wtorek, 29 listopada 2011

Czytanie włazi przez skórę.


I przez oczy i przez dotyk i w ogóle. Wczorajszym porankiem się o tym przekonałam, kiedy to Krzysia posadziłam przy stole, podsunęłam miseczkę z płatkami i kubek z piciem. Krzyś owszem, jedną ręką sięgnął do miseczki, drugą zaś przysunął sobie książeczkę leżącą na stole, otworzył ją i zaczął oglądać obrazki. Zdębiałam. Czytanie w łóżku już na dziecia przelazło, jak wyżej widać, teraz przełazi czytanie przy jedzeniu. Co będzie następne?

poniedziałek, 28 listopada 2011

"Ucho od śledzia w śmietanie" Alan Bradley - dużo będzie o śmietanie i ogólnie osobiście


"Była sobie raz Flawia mądrzejsza od kury,
kura wyłazi ze skóry,
prosi, błaga, namiawia: bądź głupsza!
Ale co można zrobić, kiedy się ktoś uprze?"

Bardzo mi się cisnęły pod pióro te słowa właśnie, kiedy myślałam o Flawii. Bo Flawia jest taka trochę przemądrzała i uparta. No dobrze, rzeczywiście jest inteligentna i wykorzystuje to jako tarczę. Bo - muszę to napisać na samym początku - Flawia nie wydaje się szczęśliwa. Kłopoty finansowe rodziny zaczynają do niej docierać, ojciec jest oschły i nieczuły (czasem tylko coś przebłyskuje jak z pęknięć pancerza), a siostry coraz bardziej dokuczają, właściwie dlaczego one jej tak dokuczają, co i czemu mają jej tak za złe? Ta kwestia wydaje mi się bardzo interesująca, bo sama jestem najmłodszą z trzech sióstr i pamiętam, że się tłukłam z siostrami (niech podniesie rękę ten, co się nie tłukł z rodzeństwem), ale to nie było tak, że one dwie zawsze tłukły mnie jedną, bo co jakiś czas następowało przegrupowanie sił i ja z jedną z nich dawałam nauczkę trzeciej, a za chwilę wchodziłam w komitywę z trzecią przeciwko drugiej. Sprawiedliwie.
Toteż wydaje mi się, że ta dziwna dysproporcja pomiędzy siostrami będzie miała jakiś dalszy ciąg, może jakąś tajemnicę i jakieś jej spektakularne rozwiązanie? Wszak to nie koniec cyklu o Flawii, przekonam się.

Słóweczko o fabule: Flawia zaprasza do Buckshaw starą Cygankę, niejako w akcie ekspiacji za spalenie jej namiotu, a także mało grzeczne zachowanie jej ojca przed laty względem tej samej Cyganki; zaproszonej wcale to nie wychodzi na dobre, bo ktoś na nią napada i wali w łeb. Tuż potem dziewczynka natyka się (napisałabym potyka, ale to fizycznie niemożliwe) na trupa wiszącego na fontannie z Neptunem. Kto popełnił te szkaradne czyny? - tym właśnie zajmie się Flawia, mając do pomocy ukochaną chemię, plotki pani Mullet, wsparcie Doggera, obecność Porcelany, wnuczki Cyganki oraz własną intuicję i odwagę.

Ale co tam fabuła! Oczywiście jest ważna i istotna, ale mnie za serce chwytają takie małe urocze kwiatuszki rozsiane w tekście jak stokrotki na łące:
" - Miłość to nie rzeka, która płynie bez końca, a każdy, kto uważa inaczej, jest cholernym głupcem. Lecz nawet na rzece można postawić tamę i zmusić ją, żeby tylko ciurkała...
- A nawet zatrzymać albo odwrócić - dodałam". [1]

"Przy południowo-wschodnim krańcu naszej posiadłości rzeka, jakby poprawiając spódnicę, skręca łagodnym łukiem na zachód i płynie pod rozłożystym namiotem zieleni i pokrytych liśćmi konarów, tworząc przytulną łączkę, która wyglądała niemal jak wyspa".[2]

"Zapadła między nami wspaniała cisza - nieodłączna część każdej rozmowy z Doggerem: cisza tak długa, głęboka i złocista, że jej przerwanie graniczyłoby z afrontem". [3]

Erudycja Flawii w dalszym ciągu robi na mnie wrażenie, a ja lubię, gdy do tego autor puszcza do mnie oko, pisząc:
"Ale ni z tego, ni z owego jakaś nierozpoznawalna cześć wszechświata wywróciła się do góry nogami, jakby jeden z czterech wielkich żółwi, na których wspiera się Ziemia, nagle kichnął".[4]

Bazyl przyczepiał się do tytułu, ja nie mam zamiaru, wiedząc o wiernych i pięknych przekładach, co więcej, jestem bardzo zadowolona ze śledzia w śmietanie, a to ze względu na wielce pouczający fragment:
"Przed zadaniem pytania dokonałam przeglądu mej dosyć skromnej wiedzy na temat śmietany. Wiedziałam, że otrzymuje się ją w procesie fermentacji mlekowej, podczas której węglowodany zamieniają się w kwas mlekowy wskutek oddziaływania bakterii z rodziny Lactococcus, czyli paciorkowców, głównie homofermentatywnych: Lactococcus laktis i Lactococcus cremoris. Ten pierwszy to paciorkowiec mlekowy, a ten drugi śmietanowy. Pani Mullet zawsze się upiera, żeby kupować śmietanę »od chłopa«, czyli od mleczarza, a nie ze sklepu, bo ta ze sklepu wcale nie jest śmietaną. Sprawdziłam kiedyś, co jest nie tak ze śmietaną ze sklepu. Nie znalazłam w niej ani pół paciorkowca, za to mnóstwo żelatyny, gumy guar, karagenu i kwasu erukowego. Czy muszę dodawać, że słowo »ekurowy« pochodzi od greckiego terminu oznaczającego »wymioty«?".[5]
Poleciałam do lodówki szukać śmietany i czytać skład, był jakby mniej groźny, ale bardziej enigmatyczny i wcale go nie zapamiętałam. Zresztą nie chcę pamiętać, po co mi to, przy jedzeniu w niczym to nie pomaga. Poza tym w dzisiejszych czasach kupowanie "od chłopa" nie gwarantuje obecności paciorkowców śmietanie, niestety!
Mam bowiem rodzinę na wsi, kiedyś była krowa w oborze, co zapewniało oprócz mleka również zsiadłe mleko, śmietanę, biały ser, a czasem nawet masło, jeśli mamie się chciało ubijać (to niestety pracochłonne i męczące). W tej chwili krowy nie ma, a szwagier bierze mleko na bieżące potrzeby od sąsiada. Sąsiad krów ma wiele, podpisaną umowę z mleczarnią, produkującą dla firmy Zott, spełnia wszystkie związane z tym normy i wymagania, krowy są zadbane, dobrze odżywione, czyste, ale... no właśnie. Biedne paciorkowce nie są najwyraźniej ujęte w żadnych normach, bo to mleko jest sterylne  i wyjałowione. Nie ma szans, żeby się zsiadło, nie ma szans na żadną śmietanę, a o serach, maśle można zapomnieć. Chodzi tu o mleko naprawdę prosto od krowy, nie poddane absolutnie żadnym dodatkowym zabiegom. To okropnie przygnębiające.

Wracając do Flawi - ona oczywiście taka nie jest. Mimo tych drobnych wad ona naprawdę da się lubić. Szczerze i za całego serca ją polubiłam i całą serię serdecznie polecam, sama zaś czekam na kolejne części.

Jeszcze dopiszę serdeczne podziękowania dla Bazyla, który wystarał mi się na Targach Książki w Krakowie o autograf autora. Cudo! Bazyl, wielkie dzięki!

---
[1] - "Ucho od śledzia w śmietanie" Alan Bradley, przełożył Jędrzej Polak, Vesper, Poznań 2011, s. 154
[2] - Tamże, s.36
[3] - Tamże, s.226
[4] - Tamże, s.177 
[5] - Tamże, s.162

czwartek, 24 listopada 2011

"Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej" Artur Baniewicz - mocna rzecz!


Usadowiłam się na kanapie i spojrzałam badawczo na męża. Tak, on będzie wiedział.
- Mężu drogi - zaczęłam. - Oglądałeś film "Rambo", prawda? To powiedz, o co mu chodziło, że taką rozpierduchę zrobił? Bo ja z filmu tylko tę rozpierduchę pamiętam, a motywów wcale.
Mąż spojrzał, wcale nie zaskoczony i nie poświęcając ani sekundy na namysł (wiedziałam, że będzie wiedział) odpowiedział:
- O to, że on, zasłużony żołnierz, weteran z Wietnamu, bohater, został potraktowany jak włóczęga i ludzki śmieć. Trafił do pewnego amerykańskiego miasteczka, a tam policja zapakowała go do radiowozu, wywiozła na drugi koniec miasta i kazała zniknąć w podskokach. Kiedy zaś ośmielił się wrócić, szeryf zapakował go do więzienia, pobił i takie tam. Toteż wkurzył się Rambo niewąsko, a co z tego wynikło, wiadomo. Aż trzy filmy.

Bardzo podobne motywy pchają do działania Drzymalskiego, bohatera książki Baniewicza. Znakomity żołnierz jednostki specjalnej dostaje, hm, wymówienie z wojska. Czyli nie przedłużają mu kontraktu. Czyli kop w dupę i radź sobie sam. Do tego jego rodzina ma spore problemy z gangsterami, a zwrócenie się o pomoc do państwa (policja, sądy, adwokaci etc.) nie daje zupełnie nic, a nawet problemy powiększa. Toteż chłopakowi puszczają nerwy i wypowiada wojnę Rzeczpospolitej. Na serio. Na poważnie. Tak jak Rambo.
Wylatują w powietrze warszawskie mosty, płoną rafinerie, gazociągi i rurociągi naftowe wybuchają coraz to w innym miejscu, giną policjanci, giną żołnierze, giną zwykli ludzie w zwykłych samochodach, bo Drzymalski zaminował zwykłe drogi. Masakra, apokalipsa, klęska żywiołowa - jednym słowem  - wojna! Podczas czytania byłam jednocześnie przerażona i zachwycona rozmachem zniszczeń zaserwowanych mi przez autora. Co za wyobraźnia!

Drzymalskiego ścigają i tropią wszystkie siły zbrojne: wojsko, żandarmeria, policja, tajniacy - kto żyw, rzucony jest na front. W tym także pewna pani psycholog wojskowa (właściwe mogłabym napisać "psycholożka", prawda?), która do pomocy dostaje Kiernackiego: byłego żołnierza, który kiedyś był dowódcą Drzymalskiego w jednostce. Oczywiście, by dostarczył jak najwięcej informacji o terroryście: jak dużo umie, do czego jest zdolny, słabe strony i tak dalej. Ale Kiernacki wcale nie jest skłonny do współpracy. Po pierwsze, nie lubi być zmuszany do niczego, a w tym przypadku jest. Po drugie, nie podoba mu się traktowanie Drzymalskiego jak zwierzyny łownej, bez choćby próby wniknięcia w motywy jego działania (która ja wyłuszczyłam na wstępie, popełniwszy klasyczny spoiler). Po trzecie, wkurzają go gierki i giereczki na górze, gdzie niby debatuje się, jak Polskę przed Drzymalskim chronić, ale przede wszystkim, jak to zrobić tak, by jednocześnie rywala z resortu obok z siodła wysadzić, a dla siebie urwać jak największy kawałek rządowego tortu. Normalne polskie piekiełko.

Toteż Kiernacki wcale się nie pali do pomocy, ale... właśnie, zawsze jest jakieś "ale". W tym przypadku to pani psycholog/psycholożka, porucznik Dembosz. Nie ma co ukrywać, iskrzy między nimi od samego początku, choć najpierw to iskry ze skrzyżowanych szabel, a dopiero potem takie iskry elektryczne jak pomiędzy plusem i minusem. No a poza tym... Drzymalski. Kiernackiego naprawdę interesuje, co nim kieruje, no i chyba go rozumie. Nie, nie popiera, zbyt wielu ludzi zginęło bez powodu, ale rozumie.

Mnie książka nie rozczarowała, jest mocna, dynamiczna, tu pieprzyk, tam łezka, tam porządne mordobicie, dla każdego coś dobrego. Przede wszystkim dla tych, co lubią Rambo, Brudnego Harry'ego i Johna Wayne'a.

P.S. A okładka jest wyjątkowo do bani, nie sądzicie?

"Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej" Artur Baniewicz, W.A.B., Warszawa 2004.

poniedziałek, 21 listopada 2011

"Maly brat" Cory Doctorow - świeżutki, nowiutki cyberpunk


Niuch, niuch, pociągam nosem - czym mi to pachnie? Komputery, internet, wirtualne osobowości, wirtualne wędrówki w cyberprzestrzeni... No jasne, cyberpunk. Fantastyczny nurt literacki w s-f, z czołowym przedstawicielem Williamem Gibsonem (wspaniały pisarz, słowo daję).
Ale Doctorow nie ogranicza się do cyberpunku, tylko porusza w swojej książce wyjątkowo istotne zagadnienia. Wolność słowa. Bezpieczeństwo kraju. Konieczność i zasadność inwigilacji.

Napisałam powyższe i zasiedziałam się z ręką opartą na policzku; pióro zawisło w powietrzu, a ja próbuję poukładać sobie w głowie, co mam napisać. Nie daję rady, głowa mi pęka, zatoki bolą, ceny paliw przyprawiają o dreszcze. Proza życia wygrała z prozą literacką.

Na okładce wydawca pisze:

"Zamach bombowy w San Francisco wywraca spokojny świat Marcusa do góry nogami. Aresztowany wraz z grupą przyjaciół przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego trafia do tajnego więzienia. Gdy w końcu zostaje wypuszczony, odkrywa, że teraz żyje w państwie policyjnym, a każdy obywatel traktowany jest jak potencjalny terrorysta. Odtąd pragnie tylko jednego – zniszczyć DBW i odnaleźć zaginionego przyjaciela.
"Mały Brat" to porywająca powieść o walce z opresyjnym systemem w czasach virtual reality, cyberprzestrzeni i gier komputerowych. Wielokrotnie nagradzana (między innymi Nagrodą Campbella dla najlepszej powieści 2009 roku) i okrzyknięta fenomenem w Stanach Zjednoczonych.
Po przeczytaniu tej książki dobrze się zastanowisz, zanim znowu naciśniesz enter."


Z grubsza się zgadzam i tylko żal mi trochę, że że moje pokolenie to już nie ten target. Teraz cyberpunkowymi bohaterami są nastolatkowie, którzy grzebanie w sieci wyssali z mlekiem matki. A myśmy musieli do wszystkiego mozolnie dochodzić sami. Ot, życie.


"Maly brat" Cory Doctorow, tłum. Barbara Komorowska, Wydawnictwo Otwarte, 2011

sobota, 19 listopada 2011

"Lektor" Bernhard Schlink

Na którymś spotkaniu biblionetkowym dostałam książkę do przeczytania, choć wcale nie nalegałam - z racji wcześniejszej znajomości tematu. Oglądałam bowiem film pod tym tytułem jakiś czas temu.

No i okazało się, niestety (a może stety), że film jest tak wierny oryginałowi książkowemu, że już nic więcej w moim postrzeganiu "Lektora" nie zmienił.

Historia romansu piętnastoletniego ucznia z ponad trzydziestoletnią kobietą jest urzekająca. Pachnie latem, mydłem i rumiankami. A potem mamy proces i stęchły zaduch sali sądowej (ależ mi się kojarzy zapachowo!). Najważniejszy jednak jest główny bohater, który bije się z myślami, przed którym los postawił zaporę i kazał pójść albo w lewo, albo w prawo. Nie można wzruszyć ramionami i nie zrobić nic, bo to jedna z tych dróg właśnie. Pamiętam, że po filmie długo byłam zadumana i rozmyślałam, co też ja bym zrobiła... Ale to wtedy, teraz już nie. Teraz już wszystko wiedziałam, żadnego elementu zaskoczenia, żadnego wzruszenia, nic.

Dobry film na podstawie dobrej książki, ale nie ma sensu zaczynać od filmu, jeśli się chce przeczytać książkę.

Zdjęcie pochodzi stąd.

Lektor [Bernhard Schlink]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

czwartek, 17 listopada 2011

"Sfera Armilarna" Andrzej Pilipiuk (ostatnia część Oka jelenia)


Pomiędzy zamknięciem książki po przeczytaniu ostatniej strony a zabraniem się do tego tekstu upłynęły niecałe dwa tygodnie oraz cztery inne książki. W innym przypadku nie miałoby to większego znaczenia, ale jeśli chodzi o "Oko jelenia", to muszę się przyznać, że po takim czasie nie jestem w stanie napisać nic mądrego, odkrywczego czy konstruktywnego.

Ot, po prostu dokończenie przygód Marka, Staszka i Helenki, rzucanych tu i tam przez wichry czasu. Czy szczęśliwe, czy pomyślne to zakończenie - oceńcie sami, jak już przeczytacie, bo kto czytał poprzednie części i na tą (tą czy tę - o matko, sama nie wiem) się skusi, aby cykl zakończyć.
Rozrywka bardzo dobra, czyta się świetnie, ale po lekturze mało co w pamięci zostaje.

 "Sfera Armilarna" Andrzej Pilipiuk, ilustracje Rafał Szłapa, Fabryka Słów, Lublin 2011.

Oko jelenia. Sfera Armilarna [Andrzej Pilipiuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 16 listopada 2011

"Nudzimisie" Rafał Klimczak - przesympatyczna książeczka dla przedszkolaków


Książka idealna dla przedszkolaków, bo głównym bohaterem, no dobra, jednym z głównych, jest przedszkolak Szymek. Ale czytałam to Krzysiowi, który ma trochę ponad dwa lata i byłam zaskoczona, z jakim zajęciem tego słucha!

Oto mamy Szymka, który w domu się nudzi, ma co prawda mnóstwo zabawek, ale co z tego, skoro partnera do zabawy żadnego: siostra odrabia lekcje, mama robi obiad, a tata jest zajęty jakąś naprawą. Co robić? Trzeba krzyczeć głośno "Nudzi mi się!". Ale, ale - Szymek nie wie (zniżam teraz głos i mówię szeptem), że jak się tak woła, to do znudzonego dziecka przychodzą nudzimisie i się z nim bawią. Pod jednym warunkiem: że się w te nudzimisie uwierzy, bo jak nie, to pozamiatane.

Nudzimisie są urocze! Hubek, który odpowiada na wezwanie Szymka, potrafi magicznie zmniejszyć przedszkolaka do swoich rozmiarów, dzięki czemu zabawa na przykład żołnierzykami nabiera nowego wymiaru. Towarzyszy też Szymkowi w przedszkolu, nie, tu już go nie zmniejsza, ale wspaniale pomaga chłopczykowi w rozwiązywaniu problemów.

Poza tym Hubek zabiera już nie Szymka, ale nas, czytelników, do nudzimisiowego świata. Cieplutkiego, mięciutkiego świata, gdzie domki wyrastają z nasionek, są drzewa lizakowe, a po obiadek rosnący na liściu wystarczy wyciągnąć rękę, zerwać i zjeść! Świat niemal idealny. Oczywiście, i tu zdarzają się problemy, ale sympatyczne nudzimisie potrafią sobie z nimi poradzić.

Bardzo spodobały mi się też rysunki autorstwa Agnieszki Kłos-Milewskiej. Krzysiowi też! Książkę wygrałam u Sabinki (bardzo dziękuję raz jeszcze), a niedawno dowiedziałam się, że pan Klimczak popełnił drugą część - koniecznie muszę sobie (zaraz tam sobie, nam!) sprawić!

Nudzimisie [Rafał Klimczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
"Nudzimisie" Rafał Klimczak, ilustracje Agnieszka Kłos-Milewska, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2011.

poniedziałek, 14 listopada 2011

"Kot Simona i kociokwik" Simon Tofield - błogość dla mej komiksowej duszy


Autor, Simon Tofield, ma cztery koty. Pierwszą książkę (komiks) napisał (narysował) o jednym z nich, drugą tak samo, w trzeciej (tej właśnie) dorzucił drugi koci egzemplarz. Jeśli w takim tempie będzie dokładał kolejne koty do komiksów, mamy zapewnioną stałą dostawę rozrywki, z czego należy tylko się cieszyć, bo wszystkie tomy nieustająco trzymają znakomity poziom.

Dlaczego? Bo to sama prawda, po pierwsze. Po drugie, prawda narysowana przez człowieka z poczuciem humoru. Wiecie, można opowiedzieć ten sam dowcip tak, że słuchacze tylko bąkną pod nosem "he, he" i to tylko dlatego, że słyszeli go już wcześniej i sobie przypomnieli, jak się śmiali za pierwszym razem; a  można opowiedzieć tak, że słuchacze spadają z krzeseł, trzymając się za brzuchy (dygresja mała: znakomitych opowiadaczy dowcipów jest wielu, ale absolutnego mistrza spotkałam raz w życiu; najgorszą chałę i badziew, najdurniejszą opowiastkę przedstawiał tak, że turlałam się ze śmiechu - to musi być dar od Najwyższego, bez wątpienia).

Tofield opowiada kocie historie tak, że można się szczerze uśmiać. Te historie na dodatek tworzą spójną całość: opisują to, co się dzieje w domu od momentu przybycia małego kociego nieszczęścia: poznawanie nowego miejsca i otoczenia przez to małe kocię, aż po dzikie harce i psikusy, właściwe kociemu dzieciństwu. W tym wszystkim musi się odnaleźć kot Simona - już nie taki młody, trochę zasiedziały, trochę upasiony i mało skoczny. Jak podejść do małego kociego kłębka? Tak, jak to się odbywa w tysiącach dokoconych domów: najpierw nieufnie, z prychaniem i pacaniem, potem w miarę zgodnie, a jeszcze potem to duży kot daje się za małego pokroić.

Po trzecie (bo tam było po pierwsze i drugie) kot Simona jest uniwersalny, bez słów, same obrazki tak samo przemawiające do kotolubnych w Chinach, na Jamajce, w Polsce i Meksyku. To wielka sztuka tak rysować i nie ulegać pokusie wtykaniu tu i ówdzie słowa pisanego.
Kot Simona i kociokwik [Simon Tofield]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

I filmik z małym kociakiem.


"Kot Simona i kociokwik" Simon Tofield, wydawnictwo W.A.B. 2011.



niedziela, 13 listopada 2011

"Ksiądz Rafał: Niespokojne czasy" Maciej Grabski - ku pokrzepieniu po raz drugi


Bardzo często bywa tak, że jak pierwsza część książki czy filmu jest naprawdę dobra, to na fali sukcesu robi się czy tam pisze część drugą, po czym okazuje się, że część druga nie jest w stanie udźwignąć ciężaru oczekiwań - i mamy większy lub mniejszy zawód i rozczarowanie.

Tego się właśnie obawiałam. Ale co tam, raz kozie śmierć, mówię i biorę się za czytanie drugiej części opowieści o księdzu Rafale. I w tym miejscu chciałam autora najmocniej przeprosić za niesłuszne podejrzenia. Panie Macieju, przepraszam! Druga część w niczym nie ustępuje pierwszej! I jest znakomita! Nie mogłam się oderwać!

Zaczyna się jak u Hitchcocka - małym trzęsieniem ziemi, czyli odwołaniem Rafała Nowiny z probostwa - i od razu czytelnik spina się się - no jak tak można, za co właściwie, za nic, niesprawiedliwie, dlaczego! No dobrze, ale usiadłam wygodniej (a coraz trudniej mi się tak umościć, zapewniam) i czytam, jak to odwołanie się skończy. Nie ma odwołania! Hura. Ale zawirowania pozostają.

Po pierwsze - zmarły biskup ma być pochowany w Gródku - co na to wyższa kościelna góra?
Po drugie - parafia dostała pieniądze, duże pieniądze, a nawet bardzo duże pieniądze. Jak się nimi dobrze zaopiekować, jak wykorzystać, jak podzielić?
Po trzecie - wyjazd z Gródka, aby zobaczyć papieża, pierwszego polskiego papieża, Jana Pawła II. Co za emocje!
Po czwarte - pobór do wojska na wsi jest czymś w rodzaju dopustu bożego, który chce odsunąć młoda lekarka, siostra księdza, ale czy jej się to uda? I za jaką cenę?
Po piąte - odwołuję swoje słowa z notki o poprzedniej części, te o pluciu i ścieraniu rękawem plamki, bo się myliłam, za co autorowi cześć i chwała, że nie poszedł na łatwiznę.
Po szóste - ślub!
Po siódme - dzieje się jeszcze mnóstwo, ale zdradzać nie będę, bo chętni czytelnicy doczytają sobie sami, a ja tylko serdecznie zachęcam, bo warto.
Po ósme - Enga pisze, że autor, czyli Maciej Grabski, to fajny gość. Jeśli jest taki, jak jego książki, to chcę go poznać!
Po dziewiąte - panie Macieju, czy zechciałby pan coś jeszcze napisać? Niekoniecznie o księdzu Rafale, choć za część trzecią o życiu Nowiny w Gródku zapewne żaden czytelnik, w tym ja,  by się nie obraził, ale może być też inna tematyka, ja bardzo chętnie sięgnę.

 "Ksiądz Rafał: Niespokojne czasy" Maciej Grabski, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2011.

sobota, 12 listopada 2011

"Czarne koty i prima aprilis" Harry Oliver - bardzo nudna książka


Boże, co za nudna książka! Podtytuł brzmi "Skąd się wzięły przesądy w naszym życiu?", ale autor skupia się raczej wymienianiu tych przesądów, a nie na ich genezie. Do tego w oczy bije, że autor jest Anglikiem, bo odnosi się w przeważającej części do brytyjskich przesądów, ciągle wspomina epokę wiktoriańską, przytacza angielskie wierszyki i rymowanki dziecięce - słowem, bardzo nasycił książkę angielskim ego, bardzo. Właściwie nie ma co mieć mu tego za złe, ale mnie się komfort czytania obniżył. Redakcja starała się poprawić, co mogła, wtykając tu i ówdzie przypisy, że w Polsce to jest nieco inaczej lub zgoła zupełnie inaczej, ale te przypisy nie zdołały, zatrzeć ogólnego mało pozytywnego wrażenia.

Gdy zaś dotarłam (znudzona już bardzo), do strony 270, gdzie autor pisze o czarnym bzie, witki mi opadły.
"Zmarłych grzebano czasem z gałązką bzu, aby odpędzić złe duchy; właśnie ze względu na to niefortunne skojarzenie z pochówkiem nigdy nie wyrabiano z dzikiego bzu dziecięcych kołysek".
Moi drodzy. Dziki bez to krzew, gałązki ma cienkie, jak na krzew przystało i dość kruche. Do tego z mięciutkim rdzeniem w środku. Z takich gałązek nie da się zrobić deseczki ani nawet listewki. Wyplatanie też spali na panewce. Jakim cudem jakiemukolwiek stolarzowi mogłoby przyjść do głowy wyrób kołysek z tak niesprzyjającego materiału?
Powie ktoś: no przecież właśnie nie wyrabiali, wszystko się zgadza! Tak, ale jak nie wyrabiali, to dlatego, że się nie da, a nie z powodu odległych skojarzeń z pochówkiem. To dość naciągane.
A dalej:
"W epoce kamienia wykonywano groty strzał w kształcie liści dzikiego bzu i całkiem możliwe, że już wtedy kojarzono tę roślinę ze śmiercią".
No ludzie złoci. To najpopularniejszy kształt liści... naprawdę naciągane wyjaśnienia, moim zdaniem.

Do bani ta książka.Ble. Podniosłam ocenę tylko ze względu na miłe skojarzenia z Karoliną Czwartą ciskającą butem za panną Lawendą po jej zaślubinach.

P.S. A w czytanej właśnie przeze mnie Flawii też jest o czarnym bzie, ale bez takich banialuków.


"Czarne koty i prima aprilis" Harry Oliver , tłum. Jakub Góralczyk, Wydawnictwo Literackie 2011.

czwartek, 10 listopada 2011

"Excalibur" Bernard Cornwell - trzeci tom o Arturze


Skończyłam trylogię. Z żalem, bo dobrze mi się ją czytało, choć musiałam poświęcić trochę czasu na przyzwyczajenie się do ciągłych bitew, ucinania sobie łbów mieczami, dziabania włóczniami, podpalania wiosek, gwałcenia kobiet, zgiełku bitewnego, szczęku oręża i przedśmiertnego kwiku koni. Tak, tam się nieustannie naparzają! Tłuką się jak najęci. Na szczęście przeogromnie lubię film "Braveheart" z Gibsonem, więc wejście w ten bitewny świat nie było takie trudne.

O czym jest ta trylogia?
O Arturze (nie królu!), nieślubnym synu Uthera Pendragona, który to Artur faktycznie władał (choć nietytularnie) Brytanią, jako opiekun prawowitego króla, Mordreda, jak najbardziej ślubnego wnuka Uthera. Cały zamysł, pomysł i idea tych trzech tomów opiera się na tym, że Mordred, prawowity władca, rządzić bardzo chce, ale się do tego kompletnie nie nadaje. Natomiast Artur, który byłby władcą idealnym, z charakterem, charyzmą i tak dalej - królem być nie chce! Wszyscy chcą (no, prawie wszyscy), żeby on był, a on nie i nie. Owszem, w zastępstwie króla może stoczyć tę czy inną bitwę, zawrze ten czy tamten rozejm - ale królem? Nie nie nie, on chce mieć swoją kobietę, spłachetek ziemi i sadzić tam marchewki (patrz poprzednia notka).

I proszę, tak trochę wbrew sobie - ale zawzięcie przez trzy tomy tłucze się z Saksonami (to naród czy raczej zlepek plemion, które wiecznie mają chrapkę na zasobne brytyjskie ziemie), a jak nie z nimi, to z Brytami, którzy mają ochotę trochę się pohandryczyć między sobą.
Jeśli akurat ani jedni ani drudzy nie mają nic do powiedzenia, Artur sam znajduje sobie kłopoty. Na przykład zrywając zaręczyny z jedną księżniczką, bo druga zawróciła mu w głowie. Albo ruszając do boju pod chrześcijańskim sztandarem, podczas gdy jego splendor zawsze kojarzony był z Brytanią, a nie z Chrystusem. Albo udaremniając przygotowania do wielkiego przedsięwzięcia, czyli sprowadzenia starych bogów z powrotem na ziemię, nad czym usilnie i długo pracował Merlin z Nimue.
Zresztą, każdy powód jest dobry, żeby się bić i nasz bohater walczy z zapałem, głosząc jednocześnie pochwałę pokoju, jedności i wzajemnego braterstwa.
"Artur próbował zmienić świat, a jego narzędziem była miłość"[1]
Tu wcale nie ma sprzeczności. Bo:
"Tylko głupiec pragnie wojny, ale kiedy już wybuchnie, nie można prowadzić jej bez entuzjazmu. Nie da się jej nawet prowadzić z żalem. Musi jej towarzyszyć dzika uciecha, zrodzona z pognębienia wroga i ta dzika uciecha sprawia, że największe pieśni naszych bardów opiewają miłość i wojnę" [2].

Chciałam się jeszcze trochę porozpisywać o przeróżnych aspektach trylogii, ale zrezygnowałam. Odsyłam do Eruany, albo na biblionetkę, bardzo dobre recenzje. Sama zaś chciałabym nostalgicznie zauważyć jedną rzecz: Cornwell napisał kawałeczek historii Brytanii, wplatając weń Artura bardzo zręcznie, malując legendę farbkami zupełnie innymi niż te, do których przywykliśmy. Wyszło mu to świetnie, znakomicie, rewelacyjnie! Nie mam pojęcia, jakim jest historykiem, ale pisarzem jest fantastycznym. Odwołuję zdanie z notki o pierwszej części, że wolę kobiece pióro. Wcale nie wolę, nie wybieram, oba pióra są idealne, w każdym znajduję coś dla siebie i zarówno Bradley, jak i Cornwella wpisuję na listę autorów wartych czytania.

---
[1] B. Cornwell "Nieprzyjaciel Boga", Erica, s. 296
[2] B. Cornwell "Excalibur", tłum. Paweł Korombel, Erica, s. 260

poniedziałek, 7 listopada 2011

Trylogia arturiańska na wesoło :)

" - [Tewdrik] Chciałby wiedzieć, czy w niebiesiech będziemy jedli jak śmiertelni, czy też potrzeba ziemskich pokarmów zostanie nam oszczędzona. Musicie wiedzieć, panie, że panuje przekonanie, iż anieli nie spożywają ni okruszyny, że w rzeczy samej zaoszczędzone im są wszelkie obrzydliwe ziemskie chętki. Stary król usiłuje naśladować to postępowanie. Je tyle co nic i przechwalał mi się,że pewnego razu udało mu się przeżyć całe trzy tygodnie, nie srając, po czym czuł się jakby spowity obłokiem świętości.
Ceinwyn uśmiechnęła się, lecz milczała, podczas gdy ja wytrzeszczałem z niewiarą oczy na biskupa. Ten dopił piwo do ostatniej kropli i dodał z powątpiewaniem:
- Tewdrik upiera się, że zagłodzi się do stanu świętości. Przyznaję, że nie jestem przekonany o słuszności podobnych postępków, ale w rzeczy samej wygląda jak mąż niezwykle świątobliwy. Wszyscy powinniśmy dostąpić takiego błogosławieństwa.
- Co powiada Agrykola?
- Ten z kolei przechwala się niezwykle częstym sraniem. Wybaczcie mi, pani.
- Cóż to musi być za radość spotkać się z tymi dwoma - rzekła sucho Ceinwyn". [1]

I proszę szanownego państwa, wymiękłam całkiem i parsknęłam śmiechem, jak to czytałam. :D

Potem wyłapałam fragment, gdy Artur zwierza się Derflowi:


"- Mogę wrócić po to, by dać Gwydre'owi tron, lecz poza tym zawieszę Excalibura na najwyższej krokwi dachu mojego dworu, Derflu, i pozwolę zarosnąć mu pajęczynami. Będę patrzył na morze, sadził zboże i przyglądał się, jak rosną moje wnuki". [2]

i momentalnie przed oczami zobaczyłam to:


Och, te rolnicze zapędy :)
---
[1] Bernard Cornwell "Excalibur, Erica, 2011, s. 151
[2] Tamże, s.535

czwartek, 3 listopada 2011

"Nieprzyjaciel Boga" Bernard Cornwell - drugi tom o Arturze


No i stało się! A mówiłam sobie: nie spiesz się, nie leć tak, zdążysz jeszcze. To nie, ja musiałam, koniecznie musiałam zaraz po "Nieprzyjacielu Boga" sięgnąć po "Excalibura", choć obiecywałam sobie, że zrobię sobie przerwę na spisanie wrażeń. Nie zrobiłam i teraz mi się wszystko zlewa. To wina Cornwella, on tak wciąga!

Ale co teraz mam zrobić, co napisać o drugim tomie trylogii arturiańskiej. Może by tak o ludziach?

Na przykład taki Lancelot. Wychowana na tych licznych legendach i na  "Mgłach Avalonu" dopiero do czytanych wyobrażałam sobie Lancelota jako urodziwego blondyna, pełnego cnót wszelakich, bohaterskiego i wojowniczego, a do tego usychającego z romantycznej miłości do żony Artura. A Cornwell przewrotnie przestawia tego rycerza jako nadętego bufona i tchórza, który na dodatek jest kłamcą i egoistą. Aparycja może i niezła, ale czarne przylizane włosy zamiast blond loków? A do tego wszystkiego Ginewrę owszem, ten tego, ale żadna tam wielka namiętność, tylko po prostu wyrachowanie. Bach, pękł mi balonik z wyobrażeniem.
"Książę, starszy ode mnie tylko o rok lub dwa, ale o wiele bardziej doświadczony, był szalenie przystojny, wysoki i dobrze wbudowany. Miał pociągłą twarz i ciemne oczy. Był równie uderzająco męski, jak Ginewra kobieca, ale przypominał jadowitego węża" [1].


Morgana jest w "Mgłach" (przepraszam, że tak się ciągle odwołuję, ale fascynuje mnie szukanie różnic i podobieństw) jest kapłanką Avalonu, subtelną, wykształconą (no, dość kierunkowo), zdecydowaną kobietą. Nieustannie darzy uczuciem Artura i ma mu za złe chrześcijańskie ciągoty. Morgana jest wierna starym bogom, a chrześcijan nie lubi, uważając ich religię za wielkie zło. Czytam Cornwella i bach, igiełką w Morganę: owszem, niegdyś kapłanka, ale rozczarowana może nie starymi bogami, a ich kapłanem Merlinem, przechodzi na chrześcijaństwo, i to od razu z pasją i impetem graniczącym z dewocją. Gdzieś się zapodziała też subtelność, Morgana jest straszliwie oszpecona przez pożar, sucha i zgorzkniała. Nienawidzi wszystkiego, co pogańskie: Artura, Ginewry, Merlina, a najbardziej Nimue. I wychodzi za mąż za biskupa (nawiasem mówiąc, obleśnego gada, ale miłość jest ślepa). Taaaak.
"Była tak konsekwentna w wyznawaniu Chrystusa, jak kiedyś w służbie dawnych bogom, i całą swoją potężną wolę ofiarowała zaraz po ślubie na potrzeby misjonarskiej działalności Sansuma" [2]

Ginewra, piękna żona Artura, przed tymi wszystkimi książkami była po prostu Ginewrą, żoną króla, która zakochała się w jednym z jego rycerzy. Po "Mgłach" stała się blond dziewusią z agorafobią, raz wzbudzającą politowanie, a raz znów irytującą niemożebnie wybujałą dewocją (tak, tam z kolei to Ginewra była wojującą chrześcijanką). Cornwell odmalowuje Ginewrę jako energiczną i ambitną piękność z burzą rudych loków. Niby szczerze kocha Artura, ale tak najbardziej kocha WŁADZĘ - a że Artur wielkich ciągot do zostania królem nie ma, to chwyta się kobieta innych metod na zostanie władczynią (czy też powinnam napisać, chwyta się innych mężczyzn). Jak to mówią, po trupach do celu...

Tak by można by przelecieć się jeszcze po innych słynnych imionach z mitów arturiańskich, zawsze coś ciekawego się wygrzebie, autor nie lubi wędrować udeptanymi ścieżkami i swoich bohaterów nakreśla po swojemu. Dzięki temu jest ciekawiej, jest barwniej. Jest naprawdę NIEŹLE*.

*- nieźle w znaczeniu wg Marlowe'a w scenie z jajecznicą w "Królu szczurów" Jamesa Clavella.



----
[1] Bernard Cornwell "Zimowy monarcha", tłum. Jerzy Żebrowski, Erica, 2010, s. 290.
[2] Bernard Cornwell "Nieprzyjaciel Boga", nazwiska tłumacza z niewiadomych względów nie zamieszczono, Erica, 2010, s. 312.