wtorek, 29 czerwca 2010

"Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy ze Wschodu" Gregory Maguire

Tytuł książki czasem jest przewrotnie tajemniczy, czasem zaskakujący, czasem wzięty nie wiadomo skąd. Tu jest jasno i prosto: życie i czasy, czyli będzie opisane życie Czarownicy. Czasy, w których żyła, również.

Elfaba urodziła się zielona. I właściwie nie wiadomo, czy dlatego, że tak miało być (przeznaczenie jakieś), czy też dlatego, że jej matka szprycowała się opiatami bez opamiętania, a może dlatego, że w sprawę poczęcia Elfaby wmieszany był jakiś elf? Na dodatek dziewczynka chwilę po narodzinach odgryzła palec kobiecie, która pomagała przy porodzie. Zaczyna się więc z przytupem, jak u Hitchcocka, ale dalej napięcie nie rośnie, bo opowieść wchodzi w fazę sprawozdawczą, czyli opowieść o tym, jak dziewczynka rośnie, dojrzewa, idzie do szkoły czarownic...
Dziewczę tak nietypowe musi wykształcić w sobie niemałe zdolności obronne: przed ciekawskimi spojrzeniami, przed pogardą, społecznym ostracyzmem, wreszcie (o, prozo życia) przed wodą, bo ma uczulenie. Myślę, że to buduje charakter, Elfabie też zbudowało - dzięki temu mogła sprzeciwić się planom jej nauczycielki ze szkoły czarownic, zausznicy Czarnoksiężnika. Mogła też z całą pasją i zawziętością rzucić się w wir walki przeciwko Czarnoksiężnikowi i jego planom podporządkowania sobie wszystkich krain. Ta pasja trochę zbaczała w kierunku fanatyzmu i ze smutkiem muszę stwierdzić, że pasji cicho sekundowałam, ale fanatyzm Elfaby mnie odrzucał. Do tego w pewnym momencie przestałam ją rozumieć. Owszem, namiętny romans każda kobieta zrozumie, ale to, by błagać o wybaczenie żonę kochanka, jest już dla mnie naciągane. Jednak rozumiem zamysł autora, by bohaterkę rozchwiać emocjonalnie, tłumaczy to jej późniejsze postępowanie, gdy na scenie pojawi się już Dorotka.
Bo właściwie logicznie wytłumaczyć się nie da, dlaczego Czarownica ze Wschodu jest tak negatywnie nastawiona do Dorotki, no owszem, mała dziewczynka jest pośrednio sprawczynią śmierci Czarownicy ze Wschodu, siostry Elfaby, ale dodać należy, że więzy siostrzane były więcej niż luźne. Nie ma co jednak doszukiwać się na siłę nieścisłości, wszak ta historia jest tylko rozwinięciem i uzupełnieniem historii znanej nam już z książki Franka Bauma.
Moim zdaniem to całkiem niezłe rozwinięcie, ta powieść wciąga w swój świat (jak widać wyżej, wczułam się), sądzę, że spodoba się miłośnikom fantasy.
 
Ocena: 4,5/6.

niedziela, 27 czerwca 2010

Czerwcowe spotkanie biblioNETkowe

Jak zwykle, przesympatycznie było. Gwarno, głośno, smakowicie, z wielką ilością książek, niespodzianek, śmiechu i uciechy.
Poniżej plony przetasowań wszelakich.
Wydłubałam z półek i przekazałam biblionetkowiczom:

- "Daleka Tęcza, Próba ucieczki" bracia Strugaccy - dla Joli

- "Dekorator" Borys Akunin - dla campari
- "Długie lata szczęścia" Reynold Price - dla minutki
- "Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus" Philipp Pullman- dla Joli
- "Fortele Jonatana Koota" Janusz Przymanowski - dla Marylka
- "Z dziennika licealistki" Łarisa Isarowa - dla Dot
- "Zabić drozda" Harper Lee - dla misiaka

Oddałam właścicielom:
- "Przyślę panu list i klucz" Maria Pruszkowska - minutce
- "W bagnie" Arnaldur Indriđason - marioli

Oddano mi i mogę wstawić na półkę:
- "Moja babcia czarownica" Jan Edward Kucharski - od minutki

Oddano mi i natychmiast poszło dalej:
- "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek"  Shaffer, Barrows - madame seneka przekazała nie wiem komu, bo zapomniałam
- "Zamek z piasku, który runął"  Stieg Larsson - madame seneka przekazała minutce
- "Pan Lodowego Ogrodu" t.3  Jarosław Grzędowicz- Dot przekazała marioli

Dostałam do przeczytania:
- "Koci detektyw" Vicky Halls - od Marylka
- "Życie - instrukcja obsługi" Georges Perec - od Madame Seneki
- "Gotowi na wszystko" Richard Glover - od Paren
- "Zbrojny pies czyli zestaw plotek" Szymon Kobyliński - od Joli
- "Tabliczka marzenia" Halina Snopkiewicz - od Dot
- "Horror! Czyli skąd się biorą dzieci" Grzegorz Kasdepke - od Olimpii
- "Życie na trzy psy" Abigail Thomas - od Marylka
- "Wilt" Tom Sharpe - od Campari
- "Krótka historia prawie wszystkiego" Bill Bryson - od Campari
- "Pchli pałac" Elif Safak - od Campari
- "Jedz, módl się, kochaj" Elizabeth Gilbert - od Marioli
- "Jak żyć z wyrachowanym kotem" Eric Gurney - od Joli

Oprócz tego Krzyś dostał pięć kolorowych książeczek z bajkami i obrazkami, śliczne!
Poniżej imponujący stosik:
 

piątek, 25 czerwca 2010

Karteczki - zakładeczki i inne takie

Nie wyobrażam sobie czytania bez małych karteczek pod ręką. Muszę zaznaczać sobie wszystko to, co mnie zatrzymało na chwilę, krótszą czy dłuższą. Te zakładeczki obok kiedyś udało mi się dostać w księgarni, śliczne, kolorowe, z wzorkami. Lubię takie drobiazgi.
Poza tym jestem zmęczona, chcę urlopu (jeszcze trochę), chcę czasu i weny do czytania i pisania, bo jednego trochę brak, a drugie zdechło, przytłamszone niewyspaniem.
Ale za to - dziecię mi się rwie do stawania, już sam umie, byle się dobrze czegoś chwycić. Raczkować nie chce, pełza coraz szybciej, włazi pod mężowskie biurko i łapie za kable oraz zwiedza kocią kuwetę. Trzeba mieć oczy wszędzie. :)
Jutro spotkanie biblionetkowe, spodziewam się przywieźć z niego trochę nowości. A w niedzielę się wyśpię.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

"Remake" Connie Willis

Zwykłam dorzucać okładkę do recenzji, ale tym razem byłam znuszona wspomóc się oryginalnym wydaniem, albowiem w Polce "Remake" co prawda zostało wydane, ale nie w postaci książkowej, a w odcinkach w czasopiśmie "Fantastyka". Szkoda, iż nie ma wydania kiążkowego, trudno. Ja i tak mam na półce - pracowicie skserowane i zbindowane.

"Remake" ma narratora, Toma, który zawodowo zajmuje się usuwaniem SU z filmów. SU to Środki Uzależniające, czyli papierosy, narkotyki, alkohol i tym podobne. Usuwa zgodnie z najnowszymi przepisami prawa, aby (hm?) filmy nie propagowały uzależnień. Technika jest tak zaawansowana, że w nakręconych już filmach można robić cuda, zmiany scen, planów, jeden aktor zamiast drugiego, no mnóstwo możliwości!
Tom poznaje Alis. Dziewczynę, która chce zostać aktorką, ale nie taką zwykłą, tylko tancerką. Jak Ginger Rogers. Tylko jak to zrobić, kiedy umiejętność tańca zanika, bo można to wygenerować komputerowo? Tom udowadnia jej to, na jej oczach poprawiając, udoskonalajac i udziwniając taniec Freda Astaire'a. Alis znalazła jednak sposób, niepojęty i niezrozumiały - uczy się tańczyć w filmach. Jak się tam przenosi? To jakiś tajemniczy sposób, Tom go nie zna, choć na filmach, ich poprawianiu, efektach specjalnych zna się jak mało kto. Zaskoczony, przegląda filmy i musicale jeden po drugim - widzi Alis, uśmiechniętą, skupioną na tańcu, szczęśliwą...
W tle powieści mamy subtelnie zarysowane tło społeczne branży filmowców w niedalekiej (stosunkowo) przyszłości - właściwie wciąż to samo, układy, układziki, imprezy, seks, narkotyki, dobra zabawa, przyjaźń. Miłość też, Toma do Alis, to uczucie jest niezmienne i niezniszczalne.
Do tego wszystkiego oszałamiające bogactwo filmowe. Wiem, że sam temat narzuca zagłębienie się w świat kina, ale tu można dostać zawrotu głowy, wymienione są setki tytułów, poszczególne sceny, powiązania, klatki, aktorzy, uch! To się nazywa dogłębne podejście do zagadnienia, podoba mi się to bardzo.

Ocena: 6/6.

A teraz troszkę z innej beczki. To, co kiedyś pani Willis wymyśliła do potrzeb opowiadania, staje się powoli faktem. W "Przekroju" ukazał się artykuł, poniżej fragment:
 

Od Marleny Dietrich, przez Roberta Mitchuma i Humphreya Bogarta, po Jima Jarmuscha – ludzi filmu widzimy częściej z papierosem niż bez niego. Dym doskonale buduje nastrój i sprawdza się w kamerze. Dlatego w klasycznych filmach często jest jednym z głównych bohaterów ekranu. Towarzyszy gwiazdom takim jak Bogart (który w samej „Casablance” wypala na ekranie 13 papierosów) i na stałe przykleja się do wizerunku macho.
Duża w tym zasługa Bogarta – kreowanych przez niego bohaterów. On palił papierosa za papierosem, przydając tym nałogowi otoczkę twardości i pewności siebie (żywą do dziś, bo kto pamięta, że Bogart zmarł na raka krtani?).
Raport amerykańskiego National Cancer Institute pokazuje, że z 775 amerykańskich filmów z ostatniego pięciolecia dozwolonych od 13. roku życia aż 80 procent zawierało sceny palenia. Ankieta wykazała też, że jedna trzecia dzieci w wieku 10–14 lat zaczęła palić pod wpływem filmowych scen z papierosami.
Trudno się zatem dziwić, że papierosy stały się dziś głównym powodem działań filmowej autocenzury.

W USA pojawiła się propozycja, by podwyższyć kategorie wiekowe filmów, w których pojawiają się papierosy – jednym z przykładów było „Chicago”. Sprawa trafiła na posiedzenie Senatu. Inny pomysł mówi o tym, by poprzedzać filmy na DVD reklamami społecznymi o szkodliwości palenia.
Gwiazdy, producenci i scenarzyści z Hollywood pytani w ankiecie o wycinanie scen z papierosami byli temu przeciwni. Bo jak lepiej pokazać na ekranie „obsesję, seksowność, wyrafinowanie, pewność siebie, twardość, neurotyczność, buntowniczość albo niskie pochodzenie”?

To była rozgrzewka, propozycja, takie tam. A teraz twarde fakty:

W Bollywood już oficjalnie zakazano pokazywania palenia papierosów (podobnie jak w indyjskiej telewizji). – Jutro rząd zakaże nam pokazywania w filmach broni, bo to może wpływać na przemoc wśród ludzi – komentował to Anupam Kher, gwiazdor miejscowego kina.
A papierosy znikają.


Z okładki płyty Beatlesów „Abbey Road”, jednej z najsłynniejszych w historii, papierosa wymazali Amerykanie. Oczywiście bez zgody członków zespołu (wprawdzie jeden z nich, George Harrison, zmarł na raka, ale nikt go nie pytał, czy chce uczestniczyć w antynikotynowej kampanii).
Z jednej z najpopularniejszych serii komiksowych – „Lucky Luke’a” – rysownik Morris usunął w 1983 roku papierosa, zastępując go trawką (bez skojarzeń – po prostu źdźbłem trawy). Tłumaczył, że zrobił to sam z siebie, a papieros u Lucky Luke’a od początku miał tylko parodiować amerykańskie kino.
W epoce politycznej poprawności nawet wizerunek modelowego intelektualisty z nieodłącznym papierosem Jeana Paula Sartre’a trzeba było wygładzić. Gdy francuska Biblioteka Narodowa szykowała plakat z jego podobizną, komputerowo wymazała ze zdjęcia papierosa – w strachu przed konfliktem z prawem (a fotografię Sartre’a bez papierosa, podobnie jak innego giganta kultury francuskiej Serge’a Gainsbourga, znaleźć trudno). Dostało się nawet „Carmen”, którą w Nowej Zelandii wystawiono niedawno w wersji beznikotynowej („The Smoke-Free Carmen”) po lekkich retuszach paru scen.


I słowo stało się ciałem. Czy to było do przewidzenia? Zapewne tak, jak widać z połączenia opowiadania i artykułu. Opowiadanie idzie dalej, artykuł na razie przedstawia etap. na jakim jesteśmy. Oby nie skończyło się to tak:

– Dziś tytoń, jutro seks, a za trzy-cztery lata nie wolno będzie się uśmiechać do obcych - narzeka Auggie (Harvey Keitel) w filmie "Dym", gdy klient wchodzący do jego sklepiku z tytoniem skarży się na zakazy.

sobota, 19 czerwca 2010

Znów mi się udało!

Udało mi się wygrać książkę, oto dowód. Miss Jacobs, dziękuję!

Poza tym skończyłam "Wicked", zaczęłam "Animę" i już się zżymam, bo to horror, a ja nie lubię horrorów, ale mimom wszystko czytam i idę jak burza, ciekawe zjawisko.
Przy "Wicked" też się zżymałam, bo Krainę Oz znam tylko z filmu i słabo, bo dawno oglądałam i chyba wersję z Judy Garland. A przydałoby się, oj, takie mam wrażenie.

piątek, 18 czerwca 2010

"O Królu Cukrowym, Marcepanowej Królewnie, Piernikowym Paziu i Kucharce Pelasi" Ewa Ostrowska

Historia tej książki sięga zamierzchłych czasów, kiedy to miałam kilka lat, nauczyłam się czytać i zachwycona nową umiejętnością czytałam co popadnie. Wpadła mi w ręce mała cienka książeczka, obstrzępiona, porysowana długopisem, bez okładki... Nic nie szkodzi, czytać można było, więc przeczytałam. Zachwyciła mnie ta opowieść.

To historia następcy tronu, który się zgubił. Poważnie, okazał się był potrzebny, a jego nie było, ani w pałacu, gdzie widziano go kiedyś jako małego chłopczyka, ani nad rzeką, gdzie ktoś go widział jak chłopczyk przyglądał się liściom płynącym po wodzie, ani w ogrodzie, gdzie jako młody człowiek otaczał opieką krzaki róż. Na szczęście, zanim ministrowie całkiem zdarli buty od biegania po pałacu w poszukiwaniu następcy tronu, znalazła go kucharka Pelasia. Właściwie nawet nie musiała szukać, książę Andrzej (czyli Jędruś) pomagał jej w kuchni. Objęcie tronu mogło odbyć się bez przeszkód, król wyprawił przyjęcie i przyjął tytuł Króla Cukrowego, władał bowiem Królestwem Cukrowym. Potem w książeczce natykamy się na maleńką dziewczynkę i towarzyszącego jej maleńkiego chłopca - okazało się, że to Marcepanowa Królewna i jej obrońca Piernikowy Paź. Oczywiście, nucimy sobie pod nosem "Był sobie król, był sobie paź, i była też królewna..." - bo i w książce nucą tę kołysankę i jest bardzo ważna.
A król, co ważne, jest romantykiem i wymyśla przepiękną bajkę: o tym, jak z ziemi zniknęły wszystkie kwiaty. Zaś kiedy śpi, śni o łódeczce z księżycowego światła i o podróży nią przez rozgwieżdżone niebo, a co gwiazda, to przygoda... Spotyka więc Królewnę z Bardzo Długimi Włosami, chłopczyka jedzącego pomarańcze, królestwo, gdzie panuje Wszechwładca Szczęśliwości, a także trafia na stację kolejową, na której zatrzymuje się tylko jeden pociąg jeżdżący Stamtąd Tam. Troszkę te przygody pachną Małym Księciem, ale tylko troszkę. Bo jak czyta je osoba dorosła, to wie, że ta podróż to trochę jak przez PRL i te absurdy ówczesne...
Na szczęście dzieciom można czytać bez żadnych przeciwskazań. Polecam mocno, bo nawet po latach czyta się znakomicie.

Ocena: 5/6.

wtorek, 15 czerwca 2010

Martin i Twain

Kiedyś kolega pożyczył mi do czytania książkę Martina "Ostatni rejs "Fevre Dream"" - tak, tego od piaseczników. Dobrze się czytało, aczkolwiek połączenie parostatków i wampirów było dość zaskakujące. Co jednak uderzało, to niesłychana wręcz fascynacja Twainem, a dokładnie "Życiem na Missisipi". Proszę:

Jest wiele drobiazgów, które musi dostrzec pilot, a których pański pasażer nigdy by nie zauważył. Wygląd wody, kiedy kryje się pod nią pień drzewa albo piaszczysta łacha. Stare, uschłe drzewa, które pozwalają określić stan rzeki o sto mil dalej. Siła wiatru zdradzająca ukształtowanie terenu. Z rzeki trzeba nauczyć się czytać jak z książki, zapisanej zamiast słowami drobnymi zmarszczkami i pływami; niekiedy to wszystko blednie i nie sposób jej właściwie odczytać, a wówczas trzeba polegać na tym, co się zapamiętało z ostatniej lektury tej konkretnej strony. [s.102]

Powierzchnia wody stała się z czasem cudowną książką, książką, która dla nieświadomego pasażera była rzeczą martwą, ale która mnie mówiła o sobie wszystko bez zastrzeżeń, zwierzając swe najskrytsze tajemnice tak przejmująco, jak gdyby naprawdę umiała mówić. A nie była to książka, którą czytało się raz, a potem odrzucało, bo co dzień miała do opowiedzenia coś nowego. [s.62]

---
Na południe od Cairo Ohio wpływała do Missisipi i te dwie rzeki wyglądały dość osobliwie. Nie łączyły się od razu, lecz płynęły równolegle, czysta, błękitna wstęga Ohio znacznie różniła się od błotnistobrązowych wód Missisipi. Tu także dolny bieg rzeki nabierał szczególnego charakteru, na dystansie około tysiąca stu mil od Cairo do Nowego Orleanu i Zatoki Missisipi tworzyła niezliczone meandry niczym skręcający się konwulsyjnie wąż, zmieniając bieg wedle własnego uznania, pochłaniając miękką ziemię w najmniej oczekiwanych miejscach, niekiedy pozostawiając porty wyschnięte na wiór, to znów zalewając całe miasta. Piloci twierdzili, że rzeka ta nigdy nie była dwa razy taka sama. [s.105]

A potem rozmawiali o tym, że wody Ohio nie lubią mieszać się z wodami Missisipi. Ed powiedział, że jeśli na Missisipi jest przybór, a na Ohio niski stan, po wschodniej stronie Missisipi aż do ujścia, na przestrzeni stu lub więcej mil, widać szeroki pas czystej wody, ale gdy odpłynąć ćwierć mili od brzegu i przekroczyć tę linię, woda jest gęsta i żółta aż do przeciwnego brzegu. [s.24]

---
Kalafonia i nasączone sosnowe drewno trafiały do wygłodniałych paszcz parowców wraz z buczyną i węglem i stopniowo z kominów kolejnych statków zaczynał unosić się gęsty, czarny dym. [s.241]

Wielkie zwoje najczarniejszego dymu kłębią się i wydobywają z kominów - wspaniałość osiągnięta oszczędnie, za pomocą kawałka smolistej sosny, przed samym przybyciem do miasteczka. [s.33]

---

- Przed chwilą minęliśmy potok - rzekł York. U jego wylotu znajdowała się zwalona topola. To znacznik. Przy tym znaczniku muszę wykonać manewr. Gdybym popłynął dalej, stracilibyśmy wodę pod kilem i poszlibyśmy na dno. Przed nami znajduje się kamienista rafa, jest zbyt głęboko pod wodą, by można ją dostrzec znad powierzchni, ale nie dość głęboko, aby nie rozpruła nam całego dna. [s.332]

Widzisz tę długą, poprzeczną linię na powierzchni wody? To rafa. Do tego urwista rafa. Jest tam pod spodem twarda piaszczysta ławica, prawie od początku do końca stroma jak ściana. Tuż przy niej jest mnóstwo wody, ale diablo mało na wierzchu. Gdybyś w nią uderzył, wyprułbyś ze statku bebechy. [s.59]



Pierwsze to cytaty z Martina, drugie z Twaina. Zastanowiło mnie to podobieństwo, czyżby Martin pochodził z tamtych okolic? Bo czasy parostatków to nie jego czasy, chyba że dziadka...

Ot, ciekawostka.
P.S. Śliczna ta rzeka, widać na zdjęciu, (które pochodzi stąd) zakręcona!

Źródła:
George R.R. Martin, "Ostatni rejs "Fevre Dream"", tłum. Robert P. Lipski, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2002.
Mark Twain, "Życie na Missisipi", tłum. Zofia Siwicka, Czytelnik, Warszawa 1967.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Książki puchną i wyłażą

To znany fakt, że pęcznieją  i wyłażą z równych szeregów i potem ciężko się je upycha z powrotem. I o ile cieszyłam się wcześniej, że wysłałam do podajanina "Powrót" Dicka Francisa, no i odesłałam Mamie "Anna już tu nie mieszka", dorzuciwszy Rybałtowskiej "Bez pożegnania" (o, lekki luzik, luziczek na półkach), to natentychmiast dostałam w prezencie urodzinowym Krajewskiego "Głowę Minotaura". I dziwnie mi, bo się zarzekałam kiedyś, że po "Festung Breslau" nie tknę już, bo mi wybitnie nie podpasował, tak teraz nie wiem, bo jak to, podarowanego ze szczerego serca nie przeczytać?...
Tak czy siak, to poczeka, bo "Wicked" wsysa, wbrem moim początkowym obawom. Mniamniuśne i zielone czytanie, jak zielona jest Czarownica.

niedziela, 13 czerwca 2010

"Miasto niepokoju" Dennis Lehane

Skończyłam książkę, odłożyłam ją na bok i zastanowiłam się, czemu czytałam ją tak długo, ponad dwa tygodnie. Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo w sumie żadnych minusów nie zauważyłam. Pełna, bogata historia miasta Bostonu wraz z mieszkańcami. Strajk policjantów i to, jak do niego doszło. Stosunek mieszkańców do kolorowych oraz do imigrantów z Europy. Wszystko pięknie, dokładnie opisane, wspierające się na trzech filarach: bohaterach. To Danny, bostoński policjant. Luther, czarny uciekający przed zemstą. I Babe Ruth, pałkarz w drużynie baseballowej.

Autor umiejętnie splata te wątki, fantastycznie odmalowywuje tło, świetnie oddaje dynamikę zdarzeń. Wszystko tip top, bez zarzutu. A jednak czytało mi się ciężko, zabrakło magnetyzmu, przyciągania. Zepchnąć to na Boston? Że miasto dalekie, nieznane, mało mnie interesujące? Nie wiem, na Boga, nie wiem. Zachowam książkę starannie na półce, żeby po nią sięgnąć raz jeszcze kiedyś w dalekiej przyszłości - dalekiej, bo muszę ją częściowo zapomnieć.
Ale, jest jedna rzecz, która mnie nastroiła pozytywnie, przychylnie i w ogóle. Mianowicie Danny to jakby Andy Rush z "Przestrzeni! Przestrzeni!" Harrisona. Andy też jest policjantem, tylko z przyszłości, ale cechy charakteru ma podobne, a do tego zamieszkowe tło (tyle że Nowego Jorku) jest bardzo podobne.

Ocena 4,5/6 trochę na wyrost, na zadatek przyszłego czytania.

sobota, 12 czerwca 2010

"Jedwab" Alessandro Baricco

Byłam dziś awaryjnie u dentysty (nagły atak zęba) i wrzuciłam do torebki "Jedwab" licząc w cichości ducha na to, iż zdążę w poczekalni przeczytać. Prawie się udało, zostało mi kilka stron, kiedy wezwano mnie na fotel. Siadłam, opisałam problem, ząb został obejrzany, opukany i zdiagnozowany, po czym dostałam znieczulenie i siedziałam sobie bezczynnie, czekając, aż zacznie działać i cały czas, powtarzam, cały czas biłam się z myślami, czy zleźć z fotela i sięgnąć do torebki po książkę, żeby doczytać, co zostało do doczytania, czy jednak to za wielki obciach - albo raczej nieuprzejmość, nie, wróć, za duże słowo, może niestosowność zachowania. Nie zlazłam.

W sumie może to i dobrze, doczytałam na spokojnie w domu, bez pośpiechu i rozterek wewnętrznych. Ta książka, a raczej historia zasługuje na spokój i na miły nastrój podczas czytania.

To opowieść o człowieku, handlarzu jedwabników, który raz pojechał do Japonii po jajeczka jedwabników i spotkał tam kogoś, kto stał się kimś ważnym w jego życiu. To kobieta. Piękna, tajemnicza kobieta o twarzy dziecka i oczach przejmujących do głębi. Jedno spojrzenie i nasz bohater został usidlony na wieki, wraca do Japonii co roku. Ale... ale przecież jak usidlony, skoro nawet z nią nie rozmawia, nie spotyka się sam na sam, jaki tam romans, gdzie romans, nie ma żadnego romansu! Do tego żona, cudowna i kochana żona, i kochająca nad życie. No i ptaki. Co mają do tego ptaki? To symbol wolności. Co z tego? Poczytajcie sami.

Opowieść snuje się jak dym z ogniska, kłębi się i rozwiewa, podoba mi się to. Podobny klimat czułam w "Dwóch opowieściach o miłości okrutnej", ale tam był gęsty i skoncentrowany, za bardzo japoński, za bardzo obcy dla mnie. Baricco, Włoch, umie to zmiękczyć, wydelikacić, otulić uczuciami jak jedwabnym szalem.

Ocena: 5/6.

czwartek, 10 czerwca 2010

Stosik

Przesyłki z biblionetki i z wydawnictwa zmówiły się, żeby dotrzeć do mnie jednego dnia - toteż powstał z nich całkiem zgrabny stosik.
Od góry:
- "Jedwab" Alessandro Baricco
- "Pęknięte Serce Afryki" Robert Wieczorek
- "Anima Vilis" Krzysztof T. Dąbrowski
- "Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu" Gregory Maguire
- "Baby Blues 3. Zgadnij, kto dziś nie zmrużył oka" Kirkman, Scott

Milutko taki stosik poklepać i pozastanawiać się, od czego zacząć. Ostatnia pozycja odpadła, mąż zabrał i czyta. :)

wtorek, 8 czerwca 2010

"W bagnie" Arnaldur Indriđason

To skandynawski kryminał. Ostatnio zrobiła się moda na skandynawskie kryminały, toteż księgarze, zorientowawszy się w koniunkturze, ruszyli z kopyta, zlecili tłumaczenia, wydali, czego efektem jest szeroki wybór na półkach kryminałów czy to fińskich, czy szwedzkich, czy norweskich, czy w końcu duńskich.

"W bagnie" jest kryminałem islandzkim i to widać, bo autor wyraźnie zaznacza miejsce akcji, pisząc "kolejna typowa islandzka zbrodnia"*. Ale czy ta zbrodnia taka jest? Czy zbrodnia może być typowa? Zbrodnia to odebranie życia człowiekowi, to stan zerojedynkowy, ofiara żyje, ofiara nie żyje. Gdzie tu miejsce na rozważania o jej typowości bądź nie? To okoliczności i motywy są ciekawe, mogą być typowe, mogą być niezwykłe, okrutne, zadziwiające... Jakie są w tej powieści? Hm, trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Bo istotnie, dużo się dzieje, gwałt popełniony przed laty odzywa się echem, tajemnicze, acz naturalne zgony małych dziewczynek odgrywają w rozwiązaniu zagadki niepoślednią rolę, a instytut zbierający dane medyczne obywateli Islandii jawi się jako coś zarazem postępowego i przerażającego (czy taki instytut faktycznie istnieje?). Nie można się nudzić, czytając, na pewno nie. Tyle że ja w tych książkach z dalekiej północy szukam klimatu, chłodu, śniegu czy to takiego pochodzącego z aury, czy też z wnętrza człowieka. Jeśli chodzi o warunki klimatyczne, znalazłam mnóstwo deszczu. I dobrze, tak właśnie kojarzy mi się Islandia, z nieprzyjemnym, zimnym deszczem, czy to zacinającym mocno i z ukosa, czy to prószącym równomierną mżawką, która wciska się chłodem za kołnierz. A w ludziach? Nie. Bo mimo iż autor stara się tak nam przedstawić początkowo Erlendura, policjanta prowadzącego śledztwo: jako zimnego, beznamiętnego, zmęczonego życiem i pracą gliniarza, to wcale on taki nie jest. A raczej: jest, ale się zmienia na naszych oczach. Prowadzone śledztwo wpływa mocno na niego, na jego życie osobiste, na relacje z córką narkomanką, na sposób patrzenia na świat. Ciekawie było to obserwować, choć sama szczerze wątpię, by duszę zrutynizowango, niemłodego policjanta było w stanie coś tak bardzo poruszyć.
Miło też było tu i ówdzie natknąć się, jak na iskierkę w popiele, na szczypty humoru (jak wyjaśnienie kłopotów zdrowotnych Erlendura).

Niezła książka, dobrze się czytało, ale nie wiem, czy poszukam coś jeszcze tego autora. Raczej nie, teraz sięgnę po innych Skandynawów, sprawdzić, co oni mają do zaoferowania.

Ocena: 3,5/6
 
W bagnie [Arnaldur Indridason]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE
---
* "W bagnie" Arnaldur Indriđason, tłum. Jacek Godek, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009, s. 13

poniedziałek, 7 czerwca 2010

"Przyślę panu list i klucz" Maria Pruszkowska

Drugą część rodzinnej sagi książkomaniaków dawno już była za mną, gdy udało mi się pożyczyć część pierwszą, gdzie rzecz cała się rozpoczyna. Przeczytałam i pomyślałam sobie, że to urocze książki. Życie dwóch panien, Alicji i Zofii, przesycone jest na wskroś książkami, słowem pisanym, słowem drukowanym, cytatami, postaciami z powieści i ogólnie wszystkim, co się z literaturą kojarzy. Dla mola książkowego życie to przecudne, no i co z tego, że mało praktyczne? Prozy życia mamy wokół aż nadto, tym przyjemniej więc zanurzyć się czasami w książkowym świecie, gdzie siostra do siostry odzywa się cytatami, gdzie z wujem urządza się konkurs znajomości Sienkiewicza, gdzie wreszcie jedna z panien zapytana, do kogo należy jej serce, odpowiada najzupełniej serio, że do Ashleya Wilkisa.


Na dowód zaś, że literatura z życiem splata się czasami całkiem nieświadomie, świadczy fakt, że na dłuższy wyjazd obok "Przyślę..." spakowałam także Boya "Reflektorem w mrok". Kiedy więc w książce Pruszkowskiej doczytałam, jak to "Dziewice konsystorskie" Boya są znaczącym elementem w życiu rodzinnym jednej z sióstr, czy dziwić się można, że gdy Boya wzięłam do ręki, to wzrok powędrował do "Dziewic konsystorskich" właśnie?

Ocena: 5/6.

środa, 2 czerwca 2010

Wygrałam!

Siadam sobie do komputera, odbieram pocztę, a tu wiadomość o wygranej! :)
Nagrodzona została recenzja książki przeczytanej na potrzeby wyzwania "amerykańskie południe w literaturze". Padma by się ucieszyła, że jej wyzwania przynoszą tak wymierne korzyści jej uczestnikom :)

Bardzo się cieszę. A książka idzie już na kupkę "do pożyczenia" na następne spotkanie biblionetkowe.