wtorek, 30 listopada 2010

"Kot, który bawił się w listonosza" L.J.Braun (Q jako bogacz miasteczkowy)

Qwill zostaje spadkobiercą olbrzymiej fortuny - takim zdaniem zakończyłam poprzednią notkę i takim rozpoczynam tę notkę, ponieważ cała książka się wokół tego kręci. Q próbuje odnaleźć się w nowej, bogatszej rzeczywistości i o dziwo, udaje mu się to znakomicie (o dziwo, bo podejrzewam, że większość ludzi poupajałaby się bogactwem, potarzała w luksusie i tym podobne) - obejmuje w posiadanie rezydencję K (nazwisko rodowe nie do wymówienia) z wdziękiem, skromnością i prostotą. Zresztą prawie natychmiast decyduje, iż osiądzie w pomieszczeniach służbowych, dom zaś traktuje jako klub, kawiarnię czy też muzeum. Tymczsem, póki trwa remont służbówki, mieszka w olbrzymim domu, zwiedza go i oczywiście na strychu odkrywa walizkę porzuconą przez dawną służącą, która znikła któregoś lata i ślad po niej zaginął. Mówiono, że wyjechała na Florydę do nowej pracy, ale czemu nie zabrała rzeczy? Q nie byłby sobą, gdyby nie zainteresował się tym znaleziskiem i nie spróbował się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat, co prowadzi do tragicznych skutków, Q ląduje w szpitalu, a trup ściele się gęsto.
No dobrze, ale skąd listonosz?
Otóż Q, jako miejscowy bogacz, zaczął otrzymywać nagle stosy listów, wpadały przez szparę w drzwiach jak kaskada, a koty brodziły w nich jak w wodzie, tarzały się, baraszkowały, roztrącały nosem stosy kopert, Yum Yum kradła co ładniejsze i chowała pod dywan, a Koko wydłubywał z całego tego bałaganu ważne listy i przynosił je Q. Jak listonosz.

niedziela, 28 listopada 2010

"Kot, który lubił Brahmsa" L.J. Braun (Q. na wakacjach)

Zacznijmy od rozszyfrowania tytułu. Inaczej za rok już nie będę pamiętać, czym ten właśnie "Kot, który..." różni się od innych. Otóż, kot Koko słuchał koncertów Brahmsa na magnetofonie w domku letniskowym w Mooseville. Udał się tam z Yum Yum, aby pomóc Qwilleranowi w odprężeniu się podczas urlopu. Domek letniskowy to własność ciotki Fanny, wyjątkowo bogatej i upiornie żywotnej staruszki (ma 90 lat!) - ona i matka Q. były swego czasu przyjaciółkami.
Q spędza tam wyjątkowy urlop. Koszmarny. Za oknem jest tak cicho, że mieszczuch Q nie może zasnąć spokojnie (za to śpi jak dziecko podczas burzy). Do tego jedzenie w okolicznych knajpach jest mało wyrafinowane, a często niesmaczne. Domek odwiedzają nieproszeni goście, na plaży śmierdzą śnięte ryby a nocą po dachu tupią niewychowane szopy pracze. Coś potwornego!
A ten trup w jeziorze! Ach!
Na domiar zaś złego pod koniec książki Q zostaje spadkobiercą olbrzymiej fortuny.

sobota, 27 listopada 2010

"Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" Roma Ligocka (nie umiem napisać recenzji)

Słyszeliście o tej książce? To opowieść kobiety, która jako mała dziewczynka przeżyła wojnę, była w krakowskim getcie, potem ukrywała się w matką u polskiej rodziny, straciła ojca i prawie całą rodzinę. Roma Ligocka, wcześniej Liebling, Żydówka. Opisała swoje życie po tym, jak na filmie "Lista Schindlera" odnalazła siebie, małą dziewczynkę w czerwonym płaszczyku, dziewczynkę skrywaną do tej pory głęboko w sobie, ukrywaną, upychaną... W internecie można znaleźć mnóstwo opinii, recenzji i tekstów o tej książce.

A ja siedzę z długopisem zawieszonym nad kartką i zastanawiam się, jak zwerbalizować swoje odczucia po lekturze książki. Mam problem, bo mam mnóstwo myśli w głowie, a jak chcę je zapisać, to wydają się banalne, trywialne, albo po prostu niezapisywalne. Nie umiem napisać recenzji tej książki, zbyt duże wrażenia na mnie wywarła. Ligocka spisując swoją historię wydobyła ze wspomnień, wyciągnęła z duszy dotychczas tam chowaną małą dziewczynkę. Ta dziewczynka przemówiła do innej małej dziewczynki - tym razem schowanej głęboko w środku mnie. Rozmawiały. Rozumiały się. Ja przyglądałam się z boku - i chyba właśnie dlatego nie napiszę recenzji książki, bo tylko się przyglądałam. A moja mała dziewczynka jeszcze nie umie pisać.

Ocena: 6/6.

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku [Roma Ligocka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 26 listopada 2010

Zobaczcie, jaki świetny konkurs! I to niejeden!

 

Nie, nie u mnie, tylko u Aneladgam. Robótkowo - literacki, trafiłam całkiem przypadkiem, przez linka u Sabinki, ale jak już trafiłam, ucieszyłam się jak nie wiem co. Mnóstwo fragmentów do zgadnięcia i cały kosz prezentów!
Oto link Robótkowo - literacki konkurs u Aneladgam - nie wiem, jak wy, ale ja pędzę zgadywać :)

------------------------------------

A teraz zajrzyjcie do Sabinki
Książka w komplecie z zakładką - fantastyczny zestaw "Poziomki zimą". Zajrzyjcie!


----------------------------------------
Jeszcze jeden wynaleziony link (też u Sabinki), tym razem to zabawa fotograficzna z kotem w tle.

Szczegóły tutaj. Zapraszam w imieniu.  :)

--------------------------------------------------------------

I jeszcze można wygrać książkę u Miss Jacobs, Mikołajkowo :) Ale dziś obrodziło konkursami i loteriami!




Szczegóły tutaj :)

Ciekawe, czy dziś jeszcze będę edytować bloga z informację, że jeszcze tu i tam można wygrać to i owo... ;)

-----------------------------------------------------

No i wyszperałam jeszcze jedną loterię: tym razem u maioffki - książka do wygrania



Żeby wziąć udział, trzeba zajrzeć tutaj. To już piąty link, który dziś znalazłam i polecam :)

czwartek, 25 listopada 2010

"Kot, który nie polubił czerwieni" L.J. Braun (kici kici, mniam mniam)

Dlaczego Koko nie polubił czerwieni? Kiedy tylko przedstawiono mu do wglądu artystyczną ceramikę z czerwoną glazurą, obszedł się z nią jak pies z jeżem. Dlaczego? Ponieważ Koko wiedział, że z tą glazurą jest coś nie tak. Przede wszystkim z jej twórcą, garncarzem artystą bez kciuka, który przez tę nieszczęśliwą niekompletność nie umie zrobić okrągłego garnka, wytaczając go na kole garncarskim, więc robi talerze za pomocą wałka. Do tego jest nieprzyjemny dla swojej żony. A jego żona jest dawną miłością Qwilla. Więc Qwill go nie lubi, tak jak Koko czerwieni.

Qwill w tym tomie ma niełatwe zadania. Dostaje nową rubrykę do redagowania: ma odwiedzać restauracje, zamawiać potrawy, jeść, oceniać, a następnie to opisywać. Fucha - marzenie, gdyby nie jeden szkopuł: przeszedł właśnie na dietę. Ale wszystko się da, jak się chce i fantastycznie jest czytać o zupie o boskim smaku i zapachu.

Inne niełatwa sprawa to spotkanie z dawną miłością: ona ma kłopoty, a Qwill nie wie, czy jej pomóc, czy ma ją kryć przed mężem, a na dokładkę ona znika i co teraz?! Znika też inna osoba. Ale nie ma co się martwić, znajduje się za to coś innego. Na przykład skorupy z "żyjącą glazurą" w jeziorze. Albo sfałszowany czek.

Dużo się dzieje, zapachy dobrego jedzenia unoszą sę z kart książki, koty są godne i spokojne, a Qwill błyskotliwy i odważny.

Ocena: 3,5/6.

środa, 24 listopada 2010

"Tam piaski śpiewają" Josephine Tey - jedna z moich najukochańszych książek na świecie

Nie jestem pewna czy to powieść, czy kryminał. Co prawda występuje tam detektyw, jest morderstwo i jest dochodzenie, ale ta książka wymyka się szufladkowaniu, więc chyba najbezpieczniej będzie napisać, że to połączenie jednego z drugim. Jestem natomiast pewna, że to książka, która urzekła mnie od pierwszego przeczytania, a było to lat niespełna trzydzieści temu i urzeka do tej pory.

Detektyw Scotland Yardu, Alan Grant, udaje się na urlop do Szkocji podreperować swoje zdrowie, przede wszystkim psychiczne – cierpi bowiem na pracoholizm i klaustrofobię. W pociągu, którym jedzie, ktoś zabija człowieka, a Grant, mimo iż na urlopie, nie potrafi powstrzymać swojej natury policjanta i angażuje się w śledztwo po uszy. Dlaczego? Bo jest fizjonomistą, a po spojrzeniu na twarz zmarłego mężczyzny uznał, że to twarz bardzo interesująca. Bo wiersz, który przeczytał na marginesie gazety znalezionej w przedziale zmarłego, zdradza niepospolitą wrażliwość na piękno autora, tchnie autentyzmem i intryguje. Inspektor uznaje, że warto poświęcić czas wolny na rozwikłanie zagadki wiersza i zagadki morderstwa.
Toteż, gdy już tylko rozgości się na miejscu (zatrzymuje się u kuzynki), rozpoczyna prywatne dochodzenie, poszukując śpiewających piasków z wiersza, prawdziwej tożsamości zabitego, a w końcu mordercy. Czyni to wszystko z podziwu godną zawziętością i uporem; wędruje po wyspach, nocuje w hotelach, bierze udział w wiejskiej zabawie, doświadcza mnóstwa osobistych przeżyć, które powodują, że dochodzenie staje się powoli bardzo istotną częścią jego życia.

Tytuł "Tam piaski śpiewają" od razu implikuje pytanie: ale gdzie? Tak, dostajemy odpowiedź. To Wabar, mityczna kraina Shangri-la (a może zaginione miasto Ubar, Atlantyda pustyni?), przepiękna, kolorowa, fantazyjna nić wpleciona w wątki książki. Człowiek, od śmierci którego zaczyna się cała książka, był przekonany, że odkrył ową mityczną krainę, albo też coś, co ją bardzo przypominało. Grant mu wierzy, a razem z Grantem wierzy i czytelnik, choć prawdopodobieństwo odkrycia czegoś nieistniejącego jest nader nikłe. Na szczęście fikcja literacka pozostawia duże pole manewru dla wiary. Sama nazwa Shangri-la jest boska - tajemnicze rejony wiecznych szczęśliwości - mmmmrrr, to intryguje i przyciąga.

Grant też mnie zaintrygował. Nie tylko jako uparty i zawzięty detektyw, ale jako człowiek. Wyjątkowo inteligentny i trochę romantyczny. Ten wątek romantyczny delikatną kreską zarysowała w powieści autorka, pisząc o dawnej miłości Alana:
"Ale dopiero w czasie ostatniego młodzieńczego lata szczęście skrystalizowało się w postaci samej Laury Grant, całe lato zogniskowało się w jej osobie. Dotąd jeszcze odczuwał lekkie drżenie serca na wspomnienie owego lata"[1].
Pisze też o obiekcie jego obecnego zauroczenia, z lekkim przymrużeniem oka, bo jednak sprawy zawodowe są ważniejsze:
"Chciał, aby Zoe »do diabła się stąd wyniosła«. Ta Zoe, ktorej obecność stworzyła magię wczorajszego popołudnia, była teraz przeszkodą. Urocza, prostolinijna, boska Zoe, rusz się. Przedmiocie moich zachwytów i księżniczko moich snów, odejdź." [2]

Urzekło mnie przedstawienie papierowych postaci tak, że dla czytelnika są jak żywe. Wyraziście zarysowane charaktery, solidnie osadzone w codzienności. Nawet, zdawałoby się marginalnie zaznaczony sierżant Williams, podwładny Granta ze Scotland Yardu, został tak opisany, że jestem w stanie bardzo dokładnie go sobie wyobrazić.

Mistrzostwo w kreowaniu postaci, wyrazista, a jednocześnie subtelna atmosfera, sprawnie i wciągająco poprowadzona intryga kryminalna - czegóż chcieć więcej od książki? Ja tam ją kocham nad życie i dałam najwyższą ocenę z możliwych.


---
[1] Josephine Tey, "Tam piaski śpiewają", tłum. Krzysztof W. Malinowski, wyd. Iskry, Warszawa 1977, s. 20
[2] Tamże, s. 133-134

P.S. Jeszcze jeden cytat z książki jest o tu.

wtorek, 23 listopada 2010

"Księga z San Michele" - cytaty

Przyjrzałam się swojemu zeszytkowi do notatek i odkryłam, że istnieją w nim niewykorzystane jeszcze pokłady słowa pisanego. O pięknej książce "Księga z San Michele" Axela Munthe już wspominałam, w zeszycie natomiast zostały mi cytaty, wypisane z przyczyn różnych.


"- Rosinella pane asciutto?5 A może la fesseria?6" - natykam się na stronie szóstej, włoskiego nie znam, ale przypisy na dole strony informują mnie, że 5 - suchy chleb, a 6 - lepiej nie tłumaczyć. Dlaczego nie tłumaczyć, coś strasznego tam napisano? Sięgam po słownik, a tu okazuje się, że "la fesseria" to "bzdury".

"Sekularyzacja" (s. 26) - co to jest? Pytanie moje. Odpowiedź: Zmniejszenie roli religii dla społeczeństwa. No nie wiedziałam wtedy, teraz wiem.

"Największą ilość chorób leczy przecież skutecznie puszczanie krwi i nacieranie. [...] Dwie żaby gotowane przez dwie godziny na mleku dobre są przy kaszlu, a duża ropucha działa jeszcze lepiej, o ile znajduje się akurat pod ręką. [...] Dziesięć wszy, ugotowanych na mleku, z dużą ilością soli i zażytych na czczo, leczy bez zawodu żółtaczkę (bardzo pospolite cierpienie Lapończyków na wiosnę)". (s. 122) - fascynujące mądrości medycyny ludowej.

Znienacka dopada mnie przedziwna ortografia w powieści:
s. 144 - żórawi
s. 322 - pendzla
s. 328 - bronzowe
s. 428 - szerści
s. 479 - swaeter
Zapewne tak się kiedyś pisało, książka wydana w 1946 roku. Ale nie wiem na pewno. Może błędy korektora? Byli wtedy korektorzy?

"Charcot był najsławniejszym lekarzem moich czasów". (s. 275)

"Pamiętajcie moje słowa, które podaję na innym miejscu w tej książce: to, co zatrzymamy dla siebie, - utracimy, to zaś, co oddamy innym, - pozostanie dla nas na zawsze". (s. 386)

"Przekonany jestem, że Pan Bóg kocha ptaki, gdyż w przeciwnym razie nie obdarowałby ich skrzydłami, które dał także swym aniołom". (s. 452)

"Na przodzie, trzymając się za rączki, szło kilkanaścioro malutkich dzieci, prawie jeszcze niemowląt. Niektóre ubrano w króciutkie tuniki i przypięto im skrzydełka anielskie na wzór Raffaela; inne zupełnie nagie, a ustrojone w girlandy winogronowych liści i w wieńce z róż na główkach, wyglądały, jak wycięte z greckich płaskorzeźb. Za nimi szły 'figlie di Maria', wysokie smukłe dziewczęta w białych szatach, długich niebieskich welonach i srebrnych medalikach z wizerunkiem Matki Boskiej, wiszących na piersiach na błękitnych wstążkach.
Potem stare panny w czarnych sukniach, starsi mężczyźni w ubiorach z czasów Savonaroli. Orkiestra. Księża. Posąg św. Antoniego. Burmistrz, członkowie zarządu gminy, ławnicy, urzędnicy, doktor, aptekarz, fryzjer itp. Potem pospólstwo: rybacy, chłopi. Odległość nakazana szacunkiem - kobiety i dzieci. Na końcu psy, kozy, świnie". (s. 459)
To procesja z okazji uroczystości świętego Antoniego. Barwne? A procesje z okazji Bożego Ciała u nas jak wyglądają? Pierwsi idą mężczyźni, potem dziewczynki sypiące kwiaty, w białych sukienkach i wianuszkach na głowach, duchowieństwo, ksiądz pod baldachimem z monstrancją w rękach, podtrzymywany z obu stron, za nimi kobiety w strojach ludowych dźwigajace posążki świętych lub Matki Boskiej, obrazy i chorągwie. Za nimi pozostali wierni. Barwne? O tak.

"Nie lubię duchownych. Groźbą wiecznych płomieni piekielnych nauczyli ludzi obawy przed moim przyjściem. Zerwali mi skrzydła z ramion, zniekształcili me dobrotliwe oblicze i nadali postać szkieletu, który z kosą w ręku chodzi jak złodziej w nocy od domu do domu. [...] Nie mam nic wspólnego ani z ich piekłem ani niebem. Jestem prawem natury". (s.499)

Księga z San Michele [Axel Munthe]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 22 listopada 2010

"Książki zakazane" Bartłomiej Paszylk (ach, te inspiracje literackie!)

Książki o książkach zawsze mnie interesowały jako swego rodzaju literackie zapętlenie. Ta konkretna ujęła mnie starannością napisania i dbałością o szczegóły. I o ogóły też. Wstęp ominęłam, bo nie lubię wstępów, a ten jakoś nie przekonał mnie do siebie. Za to same książki - cudo. Podzielone na kategorie według powodów umieszczenia na "indeksie" - czyli powody społeczne, religijne, obyczajowe czy inne. Opis treści książki, potem historia, dlaczego i kiedy była zakazana, naświetlone tło i okoliczności cenzury, umieszczony rys o autorze, ze zdjęciem, dodany fragment samej książki (zawsze na niebieskim tle), omówiona ekranizacja, jeśli taka powstała, do tego fotosy filmowe...

Świetne, bogate kompendium. Brawo, panie Bartku! Po lekturze pańskiej książki zdecydowałam, że przypomnę sobie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" Kazantzakisa, a przeczytam następuje pozycje: "Grona gniewu" (Steinbeck), "Nagi lunch" (Burroughs), "Obcy w obcym kraju" (Heinlein), "Azyl" (Faulkner), "Szatańskie wersety" (Rushdie) oraz "Kolor purpury" (Walker).

Ocena: 5/6.

niedziela, 21 listopada 2010

"Tego lata, w Zawrociu" Hanna Kowalewska (chcę ten dom w Zawrociu!)

Czytam "Tego lata, w Zawrociu" i coś mi nie pasuje. Przerzucam kartki i szukam, a tu tylko wspomnienia o babce, wyrzuty, wspomnienia o matce i ojcu, nostalgia, niesmak, wspomnienia o tym i owym, wspomnienia.

Bohaterka, Matylda, dostaje w spadku dom z ogrodem w Zawrociu. Obejmuje go w posiadanie jakby od niechcenia, bardziej przechadzając się po ogrodzie i rozmyślając o babci niż ciesząc się szczerze z własnego miejsca (chyba mam jej to za złe).
Bo tak naprawdę to nie jest jej miejsce, to wciąż miejsce babki Aleksandry, którą poznajemy bardziej niż Matyldę. Poprzed dom w Zawrociu, poprzez dziennik, który prowadziła, a który czyta Matylda, poprzez listy, poprzez historie przechowywane w pamięciu innych członków rodziny... I dlatego mam taki kłopot z tą powieścią, bo reflektor jest skierowany silnie do tyłu, w przeszłość. Na Aleksandrę. A ja nie potrafię jej polubić, ani nawet zrozumieć. Nie czuję więzi z tą bohaterką. A co dopiero mówić o Matyldzie, o której wiem jeszcze mniej.

Polubiłam za to dom w Zawrociu. Piękny, ze sadem, ogrodem, na uboczu, z szumiącymi brzozami i ze strychem. Do tego cudowna okolica, leśna, polna, z piaszczystymi drogami.
Zabierzcie sobie Matyldę i Aleksandrę z ich problemami i rozterkami, z ich tajemnicami i bólem. Zostawcie mi dom w Zawrociu, a postawię szóstkę.

Ocena: 3/6.

P.S. A motyw odziedziczenia starej willi cudnie i komicznie był opisany w opowiadaniu "Dożywocie" Marty Kisiel w antologii "Kochali się że strach" - i to opowiadanie polecam mocno.

sobota, 20 listopada 2010

"Żaba" Małgorzata Musierowicz (ciąża Róży jak płatki róż posypujące budyń waniliowy)

Żaba jest siostrą Fryderyka Schoppe, fatyganta Róży Pyziak. Miła, piętnastoletnia panna imieniem Hildegarda przypadkiem odkrywa, że jej ukochany brat zrobił dziecko przeuroczej Róży, po czym dał dyla za granicę, wybywając na stypendium. Przy czym na tym stypendium niemalże ukrywa się, bo nie odbiera telefonów, nie odpisuje na maile i kontakt z nim jest wysoce utrudniony, co Żaba znosi bardzo źle, bo perspektywa zostania ciocią bardzo nią wstrząsnęła. Właściwie nawet nie to, a fakt, że Fryderyk, brat - geniusz, tak się zeszmacił moralnie. Toteż bierze sprawę w swoje ręce i wraz z drugim bratem, Wolfgangem, czyni starania, by rodzina Schoppe zachowała się jakoś po ludzku wobec Róży i jej dziecka. Rzekłabym, że Wolfi wyjątkowo przykłada się do tego zadania i ni z tego, ni z owego zakochuje się w siostrze Róży, Tygrysku. Ten wątek doprawia książkę, jak pieprz zupę, bo Wolfi a to podrzuca anonimowo bukiet ukochanej, a to wkrada się do Laury po rynnie, no Romeo i Julia niemalże!

Żaba też ma wielbiciela. To jeden z bliźniaków Anieli i Bernarda Żeromskich, Piotr albo Paweł, Chyba Piotr (nie bić, książkę czytałam jakiś czas temu i zdążyłam już zapomnieć, nie jestem już taka młoda i synapsy nerwowe mi częściej odpoczywają), miły, gadatliwy i trochę egzaltowany chłopiec.

Milusia książka, głównie przez ciążę Róży, ona (mimo tych perypetii z Fryderykiem) bardzo się cieszy z dziecka i od razu przypomina mi się moja ciąża i jak bardzo się z niej cieszyłam. Bardzo bardzo.

Ocena: 4/6.

piątek, 19 listopada 2010

Książki z wydawnictw, książki pociachane, książki, po prostu książki

Facet pisze o egzemplarzach recenzenckich, po raz kolejny zresztą. Podniósł dość ciekawą kwestię, przy czym samego pomysłu tagowania recenzji książek otrzymanych nie komentuję, bo nie zastanawiałam się nad tym usilnie. Nie wierzę też, by recenzje były na siłę pochlebne przez sam fakt, że książkę się dostało. Chciałam jedynie napisać o swoich spostrzeżeniach w tym względzie.

Po pierwsze, niezależnie od tego, czy opinie są pochlebne, czy też nie, są. I jeśli przegląda się blogi książkowe i widzi się wysyp opinii o jednej książce, a nie zagłębia się w szczegóły, to można sobie pomyśleć "tam do licha, ale dużo piszą o tej książce, coś musi w niej być!". Ja tak myślałam, dopóki nie wciągnęłam się w blogowy światek i nie poznałam jego niuansów.

Po drugie, sama otrzymuję książki od wydawnictwa Initium i o ile pierwsza przesyłka była zapowiedziana, wyczekiwana, warunki określone (jeśli się zgadzam, dostaję, czytam, opisuję), czyli po prostu świetnie, to druga już nie. Bo przyszła bez zapowiedzi, właściwie to nic złego, taka niespodziewanka. Ale mail z zapytaniem, kiedy pojawi się recenzja, odebrałam z przykrością, poczułam się poganiana. No, czytaj, czytaj, odebrałam między wierszami, bo wysłaliśmy dawno, a recenzji wciąż nie ma! Hm. Owszem, przykre wrażenie rozwiało się, gdy wyjaśniłam grzecznie, że mam kolejkę do czytania, a pierwszeństwo mają książki pożyczone, nie własne i gdy otrzymałam odpowiedź całkowicie akceptującą taki stan rzeczy.
Tak.

Z innej beczki. Musierowicz całkiem niedawno miałam na tapecie, stali czytelnicy wiedzą. Fragment z "Języka Trolli":
"Po dłuższym czasie, oderwawszy się od lektury, dziadek podniósł oczy. Spojrzenie jego padło prosto na tę półkę regału, która znajdowała się na wprost jego głowy. Osłupiał nagle.
- Na Jowisza! - krzyknął na cały głos. [...]
Regały były robione na wymiar, starannie dopasowane do wnęk. Wszystkie ich półki umieszczono w identycznej odległości od siebie. Książki, które nie mieściły się ze względu na nietypowy format, zostały po prostu równo przycięte gilotyną, a może i piłą, na taką wysokość, by się dały upchnąć na półce". - który traktowałam dotychczas jako fikcję literacką, doczekał się urzeczywistnienia. Pod linkiem Idiotyzm do kwadratu w warszawskiej pizzerii przeczytacie więcej.
O zgrozo.

środa, 17 listopada 2010

"Tajemna historia Moskwy" Ekaterina Sedia (ale tu ponuro, o matko)

Galina mieszka w Moskwie i wiedzie mało ciekawe życie zaleczonej schizofreniczki. Nagle jej z trudem uporządkowany świat łamie się na pół, kiedy siostra Galiny, Masza, tuż po urodzeniu dziecka w łazience, przemienia się w kawkę i odlatuje nie wiadomo gdzie. Niedorzeczne - w kawkę? Niedorzeczne czy nie, szukać jej trzeba i Galina rusza na poszukiwanie siostry, mając do pomocy malarza alkoholika oraz policjanta (milicjanta?) o nieprawomyślnym, angielskim pochodzeniu.

Razem udają się moskiewskiego metra, gdzie znajdują przejście do tajemniczego świata. zaludnionego przez postacie z baśni i bajek. Rosyjskich bajek. Bohaterowie próbują się od nich dowiedzieć czegokolwiek o Maszy i innych zaginionych, rozwiązują zadania stawiane przed nimi, wychodzą na powierzchnię, wracają, znów jakieś zadania, nowe postacie, przeprawy przez rzekę typu Styks i tak dalej i tak dalej...

Nie podobało mi się. Za dużo tego, wepchnięte wszystkie rosyjskie legendy i baśnie do jednej książki - to może oszołomić, jeśli się nie jest obeznanym z tymi bajkami. Ja nie jestem i mnie oszołomiło. Do tego całość jest utrzymana w wyjątkowo ponurej, wręcz posępnej tonacji, ciągle jest noc, a jak nie noc, to jest pochmurno, ciemno, zimno, paskudnie, mokro i do domu daleko.
Albo ta schizofrenia Galiny: ona pogodziła się już z diagnozą i nauczyła żyć z chorobą. Pogodziła się ze wspomnieniem, kiedy to jej matka orzekła, że Gałka będzie musiała iść do szpitala (nie było tam, nie widziałam, Galina nie pamiętała - żadnych powodów ku temu, żadnych przesłanek!). Teraz, gdy o tym opowiada policjantowi, pada nazwa "schizofrenia bezobjawowa", a ten patrzy na nią zdumiony, bo wie, że ten termin jest utworzony na potrzeby organów władzy politycznej , by można było tych, co władzy nie lubili, zapakować bez konsekwencji do szpitali psychiatrycznych. Ale Galina była małą dziewczynką, kiedy trafiła do takiego szpitala. Co za tragedia się za tym kryje? Jakie relacje pomiędzy Galiną i jej matką? Mam jakieś straszliwe podejrzenia.

Ocena: 3/6.

wtorek, 16 listopada 2010

"Dewey. Wielki kot w małym mieście" Vicki Myron, Bret Witter (kici kici)

To mogła być bardzo dobra książka, naprawdę. Gdyby została napisana przez kogoś innego, bardziej obeznanego z warsztatem literackim. Ale czy wtedy byłaby tak bardzo szczera i autentyczna? Wątpię. Zgódźmy się więc, że dobrze jest, jak jest.

Dewey to kot, który pewnej mroźnej zimy został wrzucony do skrzyni na zwracane książki. Tak, w Ameryce można książkę oddać do biblioteki bez udziału bibliotekarza, prostu siup do skrzyni i już, a bibliotekarz, jak przyjdzie do pracy, weźmie książkę i odnotuje zwrot. Bajer. W bibliotece, którą swego czasu odwiedzałam, tak nie było.
Ale do rzeczy: kociaka przygarnęła kierowniczka biblioteki, czyli autorka książki, ale nie zabrała go do domu. Został bibliotecznym kotem. Dobrym duchem biblioteki i całego miasteczka Spencer w stanie Iowa.
Autorka szczegółowo opisuje zwyczaje Dewey'a, jego kocie ścieżki i upodobania. Wspomina, jak pod jego wpływem zmieniają się ludzie, zmienia się biblioteka, zmienia się miasteczko (swoją drogą kapitalnie jest nakreślona jego historia!), wreszcie, jak zmienia się sama autorka.
Jak może się coś zmienić pod wpływem kota, zapytacie - chyba co najwyżej konfiguracja piasku w kuwecie czy ilość sierści osiadłej na meblach. Otóż może.
Proszę sobie wejść do pustego, cichego mieszkania, zdjąć buty, zaparzyć herbatę, usiąść w fotelu. Popijać herbatę patrząc w okno.
A teraz proszę wejść do mieszkania, zrobić to samo, tyle że gdy już się siedzi w fotelu, wskoczy nam na kolana kot. Umości się i zamruczy, a może nawet i wbije z rozkoszą pazurki w uda. Gwarantuję, że to dużo zmieni w tym piciu herbaty.

No i mniej więcej o tym jest ta książka.

Ocena: 4,5/6.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Listopadowe spotkanie biblionetkowe

Kolejne spotkanie biblionetkowe za mną, kolejne stosy książek wywędrowały mi z półek, a na ich miejsce zaraz przyszły nowe.

Wydłubałam z półek i wywiozłam na pożyczki:
- "Monte Cassino" Melchior Wańkowicz - dla mafii, właściwie to na własność
- "K-PAX" Gene Brewer - Makrauchenia
- "Elantris" Brandon Sanderson - dla chen
- "Zatrute ciasteczko" Alan Bradley - dla Olimpii
- "Badyl na katowski wór" Alan Bradley - dla Olimpii
- "90 najważniejszych książek dla ludzi, którzy nie mają czasu czytać" Henrik Lange - dla Dot
- "Florencja" i "Drugi wątek" Joanna Chmielewska - dla Jean

Oddałam właścicielom:
- "Książki zakazane" Bartłomiej Paszylk - Dot
- "Księga smoków" antologia - chen
- "Dewey: Wielki kot w małym mieście" Vicki Myron - Dot
- "Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele: Część I i II" James Randi - Olimpia
- "Mamuśka", "Urwisy", "Babunia" Brendan O'Carroll - Olimpia
- "Poncjusz Piłat" Roger Caillois - Marylek
- "Oko jelenia: Triumf Lisa Reinicke" Andrzej Pilipiuk - Dot
- "Tego lata, w Zawrociu" Hanna Kowalewska - chen

Oddano mi i natychmiast poszło dalej:
- "Droga" Cormac McCarthy - do Marylka

Oddano mi i mogę wstawić na półkę:
- "Kot Simona: Sam o sobie" Simon Tofield
- "Cieplarnia" Brian Aldiss
- "Dekorator" Borys Akunin
- "Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3" Jarosław Grzędowicz
- "Norwegian Wood" Haruki Murakami
- "Przygoda z owcą" Haruki Murakami

Dostałam do przeczytania:
- "Czarnoksiężnicy" antologia - od Dot
- "Azyl" William Faulkner - od Marioli
- "Mój język prywatny" Jerzy Bralczyk - od chen
- "Złote jabłko" Robert Shea, Robert Anton Wilson - od Olimpii
- "Ostatni brzeg" Nevil Shute - od minutki
- "Kot, który nie polubił czerwieni" Lilian Jackson Braun - od Marylka
- "Kot, który bawił się w listonosza" Lilian Jackson Braun - od Marylka
- "Kot, który znał Szekspira" Lilian Jackson Braun - od Marylka
- "Kot, który znał kardynała" Lilian Jackson Braun - od Marylka
- "Kot, który myszkował w szafach" Lilian Jackson Braun - od Marylka

Dostałam na własność:
- "Alterland" Marcin Wolski
- "Kot, który lubił Brahmsa" Lilian Jackson Braun

Krzysztof całe spotkanie przetuptał. A ja tuptałam za nim, za wyjątkiem tych momentów, kiedy to tuptał za nim mój mąż. Co za bezsensowny pomysł kłaść na podłodze koszyk z pustymi butekami po winie! :)
Podobało mi się, jak zwykle zresztą.

sobota, 13 listopada 2010

"Język Trolli" Małgorzata Musierowicz (poważniej niż zwykle)

Tej Trolli, a nie tych trolli, złośliwych stworzeń z bajek. Trolla to Staszka, dziewczyna z klasy Józinka (pierworodnego Idy i Marka Pałysów), dziewczyna przemiła i przesympatyczna. Nic więc dziwnego, że Józinek jest nią żywo zainteresowany. A jak Józinek, to i Ignacy Grzegorz (syn Gabrysi i Grzegorza), bo ci chłopcy od urodzenia ze sobą rywalizują. Tyle że Staszka nie pozwala, by ta rywalizacja przerodziła się w coś poważnego. Bardzo chce, by ludzie ją otaczający byli pozytywnie nastawieni do innych, pomagali sobie wzajemnie i byli po prostu dobrzy. A charyzmę ma taką, że po prostu nie da się jej odmówić. Ciekawe, czy to między innymi dlatego, że Staszka jest chora na raka? Może, ale nie tylko. Z pewnością choroba pomaga jej oddzielić ziarno od plew w życiu - stara się więc, jak umie, przekazać to innym.

W książce oprócz Trolli ważna jest jej rodzina, zwłaszcza czarnoskóry szwagier pochodzący z Jamajki, Helmut. Bujna osobowość, przemiłe usposobienie no i fantastyczne wyrażenia (pan Oracabessa uczy się nieustannie języka polskiego) - nie ma chyba czytelnika, któy by nie polubił Helmuta. Mnie on przez łamańce językowe przypominał pana Muldgaarda z Chmielewskiej.
W "Języku Trolli" Laura po raz pierwszy spotyka swojego ojca Janusza Pyziaka (całkiem przypadkowo) i stwierdza, że to wyjątkowy burak i nie chce mieć z nim nic wspólnego.
Józinek i Ignacy Grzegorz po śnieżnej wyprawie furgonetką dochodzą do niechętnego porozumienia i podpisują swego rodzaju pakt o nieagresji.
Trolla zaś wyjeżdża. Koniec.

Ciut poważniejsza od innych książka, ciut lepsza.

Ocena: 4,5/6.

piątek, 12 listopada 2010

"Żuk w mrowisku" Strugaccy (wciąż was kocham, panowie)

Wysłuchałam z prawdziwą przyjemnością drugiej części przygód Maksyma, wcześniej Rościsławskiego, teraz Kramerera. Stare dobre rosyjskie s-f, teraz już takich nie piszą!

Maksym nie jest już młodzieniaszkiem, ma ok 45 lat, pracuje cały czas w KOMKON-ie 2, jego szefem jest znany nam już z "Przenicowanego świata"  Wędrowiec, czyli Rudolf Sikorski. Maksym zwraca się do niego per Ekscelencjo - no i słusznie, mianem Wędrowców określa się bowiem kogoś jeszcze i mogłoby się mylić.
Zaczyna się od tego, że Maksym dostaje zadanie do wykonania. Ma odnaleźć Progresora (to ktoś w rodzaju specjalisty od kontaktów międzygatunkowych, który jednocześnie ma za zadanie przyspieszać rozwój tych bardziej zacofanych gatunków, takie wyciąganie za uszy i równanie do szeregu), Lwa Abałkina, który w tajemniczych okolicznościach wrócił na Ziemię z aktualnej wyprawy i zniknął. Przy czym Ekscelencja powodów szukania Abałkina nie podaje, ot, znaleźć go, zlokalizować i koniec. Maksym znakomicie wywiązuje się z polecenia, ale podczas śledztwa natyka się na fakty, które dają mu sporo do myślenia, kim jest Abałkin, dlaczego jest poszukiwany, dlaczego się ukrywa - same pytania!
W końcu Rudolf Sikorski musi na nie odpowiedzieć, choćby dlatego, że przez to może zdjąć z siebie część ciężaru spoczywającego na jego barkach od czterdziestu lat.
Co wtedy się stało, te czterdzieści lat temu? Ludzie znaleźli na peryferyjnej planecie coś w rodzaju inkubatora z ludzkimi zarodkami. Zanim Rada Światowa, zdezorientowana, przejęta i przerażona tym odkryciem, zdążyła coś zdecydować, inkubator zaktywował się i embriony zaczęły dojrzewać. Problem polegał na tym, że zarodki niby ludzkie, ale zostawione nie przez ludzi, a przez bliżej nieznaną rasę pozaziemską, których przedstawicieli nazwano Wędrowcami. Nic właściwie na ich temat nie wiadomo, oprócz tego, że na jednej z planet poznanych przez ludzi przeprowadzili coś w rodzaju ewekuacji. Albo eksterminacji. Nie wiadomo. Dlatego sprawa inkubatora i zarodków była tak problematyczna.
Wróćmy jednak do Kramerera i jego poszukiwań. Dowiaduje się on, że poszukiwany przez niego Progresor jest jakoś związany z wydarzeniami sprzed lat i dlatego niebezpieczny...

Atmosfera w książce jest cudowna. Ciężka i klaustrofobiczna, pełna niedopowiedzeń i tajemnic. Uwielbiam taką.
Znakomite są sceny wędrówki Abałkina po planecie Nadzieja i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co stało się z jej mieszkańcami- ewakuacja czy eksterminacja. Świetnie zarysowano postać Głowana (przedstawiciel kynoidalnej inteligentnej rasy z planety Saraksz), towarzysza Lwa. Progresor widzi różne rzeczy, wycinki rzeczywistości, a nic nie rozumie, nie potrafi poskładać tego w sensowną całość. Stara się pojąć, a wciąż jakiś element wymyka się rozumieniu. To moim zdaniem najlepsze fragmenty w książce.
Wszędzie są pytania, same pytania i poszukiwanie odpowiedzi. Abałkin poszukuje prawdy o Wędrowcach. Kramerer poszukuje prawdy o Abałkinie. Czytelnik poszukuje prawdy o wszystkim, co powyżej. Część dostaje, część musi sobie dopowiedzieć, bardzo to lubię w książkach.

Czy już pisałam, że kocham panów Strugackim? ;)

Ocena: 5,5/6.

P.S. Jeszcze chciałam sobie popisać o zarodkach w książce w kontekście dyskusji o in vitro, ale to może już daruję. ;)

czwartek, 11 listopada 2010

"Statek szpitalny" James White (do widzenia panu, panie White)

O książkach z cyklu "Kosmiczny szpital" pisałam już tu i tu, potem trochę odsapnęłam od nich, w końcu zabrałam się za czwartą część pod tytułem "Statek szpitalny".

Tak, mamy tu pewne zmiany, temat Szpitala został już nieco wyeksploatowany, toteż autor wpadł na pomysł kosmicznej karetki. Czyli statku, który jest specjalnie przystosowany do podtrzymywania życia ewentualnym pacjentom, z wykwalifikowaną medycznie załogą na pokładzie, oprócz zwykłego zespołu kierującego statkiem. Dla urozmaicenia fabuły autor nadzwyczaj wyraźnie rozgraniczył te dwa zespoły - na czele jednego stawiając znanego nam już doktora Conway'a, drugim natomiast dowodzi kapitan Fletcher - i nieco je ściął ze sobą, żeby nie było za nudno. Nie, że się biją czy coś, nie nie. Ci panowie po prostu są ambitni i ze sobą rywalizują, który jest lepszy: twardszy, bardziej wytrzymały, stanowczy i konsekwentny. Wiecie, jak dwa samce alfa w jednym miejscu się zejdą, to od razu zaczną pokazywać zęby i prężyć muskuły.

Niestety, to jedyny aspekt, na którym można zawiesić oko, bo cała reszta to już nieco nudna jest. Gdzieś w kosmosie zdarzają się wypadki, na ratunek pędzą lekarze, często nie rozumieją, na czym właściwie polega problem, bo poszkodowani tak różnią się od ludzi, że nie wiadomo, czy ich pokręcony wygląd jest czymś dla nich naturalnym, czy też jest efektem wypadku. Po czym genialny doktor Conway rozwiązuje zagadkę i odnosi spektakularny sukces, zbiera pochwały, koniec, szczęśliwy oczywiście, dziękuję, do zobaczenia w następnym odcinku.
Czyli za jakieś dziesięć lat.

Ocena: 3,5/6.

środa, 10 listopada 2010

"Badyl na katowski wór" Alan Bradley (Flawia, odsłona druga)

Konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy tytuł tej książki. Domyśliłam się jedynie, że to z jakiegoś wierszyka albo powiedzonka. Flawia tego niestety nie wytłumaczyła, a szkoda, bo wiele innych rzeczy tłumaczy znakomicie.

Co do fabuły, to podobnie jak w części pierwszej rezolutna dziewczynka prowadzi własne śledztwo w sprawie morderstwa - tu aż ciśnie się na usta zlepek słów "tajemnicze morderstwo", to chyba najczęściej używany w kryminałach zlepek słów! No i słusznie, bo jakby nie było tajemnicze, śledztwa nie byłyby potrzebne, nie trzeba by było szukać winnego i w ogóle nie byłoby o czym gadać.
Sporo się dzieje w powieści: do miasteczka przyjeżdża teatrzyk lalkowy, dwuosobowy. Jedna z tych osób ginie, podejrzana jest oczywiście druga. Ale to nie takie proste, z przeszłości wyskakują (jak diabełki z pudełka) sprawy dawno niby zapomniane, ale wciąż bolesne, jak śmierć małego chłopca. No i jaką rolę odgrywa w tym wszystkim poczciwy proboszcz? Albo jego oschła żona? Czy można ufać niemieckiemu jeńcowi wojennmu? Obłąkanym staruszkom zaś można wierzyć, ale ostrożnie. Obłąkanym matkom już nie.
Smaczki i wtręty literackie znów mi umknęły, akcja wciąga za bardzo! Ale, ale, zaraz, mam taki jeden:

"Natychmiast przypomniał mi się, rzecz jasna, Król Lir.[...]
Panicz Rowland do mrocznej wieży wszedł,
Jak mawiać zwykł, tak rzekł:
Hola, hola, hola, hola!
Zapach krwi czuję Angola!

- Czy Szekspir podwędził to z Jasia i łodygi fasoli? - szepnęłam na ucho Dafi. - A może bajkopisarz pożyczył tekst od Szekspira?
- Ani jedno, ani drugie - odpowiedziała szeptem Dafne. - Obaj zerżnęli z Pal cię licho w Saffron Walden, satyrycznego dialogu Thomasa Nashe'a, który ukazał się drukiem znacznie wcześniej, bo już w roku 1596.
Stara dobra Dafi. Zdarzały się takie chwile, w których mogłam jej wybaczyć, że mnie nienawidzi." *


Mniam, mniam. Smacznego!

Ocena: 5/6.

A o pierwszej części o Flawii można poczytać tu.
---
* Alan Bradley "Badyl na katowski wór", tłum. Jędrzej Polak, wyd. Vesper, Poznań 2010, s. 114

poniedziałek, 8 listopada 2010

Najlepsze horrory i komiksy. A co z klasyką?

Kolejne zestawienie, kolejne gatunki. Zacznę od horroru. I stwierdzę, że żaden horror nie podobał mi się tak bardzo, by dać mu szóstkę. Po prostu nie lubię horrorów, ot co.

A teraz klasyka obca:
- Dawid Copperfield (Dickens Charles)
- Dewiza Woosterów (Wodehouse Pelham Grenville)
- Zabić drozda (Lee Harper)
Nie jestem pewna, czy Wodehouse tam na pewno powinien się znaleźć. Pozostałe dwie bez wątpienia tak. To wszystko? Mało...

Następnie klasyka polska:
- Ogniem i mieczem (Sienkiewicz Henryk)
- Pan Wołodyjowski (Sienkiewicz Henryk)
- Potop (Sienkiewicz Henryk)
- Quo vadis (Sienkiewicz Henryk)
No proszę, ku mojemu zaskoczeniu, tu rządzi niepodzielnie Sienkiewicz!

Na koniec komiks:
- Coś się ślini pod łóżkiem (Watterson Bill)
- Dni są po prostu za krótkie (Watterson Bill)
- Jukon czeka! (Watterson Bill)
- Rozwój nauki robi "brzdęk" (Watterson Bill)
- Wszędzie leżą skarby (Watterson Bill)
- Zemsta pilnowanych (Watterson Bill)
- Ecie-pecie o wszechświecie, wynalazku i komecie (Baranowski Tadeusz)
- Sam o sobie (Tofield Simon)
- Historia dzieciństwa (Satrapi Marjane)
- Historia powrotu (Satrapi Marjane)
Nic nie poradzę, że Calvina kocham nad życie. Pan Baranowski to mistrz słowa. Kot Simona jest kotem i to wystarczy. A Marjane Satrapi to każdy powinien przeczytać, bo to wyjątkowy komiks.

niedziela, 7 listopada 2010

"Przenicowany świat" Arkady i Borys Strugaccy (kocham was, panowie)

Ja tam ich kocham, tych panów, przyznam się od razu i głośno. Za "Poniedziałek", "Ślimaka" i za "Piknik". Za rosyjską duszę, za głowę w chmurach i upartą wiarę w człowieka.

"Przenicowany świat" odsłuchałam, chcąc sobie to tylko odświeżyć przed "Żukiem w mrowisku", ale podczas słuchania okazało się, że bardzo niewiele z poprzedniego czytania pamiętam. Bardzo dobrze, bo z rosnącym zaciekawieniem obserwowałam losy Maksyma Rościsławskiego.

Maksym, pracujący jako zwiadowca planetarny, ląduje przymusowo na planecie Saraksz. Zrazu nie przejmuje się tym, wiedząc, że wystarczy wysłać sygnał do bazy, a zjawi się ratunek. Wyrusza więc na mały (w zamierzeniu) rekonesans po okolicy. A wtedy jego statek nagle wybucha i rozpada się na kawałki. Jest to już pewna niedogodność, ale Maksym się tym nie martwi, bo w międzyczasie udaje mu się odkryć, że planeta jest zamieszkana przez istoty rozumne. Ba, ale co znaczy "rozumne"? Maksym mierzy wszystko swoją miarą, uważa, że wystarczy dotrzeć do kogoś, poprosić o udostępnienie kanału łączności, ewentualnie samemu skonstruować nadajnik, wysłać sygnał i już. Myli się. Trafia bowiem na planetę, gdzie nie pomaga się bezinteresownie, gdzie panuje ściśle określona hierarchia, gdzie wciąż trwa stan wojenny... taki normalny, zwyczajny totalitarym i zamordyzm. Dla przybysza z przyszłości - uczciwego, dobrego - to sytuacja, której kompletnie nie rozumie. Toteż najpierw Maks próbuje zrozumieć, ale zaczyna z nastawieniem, że to, co mu się mówi, jest prawdą. Błędnym, oczywiście. Ale co zrobić, on tego nie wie, więc wstępuje do gwardii, z ochotą poddaje się szkoleniu, jest wiecznie uśmiechnięty, skory do pomagania innych, super. Aż wreszcie zdarza się coś, co ściera mu ten wieczny uśmiech z twarzy - zostaje wyznaczony do wykonania egzekucji. Tego już za wiele dla Maksyma, otrząsa się jakby z zamroczenia i zaczyna działać. Całą swoją energię, wiedzę i inteligencję koncentruje na tym, by naprawić ten świat, gdzie trafił. Świat dziwny, dziki, przeżarty korupcją, nienawiścią, walką. Zepsuty do szpiku kości świat.
Chłopak opuszcza wojsko, gdzie służył, w dramatycznych okolicznościach. Trafia do podziemia, do opozycji (znajomo brzmiące terminy, nieprawdaż?), potem przedostaje się do sąsiedniego kraju, cały czas aktywny, waleczny, uparty. Walczy, by obalić dziwnych, anonimowych, okrutnych władców. Walczy, aby ludzie przestali być przez tę władzę trzymani w szachu. Nie ustępuje, mówiąc: "Chcę walczyć z tyranią, głodem, chaosem, korupcją i kłamstwem...".
A kiedy już zdaje mu się, że osiągnął cel, zderza się jak z taranem z osobą, która otwiera mu oczy na to, czego wcześniej nie widział, nie wiedział, nie domyślał się. Która uświadamia mu, że obalenie tyranii to dopiero początek, że dopiero teraz czeka go naprawdę ciężka praca, by ten zepsuty świat naprawić.

Streściłam bardzo ładnie, ale nie obawiajcie się, że już wszystko wiecie, bo wszystko można odnaleźć dopiero w książce.
Co do wrażeń zaś: Strugaccy mają dar pisania tak, że zagarniają czytelnika z duszą i sercem. Przenosiłam się na czas słuchania na planetę Saraksz. Podpowiadałam Maksymowi, co ma robić (nie słuchał), smuciłam się, gdy wszystko szło na opak. Wkurzałam na system, na tępe łby żołdaków, na wredne i przegniłe umysły władców. A gdy książka się skończyła, odczułam coś w rodzaju pustki. Ech, ci Strugaccy. Mistrzowie.

Ocena: 5,5/6.

środa, 3 listopada 2010

Dziś nie będzie recenzji, będzie zestawienie

Ponieważ nie chce mi się dziś pisać recenzji, podzielę się z wami tytułami, które są moim zdaniem naprawdę dobre, warte przeczytania albo chociaż przekartkowania. Takie sześć na sześć (w sześciostopniowej skali biblionetkowej). Zestawienia będą oczywiście też stamtąd.
Ocenionych na szóstkę mam sporo, toteż trzeba to jakoś pogrupować, najlepiej będzie gatunkami i kategoriami wziętymi z b-netki właśnie. Bez uzasadnień, chyba że ktoś jest ciekawy, to proszę o info.

Na początek biografia / autobiografia / pamiętnik:

"Był dom...: Wspomnienia" Szatkowska Anna
"Gorąca wieś Ambinanitelo" Fiedler Arkady
"Poskramianie demonów" Jackson Shirley
"Udręka i ekstaza" Stone Irving
"Wszystko o Wandzie Rutkiewicz" Rusowicz Barbara


 Kolejna kategoria to fantasy:

Amerykańscy bogowie (Gaiman Neil) 
Kłamstwa Locke'a Lamory (Lynch Scott)
Miasta pod Skałą (Huberath Marek S.)
Miasto Śniących Książek: Powieść z Camonii autorstwa Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów (Moers Walter)
Na szkarłatnych morzach (Lynch Scott)
Nigdziebądź (Gaiman Neil)
Obrońcy Królestwa (Kossakowska Maja Lidia)
Ponure mosiężne cienie (Cook Glen)
Siewca Wiatru (Kossakowska Maja Lidia)
Władca pierścieni (Tolkien J. R. R.)


I jeszcze jedna kategoria na dziś, czyli książka historyczna:

Czarny Anioł (Waltari Mika)
Egipcjanin Sinuhe (Waltari Mika)
Kochałam Tyberiusza (Dored Elisabeth)
Mikael (Waltari Mika)



 P.S. Logo biblioNETki jest okazjonalne,  konkursowe.
P.P.S. Nie mam pojęcia, skąd Cook w szóstkach, muszę to przemyśleć, wśród reszty wygląda co najmniej dziwnie.

wtorek, 2 listopada 2010

"Tygrys i Róża" Małgorzata Musierowicz

Nie wiem, dlaczego ta książka ma tytuł "Tygrys i Róża", powinien być sam "Tygrys". Kapryśna i choleryczna Laura, córka Janusza Pyziaka i Gabrieli Borejko, nosi w sobie zakrzepły, zapiekły i zadawniony uraz porzuconego dziecka. Pyziak bowiem dał nogę z życia Gabrysi, gdy ta była z Laurą w ciąży. I jak zniknął, tak przepadł, nie dał znaku życia, nie interesował się rodziną, nic kompletnie!

Laura, nie mogąc już znieść takiego stanu rzeczy, udaje się w podróż do Torunia, do swojej ciotki Almy, siostry Janusza, aby dowiedzieć się czegoś o swoim ojcu. Czegokolwiek.
Dziewczę nic nikomu nie mówi o swojej wyprawie, licząc, że uwinie się raz dwa i nikt nawet nie zauważy, że jej nie ma. Ale życie krzyżuje jej szyki i Tygrys grzęźnie w Toruniu na dłużej.
Doświadczenie życiowe, które zdobywa Laura podczas tej podróży, nieco przyciera jej rogów. A Róża (żeby nie było, że to tylko o Tygrysku) zastanawia się, dlaczego ona w ogóle nie myśli o ojcu. Bardzo różne są te siostry, bardzo.
Jako zbawca i wybawiciel występuje Robert Rojek, wciąż beznadziejnie i nieuleczalnie zakochany w jednej z panien Borejko, wciąż obłędnie przyzwoity, poczciwy i sympatyczny (to chyba dla kontrastu dla Almy, która jest wyjątkowo niesympatyczną osobą).
Pojawia się też większa część rodziny Borejków wraz z przyległościami. Miło, rodzinnie i ciepło.

Ocena: 4/6.

poniedziałek, 1 listopada 2010

"Żona piekarza" Marcel Pagnol

To nie jest powieść, to sztuka, jak te szekspirowskie. Prozą jest napisany wstęp, czyli "jak do tego doszło, że powstało to dzieło". Zabrzmiało ironicznie, co? A nie powinno, bo dostajemy, oprócz sztuki właściwej, jeszcze jedną opowieść. Też o piekarzu i jego żonie, niby to samo, a jednak całkiem inaczej.

Historia piekarza, który ze zgryzoty po zniknięciu żony odmawia pieczenia chleba, dopóki żona się nie znajdzie - w szukaniu uczestniczy więc cała wioska, przerażona wizją głodu - nie jest skomplikowana. Ale sporo zawiera. Czytamy o miłości, o zdradzie, o przebaczaniu, o wstydzie, grzechu... Hm, jak tak czytam to, co napisałam, to same poważne, ciężkie gatunkowo słowa! A przecież sama sztuka taka nie jest. Jest lekka, dowcipna, w niektórych miejscach łobuzersko uśmiechnięta. Pod płaszczykiem niefrasobliwości przemyca właśnie te poważne sprawy.

Ocena: 4/6.