poniedziałek, 30 maja 2011

"Oczyszczenie" Sofi Oksanen (wielkie nadzieje)


Wielkie nadzieje, ale czy spełnione? O powieści "Oczyszczenie" czytałam opinie na kliku blogach, że wspaniała, że wstrząsająca, że kandydatka na "osobistą książkę roku" - i tak dalej. Dorota, która mi ją pożyczyła do przeczytania, też była pod wrażeniem.

Wydawca pisze:
Rzadka okazja poznania świetnej literatury fińskiej i rzeczywistości Estonii, gdzie rozgrywa się opowiadana historia. Co łączy starą estońską wieśniaczkę z młodą, zmaltretowaną Rosjanką, którą znajduje przed domem? Sugestywny psychologiczny portret dwóch kobiet z różnych pokoleń, uwikłanych w tajemnice zbrodni, namiętności i marzeń o szczęściu. W tle dramat wojenny i panorama czasów chaosu tuż po rozpadzie ZSRR, gdy „możliwe było absolutnie wszystko - nawet to, czego człowiek nie potrafił sobie wyobrazić”. 

 Nic nie wiedziałam o Estonii, o jej historii, czy tam były jakieś walki, powstania, kto z kim, o co... Nic nie wiem i teraz, ale nie jest mi to potrzebne. Starczy mi przyłożyć tamtą sytuację na nasz, polski grunt i wszystko staje się zrozumiałe. Ucieczki, partyzantka, agenci, przesłuchania i wywózki na Sybir.

Historia, którą nam opowiada autorka, jest mocna i uderzająca. Głównie przez oszczędność i delikatność w słowach oraz kunszt w oddawaniu niuansów. Możemy się domyślać, co działo się, gdy służba bezpieczeństwa przesłuchiwała kobiety, jakimi środkami zmuszano je do zeznań, jakie to było potworne przeżycie odciskające się w psychice (jednej z bohaterek do końca życia trzęsły się ręce na to wspomnienie). Ale nigdzie nie ma słowa "gwałt" (przynajmniej ja nie zauważyłam). Oto sztuka, dawać coś do zrozumienia miedzy wierszami i słowami.

Skończyłam książkę i zamyśliłam się. Oto estońska Balladyna. Dobra ona była czy zła? Jak ją karać, czy potępić, czy wybaczyć, czy machnąć ręką, bo już dość cierpiała, ale przecież wcale nie stała się przez to lepsza... Chwile zadumy po zakończeniu lektury - bardzo to lubię. I jakkolwiek dla mnie to nie będzie książka roku, to cieszę się, że ją przeczytałam, bo warto.

niedziela, 29 maja 2011

"Paradyzja" Janusz A. Zajdel (szczęśliwa planeta, ha ha)


Jest sobie w Układzie Słonecznym sztuczna planeta. Powstała, bo wysłano kolonistów na planetę Tartar, pełną surowców i bogactw naturalnych - lecz zanim ludzi wysadzono na planecie, do głosu dorwała się grupa twierdząca, iż na Tartarze jest zbyt niebezpiecznie, by tam mieszkać. Toteż z zasobników mieszczących wszystko, co osadnikom byłoby potrzebne na planecie, skonstruowano planetkę. Urządzono ją tak, by ludzie mogli w niej (nie na niej) mieszkać i pracować, bawić się, uczyć, kochać - po prostu żyć. W pełnej szczęśliwości, jak to sobie wymyślił prowodyr całego przedsięwzięcia. Planeta nazywa się Paradyzja, nazwa ma podkreślać wszechobecną szczęśliwość.

Na Paradyzję przybywa pisarz, Rinah Devi, który chce napisać książkę o planecie i jej mieszkańcach. Rinah od pierwszych chwil pobytu w Paradyzji jest zaskakiwany panującymi na niej (w niej?) obyczajami i prawami. Przechodnie mieszkania, przezroczyste ściany, obowiązek noszenia na palcu pierścienia identyfikacyjnego, zakaz swobodnego przemieszczania się ludzi pomiędzy segmentami, z których składa się planeta, niemal całkowity zanik słowa pisanego na rzecz nagrań dźwiękowych. To wszystko da się wytłumaczyć, mówi Albi, przewodnik Rinaha po Paradyzji, wszystko ma swoje uzasadnienie, racjonalne i logiczne, wszystko oddzielnie tak. Ale wszystko naraz? W połączeniu z faktem, że absolutnie każde słowo wypowiedziane na planecie jest nagrywane i analizowane przez system bezpieczeństwa, chroniący mieszkańców przed straszliwymi zagrożeniami (jak wredni Ziemianie, lokalni zamachowcy i terroryści, obcy z kosmosu czyhający na bogactwa Tartaru, ospa i koklusz) - no, to już jednak coś Rinahowi nie gra.

Tu właśnie zaczyna się coś, co w książkach s-f bardzo lubię - wątek dociekań, poszukiwań prawdy, niemalże detektywistyczny. Rinah to pisarz, ma po prostu opisać Paradyzję, ale gdy natyka się na zagadkę, bierze sie za jej rozwiązanie. A pytań przed nim wiele. Dlaczego wszyscy dorośli w Paradyzji są oceniani systemem punktów? Dlaczego zniknął na Tartarze i już się nie odnalazł poprzedni gość z Ziemi? Dlaczego konstrukcja planetki tak szybko niszczeje? Gdzie się podziała siła Coriolisa? Dlaczego podczas podróży w stanie nieważkości pestki spadają na podłogę? I gdzie tak naprawdę leży Paradyzja?

Zajdel pod szyldem niby wciąż tym samym, fantastyki socjologicznej, pokazuje nam te społeczeństwa totalitarne, trzymane krótko za twarz przez rządzących - ale za każdym razem inaczej, w każdej jego powieści odkrywa się inne, ciekawe elementy. Stare powieści s-f czasami trącą myszką, z racji zaprezentowanych tam rozwiązań technologicznych, kiedyś śmiałych, a dziś troszkę śmiesznych. Zajdlowi to nie grozi, bo nie na tym się skupia, jeśli technologia, to w jakimś konkretnym celu, a ten cel jest ciekawszy niż techniczne nowinki i to na nim skupiamy uwagę.

Ciekawi mnie ten autor, zaczęłam od "Wyjścia z cienia", wciągający tak, że siłą rozpędu dorwałam się do "Limes", potem właśnie "Paradyzja", a tuż po niej "Ksi" (już wysłuchane). I chociaż tak lecę po kolei jego książki, nie mam dość, nie nudzę się, nic mi się tam w nich nie powtarza.
Lubię Zajdla.

Paradyzja [Janusz A. Zajdel]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

piątek, 27 maja 2011

"Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley (monumentalna powieść)


Legendę o królu Arturze chyba wszyscy* znają. Był sobie król Artur, ożenił się z Ginewrą, która wpadła w oko Lancelotowi. Artur został królem, bo udało mu się wyciągnąć ze skały miecz Excalibur. Zgromadził on wokół siebie gromadę rycerzy (Rycerze Okrągłego Stołu), razem wyruszyli szukać Świętego Graala. W legendzie pojawia się też czarodziej Merlin i czarodziejka Morgana, a także Mordred.

* Zrobiłam mały test i zapytałam męża, co wie o Merlinie.
- Dość ciężki assembler na Commodore, jakoś nigdy nie umiałem się go nauczyć.
- A Morgana?
- Zła kobieta.
- A Mordred?
- Nie znam, ale to imię też mi niezbyt pozytywnie brzmi.

Hm, czyli jednak legendę wszyscy znają, ale niektórzy w bardzo ogólnych zarysach. Ja, na szczęście, po przeczytaniu "Mgieł Avalonu" jestem już mądrzejsza i wiem bardzo dużo o Arturze i przyległościach. Poznałam bowiem dogłębnie losy Artura, jego żony, siostry, syna, matki, rycerzy, jak również jednego i drugiego Merlina oraz Avalonu.

Avalon z tego wszystkiego jest zdecydowanie najciekawszy. To święte miejsce, siedziba kapłanek Avalonu i Druidów, gdzie moc Bogini, prastarej siły życiowej, jest wręcz namacalna. Avalon leży na wyspie, w świecie nieco przesuniętym w prawo i w bok - tylko tak można go zobaczyć, gdy patrzy się prosto, widzi się tylko Glastonbury z klasztorem. Patrzenie z ukosa mają opanowane kapłanki Bogini, poczynając od głównej, Viviany, Pani Avalonu. To ona wymyśliła to wszystko, o czym czytałam (oczywiście zaraz po autorce), całą intrygę dotyczącą władzy, wojen, panowania, rządzenia, dziedziczenia i oczywiście Brytanii.
Intryga jest piętrowa, wielopokoleniowa, doprawiona i podlana sosem, hm, magii?... No właściwie magii, choć same kapłanki Avalonu uważają, że magia to naturalne siły drzemiące w naturze, w sile umysłu, w medytacji - joga, zen, modlitwa - jak to zwał, tak zwał.

Dla Viviany najważniejsza jest Brytania, a zaraz potem Avalon i Bogini - dlatego wpływa na losy Igriany, by miała z Utherem Pendragonem syna Artura. A gdy Artur dorasta i sam zostaje władcą, Pani Avalonu wiąże go przysięgą i Excaliburem, by zawsze był wierny i Brytanii i prastarej Bogini. Nic jednak nie stoi w miejscu, chrześcijaństwo wdziera się potężną falą na ziemie Pendragona i bierze je powoli w duchowe władanie. Przy czym uderzyło mnie, że autorka przedstawia księży, zakonników, biskupów nader niekorzystnie - wszyscy przypominają fanatycznych, zaślepionych literą (literą, nie duchem!) Pisma faryzeuszy. Właściwie nawet to rozumiem. Cała opowieść snuta jest przez Morgianę - kapłankę Avalonu, nic więc dziwnego, że wiara w jednego Boga była jej obca, bała się jej i nienawidziła jej wyznawców.

To świetna opowieść, gdzie kobiety grają pierwsze skrzypce. O Vivianie już wspominałam, Morgiana jest ciekawą postacią o złożonej osobowości (nie zawsze się z nią zgadzałam, ale prawie zawsze byłam w stanie ją zrozumieć); Gwenifer, czyli Ginewra, żona Artura, narysowana jest mocną, wyrazistą kreską (och, jak mnie ona czasem denerwowała, a za chwilę było mi jej żal, biedna kobieta); ach, przecież jeszcze Igriana! Matka Morgiany i Artura - piękna, rudowłosa, zakochana bez pamięci w swoim drugim mężu. Jeszcze Morgause, siostra Igriany, żądna życia, żądna władzy, pełnokrwista, żywotna osoba. Nimue - córka Lancelota i Elaine - wychowana w Avalonie jako kapłanka, a tak naprawdę hodowana jak zwierzę na rzeź, ma wypełnić jedno jedyne zadanie, jak kamikadze. Wspaniała galeria.
Na tym tle panowie wypadają trochę blado. Artur i Lancelot grają główne skrzypce, reszta stawki jest daleko za nimi...

Dobrze, już się nie rozpisuję, bo ręka boli, a ja bym tak jeszcze mogła długo. Dość rzec, że rzecz cała (ha, wymowa tych pięciu poprzednich wyrazów na głos wymaga starannej dykcji, prawda?) jest monumentalna, wspaniała, płynna, dobrze napisana. Tylko ciut za długa, o jakieś trzysta stron (całość ma tysiąc trzysta).

Nie obyło się bez karteczek-zakładeczek.
"Jak dalece dla młodego chłopca są realne debaty o Bogu w porównaniu z legendarnym mieczem, dzięki któremu może przewodzić nad swym ludem i dokonać wielkich czynów?"[1] - otóż mniej więcej tak samo, jeśli chodzi o chrześcijanina.
"[...] że nie ma Bogów ani Bogiń, że to tylko kształty, które przerażona ludzkość nadaje temu, czego nie potrafi pojąć rozumem".[2]
"Bóg jest Bogiem, jakkolwiek go nazywasz, i jest zawsze dobry. Myślę, że to jest właśnie grzech, wierzyć, że Bóg może być okrutny i mściwy, a ty myślisz o nim gorzej niż najgorszy z księży".[3]
Trochę mnie zagubił brak wzoru na stronie 904.
"[...] ujrzałam białe kamienie ułożone we wzór:"[4]
I nic.

Ach, muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o tym, jak to w weekend majowy spotkałam się z koleżanką, ja czytałam Bradley, a ona Cornwella. Jako że to jedna legenda, zaczęłyśmy wymieniać się wrażeniami: a tu Artur jest blondynem, a tu brunetem, a Ginewra to tu jest taka, a tu zupełnie inna, a już Morgana to w ogóle, a Lancelot, co powiesz o Lancelocie. Miałyśmy uciechę, a ja wpisałam Cornwella na listę "koniecznie do przeczytania".

---
[1] "Mgły Avalonu", Marion Zimmer Bradley, tłum. Dagmara Chojnacka, Zysk i S-ka 2010, s. 298
[2] Tamże, s. 613
[3] Tamże, s. 843
[4] Tamże, s. 904

środa, 25 maja 2011

"Sprawa fałszywego obrazu" E. S. Gardner


Jak lubię Gardnera i Masona i Dellę i Drake'a - tak tę akurat książkę z ich przygodami przeczytałam szybko i bez wielkiej przyjemności. Nie wiem, na ile w tym winy Gardnera, któremu spadła forma (w końcu to 66 tom cyklu), a ile mojej, znużonej już nieco kryminałami.

Jeden człowiek zarzuca drugiemu, że sprzedał trzeciemu fałszywy obraz, ma na to świadka - czwartą osobę. Czemu tak robi? Pobudki są dla mnie niejasne. Czyli zapewne chodzi o pieniądze. ten pierwszy ma nadzieję, że ten drugi (marszand) uniesie się świętym oburzeniem i wytoczy temu pierwszemu sprawę sądową. A on wtedy wykona sprytny myk z obrazem, będącym w posiadaniu drugiego (nabywcy) i sprawę wygra, po czym zażąda odszkodowania. Tyle że to ten trzeci, za namową Masona, wnosi sprawę do sądu, po czym okazuje się, że czwarta osoba - świadek - znika.
Bardzo to zamotane i zawikłane, nie miałam siły ani chęci na rozplątywanie tego supełka. Dodatkowo straszliwie mnie irytował sposób przedstawiania dialogów. W normalnej cywilizowanej książce dialog jest rozpisany tak, że od nowych linijek są wypowiedzi to jednej, to drugiej osoby.

- Ble ble  mówi jedna osoba.
- Ble bla bla bla - zgadza się druga osoba. 

A tutaj mamy tak:

- Pęk puk pik pik - mówi Mason.
- Pok puff ple ple - odpowiada  jego klient.
- Ple pla pla pik pok. 

Pytanie do szanownych czytelników bloga: trzeci myślnik to czyja wypowiedź, Masona czy jego klienta? W normalnej książce byłaby to kwestia Masona, no bo jak ze sobą rozmawiają, to mówi raz jeden, a raz drugi, na tym polega dialog. A tu niespodzianka. Klient. Przy czym często gęsto się zdarza, że brak didaskaliów określających, kto co mówi i trzeba się domyślać z kontekstu wypowiedzi. Jak się natknęłam na taką sytuację po raz pierwszy, długo się zastanawiałam, dlaczego jeden z rozmówców mówi o czymś, o czym powinien opowiadać drugi rozmówca  - jak to, nagle zamienili się rolami?
Niby taki drobiazg, a napsuł mi krwi okropnie i nie lubię tej książki. Postawię jej niską ocenę, o!

Ładne są tylko opisy obrazu:
"Proszę zauważyć, jaką ten obraz ma głębię! Proszę spojrzeć na fakturę ciał tych kobiet. Na wyraz ich twarzy, a potem na światło słoneczne. Ono po prostu oślepia. [...] Tajemnicą Feteeta było to, że z cienia dominującego na pierwszym planie potrafi wydobyć pociągający chłód".
"Obnażona skóra kobiet była tak delikatna, że czuło się niemal, jak światło muska jej gładką powierzchnię".

Tom 66 cyklu.

poniedziałek, 23 maja 2011

"Limes inferior" Janusz A. Zajdel (będzie chaotycznie, uprzedzam)


Dla miłośników s-f ten tytuł nie powinien być tajemniczy czy nieznany. Dla mnie nie jest - czytałam to będąc jeszcze dziecięciem, czy tam młodą młodzieżą (strasznie dawno temu). Ale nie zapomniałam treści, jak to mam w zwyczaju, bo Sneera trudno zapomnieć.

Sneer to genialny lifter, czyli człowiek trudniący się mało legalnym zajęciem: podnoszeniem klasy. Bo ludzie są podzieleni na klasy w zależności od inteligencji - i ten nieszczęsny podział determinuje życie na ziemi. Jeśli ktoś ma klasę najwyższą, czyli zero, jest KIMŚ. Ten z jedynką jest o klasę niżej, ale to też jest Ktoś. I tak dalej. Najniżej jest szósta klasa. Od klasy zależy wszystko: mieszkanie, praca, pozycja społeczna, zarobki, możliwości. No i liczba punktów, tych czerwonych, zielonych i żółtych... Dlatego taki człowiek jak Sneer, inteligent z faktyczną klasą zero, może całkiem nieźle się utrzymywać, oszukując system tak, by jego klienci na testach wypadali lepiej, a na ich kluczach zaprogramowano klasę o oczko wyżej.

Właśnie, klucze! Interesująca rzecz. Kalkulator, kalendarz, karta bankomatowa i dowód osobisty razem z czytnikiem linii papilarnych. Urządzenie wytwarzane za pomocą wyjątkowo zaawansowanej technologii, ale gdzie? Sneer myśli, że w instytutach, w których pracują zerowcy, ale przekonuje się, że nie - tam tylko rozpracowywują klucze. Spadły z nieba?
Powieść dzieli się na dwie części: pierwsza  opisuje losy Sneera, który jest przeciwko władzy i systemowi, druga zaś opisuje, jak to on się odnalazł po drugiej stronie barykady. Jak to u Zajdla, miałam możliwość przyjrzenia się społeczeństwu i procesom, jakie zachodzą w gnębionym...

/CIACH/

Nie, stop. Piszę to, co powyżej, kawałkami od kilkunastu dni, zastanawiając się ciężko nad każdym zdaniem - i jak widać, rezultat jest do baraniego ogona niepodobny. Co, do licha, mnie tak ogranicza i hamuje? Ano założyłam sobie, że napiszę słówko wstępu, potem co nieco o treści, oczywiście unikając spoilerów, przyjrzę się bliżej głównemu bohaterowi i jego przemianie, w końcu zgrabnie podsumuję, wtrącając uczone słowa, jak socjologia, analogia i tak dalej.
Te założenia się do bani w przypadku tej książki, muszę je zignorować.

Napiszę, że Sneer podobał mi się, jak był samotnym kowbojem typu Clint Eastwood, uzbrojony w intelekt zamiast rewolweru. Napiszę, że gdy przeszedł na ciemną stronę mocy, rozczarował mnie i zniesmaczył.
Czytanie (właściwie słuchanie) o tym, jak to jest po jednej i po drugiej stronie zera, jest fascynujące. Tak samo jak opis działania społeczeństwa, ten podział, klasy, punkty czerwone, zielone i żółte.

Natomiast zakończenie powieści jest dla mnie bardzo dziwne. Jakby niedopracowane? Odniosłam wrażenie, że Zajdel musiał w pośpiechu dokończyć "Limes inferior" i urwał ją, zawiesił, zostawił niedopowiedziane. Zasadniczo to ja lubię niedopowiedziane, niejasne, otwarte zakończenia, dające pole do własnych przemyśleń... ale nie tu. Tu mi ten uciekający Biały Królik nie pasuje, potrzebowałam kropki nad i, nie dostałam.
Trudno.

Książka dostaje najwyższą notę.

Limes inferior [Janusz A. Zajdel]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

sobota, 21 maja 2011

Kolejne spotkanie biblionetkowe, tym razem w "Pieprzu i soli" w Katowicach

Tak, spotkania są jedno po drugim, ale szczerze przyznam, że z tego jestem dużo bardziej zadowolona - chyba trafiliśmy na przyjazną knajpę. Niezłe jedzenie, oszklona weranda, ogródek z klonami. Podobało mi się. Mężowi i synowi także.
A książek przyniosłam ze spotkania tylko cztery, normalnie ja nic nie robię, tylko pożyczam książki, hehe.
Trzy są Gardnera z serii o Masonie: "Sprawa haczyka z przynętą", "Sprawa upartej kłamczuchy" i "Sprawa leniwego kochanka". Do tego "Lilavati" Jeleńskiego, z ciekawości.

piątek, 20 maja 2011

"Kot, który przedrzeźniał ptaki" L. J. Braun (ale co to za przedrzeźnianie?)



Im głębiej w las, tym dalej pada jabłko od jabłoni - rzekłam sobie przeczytawszy książkę o kocie, który przedrzeźniał ptaki. Bo też kot właściwie to nie przedrzeźniał ptaków, ani też to rzekome przedrzeźnianie ptaków jakoś nie wpływało znacząco na rozwiązanie zagadki morderstwa. Innymi słowy - to typowy kryminał, a Koko, jakkolwiek to bardzo mądry kot, to jednak coraz mniejszą rolę odgrywa w śledztwie, albo też ta rola jest bardzo, ale to bardzo ukryta przed czytelnikami.

Chciałam napisać parę słów o intrydze kryminalnej, ale właściwie jakoś ciężko mi ubrać to w słowa. Ginie bowiem prawie stuletnia staruszka, motywem są korzyści majątkowe, zamieszany w to jest antypatyczny miejscowy notabl, a Qwill rozwiązuje zagadkę. Ech.

Mam wrażenie, że łatwiej będzie mi opisać didaskalia, bo są takie, co mi się bardzo podobają.
Zorganizowanie dyktanda na przykład. Uwielbiam dyktanda. Tyle że w Ameryce mają zdaje się inną defincję dyktanda, bo oni nie piszą, tylko literują.
Motyle i dziewczyna, która je maluje z natury, a modele w postaci gąsienic trzyma w pudełku, karmi i czeka aż się przepoczwarzą. Urocze hobby.
Facet, który zbiera epitafia, na zdjęciach. I tu wstawię fragment, albowiem to super fragment, czy macie czasem tak, że wałęsacie się po cmentarzu i oglądacie nagrobki? Moja mama tak ma i trochę mnie zaraziła.

"Historia tutejszych cmentarzy rozpoczyna się wraz z historią kolonizacji tych terenów. Jeśli któryś z pionierów zginął w karczemnej bójce, jego znajomi robili składkę na pochówek. Mój pradziadek wyczuł sprawę nosem i został kamieniarzem. Przychodzili do niego towarzysze takiego nieboszczykai kazali ryć: ZA TEN KAMIEŃ ZAPŁACILI KUMPLE Z SALOONU JEBA. To autentyczne epitafium z Bloody Creek. [...] No a później interes przejął mój dziadek. Zrobił nawet swój nagrobek, zresztą dosyć dowcipny. PRZESKROBAŁ CAŁE ŻYCIE." *

Ogród Qwilla zaś jest naturalnym skupiskiem krzewów, traw, ziół i polnych kwiatów. Uwielbiam takie, byle tylko bagien nie było, bo taplać się w błocie nie lubię.
Polly zostaje sportretowana z "Hamletem" w ręku (kto pamięta genezę jej imienia?).

Same urywki, migawki, obrazy - oto co zapamiętałam. A na deser jeszcze garść epitafiów wynotowanych z książki:
TU LEŻY SZCZĘŚLIWY OBYWATEL. NIGDY NIE MIAŁ ŻONY.
TU LEŻY MÓJ JEDYNY WIERNY MĄŻ.
UMARŁ OD WRZODU.
ZABIŁY GO JEGO WŁASNE NERKI.
ZJADŁ ZEPSUTĄ RYBĘ.
ZASTRZELONA PRZEZ KOCHAJĄCEGO MĘŻA. 
POWIESZONY ZA ZABICIE SWOJEJ DROGIEJ MAŁŻONKI.

Podczas wczorajszego powrotu z pracy straszliwie zmogło mnie spanie. Niebezpieczne to, bo strach zasnąć za kierownicą, toteż zjechałam na pobocze i zatrzymałam się koło małego cmentarza. Miły, zacieniony. Przespacerowałam się, żeby odegnać senność i oglądałam nagrobki. Nie, takich epitafiów jak wyżej nie było, ale i tak znalazłam ciekawostki. Napisy gotykiem, wiersz jako dedykacja (po niemiecku), albo takie staropolskie (chyba) przestawienie kobiety tylko z nazwiska "Macierzykowa. Z domu Chochoł" (nazwiska wymyślone).

---
* L.J.Braun "Kot, który przedrzeźniał ptaki", tłum. Tomasz Rosiński, s.71


I jeszcze prośba na koniec. Przeczytajcie jedną notkę, a potem drugą.
Zamierzam wesprzeć Sylwię przelewem. Jeśli ktoś z czytających również to zrobi, to dziękuję.

środa, 18 maja 2011

Literatura - mężczyźni, ci ulubieni

W tej notce wydłubałam z przepastnych głębin literatury ulubione bohaterki książkowe. Teraz czas na bohaterów, bo przecież ich jest równie dużo.

1. Na pierwszym miejscu zdecydowanie Lemowy Pirx ("Opowieści o pilocie Pirxie"). Najpierw kadet, potem pilot, w końcu komandor. Osobnik niewiadomego imienia, a może o wszystkich imionach świata? Bardzo ludzki, czasem niezdecydowany, czasem wątpiący, ale zawsze, niezmiennie i nieodwołalnie mój numer jeden. Zadziwiające, że Pirx nie doczekał się porządnej ekranizacji, bo "Test pilota Pirxa" Piestraka to raczej eksperyment niż film, Pirxa grał w nim Sergei Denitski. Rosjanin.

2. Red Shoehart, czyli stalker z "Pikniku na skraju drogi" braci Strugackich. Dlaczego on? Trzeba przeczytać książkę, przykro mi, nie dam rady opisać tego słowami. Ot, tajemnicza sympatia. Ta książka również została przeniesiona na ekran, przez Tarkowskiego - oglądanie tego filmu jest ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza jak się zna książkę.

3. Brat z powieści "Bartłomiej Farrar" Josephine Tey. Oszust, po prostu oszust. Ale jaki sympatyczny, uczciwy i miły. I zakochany, i w imię tej miłości stawiający na szalę całe swoje życie. Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym to zobaczyć zekranizowane. Właściwie to było, ale sto lat temu, przez BBC, jakiś niszowy serial czy film TV. A ja sobie wymarzyłam braci Fox w głównych rolach, no wiem, że lata nie te, trudno...

4. Alan Grant, detektyw z powieści Josephine Tey: "Córka czasu" i "Tam piaski śpiewają". Coś niesamowitego, jak mnie pociągają inteligentni mężczyźni. W ogóle nie wiem, jak ten Alan Grant wygląda, zdaje mi się, że przeciętnie, ale jego sposób myślenia, mrauuu... Umiejętność analizy i wyciągania wniosków, niepospolita intuicja, a do tego nieprzeciętna wrażliwość. Urzekająca kombinacja.

5. Galloway Gallegher z opowiadań Henry'ego Kuttnera. Genialny wynalazca, z jedną wszakże wadą: jest twórcą epokowych odkryć wyłącznie pod wpływem alkoholu. Czyli jak zaleje się w trupa. Niestety po wytrzeźwieniu nie pamięta zupełnie, jak doszedł do tego czy owego wynalazku. Znów facet z nieprzeciętnym intelektem, a do tego z poczuciem humoru:
GALLEGHER: - Może malucha?
ŻOŁĄDEK:   - Ostrożnie!
GALLEGHER: - Naparsteczek...
ŻOŁĄDEK:   - Oooch!
GALLEGHER: - Nie rób mi tego! Muszę się napić. Podwórko mi ukradli.
ŻOŁĄDEK:   - Szkoda, że mnie nie ukradli.



6. Joe Alex z książek Macieja Słomczyńskiego. Detektyw, doradca Scotland Yardu, uprzejmy, miły, bogaty, świetna partia! Do tego autor - tworzy kryminały, w których opisuje swoje własne przygody, dzięki niemu po raz pierwszy poznałam budowę szkatułkową powieści, nawet o tym nie wiedząc.

7. Perry Mason z serii Erle Stanley'a Gardnera. Pisałam o nim nie raz i nie dwa. To nie detektyw, a adwokat, ale wyjątkowa bystrość umysłu czyni z niego znakomitego tropiciela zagadek kryminalnych. Jest trochę cwaniakiem, trochę spryciarzem, ale zawsze stroi po stronie swoich klientów, no i jest uczciwy. Życzyłabym sobie mieć takiego obrońcę, gdybym nie daj Boże popadła w konflikt z prawem.

8. Król Cukrowy imieniem Andrzej z książki "Bajka o Królu Cukrowym". Wyjątkowo sympatyczny i ludzki władca. Lubi baśnie i opowieści i jest przeuroczy.

9. Rohan z "Niezwyciężonego" Stanisława Lema. Książkę lubię nad wyraz, a główni bohaterowie są tak wyraziści, że och ach. W ogóle ta książka prosi się o ekranizację, dlaczego nikt tego jeszcze nie zrobił? Hmm, kto mógłby grać Rohana? Może Eric Bana? Albo Daniel Craig?...

10. Szakal z "Dnia Szakala" Forsythe'a. Genialny w książce, świetny w ekranizacji. Perfekcyjny płatny zabójca, mimo braku skrupułów, budzi moją sympatię. Ma zadanie do wykonania i robi to jak najlepiej.


Poza "podium" znaleźli się: Sinuhe, Jeeves, Lesio Czubajek, brat Wilhelm, Marlowe z "Króla szczurów", Artur Dent i Ford Prefect, Korneliusz Udałow, Pałysz, Sherlock Holmes, Kurt Wallander, Legolas, kapitan Marchewa, Vimes i pewnie jeszcze parę postaci bym wymieniła, więc może zamilknę.

P.S. Organizuję właśnie swój pierwszy konkurs biblionetkowy, użytkowników tego portalu serdecznie zapraszam! :)

niedziela, 15 maja 2011

Kolejny stos przywlokłam do domu (nie, fotki nie będzie)


A nie będzie, albowiem leniwa jestem okrutnie i nie chce mi się wydłubywać aparatu. Ale za to spiszę sobie, co do domu przyniosłam, bo to plon dwóch dni będzie, pierwsze trzy książki z sobotniego grilla, a reszta z dzisiejszego spotkania biblionetkowego.

1. Maja Lidia Kossakowska "Zbieracz burz" tom1
2. Maja Lidia Kossakowska "Zbieracz burz" tom2
3. Robert Sheckley "Wymiar cudów"
4. Sofia Oksanen "Oczyszczenie"
5. Artur Baniewicz "Smoczy pazur"
6. Artur Baniewicz "Gdzie księżniczek brak cnotliwych"
7. Erich Maria Remarque "Łuk Triumfalny"
8. Jakub Perelman "Zajmująca fizyka"
9. Bolesław Prus "Emancypantki"

Tym sposobem liczba książek pożyczonych urosła mi do, bagatela, czterdziestu. Nie ma się więc co dziwić, że na propozycję recenzowania książek z wydawnictwa AMEA odpowiedziałam odmownie.

sobota, 14 maja 2011

"Wieża z klocków" Katarzyna Kotowska (ależ mną poruszyła)


Natknęłam się na to zupełnym przypadkiem, nieduża książeczka, tytuł właściwie o niczym. A w środku aż kipi od emocji.

To pamiętnik kobiety, która nie może mieć własnych dzieci i decyduje się wraz z mężem na adopcję małego chłopczyka.
Rany, jak to powyższe zdanie jest proste i klarowne. Ale przecież pod każdym słowem kryje się głębia kosmosu.
Pani Kotowska opisała swoje odczucia, kiedy to starała się o dziecko i kiedy dowiedziała się, że dzieci mieć nie może. Doskonale ją rozumiem, bo się też naczekaliśmy na Krzysia. Stany ducha, jakich doświadczałam, dalekie były od kwiatu lotosu na spokojnej tafli jeziora. Komentarze i pytania rodziny czy znajomych, moja irytacja, dzikie myśli przed zaśnięciem... to wszystko wróciło, kiedy czytałam książkę. Brr. Na szczęście mam Krzysia.

A autorka ma Piotrusia. Dwulatka, który na początku przypominał kolczastego jeża, taki był nieufny, nastroszony i kłujący. Który nie umiał się uśmiechać ani przytulać, którego trzeba było bardzo kochać, absolutnie bezwarunkowo, żeby "zmiękł" w sobie i stał się pogodnym dzieckiem. Pomyślcie - tylko dwa lata był w domu dziecka, a tak bardzo jego psychika została zgnieciona, że do jej rozprostowania potrzeba było tak wiele czułości, miłości i cierpliwości.
Innym okiem popatrzyłam na tych, którzy adoptują dzieci, zwłaszcza te starsze.
Innym okiem popatrzyłam na dzieci w domach dziecka.

Ech, przejmująca powieść - i jeśli nawet miejscami napisana nieco nieporadnie - to szczera.

piątek, 13 maja 2011

"Noce deszczu i gwiazd" Maeve Binchy (idylla)


Kolejna polecanka Kasi.
 O autorce nie wiedziałam kompletnie nic, żadnej jej książki nie miałam wcześniej w rękach, a o czym to jest, co prawda przeczytałam u Kasi, ale zanim zaczęłam słuchać, to zdążyłam zapomnieć. I bardzo słusznie, bo miałam czystą głowę i mogłam bez przeszkód zagłębić się w niespiesznie rozwijaną opowieść o turystach, którzy przyjechali do Grecji z różnych zakątków świata.

Tak sobie myślę, że gdy sama wyjeżdżałam na wakacje, obojętnie gdzie, zawsze spotykałam całą masę ludzi. Przewijali się przed oczami, stali przede mną w kolejce do budki z lodami, mieszkali pokój obok w pensjonacie, siedzieli przy sąsiednim stoliku w restauracji. Mignęli i znikli.

A w powieści "Noce deszczu i gwiazd" ci przypadkowo spotykający się ludzie zostali nagle zatrzymani w pędzie. Na jednej z greckich wysp piątka młodych ludzi: Anglik, Niemka, Amerykanin i dwoje Irlandczyków są świadkami tradegii - w porcie płonie statek pełen wycieczkowiczów, ginie mnóstwo ludzi z załogi i turystów. Ta piątka obserwuje całe zdarzenie z tawerny położonej wysoko na zboczu góry. Widoczność doskonała, ale odległość zbyt duża, by biec na pomoc. Myślę, że to musi nieźle przetrzepać psychikę, być świadkiem śmierci tylu ludzi. Nie da się przejść nad tym do porządki dziennego, trzeba się zatrzymać, złapać oddech, mieć czas na smutek i na radość też - że to nie oni tam byli na tym statku.


I ta stopklatka powoduje radykalne zmiany w życiu każdego z nich. Ten się  odkochuje, tamten znów zakochuje. Ten zaczyna doceniać troskę rodziny, a tamta odrzuca wieloletnią miłość. Od uczuć i emocji aż buzuje w tej książce. I nie czytamy tylko o turystach, o nie. Mieszkańcy wyspy również biorą w tym wszystkim udział. A najbardziej starsza kobieta, która dawno temu przyjechała na wyspę z Irlandii i została tam, popełniając w życiu masę błędów i masę dobrych uczynków.
Nie ma co streszczać książki, chciałam tylko zaznaczyć,  że nie trzeba wyjeżdżać do Prowansji czy Toskanii, szukać starego domu do wyremontowania i zachwycać się urokami wiejskiego przaśnego życia (ha, znajomy schemat, czyż nie?). Można wielką duchową przemianą zostać trafionym w drodze, jak piłką rzuconą zza węgła. Od nas samych zależy, czy się otrząśniemy po trafieniu, szybko zapomnimy o piłce i pójdziemy dalej. Czy też zatrzymamy się, podniesiemy zabawkę i zastanowimy się, kto ją rzucił, skąd i dlaczego i może warto zajrzeć za ten węgieł...

Nie ukrywam, że moje pozytywne nastawienie do tej powieści wynikło stąd, że pięknie jest opisana Grecja, z niewymuszonym wdziękiem i prostotą. Niebo jest niebieskie, noce pełne gwiazd a ludzie w większości przyjaźni (niezależnie od tego, jak bardzo liczą na pieniądze wytargane od turystów). Sielanka, idylla, może i słodka, ale na szczęście nie przesłodzona. I gwoli jasności - tragedia na początku powieści jest tylko impulsem dla bohaterów do zatrzymania się, a dla nas pretekstem, by zanurzyć się w ich świat. Z głową.


środa, 11 maja 2011

Kod do empiku zrealizowany - spryciula jestem


Spryciula, bowiem zamówiłam trzy książki - a wszystkie dla mojej Mamy. Już dawno jej obiecałam, że kupię Polę Negri, do tego dorzuciłam Audrey, czytałam na którymś blogu pochlebną opinię, tak samo było z Marilyn. Dopłaciłam jakieś 20 zł, super!
Książki już doszły, przeczytam i zawiozę Mamie, tym sposobem nie będę zmuszona upychać nabytków na półkach, i tak już zawalonych.

sobota, 7 maja 2011

Wygrałam kod do empiku!


Jakieś takie postanowienie sobie uczyniłam (nie pamiętam, czy noworoczne, czy z innej okazji), żeby nie kupować żadnych nowych książek, dopóki nie wygrzebię się spod stosiku pożyczonych. Uroczyście ogłaszam, że się tak po prostu NIE DA.
Pogrubiłam i podkreśliłam, że się nie da, bo się nie da. A to jakaś wygrywajka na blogu z interesującą książką, a to jakaś księgarnia kusi darmową dostawą czy czymś jeszcze, a teraz jeszcze to.
Pawełek jest OK
Swego czasu, jak mi reklama z tortem na oczy wjechała, mówię do męża: - no i ciekawe, co ten misiek w torcie wymyśli,  a jak nie wymyśli, to łajdak, bo rozczaruje tego bąbla, co to w czułkach stoi obok i się ufnie uśmiecha, czekając (pucołowaty bąbelek jak mój Krzyś, no). Toteż jak mi się nawinęło, że ciąg dalszy nastąpił, z czystej ciekawości, co też wymyślono, reklamę obejrzałam, trzy alternatywne zakończenia również, wybrałam moim zdaniem najciekawsze, napisałam uzasadnienie, wysłałam, ciach.

No i wygrałam kod do empiku na 100 zł! :)

piątek, 6 maja 2011

"Sprawa bigamisty" E.S. Gardner (wiem, wiem, znów Mason)


W tym tomie przygód Masona mamy do czynienia z bigamistą, cholerykiem, łotrem i szantażystą. Nic więc dziwnego, że ktoś usunął typa z tego łez padołu, sama bym się zdenerwowała istnieniem takiego faceta. Oskarżoną o to morderstwo jest oczywiście klientka Masona, uparcie twierdząca, że jest niewinna.
Czy ktoś jest tym zaskoczony? Nie widzę.

Mało zaskoczona fabułą skupiłam się tym razem na drobiazgach. Na przykład "sposobach" zdobywania dowodów przez Masona:
"Gdy tylko zamknęły się drzwi, Mason wyjął szminkę, odrzucił prześcieradło, podniósł zimną rękę zmarłego, posmarował szminka koniuszki palców, następnie odcisnął je na złożonym kawałku papieru, który wydobył z kieszeni" [1].
"Dello, wybierz się do jubilera, kup dwie papierośnice z polerowanego srebra, dwie ładne zapalniczki na biurko, a następnie wytrzyj je do czysta irchą.
- A potem?
- Potem zostawimy je w poczekalni kancelarii, zaś drugi identyczny komplet ustawimy tutaj na biurku.
- I myślisz, że George Belding Baxter złoży ci wizytę?
- Złoży - oznajmił Mason. - Gdy zostanie mu doręczone wezwanie, co powinno nastąpić przed południem, George Belding Baxter przybiegnie tu tak prędko, że nieomal wyrwie drzwi z zawiasów. 
- I zostawi odciski palców?
Mason pokiwał głową"[2].

Albo na poczuciu humoru adwokata:
"I w drogę. Prawdopodobnie w Pina Haven o ósmej wieczorem zwijają chodniki"[3]. 
"Otworzyły się drzwi do sekretariatu i do gabinetu wkroczył porucznik Tragg z czapką lekko zsuniętą na tył głowy.[...]
- Tak jest, poruczniku - odezwał się sarkastycznie Mason - proszę zawsze swobodnie wchodzić bez pukania"[4].

No i moje ulubione fragmenty prosto z sali sądowej, ach, krzyżowy ogień pytań:
"- Sprzeciw, jest to zmuszanie świadka do wyciągnięcia wniosku - rzekł Mason. - Pytanie niedopuszczalne i nieistotne" [5]. 
"- Sprzeciw, pytanie niewłaściwe, nieistotne i niemające znaczenia dla sprawy. Brak odpowiednich podstaw. - oznajmił Mason"[6] .

Dowiedziałam się też, że "res gestae" to "rzeczy dokonane", a "voir dire" to "widzieć i mówić" albo "mówić prawdę". Ale bardzo, bardzo ciekawy jest ten fragment:
"- Z tego wynika - odezwał się Paul Drake - że adwokat powinien być zawsze lojalny wobec swoich klientów. [...]
- To coś więcej niż lojalność w stosunku do klientów - rzekł w zamyśleniu Mason. - To wierność podstawowym zasadom sprawiedliwości. A kiedy starasz się ich przestrzegać, musisz od czasu do czasu po męsku znieść cios - lub przynajmniej być na niego gotowym"[7].

Wiadomo już, dlaczego tak lubię Masona - to cwaniak i spryciarz, ale uczciwy do szpiku kości.

---
[1] "Sprawa bigamisty" Erle Stanley Gardner, tłum. Beata Hrycak, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006, s.76
[2] Tamże, s.101-102
[3] Tamże, s.71
[4] Tamże, s.43
[5] Tamże, s.124
[6] Tamże, s.126
[7] Tamże, s.159

Tom 64 cyklu.

czwartek, 5 maja 2011

"Jak niczego nie rozpętałem" Harosław Jaszek


Książka z akcji "Włóczykijka" trafiła do mnie w bardzo miłych okolicznościach, o czym już pisałam. Najpierw książkę przeczytał mój mąż, zapewne skuszony sympatyczną karykaturą na okładce. Kiedy już skończył, mogłam wziąć się do czytania.

Przeczytałam książę jednym tchem. Historia żołnierza wysłanego na misję na wzgórza Golan wchłania się niemalże przez skórę. O, przepraszam, zaraz tam wysłanego - sam chciał pojechać, jako tłumacz. To, że o mały włos zamiast niego nie pojechał zupełnie inny człowiek, to już daje nam przedsmak tego, o czym będzie ta książka.
Mąż mi powiedział:
"To są wspomnienia z wojska, troszkę dziwne, ale to pewnie dlatego, że wojsko jeszcze ludowe. Absurdy są tam czasem takie, że Paragraf 22 wymięka."


Owszem, są absurdy, cała ta misja zdawała mi się jednym wielkim absurdem. Nie widziałam celu i sensu, w utrzymywaniu wojsk na tych wzgórzach, w świetle tego, co przeczytałam w książce. Ci żołnierze nie robili tam niczego sensownego - a może sens umknął moim cywilnym oczom?
Żołnierze nic, tylko siedzą w kantynach, robią interesy, piją i nudzą się. Nieliczne akcje wojskowe są... nieliczne. I mało ważne. Ciekawe i ważne (dla żołnierzy) są: kursy walut, terminy, w których zmienia się obsada misji wojskowych, chodliwe towary i inne możliwości dorobienia sobie do żołdu; ot, całkiem jak u Franka Dolasa ww filmie "Jak rozpętałem drugą wojnę światową".

Podczas czytania tej książki miałam wrażenie, że już gdzieś kiedyś coś podobnego czytałam, nie nie, nie chodzi o "Paragraf 22", choć klimat niewątpliwie tamtejszy. Pogrzebałam w pamięci i znalazłam: "Po prostu żołnierz" Jasona Hartley'a. Podobna tematyka, podobny narrator, podobne z grubsza miejsce akcji. Na szczęście książkę Harosława Jaszka czyta się nieporównanie lepiej - znać, że napisała to osoba obyta literacko z językiem polskim, inteligentna i po prostu miła.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, iż "Jak niczego nie rozpętałem" jest polecane premierowi! W Metrze nr 2071 z 20 kwietnia 2011 zauważyłam artykuł, który zachęca internautów do nadsyłania propozycji książkowych do biblioteczki Donalda Tuska. Akcja to "Poleć książkę premierowi!". Książka Jaszka znalazła się w spisie propozycji, bo "bawi i uczy, co się może ukrywać za pięknie udekorowaną fasadą".