poniedziałek, 31 stycznia 2011

"Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa" Eduardo Mendoza (nie po drodze nam, panie Mendoza)

To moje drugie podejście do prozy Eduarda Mendozy (ależ rym!) i chyba ostatnie. "Sekret hiszpańskiej pensjonarki" zupełnie mi nie przypasował, a "Podróż" przeczytałam wprawdzie bez wstrętu, ale i bez widocznej przyjemności.
Bez wstrętu, bo historia, a właściwie historyjka, opisana przez autora, jest całkiem ciekawa: oto Rzymianin Pomponiusz Flatus, wędrujący po świecie w poszukiwaniu wody (życia lub podobnej), trafia do wioski, gdzie mieszka mały Jezus z rodziną. Wędrowiec od razu zostaje poproszony o pomoc, ponieważ ojciec Jezusa został właśnie oskarżony o morderstwo miejscowego bogacza. Nie odmawia, licząc na zapłatę - i tak, mając do pomocy Jezusa, węszy, pyta, śledzi, dedukuje - słowem stara się ze wszystkich sił, by zagadkę rozwiązać i ocalić Józefa od śmierci przez ukrzyżowanie. Mnóstwo w tym nawiązań do wydarzeń, które znamy z Biblii - i to jest ciekawe, coś, co lubię i co zawsze chętnie czytam.
Nie pasuje mi natomiast język autora, ta jego maniera włóczykija-kloszarda, ta luzacka rubaszność, ten dowcip rodem spod budki z piwem, gdzie pierdnąć można sobie bez krępacji, ba, kumple skwitują rechocząc radośnie.
Z tego też powodu kończę przygodę z panem Mendozą, pozostając z szacunkiem i pozostawiając go innym czytelnikom.

Ocena: 3,5/6.

niedziela, 30 stycznia 2011

"Sprawa opieszałego Kupidyna" E.S.Gardner (Mason po raz trzeci!)

Kupidyn jest opieszały, bo dopiero po pięćdziesiątce dopadł Selmę i ugodził ją strzałą. Chociaż, czy to uczciwe tak pisać, w sytuacji gdy Selma rok temu straciła męża? Czyżby autor sugerował, że go nie kochała? Ja tak nie sądzę.
Tak czy siak, jest wdową i zaprzyjaźnia się z mężczyzną, który swego czasu prowadził interesy z jej mężem. To starszy mężczyzna, przemiły, zakochany w niej i bardzo bogaty. Właściwie chcą się pobrać, ale zaczynają dziać się dziwne rzeczy.
Selmę śledzi jakiś facet - tak nachalnie, że zirytowana idzie po poradę do Perry'ego Masona. Zaraz potem nachodzi ją pracownik ubezpieczalni, która wypłaciła jej rok temu odszkodowanie za zmarłego męża, tłumacząc wizytę pewnymi niejasnościami w tej sprawie. A następnie (jak lawina, to lawina) zostaje oskarżona o zamordowanie męża; motywem miało być właśnie to odszkodowanie.
Kobieta kompletnie się załamuje, porzuca myśl o powtórnym małżeństwie, zgnębiona utratą czci. Jej wybranek trwa wiernie przy jej boku, choć jego rodzina jest do Selmy wrogo nastawiona i uważa ją za łowczynię spadków po bogatych mężach.
Na szczęście Perry Mason twardo stoi po jej stronie - przecież jest jego klientką! Gładko rozwiązuje sprawę nieszczęsnej sałatki krabowe, doprawionej arszenikiem, udaremnia niecne plany chciwych potencjalnych spadkobierców, a do tego jest niemalże stułą wiążącą ręce dwojgu zakochanym.
Z dumą oznajmiam, że sprawcę odgadłam w miarę szybko. Jeszcze szybciej motyw zabójstwa. Z rozrzewnieniem śledziłam te charakterystyczne potrząśnięcia głową Masona i nie tylko, masa osób tam potrząsa głową w odpowiedzi na pytania; to łapanie za łokieć  czy szczerzenie zębów w uśmiechu. 
Sałatki z krabów nigdy nie jadłam i nie wiem, czy chcę - może wywołać bardzo niebezpieczne, wręcz śmiertelne zatrucie ;)
A Wydawnictwo Dolnośląskie nie wie, jak wygląda krab, bo zaserwowało na okładce raka. Wstyd!

Ocena: 4/6.

Tom 79 cyklu.

sobota, 29 stycznia 2011

Styczniowe spotkanie biblionetkowe


Oto stosik biblionetkowy! Uczciwy, solidny i w ogóle. Plon styczniowego spotkania biblionetkowego, zorganizowanego tym razem w formie domowej imprezy składkowej, ale o tym później.

Wydłubałam z półek i wywiozłam na pożyczki:
- Josephine Tey "Tam piaski śpiewają" - dla madame seneki
- William Wharton "Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy" - dla mafii
- Karen Blixen "Pożegnanie z Afryką" - j.w.

Oddałam właścicielom:
- L.J. Braun "Kot, który bawił się w listonosza"
- L.J. Braun "Kot, który myszkował w szafach"
- L.J. Braun "Kot, który nie polubił czerwieni"
- L.J. Braun "Kot, który znał kardynała"
- L.J. Braun "Kot, który znał Szekspira" - wszystko Marylka
- antologia "Czarnoksiężnicy" - Dot
- William Faulkner "Azyl" - Marioli
- Jerzy Bralczyk "Moj język prywatny" - chen

Oddano mi i natychmiast poszło dalej:
- Henrik Lange "90 książek" - do reniferze

Oddano mi i mogę wstawić na półkę:
- Stephen E. Ambrose "Kompania braci"
- Łarisa Isarowa "Z dziennika licealistki"
- Shaffer, Barrows "Stowarzyszenie MiłośnikówLiteratury i Placka z Kartoflanych Obierek"
- Stieg Larsson "Zamek z piasku, który runął"
- A.B. Strugaccy "Daleka Tęcza"
- Doris Lessing "O kotach"
- Philip Pullman "Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus"

Dostałam do przeczytania:
- Andriej Bieanin "Moja żona wiedźma" - od Neelith
- Szymon Hołownia "Ludzie na walizkach" - od Apanaczi
- Jurgen Thorwald "Godzina detektywów"- od chen
- L.J. Braun "Kot, który przyszedł na śniadanie"
- L.J. Braun "Kot, który pchnął śledztwo na właściwe tory"
- L.J. Braun "Kot, który lubił sery"
- L.J. Braun "Kot, który tropił złodzieja"
- L.J. Braun "Kot, który przedrzeźniał ptaki" - wszystkie koty od Marylka

Jeśli zaś chodzi o dbałość gości o zaopatrzenie, to przerosła ona najśmielsze oczekiwania. Oto jak wyglądał stół. A wcale nie wszystko było na nim postawione! Bajka :)

czwartek, 27 stycznia 2011

"Za płotem" Simon Tofield (kici, kici, koteczku)

Kota Simona zna mnóstwo osób, filmiki na youtube biją rekordy popularności i mam wrażenie, że kot z Heyah to po części kot Simona.

Pierwsza książka, czyli "Kot Simona sam o sobie" traktowała o kocie domowym. Ta natomiast opowiada o tym, co spotyka kota za płotem. Bo kot zdegustowany tym, że właściciel postanowił go wykąpać (no kto normalny pierze kota?), obraża się, pakuje dobytek do węzełka i z godnością odchodzi w siną dal. Godność mu trochę klęśnie, gdy okazuje się, że w węzełku zaplątał się pasażer na gapę - jeż, który zapewne wypił za dużo na imprezie pożegnalnej.

No a potem jest bardzo ciekawie: kot Simona kibicuje wyścigom ślimaków, karmi balonem żabę (nie myślcie o razu o scenie ze Shreka, kot po prostu przywiązał robaczka do sznurka balonikowego, żaba zeżarła robaczka, po czym odleciała unoszona balonikiem), zostaje królem polnych myszy, próbuje dogonić zająca na polu (kończy się to ciężką kocią zapaścią i radosnym rechotem w ogóle nie zmęczonego zająca) - same zabawy! Dopóki kot Simona nie trafi na psa pasterskiego, który umiejętnie (w końcu to jego zawód) zagania go do stadka nie tylko owiec, ale całej gromadki zwierząt gospodarskich.

Oto więc nowy rozdział w podróży, nowi znajomi, nowe wyzwania. Jak ukraść jajko, żeby się kura nie zorientowała, albo jak skłonić krowę do oddania kapki mleka - tego miastowy, domowy kot nie potrafi, ale od czego ma się kumpli. Bo kot Simona nawiązuje całą masę nowych znajomości - wioskowy kot zabijaka, owce, psy, krowy, myszy; a wychodząc poza zagrodę: bażanty, sowy, wydry, wróble, borsuki, nie mówiąc już o zającach, jeżach i ślimakach. Super koledzy!
Warto ich pokazać Simonowi.

Ocena: 6/6.
Kot Simona. Za płotem [Simon Tofield]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 25 stycznia 2011

A jak się ma jakąś książkę, której już się nie chce czytać, to...

To można ją sobie artystycznie pozaginać, rach, ciach i postawić na półeczce.
No bajer.

Więcej takich dzieł na joemonsterze - zajrzyjcie koniecznie!

Autor: Isaac Salazar, a tu strona, gdzie jest chyba jeszcze więcej zdjęć niż na joemonsterze.

Jak będę miała trochę czasu i KOMPLETNIE nie będę miała co robić, to spróbuję takie coś zrobić :)

niedziela, 23 stycznia 2011

"Aksamitne pazurki" E.S. Gardner (bo lubię Masona)

Rozochocona znakomitym (moim) odbiorem "Sprawy świetlistych śladów" sięgnęłam czym prędzej po inną książkę tego autora, jedną z niewielu o tytule bez słówka "sprawa".
Do Perry'ego Masona trafia klientka, Ewa, kobieta gładka i sprytna (Della od razu czuje do niej antypatię), która zleca adwokatowi ukrycie jej romansu ze znanym politykiem. Na dzień dobry ukrywa swoje prawdziwe nazwisko, zostawia za to namiary do człowieka  z gazety. Gazeta, słynny, plotkarski brukowiec, chce wywlec jej romans na wierzch, a Mason ma temu zapobiec. Okazuje się, że właścicielem tej właśnie gazety jest mąż Ewy, co zdecydowanie komplikuje sprawę, bo Ewa nie miała o tym pojęcia.
Jak widać, tajemnica tajemnicę pogania, napięcie rośnie,  a jak już urośnie jak trzymane w cieple ciasto drożdżowe, następuje wielkie bum i mamy trupa.
Ewa staje się podejrzaną, a Perry Mason podejmuje się jej obrony, chociaż ta kobieta wrednie i perfidnie rzyca na niego podejrzenia, kłamiąc mu w dodatku w żywe oczy - to trzeba mieć tupet, no. Della jest na nią wściekła. Fajnie się czyta o takiej Delli - bezgranicznie wiernej i oddanej sekretarce, zresztą, nie tylko sekretarce, kontakty pomiędzy Dellą a Perrym z pewnością wykraczają poza służbowe - kiedy jak prychająca kotka gotowa jest wydrapać oczy Ewie.
Nie wydrapuje, bo Mason trzyma ją za łapki. Ewę też, bo ma ostre pazurki, choć w aksamitnych rękawiczkach. I, do licha, wciąż staje w obronie tej nieznośnej kobiety!
Ostatecznie jak zwykle odnosi zwycięstwo, prawda triumfuje, a złoczyńca ponosi karę. To takie krzepiące.

Powyższe wcale nie jest recenzją. To opis dla mojej zawodnej pamięci, która już kiedyś miała do czynienia z "Aksamitnymi pazurkami", ale się tego faktu stanowczo wyparła. Toteż proszę, tu zamieszczam dowód.

Ocena: 4/6.

Tom 1 cyklu.

piątek, 21 stycznia 2011

"Odd i Lodowi Olbrzymi" Neil Gaiman (szybko się czyta)

Gaiman jest ciekawym autorem, bardzo różnorodnym. Rysuje komiksy, pisze dla dorosłych, młodzieży, a "Odd" przeznaczony jest dla dzieci, tych odrobinę starszych - choć tak naprawdę to historia dla każdego. Baśnie i bajki i legendy i mity można i powinno się czytać w każdym wieku.
To historia o tym, jak mały chłopiec Ogg wybiera się w podróż do świata bogów, tych nordyckich, a konkretnie do Asgardu. oj, wcale nie dlatego, że chce, po prostu ma dobre serduszko i pragnie pomóc wygnanym bogom (Odyn, Thor i Loki) odzyskać swoją krainę. No dobra, ma również osobiste powody - ma już dość zimy, która trwa nadspodziewanie długo, a która ma ponoć nie ustąpić, dopóki Lodowi Olbrzymi trzymają w szachu bogów.
Ponieważ Odd jest takim gaimanowskim prostodusznym dziecięciem (takim naszym najmłodszym synem Jasiem z bajek o żywej wodzie), udaje mu się osiągnąć cel. I do tego jakoś tak prosto, niby bez wysiłku... chociaż z pewnością sporo go to kosztowało.
To bardzo spokojna narracyjnie książeczka, idealna do czytania dzieciom na dobranoc.
Obrazki już nie są takie spokojne, Irek Konior ma ostrą, wyrazistą kreskę, a jego postacie prawie nikną w ilustracjach.

Ocena: 4,5/6.

środa, 19 stycznia 2011

"Najgłupszy anioł" Christopher Moore (ale kicha)

Po "Baranku" byłam pełna optymizmu co do pozostałych pozycji tego autora, toteż bez wahania sięgnęłam po "Najgłupszego anioła". No i to był błąd. I wcale nie chodzi mi o to, że to jest zła książka, tylko że to książka kompletnie nie dla mnie.

Anioł nie grzeszący rozumkiem, za to wyglądający jak superbohater kina akcji, zostaje zesłany czy tam powołany na Ziemię, by naprawić swój błąd sprzed dwóch tysięcy lat. rzeczona naprawa ma polegać na tym, że anioł spełni życzenie dziecka, wybranego... eee... dowolnego dziecka. Jakie się akurat napatoczy aniołowi.
Problem polega na tym, że to konkretne dziecko widziało, jak ktoś łopatą zatłukł Mikołaja (swoją drogą, w Ameryce przed świętami jest stanowczo za dużo Mikołajów) i bardzo by chciało, żeby ów Mikołaj ożył. Anioł spełnia życzenie i Mikołaj wstaje z martwych, a wraz z nim wstaje cały cmentarz (anioł nie zawracał sobie głowy precyzją) - wesoła gromadka żywych trupów rusza na miasteczko, by wysysać mózgi mieszkańcom. Mieszkańcy, przywiązani do swoich mózgów, stawiają opór i tak dalej.
Nie lubię horrorów. Bywa. Niestety, wiąże się to z tym, że nie lubię horrorowatych komedii. Przyszły mi na myśl filmy Tarantino: "Death Proof" świetny, a pastisz kina żywych trupów "Planet Terror" mnie odrzucał. To kwestia mojego osobistego podejścia. Trudno.

Ocena: 1,5/6.

wtorek, 18 stycznia 2011

"Rubio" William Wharton (nieźle mną potrząsnął)

Swego czasu zaczytywałam się Whartonem. To przez "Ptaśka", po którego sięgnęłam za namową koleżanki, a który zachwycił mnie magią, ukrytymi pragnieniami i niedopowiedzeniami. Potem były inne jego książki, regularnie pożyczane od tejże koleżanki, a po spotkaniu z autorem we wrocławskim empiku, gdzie podpisywał swoje utwory - zaczęłam kupować własne egzemplarze. Jak to było do przewidzenia, po pewnym czasie nastąpił przesyt, miałam już dość charakterystycznej, pierwszoosobowej narracji i drobiazgowych opisów wszelkich wykonywanych czynności i porzuciłam Whartona na długo. Dopóki całkiem niedawno sięgnęłam po audiobooka "Rubio". Narracja ta sama, drobiazgowe opisy są, a jakże, ale oprócz tego dostałam też piękną i okropną historię miłosną.

Rubio to Amerykanin, który po rozwodzie trafia do Hiszpanii i postanawia tam się osiedlić. Kupuje zrujnowany dom na uboczu, remontuje go własnymi siłami, kopie studnię, by mieć wodę, buduje wiatrak, by mieć elektryczność - słowem, stwarza sobie nader wygodny i przytulny zakątek praktycznie od podstaw. Pracując ciężko i niezmordowanie, znajduje jednak czas, by zaprzyjaźnić się z jedną hiszpańską rodziną. Głową rodziny jest senor Ramos, fryzjer, mieszkający z żoną i dwiema córkami w miasteczku. Rubio jest zapraszany do państwa Ramos na kolacje, potem rewanżuje się zaproszeniem i tak to się jakoś kręci.

I oczywiście ten facet rozkochuje w sobie śliczną, młodziutką, siedemnastoletnią Dolores Ramos. Była zaręczona z młodym Hiszpanem i czekała, aż ten wróci z wojska - ale zerwała zaręczyny, bo zakochała się w Amerykaninie! Piszę to tonem pełnym potępienia i nagany - nie mam nic przeciwko miłości, a ci dwoje naprawdę się kochają - a w miłości najważniejsze jest, by nie krzywdzić drugiej osoby. A Rubio najpierw dał Dolores prawie niebo na ziemi, a potem skrzywdził tak, że bardziej nie można.

Och, wytelepała mną ta książka. Najpierw sielskie obrazki życia w małej mieścinie w Hiszpanii, potem  cudne, rozerotyzowane opisy miłości fizycznej, a potem łup, obuchem w łeb, straszliwy dramat. I te wolty, które autor wyprawia z czytelnikiem, dając mu złudne nadzieje na chwilę. Niech go diabli, tego Whartona! Umie przykuć do książki.

Nie dajmy się omamić tym wszystkim pozycjom typu: "rzucił pracę w korporacji, kupił dom w Prowansji, macał pomidory na targu i był szczęśliwy" - tam zawsze czai się coś pod podszewką.

Ocena: 5/6.

Słówko o lektorze: rasowy aktor, dykcja bezbłędna, ale za bardzo wyodrębnił z tekstu senor Ramosa.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Ktoś powinien mnie trzymać za łokcie, gdy wchodzę do księgarni

Jakiś czas temu, spojrzawszy na półkę i odkrywszy, iż mam nie przeczytane 23 pożyczone książki, a obok leży stos własnych, też nie przeczytanych (12 sztuk), poczyniłam pewne postanowienie: nie kupować żadnych nowych książek, dopóki nie przeczytam choćby tych pożyczonych! 
Ale dziś musiałam wejść do księgarni, żeby kupić książkę dla bratanicy w prezencie. No i mam słabą silną wolę, bo mnie wwiało w pobliże półki z audiobookami, a tam wypatrzyłam "Służące", takie zachwalane w blogosferze. No i przepadło.


Seniuk, Gruszka, Guzik - nie mogłam się oprzeć, Seniuk znakomicie czyta, miałam już okazję słuchać. 

Poza tym mam okres lekturowego miotania się. Wzięłam "Pokój na Itace" Marai - coś mi nie pasuje, odłożyłam. Bralczyka "Mój język prywatny" jest świetny, ale w malutkich dawkach. Kobyliński! - myślę sobie, będzie dobry, biorę "Zbrojnego psa" - ale też coś nie tak, sama nie wiem co. Ech, no to może Mendoza i jego "Pomponiusz"? No i zaczęłam, tym sposobem mam pozaczynane kilka książek, żadnej na porządnie. 

niedziela, 16 stycznia 2011

"Sprawa świetlistych śladów" E.S.Gardner (chyba znacie Masona, co?)

To zawsze zaczyna się tak, że do biura Perry'ego Masona przychodzi klientka i prosi o pomoc. W tej książce też, klientką jest Nancy - dziewczyna pracująca jako prywatna pielęgniarka, a pomoc jest potrzebna, bo dziewczyna upiera się, że jej podopieczna (kobieta z urazem kręgosłupa po wypadku samochodowym) jest narażona na niebezpieczeństwo. Mianowicie mąż czyha na życie i pieniądze biednej chorej kobiety, wybierając jako narzędzie zbrodni tabletki, które ma podać chorej właśnie pielęgniarka.
Perry Mason bierze tę sprawę, po czym okazuje się, że tabletki schodzą na drugi plan, Nancy bowiem zostaje oskarżona o kradzież biżuterii z domu pracodawcy. Przyłapano ją, wykorzystując fluoryzujący proszek, który zostawia ślady na palcach widoczne w świetle UV. Oczywiście adwokat doprowadza do tego, że pielęgniarka zostaje uniewinniona i gdy czytelnik zastanawia się, gdzie w tym wszystkim jest jakaś intryga prawdziwie kryminalna, czyli z uczciwie, porządnie martwym trupem - rozpętuje się prawdziwa burza wydarzeń.
Do chorej pani domu przyjeżdża rodzina (siostra i brat z żoną), nagle pojawia się odręcznie pisany testament wydziedziczający wyrodnego męża, tuż po jego napisaniu testatorka zostaje otruta arszenikiem (swoją drogą, cóż za archaiczny i niewygodny środek, skoro po jego zażyciu agonia trwa parę godzin i zdarzyć się może, że ofiara w przedśmiertnych mękach wycharczy nazwisko truciciela...), a oskarżona o morderstwo zostaje jej siostra!
Mason podejmuje się jej obrony, dokopuje się do drugiego dna, czyli sekretu męża, ale cóż z tego, skoro prokuratura ma niezbity dowód, a świetliste ślady po tym nieszczęsnym proszku wciąż pałętającym się po domu odgrywają niebagatelną rolę.
Zakończenie jest zaskakujące - takie lubię, a śledzenie, jak do tego doszedł nasz bohater Perry Mason, z nieocenioną Dellą Street u boku i Paulem Drake za plecami, jest czystą przyjemnością.
No i ten lektor - Roch Siemianowski - sprawia, że książkę słucha się wyśmienicie.

Ocena: 4/6.
Tom 37 cyklu.

piątek, 14 stycznia 2011

"Czarnoksiężnicy" antologia o magii i magach i ogólnie magiczna

Zbiory opowiadań ciężko się opisuje. Bo tak: trzeba by rzec co nieco o treści, potem o stylu, czy się podobało, dlaczego, a może coś nie grało; no i zanim się człowiek na dobre rozpędzi, już trzeba zmieniać temat na następne opowiadanie.
Ale to tylko zaraz po przeczytaniu, bo gdy się nieco odczeka, to w pamięci zostają tylko te opowiadania, które coś w sobie mają. Właśnie - to znakomity test, wziąć spis treści i patrząc na niego, jakie się ma wrażenia. Tylko bez podglądania!
No to zaczynamy:
- "Nagrobek czarownicy" Neil Gaiman - to akurat zapamiętałam, bo znałam już wcześniej z "Księgi cmentarnej" i kojarzyłam chłopca mieszkającego na cmentarzu i pozostającego pod opieką jego mieszkańców.
- "Ostrokrzew i żelazo" Garth Nix - ciekawe sięgnięcie do historii Brytów i ciekawe podejście (z innej strony) do legend arturiańskich.
- "Barwna wizja" Mary Rosenblum - no właśnie, nie pamiętam. Czy to nie o tej dziewczynce, co słyszała dźwięki na kolorowo?
- "Nieskazitelny Rubin" Kage Baker - hm.
- "Ptasia opowieść" Eoin Colfer - no nie, bez zaglądania nie wiem!
- "Prześlizgując się bokiem przez wieczność" Jane Yolen - treści nie kojarzę, ale zwróćcie uwagę na cudownej piękności tytuł.
- "Ręce obcego" Tad Williams - autora bardzo lubię, ale to wszystko, co mogę powiedzieć.
- "Dzień Nadania Imienia" Patricia A. McKillip - a tu odwrotna sytuacja, autorkę źle kojarzę (po jej "Mistrzu zagadek z Hed"), a opowiadanie o dziewczynce uczącej się w szkole magii, a która nie chce odciążyć swojej matki w obowiązkach, zapamiętałam bardzo dobrze. Pewnie dlatego, że matka jest w ciąży, a w domu pełno jest energicznego czterolatka, brata dziewczynki.
- "Żona Zima" Elizabeth Hand - a to cudowne opowiadanie o miłości, przyjaźni, przyrodzie, kamieniach i magii. Piękne!
- "Diorama Krain Piekielnych, czyli dziewiąte pytanie diabła" Andy Duncan - długie tytuły mają tę zaletę, że gdy się je czyta, ma się czas na przypomnienie treści, czyli historii dziewczynki przechodzącej przez obraz (jak Alicja przez lustro) i spotykającej po drugiej stronie czarownicę, duchy, upiory i diabła.
- "Taniec w Barrens" Peter S. Beagle  - myślę usilnie i myślę, ale nic.
- "Kamienny człowiek" Nancy Kress - to samo.
- "Zaklęcie Mantykory" Jeffrey Ford - hm, czy tam było coś o jednorożcach?
- "Zinder" Tanith Lee - to opowiadanie powinno mieć inny tytuł, ale jaki, skoro Zinder to imię głównego bohatera, za dnia pokraki, w nocy księcia i wielkiego czarodzieja. Sama idea opowiadania jest dla mnie sporym zaskoczeniem, przeważnie nadprzyrodzone moce wykorzystuje się, by polepszyć byt sobie i innym. Czasem tylko sobie. A Zinder polepsza tylko innym.
- "Billy i czarodziej" Terry Bisson - trudno o bardziej trywialny tytuł, prawda?
- "Magycy" Terry Dowling - czyli nie magicy, a Magycy, cóż, zapewne to jakaś zasadnicza różnica...
- "Magiczne zwierzę" Gene Wolfe - autora znakomicie pamiętam ("Cień kata", "Rycerz"- krwi mi trochę napsuł), ale opowiadanie przeszło bez echa.
- "Ojciec kamienia" Orson Scott Card - to pamiętam bardzo dobrze, bo motyw młodego człowieka obdarzonego samorodnym talentem występuje przecież w słynnej "Grze Endera". Tyle że tu mamy nieco inną rzeczywistość, typową dla czarodziejów czerpiących siły z natury.

Reasumując: warto zapamiętać nazwiska: Garth Nix, Elizabeth Hand, Tanith Lee.

Ogólna ocena wysoka: 5/6 - mimo tylu opowiadań puszczonych w niepamięć. Bo czytało się znakomicie, bo lubię fantasy, bo w końcu nie mam obowiązku zapamiętywać wszystkiego, co mi przez oczy przeszło, bo wysoko cenię samą przyjemność czytania.

środa, 12 stycznia 2011

"Azyl" William Faulkner (trudna książka)

To przez pana Paszylka sięgnęłam po tę książkę - pisał o niej w swoich "Książkach zakazanych".
Trudno mi się ją czytało - to powieść wymagająca uwagi i skupienia od czytelnika, czyli więcej czasu niż pięć minut pomiędzy jedną a drugą czynnością współczesnej kobiety. No cóż, brakowało mi tego, ale książkę przeczytałam, a po jej skończeniu zastanawiałam się, czy mi się podoba, czy nie. To intrygująca pozycja i trudno mi ją opisać.

Para młodych ludzi po tym, jak ich samochód uległ wypadkowi, trafia do domu bimbrowników. On przyłącza się do pijackiej biesiady, ona, czując, że grozi jej niebezpieczeństwo, próbuje się stamtąd wydostać za wszelką cenę. Szuka pomocy u mieszkanki domu, kobiety z dzieckiem, u swojego chłopaka, ucieka, ukrywa się, wraca, barykaduje gdzieś na strychu czy w komórce. Jak oszalałe ze strachu zwierzątko.
Późniejsze wydarzenia są mroczne, zawikłane, pełne strachu i zamętu.
O szczegółach dowiadujemy się z relacji różnych osób, ba, czasem nie dowiadujemy się wcale, tylko musimy się ich domyślać. Bo też te relacje to wcale nie relacje, tylko poszarpane, chaotyczne zdania, strzępy opowieści.

Ktoś tam kiedyś napisał mądrze o prozie Faulknera, że to zapisany strumień świadomości, dość trudny w odbiorze i ja się z nim zgadzam. Ale dobrze, że udało mi się zapoznać z Faulknerem i jego "Azylem".
Zapamiętam młodą dziewczynę, jej oprawcę Wytrzeszcza, kobietę z dzieckiem, adwokata, który uciekł od żony, bo nie mógł znieść krewetek, zapamiętam też pożar więzienia i tę cholerną kukurydzę.

Może poszukam kiedyś filmu.

niedziela, 9 stycznia 2011

"Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny" Anna Brzezińska (powrót Babuni Jagódki)

Anna Brzezińska przedstawiła nam kolejną porcję opowieści o Babuni Jagódce - czarownicy z Wilżyńskiej Doliny. Przypomnę, że wbrew pieszczotliwej nazwie Babunia wcale nie jest dobrotliwą staruszką, tylko wiedźmą, czasem złośliwą, czasem znudzoną życiem, czasem wredną, czasem zaciekawioną - ale nigdy po prostu dobrą.

Nawet wtedy, gdy wydaje się nam, czytelnikom, a takoż i samej Babuni, że rzucone czary są pozytywne, hm, zaraz, przesadziłam, raczej mało negatywne i takie... ymm... gładkie, to w ostatecznym rozrachunku zawsze mamy jakąś krzywdę czy płacz, nie zawsze w pełni zasłużone.

Toteż te opowieści na pewno nie są bajeczkami z morałem, że zła macocha trafia do gara, a brzydkie kaczątko za swoją pracowitość zostaje kopciuszkiem (czy jakoś tak). I to mi się właśnie w nich podoba, ta niejednoznaczność, jak w życiu. Brak czerni i bieli, a cała gama szarości. Plus tęcza, no oczywiście.

Nie będę streszczać opowiadań zawartych w tym tomie; uważam, że jeśli ktoś czytał już "Opowieści z Wilżyńskiej Doliny", to i po "Wiedźmę" sięgnie, a ja gwarantuję, że się nie zawiedzie.

Chciałam jeszcze tylko dodać, że w przedziwny i tajemniczy sposób autorka odsłoniła mi co nieco z przeszłości wiedźmy. Jakby wiatr na chwilę uniósł zasłonę, a tam za nią inny świat, inna Babunia, inne niebo... ale sekunda mija i zasłona opada z powrotem, a ja zostaję z powidokiem odtrąconej bogini pod powiekami.

Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny [Anna Brzezińska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 8 stycznia 2011

"Dożywocie" Marta Kisiel (kocham Lichotkę!)

Willę Lichotkę i jej mieszkańców witałam jak starych dobrych znajomych. Marta Kisiel zresztą przypomniała mi ich, bo pierwsze opowiadanie z książki jest tym ze zbioru "Kochali się że strach" - czyli jak to się wszystko zaczęło.
Z radością ponownie pojawiłam się w drewnianej willi z wieżyczką, przywitałam się z Lichem, aniołkiem uczulonym na własne piórka (myślałam o elektrycznym depilatorze w prezencie świątecznym, ale jednak pęseta lepsza), z wielomackowym Krakersem mieszkającym w piwnicy i z paniczem Szczęsnym wiecznie smętnym. Z Konradem się nie witałam, bo on był tak zaaferowany nowym domem, jego mieszkańcami, swoją pracą itd - że chyba nawet by mnie nie zauważył. Zresztą trochę byłam na niego za to zła, bo on najwyraźniej nie docenia mieszkańców Lichotki!
A przecież aniołek jest taki dobroduszny, czyściutki i porządny, Krakers potrafi zdziałać cuda w kuchni, kotka grzeje w nocy, no, tylko panicza trzeba wołami ciągnąć do jakiejś pożytecznej roboty. Konrad zaś jest wiecznie zły, zawalony pracą, zajęty przepychankami ze swoją agentką literacką, skrzywiony...
Na szczęście to się zmienia, wszyscy stają się jedną wielką rodziną i razem stawiają czoła przeciwnościom losu, a tych jest niemało: cruellowata agentka literacka, moherowa trójka z hasłem "uwolnić aniołka" na ustach, leśni ekolodzy, a przede wszystkim wredny, paskudny, krwiożerczy, podstępny i niewychowany różowy królik.
Autorka mistrzowsko rozegrała zakończenie, wyciskając mi niemalże łzy z oczu. Jakże to, wszystko tak dobrze szło i nagle taka strata? Och! Nie napiszę nic więcej.

Zakochałam się w Lichotce od pierwszego wejrzenia i ta miłość trwa. Polecam, zachęcam, czytajcie!

Dożywocie [Marta Kisiel]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Mały prezencik dostałam od znajomych


Malutki, bagatela, 1100 stron.
"Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa".

Cóż za fantastyczne tomiszcze! O dziwo, wyjątkowo lekkie jak na swoje gabaryty, interesująca czcionka. Mnóstwo do czytania.

Jeden jedyny mały minusik, jaki odkryłam podczas przeglądania, to to, że w opowiadaniu "Tańczące sylwetki" nie zamieszczono rysunków sylwetek. Tam, gdzie powinien być pierwszy szyfr, jest tylko [rysunek]. Pozostałych, które występują potem, nawet nie zaznaczono, gdzie mają być. A wiem, że są i jakie, bo przypadkiem posiadam zbiorek "Zniknięcie młodego lorda" i tam rysuneczki są. Rozważam ksero i dyskretną wklejkę. Tak, wiem, troszkę to świrnięte, co nie? ;)

niedziela, 2 stycznia 2011

"Królikarnia" Maciej Guzek (można sobie darować)

To zbiór opowiadań, którymi Maciej Guzek rozpoczął cykl o świecie Legend. Świecie baśni, bajek, legend, mitów i podań, gdzie magia jest na porządku dziennym, diabły mają wielką moc, mistrza Twardowskiego można ożywić i tak dalej...
Nie podobało mi się. Nie bezwzględnie, po prostu wcześniej przeczytałam "Trzeci świat", już dojrzalszy i bardziej dopracowany, no i prawem kontrastu "Królikarnia" okazała się tą gorszą.

Tak się zastanawiam, właściwie czemu mi się nie podobało? Chyba dlatego, że w opowiadaniach panuje chaos. Tak jakby autor nie umiał się zdecydować, czy bardziej czerpać z "Alicji z Krainy Czarów", czy z legend arturiańskich, czy z polskich podań i baśni, czy jeszcze z innych źródeł. Do tego całość utrzymana jest w pilipiukowym stylu, tym rodem z Wędrowycza: rubaszno-swojsko-kozackim. Mnie akurat ten rys pilipiukowy mało zachwyca, toteż "Królikarni" nie ocenię wysoko.

Są jednak w książce fragmenty, które w jakiś sposób poruszają czy bawią. Uśmiałam się przy tym:
"Zabawne było sądzić, że krainy wydumane przez Carrolla czy Tolkiena istnieją naprawdę. Że istnieje Avalon, że Merlin to faktycznie mag [...]. Że istnieje magia, że istnieją jakieś królicze nory czy stare szafy pozwalające przedostać się do Narnii czy innego Hoghwartu". *
Ale to tylko dlatego, że przed oczami stoi mi kabaret Mumio reklamujący bezlik rozmów w Plusie, gdzie jeden skrzat mówi do drugiego z przejęciem, że rozmawiał z Człowiekiem, że opowiedział mu o sobie, że mieszka nad salonem... no obejrzyjcie sami:


Człowiek nie uwierzył, śmiał się. A czytelnik chyba tak samo nie uwierzy. Tak, ja wiem, fantasy jest do czytania, a nie do uwierzenia, ale istnieją światy, w które się można przenieść i zginąć ze szczętem podczas czytania - niestety, nie jest to świat wykreowany przez Guzka.

---
* Maciej Guzek "Królikarnia", Runa 2007, s. 163.

Królikarnia [Maciej Guzek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 1 stycznia 2011

2010 - podsumowanie


 W zeszłym roku zrobiłam małe podsumowanie czytelnicze roku, toteż i w tym naskrobię parę słów. Krótko, bo co tam się rozwodzić :)
W ciągu roku przeczytałam 139 książek (w tym 9 wysłuchałam). Znakomity był pod tym względem październik - 23 pozycje (nie mam zielonego pojęcia dlaczego, może same krótkie książki?), najgorszy luty - 6 książek.

Znakomite, szóstkowe (w sześciostopniowej skali ocen, oczywiście) i abslutnie do polecenia to:
- Bill Watterson "Zemsta pilnowanych" (ale to dlatego, że kocham Calwina)
- Cormac McCarthy "Droga"
- Emile Ajar "Życie przed sobą"
- Roma Ligocka "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" 

Biblioteczka na zdjęciu jest moją własną, acz już nieco nieaktualną (jakieś dwa lata) biblioteczką.

Jakieś plany na 2011? A i owszem, poczytać trochę. Klasyka, trochę więcej s-f. Wygospodarować półeczkę na książeczki dla Krzysia.