poniedziałek, 30 lipca 2012

"Miecze i mroczna magia" - antologia jednego opowiadania


Takie antologie są świetnymi zabijaczami czasu. Czyta się je bardzo przyjemnie, do tego są bardzo porządnie wydane, twarda oprawa, szycie i tak dalej - nie ma obaw, że nagle rozlecą się w rękach. Proszę, jak ładnie zaczęłam, od zalet, hehe, nie za długa lista, prawda?
Teraz wady, jest tylko jedna: kompletnie nie zostają w pamięci. Niby znane nazwiska (Steven Erikson, Glen Cook, Gene Wolfe, Tanith Lee, Robert Silverberg), światowe sławy, a wygląda, jakby opowiadania do potrzeb antologii wyciągnęli pomięte z kosza, albo szybko pisali na kolanie. Nic nie uderza, nic nie powala, nic nie zachwyca. Lub prawie nic.

Prawie, bo jedno opowiadanie zapamiętałam. Nie ukrywam, że na spotkaniu biblionetkowym łapczywie chwyciłam za tę książkę, bo zerknęłam na spis treści i oko mi zabłysło na widok jednego nazwiska.
Scott Lynch. Zaczął cykl Niecni Dżentelmeni, zaczął świetnie, dwa tomy się ukazały i nagle urwał.  Czekam na resztę, bo jest na co czekać. A tu proszę, opowiadanie. Kusiło mnie, żeby od niego zacząć, ale uczciwie zaczęłam od początku. No nic, naprawdę nic nie przykuło mojej uwagi. Dopóki nie dotarłam do opowiadania pod tytułem "Między regałami" Lyncha. Super.

Studenci piątego roku studiów magicznych przygotowują się do egzaminu na koniec roku. Egzaminem jest oddanie książki do biblioteki. Ha, jaki to smaczek dla wszystkich uczniów i studentów! Biblioteka gryzie, he, he. Zwłaszcza jak trzeba oddać książę. Poważnie! Gryzie, połyka, straszy i napada. Biblioteka pełna ksiąg magicznych, żyjąca własnym życiem, mrocznym i podstępnym, nie jest niczym nowym, zwłaszcza dla fanów Pratchetta, uuk. Co mi w ogóle nie przeszkadzało, bo Lynch rozwija wątek po swojemu, co bardzo mi się podobało. I tylko, niestety, zaostrzyło apetyt na "Republikę złodziei".

"Miecze i mroczna magia" pod redakcją Jonathana Strahana i Lou Andersa, przełożyli Ewa i Tomasz Hornowscy, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2011.

Miecze i mroczna magia [Glen Cook, Gene Wolfe, Steven Erikson, C.J. Cherryh, Robert Silverberg, Greg Keyes, Garth Nix, Scott Lynch]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 26 lipca 2012

"Nim nadejdzie mróz" Hennning Mankell - uwaga, Linda nadchodzi!


Pisałam już wiele razy, że bardzo lubię Wallandera. No bo lubię. Zmartwiłam się, gdy zaczął chorować i stało się już wiadome, że choroba uniemożliwi mu pracę. Koniec serii o Wallanderze, ech, psia kostka.

A tu proszę, pałeczkę przejmuje Linda Wallander, córka Kurta, świeżo po szkole policyjnej, ale uwaga, jeszcze nie policjantka. Dziewczyna ma już przydział do komendy w Ystad, ale do podjęcia obowiązków służbowych zostało jej jeszcze trochę czasu. Wykorzystuje je do odświeżenia znajomości z kilkoma dawnymi przyjaciółkami. Nagle bach, jedna z nich imieniem Anna znika niespodziewanie i bardzo tajemniczo, Linda zaczyna się martwić, próbuje zainteresować tym zniknięciem ojca, on ją zbywa, ona się denerwuje... i tu się trochę zatrzymam w tym skrócie fabuły, bo mnie straszliwie irytowało to, jak jak Kurt Wallander i Linda się do siebie odnoszą. Wrzeszczą, warczą, nie słuchają się wzajemnie, wiecznie mają do siebie pretensje. Ech, nie podobało mi się to.
Wracając do fabuły: okazało się, że zniknięcie Anny wiąże się z zabójstwem pewnej kobiety i dopiero wtedy Kurt zaczyna drążyć temat, a Linda mu pomaga w śledztwie. Nieoficjalnie, bo przecież nie jest jeszcze pracownikiem komendy. Ich współpraca początkowo układa się źle. Przenoszą te swoje tarcia i animozje z życia prywatnego na grunt służbowy. O matko kochana, słuchać się tego nie dało, a lektor swoje dołożył. Tak się starał oddać klimat, nie krzycząc przy tym, że chyba gardło sobie zdarł od krzyczenia szeptem. Paskudnie to brzmiało.

Na szczęście ojciec i córka dogadują się jakoś. On zaczyna pracować, jak to ma w zwyczaju, dokładnie i drobiazgowo analizując wszystkie informacje. Ona próbuje zaczerpnąć od niego jak najwięcej, przy tym popełnia swoje własne błędy - ich skutkiem jest wyjątkowo osobisty udział w dramatycznych wydarzeniach. To akurat jest charakterystyczne dla Mankella, zawsze lub prawie zawsze ściśle splata losy policjanta z losem złoczyńcy. Do tej pory w ciuciubabkę z aktualnie ściganym przestępcą bawił się Kurt, teraz pałeczkę przejęła Linda.

Po wysłuchaniu całej książki miałam mieszane uczucia. Moja sympatia do Wallandera została poważnie nadszarpnięta. Facet, który całkiem nieźle radzi sobie w pracy, prywatnie okazał się gburem, nerwusem i krzykaczem. Ale właściwie czego się spodziewałam po rozwodniku i pracoholiku, którego córka próbowała kiedyś popełnić samobójstwo? Że będzie wzorem grzeczności i uprzejmości? Samo życie, panie Mankell, tak to właśnie u pana jest i chyba dlatego lubię czytać pańskie powieści. Niech pan pisze, panie Mankell, ile się da.

Słówko o lektorze: Leszek Filipowicz to dla mnie żadna nowość, słuchałam już audiobooków w jego wykonaniu i raczej nie miałam większych zastrzeżeń. Teraz jednak zupełnie mi nie pasował. Nagła zmiana w środku odcinka brzmienia głosu czy natężenia - sama nie wiem, czy to kwestia lektora, czy realizatora nagrania. Z początku sądziłam, że to mój odtwarzacz szwankuje i nerwowo w niego stukałam. O krzyczeniu szeptem już pisałam. A to, co zrobił z kwestiami Lindy, woła o pomstę do nieba. Piskliwy, egzaltowany, czasami wręcz rozhisteryzowany głos - błagam, tak nie powinna brzmieć Linda Wallander! To w gruncie rzeczy całkiem sympatyczna i niegłupia dziewczyna. To zaś, co powiedziała o cmentarzach, porównując je do bibliotek, podbiło moje serce. Dla ciekawych - odcinek nr 43, mniej więcej w piątej minucie.
Na koniec malutka techniczna uwaga: w moim egzemplarzu książki dwukrotnie był nagrany ten sam fragment książki, niby nic, ale korekta powinna coś takiego wyłapać.

Bardzo dziękuję Bibliotece Akustycznej za egzemplarz audioksiążki!

"Nim nadejdzie mróz" Hennning Mankell, przełożyła Ewa Wojciechowska, czyta Leszek Filipowicz, Biblioteka Akustyczna 2012, Seria Sensacji i Kryminału.

Nim nadejdzie mróz [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 16 lipca 2012

"Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia" Marek Tomalik


Ustawiłam się do książki w kolejce na stronie Włóczykijki, kolejka długa, więc nawet już zapomniałam, że się ustawiłam, a tu proszę - przyszła, w towarzystwie czasoumilaczy, które zużyłam, zanim zdążyłam zrobić zdjęcie, więc zdjęcia nie będzie, tylko okładka.

Marek Tomalik jest Australijczykiem. Może i nie ma tego wpisanego w paszporcie, ale na pewno ma w sercu. Wyjechał tam po raz pierwszy jako młody chłopak, zakochał, na zawsze i na zabój, i wraca tam, wciąż wraca. Pisze też o Australii książki. Właściwie nie o Australii, tylko o tym, jak on ją widzi, jak ją czuje, jak smakuje dla niego ten kraj, jak on go rozumie.

Autor woli bezdroża od miast czy miasteczek. Noce spędza na dachu samochodu, nie w domu czy hotelu. Ogląda kraj z okna własnego samochodu terenowego, nie autokaru. Widać, że to rasowy traper. Ja nie jestem traperem, moje zdolności przetrwania w dzikim terenie ograniczają się do wybrania numeru na klawiaturze telefonu komórkowego oraz zbierania jagód - toteż wiele z tej książki przeszło obok mnie, bo nie doceniłam/ nie zrozumiałam/ nie podzielam pasji.

Ale podziwiam tego faceta, za wielkie zaangażowanie w Australię oraz za to, że odkrył Aborygenów mnie, czytelniczce. Co prawda dalej nie wiem, z czym ich się je, ale nie ja jedna, bo sam Tomalik przyznaje, że to bardzo tajemnicza kultura. Tajemnicza i niezrozumiała dla nas, białych. My bowiem w miarę upływu czasu rozwijaliśmy pieczołowicie cywilizację i budowaliśmy postęp (czy co tam się z postępem robi). Narzędzia, siedziby, koło, miasta, ustroje i drobnoustroje, nauka, technika, Noble i NASA. Na to postawiliśmy i tym się chełpimy. Dla nas kultura Aborygenów zatrzymała się gdzieś na początku tej drogi. Dla nich zaś wcale się nie zatrzymała. tylko podąża zupełnie inną drogą, tak bardzo inną, że jej kompletnie nie rozumiemy, a czego biały człowiek nie rozumie, tego się boi i to tępi. Ech. Indianie w rezerwatach, zapijaczeni Eskimosi i Zulusi w plastikowych sandałkach, stracone pokolenie Aborygenów (co za podłość), mamy się czym chwalić. Cywilizacja, psia jego mać.

Tak, te kawałki o Aborygenach w książce Tomalika zdecydowanie były najciekawsze. Natomiast o kangurach na środku drogi, o największych farmach na świecie, o pożarach buszu, o poszukiwaniu opali i o samochodach taplających się w błocie fajnie się czytało, ale pewnie za czas jakiś o tym zapomnę. Autorze, mam więc prośbę. Proszę napisać książkę o Aborygenach, tylko o nich. Pan to czuje, to coś, co jest potrzebne do napisania takiej książki. To by było naprawdę ciekawe.

No to czekam.

"Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia" Marek Tomalik, Wydawnictwo Otwarte, 2011.

Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia [Marek Tomalik]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 11 lipca 2012

Znów siedzę na wsi, znów się opalam

Oprócz tego zajmuję się dziećmi, sprzątam, piorę, karmię, zbieram, zamiatam, łupię, zrywam, siedzę, leżę, stoję na głowie. Wszystko, wszystko! :)

Ale również czytam, na ile się da.