poniedziałek, 27 czerwca 2011

Edwardzie, udajesz się w kolejną podróż!


Do losowania wykorzystałam random.org, bardzo przydatne narzędzie. Szczęśliwy numerek to 9 - a pod tym kryje się witaaminkaa.
Gratuluję z całego serca!

Poproszę o dane pocztowe na adres agnes.aqnes@gmail.com :)

Edwardzie, pakuj się!

środa, 22 czerwca 2011

18. Podróż Edwarda Tulana - wygrywajka!


U Izy udało mi się przechwycić wędrującego Edwarda, porcelanowego królika. Ugościłam, podjęłam, czym chata bogata, ale zatrzymywać nie mogę, bo królik podróżowanie ma we krwi. Toteż ogłaszam nabór na następnego gospodarza, który Edwarda przyjmie do siebie na pewien czas!

Oto zasady wygrywajki (skopiowałam od Izy):

1) proszę zostawić komentarz pod tym postem do 26 czerwca 2011 (losowanie 27 czerwca),
2) umieścić informację o zabawie wraz z podlinkowanym zdjęciem na swoim blogu (w zabawie biorą udział tylko osoby posiadające blog) (tak naprawdę to ja o tym zapomniałam, więc jeśli ktoś zapomni, to ja zapomnę o tym punkcie, to znaczy o tej informacji, bo blog ma być i już!),
3) czekać na losowanie, a potem na przesyłkę,
4) przeczytać książkę w ciągu 10 dni,
5) zorganizować u siebie następną "wygrywajkę" (nr 19) na takich samych zasadach,
6) wpisać się do książki,
7) dodać do książki jakąś niespodziankę dla zwycięzcy :)

To, co otrzymałam od Izy, wkleję wieczorem, jak odkopię aparat i wydłubię z niego kartę :) Powiem jedno, jej niespodzianką byłam rozczulona.  Sama jeszcze nie wiem, co zrobię, idę myśleć, a was zapraszam do zapisywania się!

Oto towarzystwo Edwarda:

piątek, 17 czerwca 2011

"Emancypantki" Bolesław Prus (pycha)


Myślałam już, że nie dokończę tej książki - na początku bowiem bardzo, ale to bardzo, zmęczył mnie drobny druk i pożółkłe kartki. Potem, kiedy już wciągnęły mnie losy Madzi, poszłam po rozum do głowy i czytałam w wygodnej pozycji oraz przy dobrym oświetleniu. I to był strzał w dziesiątkę - cztery tomy (no dobrze, w dwutomowym wydaniu) mignęły jak z bicza strzelił.

Tom pierwszy zapoznał mnie z pensją pani Latter, czyli prywatną szkołą dla dziewcząt w Warszawie. Pani Latter, kobieta dwukrotnie zamężna, a obecnie samotna, z dwójką dorosłych dzieci, Kazimierzem i Heleną, uważana jest za osobę majętną, z wysoką pozycją społeczną i koneksjami. To tak na zewnątrz, ładna fasada. A w środku pani Latter to znerwicowana, udręczona kobieta. Syn bawidamek i utracjusz (wypisz wymaluj Tomaszek z "Nocy i dni"), choć ma już lat dwadzieścia kilka, nie ima się żadnego zajęcia, bo primo, wciąż się uczy (albo po prostu zwiedza uniwersytety), secundo, ma stałe źródło dochodów w osobie zakochanej w nim mamusi, która pcha w głodną, wiecznie rozdziawioną paszczę syna tysiąc za tysiącem rubli. Córka to kokietka, wychowana na kapryśną i niestałą damulkę. O rany, nic dziwnego, że pani Latter gryzie się okropnie.

Tom drugi to historia Madzi, jednej z dam klasowych u pani Latter. Po tragicznych wypadkach w Warszawie wraca ona do domu rodzinnego, do ojca i matki. Madzia to ciekawa postać, wrażliwa, dobra, nieco romantyczna. Do tego młodziutka i pełna zapału, jeśli chodzi o uszczęśliwianie innych ludzi, tych biednych, zakochanych, nieszczęśliwych. Wyobrażałam sobie podczas czytania powieści Jane Austen i te słodkie, urocze panny, próbujące a to dobroczynności, a to naiwnych miłosnych intryg. Madzia to taka panna  - a to pomaga wędrownym artystom, a to ułatwia przyjaciółce tajemne schadzki z ukochanym, a to z rozmachem planuje założenie pensji dla dziewcząt w swojej rodzinnej miejscowości...

Trzeci i czwarty tom - tu Madzia bezapelacyjnie awansowała na główną bohaterkę (w świetle pierwszego tomu wcale to nie było takie pewne), bardzo, ale to bardzo już austenowską. Guwernantka, uczciwa, słodka, dobra jak aniołek, absolutnie nie przyjmująca do wiadomości istnienia intryg, złośliwości i zawistnych spojrzeń. Aż chciałoby się rzec, że takie ideały nie istnieją. Co nie zmienia faktu, że wyśmienicie się czyta o takich idealnych, naiwniutkich aniołkach. Aż mi się anioł Licho z Lichotki przypomniał, alleluja.

I co? I da się czytać Prusa z prawdziwą przyjemnością, nie bacząc na to, że to nie jest pachnący nowością i farbą drukarską tomik. Jak naleweczka. Im starsza, tym lepsza.

Emancypantki I [Bolesław Prus]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 12 czerwca 2011

"Kot, który wyczuł pismo nosem" L.J. Braun (kiedyś to umiał czytać, teraz tylko wyczuwa pismo...)


Ten tom (23.) serii, niestety, dobitnie udowadnia, że powinnam na jakiś czas resztę "Kotów", które mi jeszcze zostały do przeczytania, odsunąć w głąb półki i nie tykać przez najbliższe tygodnie.
Co się dzieje? Koko szaleje w oczekiwaniu na Wielką Zamieć (ten motyw już był), do miasteczka przybywa osoba, która mieszkała tu za młodu (ten też), ktoś próbuje uskutecznić grubszy szwindel (a to już w każdym prawie odcinku), umiera ktoś miły i sympatyczny, ale raczej nie z najbliższego otoczenia Qwilla (tak, to też się powtarza), a sam Qwill bierze się za bary z zagadką, pociera elektryzujące wąsy i wpatruje się w Koko jak w obrazek.
Na przykład to, że Koko zwymiotował na książkę, uważa dowód wielkiej przenikliwości kota. No litości. Ja uważam, że to dowód na to, iż Koko coś zaszkodziło, albo posmyrał go kłaczek.

Ze smutkiem stwierdzam, że jedyne, co mi pozostanie w pamięci z książki, to pożar księgarni-antykwariatu. Wizja dziesiątków tysięcy książek, które poszły z dymem, łapie mnie za serce.

Spojrzałam teraz na pierwsza akapit tego, co napisałam - nie, chyba jednak nie przesyt "Kotami" jest powodem mojego braku zachwytu. Te powieści są po prostu coraz gorsze, niestety.

sobota, 11 czerwca 2011

"Fałszywy trop" Henning Mankell (koszmar!)


Teleszyński ma znakomity głos. Czyta, ale słychać, jak siedzi w fotelu i przewraca kartki. Dla mnie ma to jakiś urok. Rozwija mi ten facet przed oczami kolejną opowieść o Kurcie Wallanderze, opowieść krwistą  i szokującą. Mocne uderzenie.

Zaczyna się od rozłupania kręgosłupa siekierą i zdjęcia skalpu. Zabitym jest starszy mężczyzna, były minister sprawiedliwości. Potem są kolejni, każdemu rozwalono siekierą łeb, a potem zdjęto skalp. Kurt Wallander wie, że ma do czynienia z seryjnym mordercą, psychopatą i szaleńcem - i jest mu z tego powodu bardzo źle. Boi się, wciąż się boi, że zadzwoni telefon z doniesieniem o kolejnym morderstwie.
No dobrze, trochę skłamałam, bo tak naprawdę wszystko zaczyna się od tego, że siedemnastoletnia dziewczyna oblewa się benzyną na polu rzepaku i podpala, ginąc w męczarniach. Jak bardzo trzeba być zdesperowanym, żeby popełnić samobójstwo w taki właśnie sposób? Jak bardzo trzeba się bać?
Ale śmierć tej dziewczyny nie ma nic wspólnego z serią morderstw, przynajmniej tak myśli Wallander i tak myślałam ja - do czasu oczywiście, bo przecież Mankell nie pozwala sobie na taką "przypadkowość".

Powieść skonstruowana jest dwutorowo, raz uczestniczyłam w wydarzeniach z punktu widzenia mordercy, a raz Wallandera. Jak w moim ukochanym "Dniu Szakala" Forysthe'a. Przy czym na początku (jeśli chodzi o pierwszy wątek), nie poznałam tożsamości narratora, tej prawdziwej, znam tylko urojoną. Myślałam, że tak będzie do końca. Ale nie! W połowie książki tożsamość mordercy stała się dla mnie jasna. Pisarz świadomie zrezygnował z zaskoczenia czytelnika osobą psychopaty. I słusznie, bo tu ważniejsze jest pytanie "dlaczego?", a nie "kto?". Do licha, odpowiedź na to pytanie jest wysoce przygnębiająca. Seryjny morderca po prostu się mścił za krzywdy wyrządzone jego rodzinie. Jak się czyta (czy też słucha) o takich krzywdach, zwłaszcza wobec dzieci, to nóż się w kieszeni otwiera i rodzą się wątpliwości. Czy rezygnować z zemsty, czy zostawiać sprawę wymiarowi sprawiedliwości? A jeśli wymiar sprawiedliwości jest ślepy, albo, co gorsza, celowo zamyka oczy, lub też jest skorumpowany czy po prostu nieudolny... a to wszystko przecież prawdopodobne i bardzo pesymistyczne.

Jak tu się dziwić Wallanderowi, że taki z niego posępniak, skoro z takimi przemyśleniami musi się borykać, czy też żyć ze świadomością, że seryjny morderca bywał swobodnie nocami w jego mieszkaniu, słuchał oddechu Kurta podczas snu i planował rozłupanie mu głowy siekierą. O matko z córką.

Kryminał się kończy, Kurt Wallander rozwiązuje zagadkę, przestępca ujęty, a wcale nie ma co oddychać z ulgą. Poczucie beznadziei i mroku pozostaje jeszcze przez jakiś czas.

Dopiszę jeszcze, bo mnie zainteresowało: na okładce fragment obrazu Louisa Janmota " La Poème de l'âme", właściwie to chodzi o cykl obrazów, a tu konkretnie wykorzystano numer osiem, tytuł "Cauchemar", czyli koszmar. Cały o tu: Obraz

Fałszywy trop [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 10 czerwca 2011

Przesyłka od Sabinki!

U Sabinki z okazji Dnia Dziecka można było wygrać zestaw książeczek dla dzieci, toteż wzięłam udział z myślą o Krzysiu. Wczoraj przyszła! Książeczki bardzo się spodobały, a zakładka - jak widać - jest jak stworzona dla małych rączek :)
Bardzo dziękuję, Sabinko!
I wydawnictwom, które przekazały książeczki. Super!

P.S. No i fantastycznie, że przesyłka była zaadresowana na Krzysia, to drobiazg, ale jakże miły.

środa, 8 czerwca 2011

"Audrey Hepburn" Sean Hepburn Ferrer


Nie przeczytałam tej książki. Pochłonęłam ją. Wpatrywałam się w zdjęcia (mnóstwo, cała masa przepięknych zdjęć), połykałam tekst pisany przez syna Audrey, chłonęłam klimat, wczytywałam się w słowa pełne niewyobrażalnej czułości i miłości do matki.

Jaki wizerunek Audrey wyłania się z tej książki?
Wizerunek kobiety smutnej i szczęśliwej, wspaniałej aktorki, ikony stylu. Kobiety cierpiącej z powodu braku ojca. Kobiety uwielbiającej swoich dwóch synów. Kobiety o wielkim sercu, która poświęciła sporą część samej siebie, aby pomóc głodującym i cierpiącym dzieciom na świecie.

Sean pisze o matce oszczędnie, ale z takim ładunkiem emocji, że mnóstwo sobie dopowiadamy. Ech. Naprawdę dobra książka.
P.S. A to Audrey z Seanem :)

poniedziałek, 6 czerwca 2011

"Smoczy pazur" Artur Baniewicz (jakby toporem rąbać)


Ależ się wkurzałam podczas czytania tej książki, o rany... ale o tym później.

Kto czytał opowieści o Arivaldzie z Wybrzeża (Jacka Piekary), ten bez trudu znajdzie analogię pomiędzy Arivaldem a Debrenem z Dumayki. Pierwszy wędrował i miał przygody, z których sprytem się wywijał, a drugi wędruje i ma przygody, z których sprytem i rozumem się wywija.
Przygody, w jakich Debren, czarokrążca, bierze udział, znałam już wcześniej, czy to z bajki o Kopciuszku, czy to z tej o smoku, który na wyspie żyje i dziewic żąda, czy to wreszcie z powieści o błędnym rycerzu don Kiszocie, walczącym z wiatrakami.

Lubię takie przeróbki, lubię patrzeć, jak pisarze wywracają na nice znany schemat, już ograny, jak doprawiają smokom falbanki, a wodę malują na zielono, żeby było inaczej.
Lubię też takich bohaterów jak Debren. Magik, ale używający czarów oszczędnie i rzadko, człowiek z dobrym sercem i tęgim rozumem, wychodzący z opresji głównie dzięki sztuce dedukcji,  a nie umiejętnościom magicznym (wcale nie nadzwyczajnym) czy sile. 
Lubię też takie fantasy, gdzie autor puszcza oko do czytelnika, fantasy nawiązujące do naszych czasów - choćby rozdzielczością i zasięgiem czarodziejskiej szklanej kuli, lub też Bogiem, którego symbol to koło, na którym tenże jest rozpięty.

To lubię, tamto lubię - a czytanie książki było dla mnie udręką i skończyłam ją tylko dlatego, że się zawzięłam. Skąd ten paradoks? Myślałam o tym. I przyszedł mi do głowy las. Piękny, stary, z bogactwem drzewm krzewów, tu zwalone drzewo, tam bystry strumyczek z czystą wodą. Dzika przyroda, czysta, nieskażona natura. Mrau.
Wybieram się więc na spacer po tym lesie, śliczny zielony mech na polanie, głębiej też śliczny, o jejku, jaki cudowny spacer. Tylko że noga wpadła do dziury, no nic, wyjąć nogę i dalej. O, krzaki jeżyn, czepiają się łydek, próbuję do przodu, ale krzaki za gęste, trzeba zawrócić i szukać innej drogi, ale las dalej śliczny, wiewióreczka na gałęzi, cudo, a tu drzewo zwalone w poprzek ścieżki, trzeba obejść, bo górą trudno, ale z jednej strony wykrot, a z drugiej grząskie bagienko, znów trzeba się cofnąć i szukać jeszcze innej drogi. Las śliczny i cudowny, ale co z tego, jak mnie zaraz szlag jasny trafi, bo pół godziny się miotam i wciąż na brzegu prawie stoję.
Tak właśnie wyglądało moje czytanie "Smoczego pazura". Po drugi tom przygód czarokrążcy może sięgnę, jak z tego się otrząsnę i nabiorę sił.

niedziela, 5 czerwca 2011

"Wymiar cudów" Robert Sheckley (błe, nie czytajcie tego)


Cyklotronik Thomas Carmody wygrywa w loterii Nagrodę. Zostaje o tym uroczyście powiadomiony, a następnie zabrany do Centrum Galaktycznego w celu jej odbioru. Na miejscu okazuje się, że zaszła pomyłka, loterię wygrał Carmody, ale nie ten z Ziemi, tylko z zupełnie innej części Wszechświata, nieco bardziej galaktycznie cywilizowanego. Zjawia się ten drugi Carmody w Centrum, żądając sprostowania pomyłki i oczywiście Nagrody. Ale Thomas staje okoniem, nie daje sobie odebrać wygranej, po czym okazuje się, że nie może powrócić na Ziemię, bo nie zna jej koordynat: G(dzie) K(iedy) K(tóra).
Brzmi głupio? A dalej jest tylko gorzej. Tuła się ten biedny, troszkę głupiutki Ziemianin po kosmosie, ścigany przez drapieżnika (to żeby dodać dramaturgii?), spotyka Boga, co prawda tylko jednej planety, ale zawsze, potem nawiązuje kontakt z budowniczym planet (Douglas Adams się czkawką odbija, muszę sprawdzić, kto był pierwszy), a potem jeszcze włóczy się po alternatywnych Ziemiach, próbując trafić na właściwą.
Ratunku.
Plusem książki jest to, że jest krótka.
I jeszcze ten cytat:
"Przyswojenie tego faktu nie sprawiło Carmody'emu najmniejszych problemów, gdyż nawet nie próbował". *
No i jeszcze to (sprawdziłam), że Adams był drugi.

---
* Robert Sheckley, "Wymiar cudów", tłum. Piotr Cholewa, wydawnictwo Amber 1993, s. 109

piątek, 3 czerwca 2011

"Cała prawda o planecie Ksi" "Drugie spojrzenie na planetę Ksi" Janusz A. Zajdel


"Niezwyciężony", krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru. 
Szedł, bo spieszył z pomocą załodze "Kondora" (innego statku kosmicznego, który miał zbadać planetę Regis III), od której urwały się komunikaty. Bez wahania wysłano ekspedycję ratunkową, Niezwyciężonego właśnie, bo ludzie są najważniejsi i nie można ich zostawić bez pomocy.
Tako rzecze Lem.

Tako też rzecze Zajdel, wysyłając ekspedycję ratunkową na planetę Ksi. Dawno temu wyruszył bowiem na tę planetę konwój z osadnikami. Kilka statków, ładownie pełne sprzętu i zapasów żywności oraz zasobniki z zahibernowanymi osadnikami. Trochę ta wyprawa przypominała skok na głęboką wodę. Planeta Ksi bowiem co prawda ma bardzo sprzyjające warunki: klimat, ciążenie, powietrze, fauna i flora - wszystko to bardzo przypomina Ziemię, ale jednocześnie nie została porządnie zbadana przez ludzi. Głównym powodem jest odległość od Ziemi, wynosząca dwadzieścia lat świetlnych. Osadnicy są jednak świadomi ryzyka, wszyscy są młodymi, pełnymi zapału ludźmi, hura, jedziemy zdobywać nowe światy.  Polecieli więc, a po dwudziestu pięciu latach na Ziemię dotarły dwa sprzeczne ze sobą komunikaty. Jeden jest błaganiem o pomoc, drugi stwierdza, że wszystko jest w porządku. Nadane jednocześnie!

Nic więc dziwnego, że Ziemia wysyła ekspedycję, by zbadała sprawę na  miejscu, byle ostrożnie. Komandor Sloth, stary wyga kosmiczny typu pirxowego, dowodzi statkiem. W drodze na Ksi wyprawa natyka się na pozornie opuszczony statek kosmiczny z Ziemi, tak, ten biorący udział w wyprawie na Ksi. Jedyny człowiek na pokładzie jest stary, wynędzniały, przemęczony i na wpół obłąkany - nie można się z nim porozumieć. Na szczęście Sloth znajduje dziennik okrętowy, który tajemniczemu pasażerowi służył jako pamiętnik.
Z niego komandor dowiaduje się o tym, co zaszło na planecie Ksi. O spisku i buncie, o przejęciu wszystkich statków przez buntowników, o dyktaturze na planecie, o nowym osadniczym społeczeństwie, które miało być wspaniałe, a było karmione kłamstwami i trzymane w ryzach siłą i terrorem.
Ta część książki, wcale spora, budziła we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony obserwacja, jak, jakimi sposobami mozna trzymać całe społeczeństwo za mordę, jest fascynujące. Z drugiej - obłuda autora dziennika, który staje się sługą buntowników, rzekomo po to, by zdobyć ich zaufanie, aby później móc łatwiej ich pokonać, albo też w jakiś sposób pomóc swoim uwięzionym kolegom - jest czymś oślizgłym, obrzydliwym i odpychającym. Miałam ochotę zrobić mu coś złego!
Brawo dla autora, który potrafi wzbudzać w czytelniku takie uczucia.

A potem następuje część dla mnie najciekawsza, czyli opowieść o tym, jak komandor z towarzyszami (a jest z pewnych względów śmiesznie mało, garstka zaledwie) docierają do planety i wyruszają na rekonesans.
Znów mi lemowy Niezwyciężony staje przed oczami i Rohan, jak wyrusza badać nieznaną planetę...
Istotnie, jest źle, tak jak to pisał tajemniczy nieznajomy w dzienniku; panuje terror i dyktatura, a najgorsze jest to, że obecni mieszkańcy planety nie wiedzą, że może być inaczej, lepiej. Nie wiedzą, bo tego im nikt nie powiedział, co prawda żyją jeszcze staruszkowie pamiętający Ziemię i założenia osadnicze sprzed pół wieku, ale nawet jeśli pamiętają, to stanowczo się tego wypierają, bo życie tego wymaga.
Co teraz? Co zrobić z tą wiedzą, którą zdobyła załoga wyprawy ratunkowej? Bo coś trzeba zrobić bez wątpienia, jakoś pomóc osadnikom żyjącym w warunkach godnych pożałowania, zindoktrynowanych do szpiku kości.

O tym opowiadać miała książka "Drugie spojrzenie na planetę Ksi", której Zajdel nie dokończył, bo zmarł. Tu potężne westchnienie.  Zdążył napisać konspekt i kilka rozdziałów, których wysłuchanie zaostrzyło tylko apetyt na całość. A całości nie ma... przynajmniej autorstwa Zajdla. Jest jednak nadzieja - bowiem jakiś czas temu powstał projekt, by powieść "Drugie spojrzenie..." ukończyć. Prace można nadsyłać jeszcze kilka miesięcy, potem jury wyłoni zwycięzcę - i mam nadzieję, że nagrodzona praca wyjdzie w jakimś wypasionym wydaniu razem z powieściami Zajdla.
"Cała prawda o planecie Ksi" ma u mnie ocenę 5,5, a "Drugie spojrzenie na planetę Ksi" tylko 5, bo niedokończone.

Cała prawda o Planecie KSI. Drugie spojrzenie na Planetę KSI [Janusz A. Zajdel]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

środa, 1 czerwca 2011

Literatura - dzieci, te ulubione

Zrobiłam już zestawienie ulubionych bohaterek powieściowych  oraz bohaterów. Nie godzi się zostawiać dzieci odłogiem, zwłaszcza że dziś Dzień Dziecka :)
A oto zwycięska dziesiątka:

1. Na pierwszym miejscu Renia Broniszówna z "Wakacji w Borkach" Jadwigi Korczakowskiej. Ruda, piegowata leśniczanka, nieufna i zamknięta w sobie, z pozoru niesympatyczna, ale... to tylko pozory. A Reni zawdzięczam dużo, ale o tym już pisałam.

2. Janeczka i Pawełek z serii książek Joanny Chmielewskiej. Siostra i brat, tak zżyci ze sobą, że niepodobna traktować ich oddzielnie. Ona chłodna i inteligentna, zawsze opanowana, on bardziej impulsywny, świetna z nich para.

3. Momo z "Życia przed sobą" Emile Ajar. Bo to wrażliwy, kochający i wierny chłopiec.

4. Lisa z Bullerbyn pani Astrid Lindgren. Jak jej nie kochać. Za kupowanie kiełbasy dobrze obsuszonej, za poziomki nawlekane na słomki, za tunele w stogach siana, za plewienie grządek, za wszystko!

5. Klara z "Dziadka do Orzechów" Hoffmanna. Słodka, drobna, wrażliwa, delikatna osóbka, która okazuje się mieć wielkie, mężne serce. Bardzo, bardzo ją lubię i zawsze jej sekunduję w walce z myszami.

6. Calvin z serii "Calvin i Hobbes" Billa Wattersona. Mój ukochany komiksowy bohater, sześciolatek z całą gamą wad i zalet przynależnych do tego wieku, do tego nieprzeciętnie inteligentny (choć nie zawsze wtedy, kiedy trzeba).

7. Gelsomino z powieści "Gelsomino w Kraju Kłamczuchów" Gianniego Rodari. Chłopiec, którego głos tłukł szkło i ożywiał namalowane zwierzęta. Chłopiec uczciwy, bohaterski i zwyczajnie sympatyczny.

8. Flawia de Luce z "Kronik Buckshaw" Alana Bradleya. Nowe odkrycie, dziewczynka detektyw, z nietypowymi chemicznymi zainteresowaniami, wyjątkowo ciekawa osóbka!

9. Kasia ze "Szkoły pod baobabem" Barbary Rybałtowskiej - żywa, ciekawa świata dziewczynka. Jak byłam mała, zazdrościłam jej przygód. Jak dorosłam i przeczytałam pozostałe książki tej autorki, jej przeżycia ściskały za serce.

10. Alicja z Krainy Czarów - o tej panience chyba nie muszę pisać? Chyba znacie :)

A Wasze ulubione dzieciaki?