ebooków na płytce, przeglądanie płytki - to się musiało tak skończyć. Natrafiłam na Murakamiego "Wszystkie boże dzieci tańczą" i wsiąkłam. To zbiór opowiadań, pochłaniałam jedno po drugim, myk, myk.

    Nie da się ukryć, że Murakami jest mistrzem niedopowiedzenia, ulotności, z wirtuozerią i lekko kreśli - jak kaligraf pędzelkiem - urok chwili.
    Od czasu do czasu trafiam na śliczne, okrąglutkie zdanie, jak "Po dwóch stronach drogi widniały tu i tam przymarznięte plamy brudnych starych zasp; wyglądały jak słowa, które wyszły z użycia" czy "Kawa była słaba i bez smaku. Nie miała treści, a jedynie formę" (obydwa cytaty z opowiadania "Ufo ląduje w Kushiro"). Zaznaczam sobie to zdanie, a potem się zastanawiam, czy zaznaczyłam ze względu na treść czy na formę?
    Te wszystkie opowiadania mają jedną cechę wspólną - w każdym z nich jest pewne nawiązanie czy odwołanie do trzęsienia ziemi w Kobe. Czy autor przeżył takie trzęsienie? Czy mocno odcisnęło się w jego pamięci, że poświęcił mu cały zbiór opowiadań? To bardzo możliwe.
    Opowiadania charakteryzują się też tym, że się nie kończą, jak to zwykle opowiadania mają w zwyczaju, mocną, wyrazistą puentą. Urywają się jak sygnał hejnału z wieży Mariackiej i czytelnik trwa tak przez chwilę w zawieszeniu, gdy na stronie, gdzie spodziewa się ciągu dlaszego, widzi już tytuł następnego opowiadania.
    Spodobała mi się ta książka, i nie ma najmniejszego znaczenia fakt, że za tydzień nie będę kompletnie pamiętać, o czym były poszczególne opowieści, bo w pamięci pozostanie tylko to trzęsienie ziemi i ta melancholijna literacka melancholia.

    P.S. Dzięki temu cytatowi "Jak zawsze pomyślała o opowiadaniu Jacka Londona pod tytułem "Rozniecić ogień", o tym, jak mężczyzna podróżujący samotnie w głębi Alaski próbuje rozpalić ognisko na śniegu" (pochodzącemu z opowiadania "Krajobraz z żelazkiem") odświeżyłam sobie na szybcika Londona, zaiste, wyjątkowo przejmująca i bardzo zimna historia.

    Ocena: 4/6

    Wszystkie boże dzieci tańczą [Haruki Murakami]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

    wtorek, 2 marca 2010

    "Księga rzeczy utraconych" Jonh Connolly

    - Powinniśmy rzucić ją niedźwiedziom – powiedział ponuro Brat Numer Pięć. – One wiedzą, jak kogoś porządnie zamordować.
    - Złotowłosa – powiedział Brat Numer Jeden, kiwając z aprobatą głową. – Klasyka, po prostu klasyka.
    - To dopiero była zołza – stwierdził Brat Numer Pięć. – Naprawdę nie można ich winić.
    - Chwileczkę – przerwał mu David. – Złotowłosa uciekła z domu niedźwiedzi i nigdy już tam nie wróciła.
    Urwał. Krasnoludki patrzyły na niego, jakby był nieco cofnięty w rozwoju.
    - Hm, prawda? – dodał.
    - Smakowała jej ich owsianka – powiedział Brat Numer Jeden, delikatnie poklepując się palcem w nos, jakby powierzał mu wielki sekret. – Nie mogła się nią najeść. W końcu niedźwiedzie miały jej już dość, no i to tyle. „Uciekła do lasu i już nigdy nie wróciła do domu niedźwiedzi”. Niezła historia!
    - Chcesz powiedzieć… że ją zabiły? – zapytał David.
    - Zjadły ją – wyjaśnił Brat Numer Jeden. – Z owsianką. To właśnie znaczy w tych stronach „uciekła i nikt jej więcej nie widział”. To oznacza „zjedzona”.
    - A co z „żyli długo i szczęśliwie”? – zapytał niepewnie David. – Co to oznacza?
    - Zjedzona szybko – odparł Brat Numer Jeden.


    ---
    John Connolly „Księga rzeczy utraconych”, tłum. Katarzyna Malita, wyd. Niebieska Studnia, Warszawa 2007, s. 140
    -----------------------------------------

    Zdążyłam spisać, zanim wysłałam książkę Scarletce, cytat wielkiej urody.  :)