sobota, 29 maja 2010

Po spotkaniu biblioNETkowym


Kolejne cudowne, pełne ciepła, śmiechu i książek spotkanie za mną. Właściwie nami, bo jeździmy całą rodzinką.

Wydłubałam z półek i przekazałam biblionetkowiczkom:

- "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"  Stieg Larsson - villena
- "Dziewczyna, która igrała z ogniem" Stieg Larsson - villena
- "Zamek z piasku, który runął" Stieg Larsson - madame seneka
- "Droga" Cormac McCarthy - Dot
- "Pan Lodowego Ogrodu" t.3  Jarosław Grzędowicz- Dot
- "Cieplarnia" Brian Aldiss - Joli
- "O kotach" Doris Lessing - Joli
- "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" Shaffer, Barrows - madame seneka
- "Cień wiatru" Carlos Ruiz Zafon - Alicja

Oddałam właścicielom:
- "Shantaram"  Gregory Davis Roberts - Alicji
- "Oko jelenia" Andrzej Pilipiuk, cztery tomy - Dot
- "Kocie opowieści" James Herriot - Marylkowi
- "Zamczysko w Otranto" Horace Walpole - Ayame
- "Historia miłości" Nicole Krauss - Olimpii
- "Pocałunek Fauna" Iwona Banach - jw
- "Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd - jw

Oddano mi i mogę wstawić na półkę:
- "Świat według Clarksona" Jeremy Clarkson - od Olimpii
- "Smilla w labiryntach śniegu" Peter Hoeg - od marioli
- "Pan Lodowego Ogrodu" t.1 i 2 Jarosław Grzędowicz - od marioli
- "Rymy życia i śmierci" Amos Oz - od epy
- "Wojna kwiatów" Tad Williams - od Ayame
- "Dewiza Woosterów" P.G. Wodehouse - od minutki
- "Dom na Sekwanie" William Wharton - od Marylka
- "Sekret hiszpańskiej pensjonarki" Eduardo Mendoza - od Joli
- "Miasto Śniących Książek" Walter Moers - od chen

Oddano mi i natychmiast poszło dalej:
- "Przygoda z owcą" Haruki Murakami - do Dot
- "Regulamin tłoczni win" John Irving - do chen
- "Rumo i cuda w ciemnościach" Walter Moers - do Olimpii
- "Moja babcia czarownica" Jan Kucharski - do minutki

Dostałam do przeczytania:
- "W bagnie" Analdur Indridason - od marioli
- "Hańba" J. M. Coetzee - od Olimpii
- "Daniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele" dwa tomy James Randi - od Olimpii
- "Przyślę panu list i klucz" Maria Pruszkowska - od minutki
- "Gildia magów" trzy tomy Trudi Canavan - od Dot


 Oczekujcie niebawem nowych recenzji  :)

Edit: Skoro nabytki, to wspomnę jeszcze, że wzięłam sobie z podaja "Białą wiedźmę" Adama Zalewskiego. Nie wiem dlaczego, bo to horror :)

piątek, 28 maja 2010

"Dziadek do orzechów" E.T.A. Hoffmann

Siła wspomnień jest wielka. Czerwono-biała, twarda, lakierowana okładka tak mocno wryła się małej Agusi w pamięć, że dorosła już Agnieszka musiała zakupić sobie egzemplarz na miejsce tego, który zginął w mrokach czasu. Nie ukrywam, że ilustracje Szancera miały w tym swój wielki udział.

O czym jest "Dziadek do Orzechów"? O małej dziewczynce, Klarze, która w gwiazdkowym prezencie otrzymuje lalkę, dziadka do orzechów. Traktuje tę lalkę jak kogoś żywego i co się okazuje - istotnie Dziadek do Orzechów jest zaczarowanym księciem. Klara jest w stanie zdjąć z niego zaklęcie... no przecież to znacie, każdy zna. Jeśli ktoś nie czytał, to pewnie oglądał jakąś bajkę w telewizji, czy też balet (prześliczna muzyka).
Jak byłam mała, przerażał mnie Król Myszy. Zachwycała słodka, cukierkowa kraina, gdzie władcą był Czekoladowy Król. Fascynowała historia o księżniczce Pirlipacie. A klimat oczekiwania na gwiazdkowe prezenty, przepięknie oddany na samym początku bajki, jest mi tak bliski, że aż mój.

Ilustracje są prześliczne. Czarno-białe, z lekką, figlarną nieco kreską, i kolorowe, mięciutkie, pełne ukrytych w tle szczegółów. Zgrabniutkie twarzyczki, wiotkie kibicie i drobne stopy - bohaterowie są jak porcelanowe figurki, zastygłe w pełnych wdzięku pozach.

Piękna książka. Baśń, bajka, historia dla dzieci. Dla dzieci?...

Ocena: 6/6.

Historia O Dziadku Do Orzechów [Ernst Theodor Amadeus Hoffmann]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 27 maja 2010

Lubię darmowe książki

Lubię, bo kto by nie lubił. Kiedy więc dostałam wiadomość od wydawnictwa z propozycją "książka za recenzję", ucieszyłam się. Ale wczytałam się uważniej i już nie było tak różowo. Wydawnictwo albowiem prosi o recenzję na blogu, oraz, ale tylko gdyby opinia o książce była pozytywna, na serwisach typu empik czy merlin.
O, nie! Tak to nie chcę. Pomijając już fakt, iż na merlinach czy empikach nie pisuję nic (pisuję jedynie na biblioNETce oprócz bloga), to uzależniać zamieszczenie opinii od tego, czy pozytywna, czy nie? To mi się nie podoba.
Wyłuszczyłam mój punkt widzenia osobie, która do mnie napisała. Zgodziła się ze mną. Książkę wyślą, a recenzja, jaka by nie była, pojawi się tu oraz na b-NETce.
Pozdrawiam!

środa, 26 maja 2010

"Anna Nie" Agustín Gómez-Arcos - cytat

Po narodzinach małego jego ojciec nie dał mi nic w upominku. Tylko pokazał mi łódeczkę, która jak na morzu spoczywała na jego dłoni. I pokazał mi, że na kadłubie widnieje napis. Ale ja nie umiałam przecież czytać i jeszcze raz wyznałam mu to bez najmniejszego wstydu. Przeczytał mi: Anita radość powrotu. Umiał go zresztą na pamięć. Dorzucił: "To nasza łódź. Łódź, którą zbuduję dla nas i dla naszych dzieci. Będzie ona nosiła twoje imię. Imię, którym nazywano cię wówczas, gdy cię poznałem, a którego ja nie ośmielałem się wupowiedzieć. Chcesz, żebym ci powiedział, że cię kocham?"

Kiedy mówi coś podobnego mężczyzna, który oddycha trzydzieści centymetrów ponad czubkiem naszych włosów, ma się ochotę wołać, że jest się kimś najważniejszym na świecie, ale ja pokręciłam tylko przecząco głową i to nie ze skromności, lecz dlatego, że pomyślałam, iż trzeba na serio zacząć oszczędzać na tę łódź. A jeśli się zbyt wiele mówi, to człowiek się rozleniwia. Zatem szybko wzięłam do ręki sieci i drewnianą igłę. A zresztą miłości się nie wypowiada. Miłość się przeżywa. Dotąd żyliśmy tą miłością dzień po dniu, nie odczuwając potrzeby, by o niej mówić. Od chwili mego małżeństwa przestałam oddawać się fantastycznym marzeniom, szukać wymyślnych słów. Pedro Paücha był moimi myślami. Pedro Paücha był moimi marzeniami. Te myśli i marzenia skoncentrowały się na samej esencji Paucha - na moich trzech synach. Nadeszła pora, by pomyśleć o nich. Pedro zrozumiał mnie i wyruszył na morze.


--
"Anna Nie" Agustín Gómez Arcos, tłum. Ewa Fiszer, Czytelnik, Warszawa 1980, s.144

niedziela, 23 maja 2010

"Jak rozmawiać o książkach, któych się nie czytało" Pierre Bayard

"Nie tylko bowiem mieścimy w sobie te wewnętrzne biblioteki, lecz także jesteśmy nimi - jesteśmy tymi wszystkimi nagromadzonymi w nich książkami, które nas stopniowip stwarzały. Nie możemy się od nich bezboleśnie oddzielić. Dlatego właśnie Martins* nie może znieść krytyki wymierzonej w powieści swoich mistrzów. Słowa wymierzone w nasze wewnętrzne biblioteki, a więc wymierzone w to, co stanowi część nas, potrafią zranić bardzo głęboko."

---
"Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało" Pierre Bayard, tłum. Magdalena Kowalska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008, s. 71
* - Bohater powieści 'Trzeci człowiek" Grahama Greene.

-----------------------------------------------------------------------
Jeśli ktoś chce, mogę porozmawiać z nim o wymienionej w tytule notki książce ;) Tak, właśnie, nie przeczytałam jej. Cytat smaczny wydłubałam, ale całość przypomina marudzenie nudnego wykładowcy. A jeśli jakiejś książki nie czytałam, a chciałabym o niej porządnie porozmawiać, to jej szukam i czytam, ot co. Książka powędruje do podajanina.

sobota, 22 maja 2010

"Anna Nie" Agustín Gómez-Arcos

W czasopiśmie "Archipelag" znajduje się notka o blogosferze książkowej, wymieniony jest tam między innymi blog o książkach zapomnianych. Przeczytałam i nieco smutno mi się zrobiło, wiem bowiem od autora tegoż bloga, że zarzuca, a właściwie już zarzucił, jego prowadzenie. Szkoda, bo istotnie wyciągał z otchłani niepamięci ciekawe książki.

Toteż pomyślałam sobie, że i ja wyciągnę taką jedną. Znacie takie nazwisko: Gómez-Arcos? Agustín Gómez-Arcos? Napisał powieść "Anna Nie". W biblioNETce oceniły ją trzy osoby, łącznie ze mną. Bardzo mało, a szkoda, bo książka jest piękna. Nie, nie piękna, to złe słowo. Przejmująca, wzruszająca, poruszająca czułe strony w sercu, smutna, trudna, a do tego piękna. Tak, piękna, jednak to dobre słowo. Opis z okładki głosi: "Tłem książki jest Hiszpania w okresie dyktatury generała Franco. Opis wędrówki Anny Paücha, zwanej Anną Nie, z południa na północ kraju stanowi przejmującą alegorię losu ludzkiego, dając nam zarazem - jak to jednogłośnie uznali krytycy francuscy - jeden z najpiękniejszych portretów kobiecych w literaturze współczesnej."
Anna to prosta, niepiśmienna kobieta znad morza, żona rybaka, matka trzech synów. Osoba na wkroś szczęśliwa, rozświetlona blaskiem dni płynących jeden za drugim, miłością męża, bielą mew na niebie, synów rosnących jak dęby. Wojna domowa w Hiszpanii zabrała jej męża i dwóch synów, po kolei. Ostatni syn, najmłodszy, trafił do więzienia z dożywotnim wyrokiem - to również prawie jak śmierć. Po trzydziestu latach od momentu, kiedy Anna dostała wiadomość o wyroku od syna, postanawia do niego jechać. Zobaczyć syna.
Jej wędrówka przez cały kraj jest... brak mi słów. Heroiczna. Straszna. Zachwycająca. Jak muzyka poważna, przy słuchaniu której wilgotnieją oczy. Ta podróż do syna, kontynuowana za wszelką cenę, wyczerpująca siły, podróż wysiłkiem woli, podróż miłości, podróż matki- to coś wielkiego. Nie czytałam jeszcze czegoś takiego, tak prawdziwego, napisanego prostym, pięknym językiem. Cudo.

Przeczytajcie, jeśli możecie. Gorąco polecam. Będę szczęśliwa, jeśli ktoś jeszcze (oprócz tych trzech osób) weźmie książkę do ręki, ta powieść jest tego warta, powinna mieć wielu czytelników, powinno się o niej rozmawiać, pisać, dyskutować. Błagam, niech to nie będzie książka zapomniana. Wyciągnijmy ją na światło dzienne.
Chciałam jeszcze dorzucić jakiś cytat, ale miałam problem z wyborem. Gdziekolwiek otworzę książkę, słowa toczą się jedne za drugim, jak perełki na sznurze, jak tu wyrwać je z książki? Stracą urok może? Później. Wybiorę, zamieszczę w osobnej notce.

Ocena: 6/6.

piątek, 21 maja 2010

Namiętność nie do opanowania

Odwiedził nas całkiem niedawno kolega, ploty i pogaduchy urządzając z moim mężem na tematy różniste. Na koniec powiedział nam, że ma do nas, a właściwie mnie, pytanie. Otóż, w pewnym mieszkaniu ma zrobić porządek, a w mieszkaniu znajdują się regały pełne książek, dwa, trzy, a może cztery tysiące tomów.
Jeszcze dokładnie nie wie, co z nimi zrobi (bez obaw, na śmietnik nie wyrzuci), ale gdyby zdecydował się częściowe rozdawnictwo, to czy jestem zainteresowana jakimiś egzemplarzami?
No jakby chorego pytał, czy chce wyzdrowieć! Oczywiście, że jestem zainteresowana, to jak buszowanie po bibliotece, albo kiermaszu, albo targu. Aż mi się oczka zaświeciły, mąż co prawda próbował zgasić, kręcąc głową i mamrocząc coś w stylu "no nie wiem, kochanie, stropy mają ograniczoną nośność, kiedyś spadniemy z tymi regałami do sąsiada piętro niżej...", ale nie udało mu się, bo zna mnie doskonale i wie, że nie zrezygnuję z takiej gratki.
Toteż czekam na sygnał od kolegi.
P.S. Czy ktoś kiedyś słyszał o przypadku zawalenia się stropu pod ciężarem regałów? Wszak książki nie mają wagi, jak to widać na załączonym zdjęciu :)

czwartek, 20 maja 2010

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" Mary Ann Shaffer, Annie Barrows

Kiedyś oglądałam film, trochę po łebkach, ale pamiętam, że fabuła z grubsza opierała się na listach wymienianych pomiędzy pisarką z Londynu (chyba), a mężczyzną, którego bliżej nie pamiętam (zanotować, znaleźć tytuł filmu, potem poszukać samego filmu i obejrzeć go jeszcze raz). Film urzekał klimatem, łagodnym i spokojnym, z nutką dysktynkcji, a także humoru.

Tu jest podobnie: listy, listy, cała masa listów, ale nie dialog listowy, jak powyżej, a rozmowa, bardzo ożywiona, w której uczestniczy wiele osób. Centralnym punktem w tej epistolarnej sieci jest Juliet Ashton, młoda angielska pisarka (no proszę, znów analogia do filmu!). Ona koresponduje z przyjaciółką, jej bratem, sekretarką z redakcji, gdzie pracuje. Z nią korespondują te same osoby, plus jeszcze szacowne grono ze Stowarzyszenia jak w tytule. Wymiana listów jest żywiołowa, radosna, pełna ciepła, uśmiechów, ploteczek, zdradzanych sekretów, czasem niecierpliwości, czasem złośliwości - tu jest wszystko, jak w życiu.

Listy składają się w piękną historię, piękną i smutną zarazem, historię Elizabneth, osoby, która była "dobrym duchem" wyspy Guernsey, to ona założyła SMLiPzKO, aby uchronić kilka osób przed aresztowaniem, ona udzielała pomocy innym, ona ukrywała zbiegłego więźnia, ona trafiła do obozu koncentracyjnego... Juliet napisze o niej książkę, ale zanim to zrobi, trafi osobiście na wyspę, by poznać te osoby, które już i tak dobrze zna z listów. Znajdzie tam nie tylko materiał na powieść, ale także przyjaźń, miłość i dom.

Przesympatycznie to wszystko brzmi, miło i kolorowo. Czyta się znakomicie, z uśmiechem i zadowoleniem obserwując bohaterów. Miłośnicy literatury - no przecież to bratnie dusze!

Ale jak odłożyłam już przeczytaną książkę, miałam ambiwalentne uczucia. Niby wszystko pięknie, ładnie... no właśnie, za pięknie, za słodko. Przypomna mi... no własnie, zalatuje panią Montgomery na kilometr, Juliet to Ania, taka trochę uspółcześniona i bardziej trzpiotowata, a członkowie Stowarzyszenia to przegląd mieszkańców Avonlea. Niby to nic złego, zwłaszcza że podlanie powieści znakomitym sosem niemieckiej okupacji na Wyspach Normandzkich okazało się bardzo interesujące. Ale Ania z Zielonego Wzgórza jest tylko jedna i kiedy tylko sobie uświadomiłam podobieństwo, zaczęło mi to przeszkadzać.

P.S. Znalazłam film, to "84 Charing Cross Road" z 1987r z Anne Bancroft, ona jest nowojorską pisarką, nie londyńską, za to jej znajomy jest Anglikiem. Ach, ta moja pamięć :)

Ocena: 5/6

wtorek, 18 maja 2010

"Gniazdo światów" Marek S. Huberath

Nakręciłam się recenzją Bazyla i oczekiwałam wybuchu wulkanu. Przeczytałam. Było tak, jakby wybuchł gejzer, piękny, wysoki, lśniący i nieoczekiwany. No ale gejzer to nie wulkan, prawda?

Od początku: do świata Davabel ze świata Lavath przybywa Gavein. Takie jest prawo czy zwyczaj, czy też konieczność: co trzydzieści pięć lat zmienia się światy. Podróż między światami zajęła mu chwilę, wylądował, powoli wdraża się do życia w nowym miejscu. No i czeka na żonę. Żona wyruszyła wcześniej, ale przybędzie później, bowiem jako młodsza o cztery wybrała inny środek lokomocji, sporo wolniejszy, a to dlatego, by po przybyciu na miejsce również mieć trzydzieści pięć lat. Podróż kompensacyjna to się nazywa, kompensacja różnicy wieku. W końcu Ra Mahleiné przybywa, ale Gavein nie może do niej dotrzeć. Ra Mahleiné jest biała, jest blondynką, ma niebieskie oczy - stoi najniżej na drabinie hierarchii społecznej, prawie podludź, a mąż nie może jej znaleźć w transporcie, bo pozbawiono ją nazwiska, ma tylko numer. Kiedy w końcu udaje mu się wydostać Ra Mahleiné z morderczych łap systemu, okazuje się, że podczas podróży była bita, maltretowana fizycznie i psychicznie na wszelkie sposoby, jakie tylko można wymyślić. Skojarzenie jest jasne, a przewrotne zepchnięcie jasnych blondynów na sam dół jeszcze bardziej to rozjaśnia. Wielka miłość Gaveina do Ra Mahleiné przezwycięża przeszkody, mieszkają razem, ona po straszliwej podróży powoli dochodzi do siebie - wydaje się, że wszystko idzie ku lepszemu, a tu ciach. Mnożą się niewyjaśnione zgony w mieście, coraz ich więcej w otoczeniu pary bohaterów, aż w końcu Gavein czuje się osaczony...

I stop, bo fabuła czytana samemu jest niewątpliwie bardziej interesująca. A zapewniam, że robi się coraz ciekawiej. Socjologia (ten mezalians), kryminał (te śmierci), filozofia, czyli to stopniowanie światów, które można znaleźć w książce, wszystko razem jest wyjątkowo interesujące i daje do myślenia. Książki w książce, jak pudełko w pudełko: no cudo, a jeszcze dołożony motyw, iż wraz z kolejnym czytaniem czytamy nie to samo, tylko coś innego - świetne. Trzeba mieć łeb, żeby to wymyślić. Połączyć zgrabnie, nie zamykając się w jakimś jednym, hermetycznym gatunku-pudełku.

Co do zabiegu doczytania/niedoczytania książki. Nie mnie, starego wróbla, na takie plewy. Kto raz poznał Thursday Next, ten wie, że mamy wpływ na czytaną książkę taki, jaki chcemy. A nie taki, jaki chce autor. Aleeeee - owszem, zastanowiłam się chwilę, zanim ruszyłam dalej. Nad przewrotnością autora...

Huberath może i z zawodu jest fizykiem, ale z powołania- literackim  magikiem.

Ocena: 4,5/6.

poniedziałek, 17 maja 2010

Bombaj





"Był wczesny wieczór, jeden z trzech najlepszych momentów w Bombaju. Wczesny poranek, zanim zacznie się upał, i późna noc, kiedy upał ustąpi, bywają wyjątkowe i mają swoje specjalne atrakcje, ale to ciche chwile, bez ludzi. Wieczór wabi ludzi do okien, na balkony i progi. Wieczór wypełnia ulice spacerującymi tłumami. Wieczór jest namiotem w kolorze indygo, osłaniającym cyrk tego miasta, a rodziny przyprowadzają dzieci, żeby zabawić je rozrywkami dostępnymi na każdym rogu i skrzyżowaniu. Wieczór to przyzwoitka młodych kochanków, ostatnia godzina przed zmrokiem, który kradnie niewinność powolnym spacerom. W żadnym innym momencie dnia czy nocy na ulicach Bombaju nie ma więcej osób i nie ma światłą, które kocha ludzką twarz bardziej niż wieczorne słońce mojego Mumbaju."

----
"Shantaram" Gregory David Roberts, tłum. Maciejka Mazan, Świat Książki 2008, s. 341

niedziela, 16 maja 2010

"Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus" Philip Pullman

Podobno Pullman wywołał tą książką burzę. Gdzie? Przeczytałam ją i powiem, że wynudziłam się trochę. Dostałam Nowy Testament w wersji skróconej, poprawionej i uproszczonej. Autor wplótł w to przepisywanie Nowego Testamentu jedną zmianę: Maria urodziła bliźnięta, jeden to Jezus, a drugi Chrystus. Istotnie, duża zmiana na początku historii pociągnęła za sobą dużą zmianę na jej końcu, ale pomiędzy to słabiutko...
Żeby nie było, że jestem całkiem rozczarowana - tak, dostałam coś z mego malutkiego ulubionego ogródka, czyli historię Judasza, a raczej jeszcze jeszcze jedną jej interpretację. I całe szczęście, że dostałam, inaczej pozbyłabym się książki równie szybko, jak ją kupiłam. A tak to powędruje na półkę obok "Ewangelii według Judasza" Archera. Nawiasem mówiąc, ta książka ponoć również wywołała "burzę" - czy ktoś ją jeszcze pamięta?
No dobrze, co do Pullmana, to jeszcze na uwagę zasługuje ciekawe spojrzenie na Kościół. Ale to materiał na artykuł, na esej, nie na książkę.

Zdziwiło mnie, że powieść wydrukowano na wyjątkowo grubym papierze, aż było mi ciężko przedziurkować ją moim kotem. Dlaczego? Żeby zwiększyć sztucznie objętość? E, do tego są inne sztuczki: czcionka, marginesy, itp. A może to wyraz szacunku do tematu?

Ocena: 2,5/6.

piątek, 14 maja 2010

"Shantaram" Gregory David Roberts

Powieść - rzeka, powieść - monsum, powieść - ogrom. Nie da się ukryć, że objętość była istotnym powodem, że sięgnęłam po książkę tak późno, a stała na półce i stała i czekała. Prawie siedemset stron. Większy niż przeciętny format. Twarda oprawa. Ciężka jak nie wiem co.

Ale gdy już wzięłam do ręki i przeczytałam pierwszy rozdział, wsiąkłam. Autor, Linbaba (to jego hinduski przydomek), młody człowiek pochodzący z Australii, jest zbiegłym więźniem. Wylądował w Bombaju i wsiąkł w to miasto jak ja w książkę :) Chyba to zasługa ludzi, z którymi się zetknął na samym początku: postać Prabakera jest tak wyrazista, że wyłazi z kart powieści razem ze swoim uśmiechem! Karla - piękna, zielonooka, tajemnicza Karla, w której zakochał się Linbaba, pojawiająca się i znikająca. Albo Kadir - mafijny boss, którego można pokochać za to, że jest. A może to zasługa miasta? Bombaj, miasto przebogate. Poznajemy (bo autor nam pozwala) i hotele dla turystów, gdzie mieszka początkowo, i slumsy, gdzie przenosi się później, ale i bogate dzielnice - bo i tam zawitał. Wędrujemy z autorem na hinduską wieś. Towarzyszymy mu, gdy w slumsach zakłada szpital dla biednych. Obserwujemy, jak zarabia na życie drobnym pośrednictwem, a potem grubymi oszustwami. Widzimy, jak trafia do więzienia, wyjątkowo przejmujący fragment powieści. Jedziemy razem z nim do Afganistanu, przemycać broń i brać udział w walkach. Cały czas myślimy razem z nim o Karli i nie wiemy, czy będą razem, bo tak bardzo do siebie pasują, czy też nie?

To piękna opowieść, z mnóstwem szczegółów, osobista, wnikliwa, z której wylewa się wielka miłość do Indii, miłość do Bombaju. To powieść awanturnicza, w której lubimy bohatera, mimo że przestępca, bo to swój chłop i da się lubić. To książka o ludziach, o ich celach, dążeniach i marzeniach.

W tej książce jest wszystko, wszystko! Dałabym szóstkę, ale część afganistańska mnie znużyła, już za dużo walk.

Ocena: 5,5/6.

Shantaram [Gregory David Roberts]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 13 maja 2010

Nie całkiem planowany nabytek

Miałam załatwić coś na mieście, to wykorzystałam okazję i wpadłam do księgarni takie wiecie, analogowej, stacjonarnej. Szukałam czegoś z serii podróżniczej, niestety był tylko Cejrowski i Maciąg, któych to już mam, więc zaczęłam rozglądać się za czymś innym. No, wiecie, trzeba coś kupić, żeby księgarnie nie poupadały, bo gdzie będziemy chodzić i macać książki? No i zauważyłam Pullmana "Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus", Eruana pisała o tej książce w zapowiedziach, prawda, że chwytliwy tytuł, a raczej nie chwytliwy, a zapadający w pamięć?
Wzięłam, opis mnie zaciekawił, a jeszcze dodatkowo mam cichą nadzieję na to, że pojawi się postać Judasza, taki mój mały konik.

Czytam teraz "Światło" Harrisona i nie idzie, no ale mi tak nie idzie, jakbym była z zupełnie innej bajki. Chyba odłożę i sięgnę po coś innego, wrócę później do tego...

I jeszcze na koniec podzielę się z wami scenką. Wracam z pracy, jadę i widzę stojący częściowo na poboczu samochód, furgonetkę. Zwróciłam baczniejszą uwagę, bo tarasował kawałek ulicy. I co się okazało? Obok furgonetki stał kierowca, w kombinezonie, widać jakiś instalator, murarz czy kafelkarz, przechylał się przez siatkę wspinając się na palce i rwał bez, układając piękny bukiet. Źle robił, ach, paskudnie, wszak kradł ten bez z czyjegoś ogrodu - ale rozrzewniłam się, bo pomyślałam, że to dla ukochanej. Rozczulające troszkę, prawda?

poniedziałek, 10 maja 2010

"Droga" Cormac McCarthy

Przeczytałam "Drogę" ze ściśniętym sercem. Widziałam ojca i syna, którzy wędrują przez szary, spustoszony i wypalony świat i smutniałam coraz bardziej. Mam syna, syneczka właściwie, bo jeszcze bardzo malutki - i doprawdy nie wiem, czy podjęłabym z nim taką wędrówkę...

Ach, zaczęłam od końca, to ja może najpierw przybliżę, o czym jest książka. Opisuje ona świat po katastrofie, nieokreślonej bliżej klęsce, która dotknęła ziemię. Szalejące pożary zniszczyły roślinność, zwierzęta wymarły, a z nieba pada szary popiół. Od kilku lat ludzie wegetują, nie żyją. Żywią się wyskrobanymi gdzieś resztkami zapasów, w skrajnych przypadkach posuwają się do kanibalizmu. Ubierają się w strzępy ubrań, śpią gdzie popadnie, kryjąc się przed rozbójnikami i rabusiami. Straszny świat, gdzie dobro staje się powoli pustym słowem, pojęciem z przeszłości, archaizmem. I w tym świecie ojciec z synem wędrują na południe - tam, gdzie cieplej, wiedzą bowiem (i czują), że klimat się ochładza i zimy tam, gdzie dotąd żyli, mogą nie przeżyć. Cała książka to ich wędrówka. Mozolne posuwanie się do przodu, cowieczorne szukanie schronienia, dokuczający głód, strach przed każdą, dosłownie każdą istotą ludzką napotkaną na drodze.

Ale tak naprawdę cała książka to emocje i uczucia. Dorosły kocha chłopca tak bardzo, że zdobędzie się na wszystko, aby syn przeżył - a nawet, by zginął, kiedy już nie będzie nadziei. Dla syna ojciec jest całym światem (tak jak z mężem jesteśmy całym światem dla naszego synka), chciałby go ciągle widzieć, słyszeć, dotykać. Inne uczucia to strach, przed głodem, zimnem, śmiercią, ciągły strach, prawie nigdy nie gasnący.
Na szczęście jest też i nadzieja. Blada i mglista, ale jest. Nadzieja na to, że ojciec z synem nie pozostali ostatnimi dobrymi ludźmi na ziemi, że jest jeszcze ktoś, kto nie zabija, nie kłamie, nie kradnie, jest dobry...

Powracając do tego, od czego zaczęłam ten tekst: po przeczytaniu uświadomiłam sobie, że w wyobraźni autorów książek mogą dziać się rzeczy straszliwe. Nie wiem, czy wyruszyłabym w taką drogę, czy spróbowałabym przeżyć w takim świecie, czy nie wybrałabym łatwiejszego wyjścia, jak to w powieści zrobiła matka chłopca.

Nie wiem i nikt tego nie wie, dopóki to się nie zdarzy.


Oddycham z ulgą, że to tylko wyobraźnia autora.

Ocena: 6/6.

Droga [Cormac McCarthy]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 8 maja 2010

"Wieki światła" Ian R. MacLeod

"Zebrani mieli własny czar, który brał się z poczucia straty w ich sercach, i pragnienia, by nie poznać prawdy; z niepocałowanych policzków, niezrobionych kroków, niewypowiedzianych słów... albo wypowiedzianych raz i żałowanych do końca życia". *


Takie poczucie straty może być niezwykle silne. Bolesne, jak nagłe uderzenie. Ćmiące, jak ból zęba. Przypominające o sobie wciąż, albo tylko co jakiś czas. I właściwie... nic z tym zrobić nie można, jest i już.
---
* Ian R. MacLeod "Wieki światła", wyd. Mag, Warszawa 2006, s. 259.

piątek, 7 maja 2010

"Bez pożegnania" Barbara Rybałtowska

W końcu dotarła do mnie pierwsza część sagi Barbary Rybałtowskiej. Znałam już bohaterki z części drugiej i trzeciej, ciekawa byłam okropnie, jak to się wszystko zaczęło. W miarę czytania zaczęłam się odrobinę wstydzić tej ciekawości... zbyt ciężki to temat na płoche zaciekawienie.

Akcja zaczyna się tuż przed wojną, zaczyna się sielankowo, słonecznie i złociście - wakacje, rodzina, kochany mąż, ukochana córka - to cały świat Zosi. A potem łup, wojna, okupacja, mąż wywieziony, niedługo potem informacja od szwagra, że mąż zginął. Zgryzoty. Bledną jednak przy tym, że i Zofię z córką zsyłają na Sybir. Pełna udręk podróż pociągiem, straszliwe warunki na miejscu: wieczny głód, przejmujące zimno, praca ponad siły. Potem, kiedy już można było wrócić, Zosia z Kasią wędrują przez pół świata, pociągami, furmankami, samochodami, pieszo, z przerwami, gnębione chłodem, głodem, chorobami, ludzką obojętnością czy wrogością - ciarki przechodzą, jak się o tym myśli. Zaznaczam, myśli, nie czyta. Autorka opisała bowiem te wszystkie okropności w przedziwny sposób. Hm, aż trudno mi się wyrazić... delikatny i spokojny? Czy się czyta, to się po prostu czyta. Gdy się na chwilę książkę odłoży i pomyśli, przełoży sobie na obrazy, to dreszcz zgrozy przechodzi (wizja dziecka, które zamarzło w ramionach matki, długo nie chciała wyjść mi z głowy). Jaką olbrzymią siłę woli i hart ducha trzeba mieć, aby przeżyć, po prostu przeżyć.

Czy Barbara to powieściowa Kasia, a Zofia to jej matka?... Chyba tak. Na stronie gandalf.com.pl pod zapowiedzią czwartej części sagi można przeczytać słowa autorki: "Dzieciństwo to czas wojny, zsyłki i nieustającej tułaczki".


Bez pożegnania. Saga cz.I [Barbara Rybałtowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Ocena: 5/6.

wtorek, 4 maja 2010

"Zbrodnia Sylwestra Bonnard" Anatol France

Książka z 1881 roku, a czyta się, jakby była napisana dopiero co. Tak, język ciut myszką trąci, ale gdy się wczytać w treść, wrażenie to znika raz dwa, bo losy poczciwego pana Sylwestra zajmują, bawią, śmieszą i wzruszają. Powieść składa się z dwóch części. Pierwsza część opowiada o tym, jak to pan Bonnard poszukuje usilnie pewnego rękopisu, obiektu jego westchnień i snów. W spełnieniu marzeń pomaga mu pewna osoba, która sowicie się odpłaca za otrzymany niegdyś okruch dobra. Druga część to wzruszająca historia o sierocie, którą Sylwester Bonnard bierze pod swoje opiekuńcze, choć nieco już wyliniałe skrzydła.

Podobało mi się mnóstwo rzeczy. Postać starego, nieco roztargnionego naukowca, bibliofila, wśród wszystkich moli książkowych musi budzić sympatię. Jego gospodyni to już prawdziwy majstersztyk: zrzędliwa, gderliwa, ale złotego serca i za swoim panem skoczyłaby w ogień. Wyzierająca zewsząd miłość do książek łapie za serce. A już całkiem rozkleić się można, gdy miłość do książek przegrywa z miłością do człowieka.
A co jest tytułową zbrodnią Sylwestra Bonnard, jesteście ciekawi? Właśnie ta przegrana. Szczegóły w środku.
Urocza książka z cyklu "książki o książkach", mojego ulubionego cyklu.

Ocena: 4,5/6.

I jeszcze cytat:
"- Co tu książek! - zawołała. - I pan je wszystkie czytał, panie Bonnard?
- Niestety, tak - odrzekłem - i dlatego nie umiem zupełnie nic. Nie ma tu ani jednej książki, która nie przeczyłaby drugiej, tak że gdy się zna je wszystkie, nie wiadomo, co myśleć." *

---
* "Zbrodnia Sylwestra Bonnard" Anatol France, tłum. Jan Sten, Książka i Wiedza, 1982, s. 189

Zbrodnia Sylwestra Bonnard [Anatol France]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 2 maja 2010

"Historia miłości" Nicole Krauss

Dawno nie czytałam książki tak zawikłanej, skomplikowanej, pozawijanej w sobie, a jednocześnie tak pięknej, subtelnej i melancholijnej. O, to ostatnie słowo przyszło mina myśl dosłownie przed sekundą i ono właśnie jest najprawdziwsze w odniesieniu do tej powieści. Do tego wszystkiego mam wrażenie, że jej nie zrozumiałam do końca, że powinnam przeczytać ją jeszcze raz, uważnie i ze skupieniem, a wtedy dostąpiłabym oświecenia i pojęłabym ją do głębi. Onieśmieliła mnie "Historia miłości", ot co.

To historia Leo Gursky'ego, który mieszkał kiedyś w Polsce, cudem uniknął śmierci podczas wojny, a teraz mieszka w Nowym Jorku. Człowieka, który napisał kiedyś książkę, którego ukochana wyszła za innego, którego syn nigdy nie poznał swojego prawdziwego ojca. Człowieka, który czuje, że niebawem umrze, toteż próbuje poukładać sobie jeszcze to, co niepoukladane. To też historia dziewczynki, Almy, która dostała imię na cześć bohaterki książki i próbuje tę bohaterkę odszukać. Zamiast niej odnajduje autora. To również historia tłumaczenia pewnej książki przez matkę Almy. To historia miłości: mężczyzny do kobiety, ojca do syna, siostry do brata, córki do matki, przyjaciela do przyjaciela, dziewczyny do chłopaka. To historia wszystkich miłości całego świata, wyrażona w jednej, dwóch, trzech opowieściach wybranych z całego morza opowieści.

To historia w historii, pudełeczko w pudełku. Wiecie, historia szkatułkowa i chyba jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak bardzo szkatułkową w swej szkatułkowości powieścią. Przeczytajcie tę książkę, to połączenie pięknych opowieści z pięknym, prostym i starannym językiem.

Ocena: 5/6.