sobota, 30 listopada 2013

"Naciśnij mnie" Hervé Tullet - idiotyzm, naciskać książkę, powiecie


Otóż wcale nie idiotyzm, to jest super pomysł! Ale o tym potem.

Zaopatrzyłam się w nią, bo czytałam pochlebne opinie, słyszałam, że książka zgarnęła jakieś nagrody, że przetłumaczono ją na jakąś nieprawdopodobną ilość języków itp. Musiałam sprawdzić, o co tyle szumu i zamówiłam sobie na fincie.

Przyszła, wołam dzieci, otwieram, a tam kropka. I cuda można zrobić z kropką, nacisnąć, dmuchnąć, klasnąć, a ona zmieni kolor, albo się powiększy, albo powieli. Cuda na kijku, przepraszam, kropce. Salwy śmiechu wywołało u nas przesypywanie kropek z prawej strony na lewą i odwrotnie. Dacie wiarę, że można przesypywać namalowane kropki? Można!

Super pomysł, podziwiam autora, z rzeczy wyjątkowo prostej zrobił coś zabawnego i przemiłego. To trzeba mieć talent. To co, gotowi?



"Naciśnij mnie" Hervé Tullet, tłumaczyła Marta Tychmanowicz, Wydawnictwo Babaryba 2011.

czwartek, 28 listopada 2013

"Zmierzch" Johan Theorin - gacie mi spadły


Sporo o nim słyszałam, o tym skandynawskim autorze. Głównie od Bookfy - jest jego zagorzałą fanką. Kiedy udało mi się zabrać do jednej z jego powieści, byłam ciekawa, czy facet sprosta moim oczekiwaniom.

Sprostał, z palcem w nosie.

Wiecie, co to Olandia? Sama dotąd nie wiedziałam, a to wyspa w Szwecji, druga co do wielkości po Gotlandii. Najbardziej charakterystyczny dla Olandii okazuje się alvaret - nizina pustynna, porośnięta trawą i jałowcami. Tam ginie pewnego dnia pięcioletni chłopczyk Jens i nigdy się nie odnajduje.

Matka chłopczyka, Julia, ciężko to przeżywa. Jeśli piszę  - przeżywa - to nie mam na myśli, że rozpacza, płacze, szaleje, a potem bierze się w garść; tylko że przeżywa to wciąż i wciąż. Jens jest niezagojoną, wiecznie jątrzącą się raną. Nie wiadomo, czy zginął, czy tylko zniknął. Julia nie umie sobie z tym poradzić, mijają dziesiątki lat, a ona pije i bierze zwolnienia lekarskie od psychiatry i wciąż, wciąż, wciąż cierpi.

Kiedy więc z Olandii dzwoni jej ojciec Gerlof z wiadomością, że ma nowe informacje o Jensie, Julia bez namysłu pakuje się i jedzie na wyspę. Tam powieść grawituje w stronę kryminału (wcześniej to był thriller); śledztwo prowadzi Gerlof, Julia i miejscowy policjant, który dobrze pamięta wydarzenia sprzed lat.

A potem? Potem robi się naprawdę emocjonująco i tak już trzyma do końca, a koniec jest taki, że gacie spadają. Gerlof niemal ginie, Julia w końcu dowiaduje się, co stało się z Jensem, a policjant... a, to już sami doczytacie, jeśli będziecie zainteresowani.

Zmierzch [Johan Theorin]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 26 listopada 2013

Stosik, rozdawajka, obraz i zapowiedź - czyli różne różności

Namnożyło  się ostatnio u mnie książek, toteż postanowiłam je pokazać, Marianka mi pomagała:


Od dołu:
"Zabawka Boga" Tadeusz Biedzki  - od wydawnictwa Bernardinum

"Król Cierni" Mark Lawrence  - wygrana w konkursie księgarni Victoria - warto odwiedzać ich profil na FB
"Republika złodziei" Scott Lynch - od wydawnictwa Mag
"Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman  - również od wydawnictwa Mag
"Skazana" Hannah Kent  - prezent od księgarni Victoria
"Magiczne lata" Robert McCammon  - zakup w księgarni Victoria (na spotkaniu ŚBK)
"Bajki z dna szuflady" Joanna Baran  - od wydawnictwa Skrzat
"Wierszyki na giętkie języki" Maurycy Polaski  - także od Skrzata
"Maks i ciekawe pomysły" Katarzyna Zychla  - jak wyżej
"Głos" Arnaldur Indridason  - od Biblioteki Akustycznej

Same śliczności, a żeby tego było mało, dziś dostałam i odpakowałam wielką przesyłkę, a tam:

Obrazek przedstawiający Mariankę i Krzysia oraz mnóstwo wróżek. Fota słaba, na żywo to jest śliczne, że ach. Autorka to Agata Matraś, znana z bloga Gackolandia. Dziękuję!

Zapowiedź to zapowiedź Konkursu Mikołajkowego na blogach ŚBK (tu fanpage, polecam śledzić), już niedługo, będzie zadanie do wykonania i  książki do wygrania!

Na koniec - rozdawajka! Ponieważ, jak widać na stosie, "Zabawki Boga" są dwie (dzięki uprzejmości  Bernardinum) - jedna z nich trafi do osoby, która zostawi swój komentarz pod tym wpisem  deklarujący chęć przygarnięcia i przeczytania książki.
Tematykę przybliży Wam Dofi we wpisie o tej książce, nie ukrywam, że dzięki niej zdecydowałam się na lekturę. Komentarze można zostawiać do końca listopada, warunek jest taki, że... e tam, nie ma warunków. Nowy posiadacz książki zostanie wyłoniony drogą losowania. Życzę powodzenia!

niedziela, 24 listopada 2013

"Szare śniegi Syberii" Ruta Sepetys - książka o nadziei


Zaczęłam lekturę nietypowo, bo od spotkania z autorką na Targach Książki w Krakowie. Spotkanie świetne, bo Ruta Sepetys okazała się osobą wyjątkowo medialną, ciepłą, a przy tym szczerą i bezpośrednią.
Opowiedziała nam o tym, jak zbierała materiały do książki, jak spotykała się z ludźmi, którzy przeżyli horror wywózki na Syberię, jak dała się zamknąć w wagonie (takim, w jakich wywożono ludzi) gdzieś w lesie. Także o tym, jak wzięła udział w eksperymencie organizowanym dla studentów. Ten ostatni epizod był bardzo poruszający. Potem było trochę o próbach wydania powieści, o dziesiątkach poprawek, o sukcesie... Pani Ruta nie tylko umie pisać, ale też świetnie opowiada.

A sama książka? Jest o młodej Litwince Linie, która wraz z rodziną trafia do pociągu wiozącego ludzi na Syberię. Za co? Za ojca, bo działa w konspiracji. Taka była stalinowska polityka: jeden zawinił, cała rodzina cierpiała. Lina z matką i bratem Jonasem tułają się, nie, co ja piszę, tułanie sugeruje swobodę, a oni, wepchnięci do wagonów, po prostu jadą, poczynając do Kowna na Litwie, przez Wilno, Smoleńsk, Omsk na Syberii, Jakuck, aż do Trofimowska nad Morzem Łaptiewów.
Wszędzie bieda, głód, zimno, brud, źli ludzie... dobrzy też, ale chyba mniej. Wszędzie też towarzyszy im nadzieja i hart ducha. A Linie towarzyszą jej rysunki, którymi wyraża wszystko, co jej się kłębi w duszy.

Nie chcę pisać o tym, co Lina przeżyła na wygnaniu, kto chce się dowiedzieć, zachęcam, niech sięgnie po książkę. Relacja z mojej, drugiej ręki (czy już właściwie trzeciej), byłaby żałośnie uboga, nie mam daru pisania jak pani Sepetys. Chciałam tylko napomknąć, że to wyjątkowe skurwysyństwo, ta masowa wywózka, upadlanie, gnębienie  - to się mogło urodzić tylko w chorym umyśle. Brr, aż mnie otrząsa.

Powracając do autorki - byłam ciekawa, czy po tych wielu poprawkach, wyrzuceniu co drastyczniejszych fragmentów, wygładzeniu - nie miała ochoty wydać książki ponownie, już bez skreśleń. Otóż nie. Powieść ukazała się i żyje swoim życiem, swoim i czytelników. Zmiany... chyba by nie wyszły na lepsze.
Tę odpowiedź uzyskałam pędząc za Rutą Sepetys, jej tłumaczką i panią Agatą Napiórską z Naszej Księgarni z sali, gdzie odbywało się spotkanie autorskie, na stoisko NK, gdzie autorka miała podpisywać książkę. Tłok nieziemski, peleton nam się rozciągał i rwał, pani Agato, serdecznie przepraszam za utrudnienie! Już nie będę, obiecuję.

Na koniec jeszcze jedno: polska autorka również napisała książkę o wywózce na Syberię. To Barbara Rybałtowska i jej "Bez pożegnania". Chciałam powiązać jakoś te dwie powieści, dać  cytaty, poszukać podobieństw... ale nie dałam rady. Temat jest ciężki i dwóch naraz książek nie udźwignę emocjonalnie. Podam tylko linka - "Bez pożegnania" i pokażę okładkę.
Jak widać, skojarzenia grafików odpowiedzialnych za okładki idą podobnymi ścieżkami.

Polecam mocno obie pozycje.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia za książkę!


O tej samej książce: Julia Orzech oraz Ktrya.
"Szare śniegi Syberii" Ruta Sepetys, przełożyli Joanna Bogunia i Dawid Juraszek, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Szare śniegi Syberii [Ruta Sepetys]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 23 listopada 2013

"Pięknym za nadobne" Margaret Millar


Pani doktor Charlotte. Zdolna lekarka z własną praktyką, piękna kobieta, w związku, ale związek nie do końca spełnia jej oczekiwania. Związana jest bowiem z prawnikiem, żonatym mężczyzną, którego żona jest pacjentką pani doktor. Mało komfortowa sytuacja...

Do pani doktor zgłasza się dziewczyna w ciąży i prosi o (wiadomą) pomoc. Dziewczyna nie chce dziecka, owocu nie miłości, a zdrady. Pomocy nie otrzymuje, odchodzi, a panią doktor dręczą wyrzuty sumienia, więc rusza w ślad za pacjentką (ok, niedoszłą pacjentką, a  tak naprawdę nie wiadomo, czy by nią została). Tylko że rychło okazuje się, że jest już za późno, dziewczę nie żyje. Czy popełniła samobójstwo? Nie wiadomo.

Tego ma się dowiedzieć policjant, który oprócz zawodowego zainteresowania sprawą wykazuje całkiem niezawodowe zainteresowanie piękną panią doktor. Ale Charlotte jest wierna prawnikowi. Prawnik zaś... no hm. To też niewiadoma.

"Pięknym za nadobne" jest połączeniem powieści obyczajowej i kryminału noir (noir to takie śladowe zarysowanie tylko), kryminału zdecydowanie więcej w tym tyglu. Widać, że to pisała kobieta, bo głównym bohaterem wcale nie jest policjant rozwiązujący zagadkę, tylko pani doktor, która jest tej zagadki częścią.

To byłby przeciętny kryminał, gdyby nie kilka ostatnich stron, na których autorka udowodniła, że potrafi naprawdę ZASKOCZYĆ czytelnika. Za to zaskoczenie stawiam ocenę dobrą. I za tłumaczenie, ale to już kumoterstwo, bo tłumaczyła Marta Kisiel,tak, TA Marta Kisiel. Dziękuję :)

Gwoli ciekawostki jeszcze - wiecie, że Margaret Milar to żona Rossa Macdonalda? Przepadam za jego cyklem z Archerem. Jak kiedyś wpadnie mi do głowy pisać o małżeństwach literackich, muszę o nich pamiętać.

"Pięknym za nadobne" Margaret Millar, przekład Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo C&T, Toruń 2011.

czwartek, 21 listopada 2013

ŚBK - Spotkanie w księgarni "Victoria"


Listopad - miesiąc, w którym grupa Śląskich Blogerów Książkowych spotkała się w zabrzańskiej księgarni "Victoria". To piękny początek współpracy.

Najpierw rekonesans: obadałyśmy galerię (świetne schody ruchome), potem księgarnię. Sporo miejsca, wszystko wyłożone, wszystko w zasięgu ręki, rzadko trafiają się egzemplarze zafoliowane. Brak komiksów (ech), audiobooki są, ale nie za dużo. Mnóstwo przecen.
Regały czytelnie opisane na górze, wiadomo, gdzie co jest. Ława, żeby sobie przysiąść – plus. Miejsce do kolorowania dla dzieci – drugi plus.

Dokładne oględziny księgarni


Po tym zaproszono nas do kawiarni, dwa kroki od księgarni. O mamuniu, jakie tam śliczne kawy robią. Z kwiatkami, esami floresami, serduszkami. Nawet misio się znalazł, misio wywołał chóralne „Ooooo.....” – takie „o” wiadomo, słodziutkie.

Z lewej kwiatek, z prawej miś, a może lew?


Następnie Małgosia, szefowa księgarni, zaskoczyła nas przemiło. Mianowicie, wyciągnęła mnóstwo torebeczek, każda była oznakowana nazwą bloga, a w środku – och, książki! Każdy bloger dostał po książce, każdy inną, dopasowaną do gustu czytelniczego. Wielki ukłon – niemało czasu trzeba było poświęcić na przejrzenie blogów i na dopasowanie książek. Do książek dołączona była jeszcze muffinka czekoladowa (mniam), podkładka pod szklaneczkę, kolorowa, że och, herbatka owocowa i długopis. Dłuższą chwilę oglądaliśmy prezenty, potem oglądaliśmy prezenty innych, lubię to.  Mnie się dostała „Skazana” Hannanh Kent - okazało się, jak już do domu przyjechałam, że miałam to w schowku!

 I od razu świetne humory

Gdy już przeszliśmy do debaty – ależ to szumnie nazwałam, debata, a to po prostu burza mózgów była, na zmianę z bezładną paplaniną – posypały się pomysły na współpracę. A to czytanie dzieciom, a to wymiana książek, a to spotkania autorskie, a to dyskusje tematyczne, a to konkursy na blogach połączone z promocją księgarni, tyle tego było, że nawet nie zdołałam wszystkiego zapamiętać. Jedno jest pewne – pomysłów nie zabraknie. Jedyny kłopocik, który mi od razu objawił, to szczupłość miejsca, ale i o tym Małgosia pomyślała i pomysły na obejście tegoż kłopotu ma. I dobrze. 

Dyskusje w podgrupach


Do księgarni jeszcze większość z nas wróciła, znęcona dodatkowym rabatem oferowanym przez Małgosię; zakupiłam sobie „Magiczne lata” Roberta McCammona, zachęcona mocno przez Karolinę; sama zaś zachęciłam mocno Martę do zakupu „Kłamstw Locke’a Lamory”, mam nadzieję, że nie będzie zawiedziona. I jeszcze dla synka książeczki z ćwiczeniami kupiłam, dla córeczki nie było, za to zawiozłam jej wspomnianą już muffinkę.


Fotka na pożegnanie - w mocno już okrojonym składzie


Podziękowania dla kolegów i koleżanek za obecność, a byli oprócz mnie:
Archer, Q, Julia Orzech, Silaqui z Lusią , Magdalenardo, Isadora, Ktrya, Aneczka, Sardegna, , Aleks andra, Klaudia, Sebastian,  Dominika i Beata.

Dziękuję księgarni "Victoria" - jej szefowej - za zaproszenie na spotkanie.

Wydawnictwu Prószyński i S-ka za książkę "Skazana" (a wiecie, że główna bohaterka tej książki ma na imię Agnes? Ha!)


Podobało mi się.

środa, 20 listopada 2013

Sherlock Holmes jednak nie jest do końca egoistą

"Muszę powiedzieć, że zawsze, gdy byłeś tak miły i opisywałeś moje skromne dokonania, z reguły nie doceniałeś swych własnych zdolności. Być może nie świecisz jak słońce, ale potrafisz wyprowadzić z mroku. Niektórzy ludzie, sami pozbawieni geniuszu, posiadają niezwykłą moc budzenia go w innych. Chcę powiedzieć, drogi przyjacielu, że jestem ci bardzo zobowiązany".





Źródło ilustracji: wikipedia.

* - "Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa" Sir Arthur Conan Doyle, tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski, Wydawnictwo REA, Warszawa 2010, s.635

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Włoskie buty" Henning Mankell - o tym, jak można się zmienić




Wallandera uwielbiam, toteż chętnie sięgałam po inne książki Mankella, już spoza serii o ystadzkim policjancie. Przeszło mi po "Chińczyku", który mnie okrutnie wymęczył. Kiedy więc usłyszałam, że jest nowa książka Mankella, ale nie kryminał, skrzywiłam się. A potem przeczytałam opis i uznałam, że warto sprawdzić.

Rzeczywiście, warto było. Bezapelacyjnie.

To opowieść o Fredericku Welinie -  starszym człowieku, emerytowanym lekarzu, który, zły na cały świat, zaszywa się na małej wyspie. Szorstki, oschły i samotny, ma za towarzyszy tylko zwierzęta: kotkę, psa i mrówki w salonie (nie żadne tam kilka mrówek, tylko uczciwe, porządne mrowisko). A od czasu do czasu na wyspę przypływa listonosz, hipochondryk i plotkarz.

Frederick prowadzi jednostajne i mało ekscytujące życie i pewnie prowadziłby je jeszcze długo, gdyby pewnego zimowego dnia na zamarzniętym jeziorze nie pokazała się w oddali sylwetka kobiety. Kto to? Starsza kobieta, podpierająca się przy chodzeniu balkonikiem, okazuje się być dawną dziewczyną Fredericka. Śmiertelnie chorą.

Od tego momentu życie emeryta przestaje być nudne, dzieje się tyle, że w głowie się kręci. Frederick broni się przed tymi zmianami. Starszemu człowiekowi trudno jest zmienić przyzwyczajenia, ale najtrudniej jest przyznać się do popełnionych błędów. Przyznać się, przeprosić, okazać skruchę. To rzeczywiście trudne, nie lubimy tych, którym wyrządziliśmy krzywdę, prawda?

Frederick jest starym, zaskorupiałym w swej negacji świata zewnętrznego ślimakiem. Nie lubiłam go, oj, jak go nie lubiłam. Mówiłam: "Ty stary zgredzie, no przeproś ją, czemu nie możesz, język ci przyrósł do podniebienia?" i gorzej też mówiłam. I alleluja! Frederick się zmienił. Obserwowałam zafascynowana ten proces. Jego wewnętrzny przełom odblokowywał coraz więcej w jego życiu. Wyjazdy, przyjęcia, śmierci - te spodziewane bądź nie. Niektóre sceny z życia emeryta jako żywo przypominały mi Wallandera (w końcu autor tyle o tym komisarzu napisał, że niektóre jego cechy czają się po prostu na czubku pióra), jak choćby nieudana próba zalotów.

Historia tego człowieka tak mnie wciągnęła, że gdy miałam już tylko ostatni odcinek do wysłuchania (płytka w odtwarzaczu samochodowym), po odebraniu dziecka z przedszkola zrobiłam rundkę objeżdżając miasto wkoło, byle tylko dokończyć audiobooka... Dziecko na szczęście nie protestowało przeciwko dodatkowej przejażdżce.

Znakomita ta książka. Już myślałam, że Mankell zaczyna się i kończy na Wallanderze, a tu wcale nie! Co a miła niespodzianka. Jeszcze jedno, bo bym zapomniała - sceneria. Kocham lód i śnieg w literaturze, tu miałam tego pod dostatkiem. I ta odcięta od świata wyspa, mamuniu, ja chcę taką! Albo chociaż domek na takiej wyspie! Tylko bez mrówek, bo mam awersję.

Słowo o lektorze: Leszka Filipowicza słuchałam już wcześniej, wcale jakoś na kolana nie rzucał, raz bywało lepiej, raz gorzej. A tu jest boski. Gburowaty  i burkliwy na początku (i tak ma być, bo narracja pierwszoosobowa, a bohater na początku to mruk), potem przekonywujący, a w rolach charakterystycznych (gwara) mistrzowski. Panie Leszku, chapeau bas!

Bardzo dziękuję Bibliotece Akustycznej za egzemplarz audioksiążki! 

Przełożyła Ewa Wojciechowska, czyta Leszek Filipowicz, Biblioteka Akustyczna 2013, czas nagrania 11h 5 min.

Włoskie buty [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

niedziela, 17 listopada 2013

Sherlock Holmes to egoista

"W owym czasie Watson opuścił mnie i zamieszkał ze swoją żoną. Przyznaję, że był to z jego strony jedyny egoistyczny czyn w trakcie całej naszej współpracy. 
Zostałem sam".*
Niedobry, niedobry Watson, jak mógł. Docenił szczęście małżeńskie (jak sam autor, sir Doyle) i porzucił Holmesa. Jak mógł.

Poniżej sir Arthur Conan Doyle z żoną.





Zdjęcie pochodzi stąd: http://www.mikehoganbooks.co.uk


---
 * - "Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa" Sir Arthur Conan Doyle, tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski, Wydawnictwo REA, Warszawa 2010, s.863

czwartek, 14 listopada 2013

"Pan Brumm wybiera się na wycieczkę" Daniel Napp - wyciągamy plecaki, choć za oknem listopad!


Pan Brumm (razem z Borsukiem i Kaszalotem) to jeden z tych miłych i sympatycznych bohaterów książkowych drenujących rodzicielską kieszeń. No bo jak u dziecięcia "zaskoczy" (a przecież nie zawsze zaskakuje), to się dokupuje i dokupuje...

Historyjka, jak to u pana Brumma, nieskomplikowana: wybiera się z przyjaciółmi na wycieczkę, która się troszkę przedłuża i biwak w terenie jest konieczny. Tylko że zawartość plecaków spakowanych przez pana Brumma nieco odbiega od biwakowych standardów... Ale to przecież pestka, Brumm, Kaszalot i Borsuk dadzą sobie doskonale radę, a na dodatek pomogą Ryjkowi w poszukiwaniu zaginionej owieczki.

Niedźwiedź sympatyczny jak zawsze. Ja jak zawsze szukam drobiazgów ukrytych na stronach, tych malutkich, dowcipnych rysuneczków, które są pochowane tu i tam - uwielbiam je!

Krzyś natomiast szczególnymi względami obdarzył wykleję okładki. Z przodu są narysowane różnorakie przedmioty (np latarka, kosz na śmieci, kurtka przeciwdeszczowa, znak drogowy), z których trzeba wybrać te, które przydadzą się na wycieczce. Z tyłu natomiast zostawiono tylko te prawidłowe. Świetna zabawa! Tylko mam wątpliwości co do kaloszy, bo skoro kurtka przeciwdeszczowa, to czemu nie kalosze?



Tak czy siak, zabawa przednia. Polecamy mocno. Przy następnym czytaniu wyciągam plecak i będziemy kompletować własny ekwipunek.

"Pan Brumm wybiera się na wycieczkę" Daniel Napp, tłum. Elżbieta Zarych, wydawnictwo Bona, 2012.

wtorek, 12 listopada 2013

"Szczęśliwy pech" Iwona Banach - takie osoby jak Regi nie istnieją


Siadam do opisywania tej powieści i myślę: no nie, teraz to mam przegrzebane. Wzięłam to na Targach Książki w Katowicach, do recenzji od wydawnictwa NK. Jak się okazało, to książka mojej biblionetkowej znajomej (wirtualnie znanej mi już wcześniej, twarzą w twarz udało nam się spotkać właśnie na tych Targach) i teraz, jeśli będę chciała napisać coś mało pochlebnego, będzie mi głupio. Tak myślałam. Potem na szczęście przypomniałam sobie,  po co ten blog powstał i porzuciłam zbędne obawy.

Pierwsza myśl po przeczytaniu powieści - to jest, kurka, niemożliwe, takie osoby nie istnieją. Mowa oczywiście o Reginaldzie Kozłowskiej. Reginalda to osoba, którą otula obłok destrukcji. Reginalda łamie, zrzuca, popycha i tłucze. Przy tym jest całkiem miła i bystra. Rafał ma nieszczęście znaleźć się w tym obłoku, obrażenia są nieuniknione, ale facet znosi to z męstwem i godnością osobistą. Wiadomo, czym to pachnie, prawda? Bo kto się czubi... A w takim huraganie, jaki wokół siebie robi Reginalda, łatwo stracić głowę.

Motyw poszukiwania skarbu jak z Nienackiego, sympatyczny. Opukiwanie ścian i demolowanie podłóg już mniej sympatyczne, ale to po prostu naturalna niechęć do wandalizmu mi się odezwała. Ale odkrycie skarbu przebija wszystko. No co za skarb, klękajcie narody! Sama bym chciała taki odkryć.

"Szczęśliwy pech" to powieść lekka, łatwa i przyjemna. Nie moja bajka, rzadko sięgam po takie, ale tę przeczytałam do końca, na zmianę  irytując się (no bo takie osoby jak Rego nie istnieją) i śmiejąc. Dziękuję, Iwono, za cudną wizję znaleziska. Ech, wykopać by takie...

A teraz, żeby rozjaśnić mroki tego chaosu powyżej, oficjalna notka wydawnictwa:
Pewnego dnia w życiu całkiem spokojnego mężczyzny pojawia się dziewczyna o dziwnym imieniu. Jest to osoba szalenie pomysłowa – i szczególnie dobrze jej wychodzi wywoływanie wszelkiego rodzaju kataklizmów. Dom grozi zawaleniem, w pobliżu krąży seryjny morderca, a tajemniczy mafioso pastwi się nad językiem polskim i zrywa podłogi... Czy w tak ekstremalnych warunkach zakwitnie miłość? Trudno powiedzieć, skoro obdarzona nie byle jakim temperamentem Regi woli rzucać kilofem i wyzwiskami, zamiast wzdychać przy świetle księżyca.

"Szczęśliwy pech" to książka o tym, że każda, nawet najbardziej niebezpieczna dla otoczenia jednostka ma szansę znaleźć szczęście i że szczęściem może być również kilka dziur w ścianach względnie latająca rynna. Szczęścia starczy dla każdego i dla wszystkich, trzeba tylko... omijać z daleka Reginaldę Kozłowską. 
 Jeszcze jedno:  łamana polszczyzna Tonina z Italii cudna.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia za książkę!

"Szczęśliwy pech" Iwona Banach, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2013.

Szczęśliwy pech [Iwona Banach]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 10 listopada 2013

"Krople światła" Rafael Marin - być Poetą


Lubię, gdy tytuł książki, nawet po wielu latach, otwiera od pierwszego kopa szufladkę w głowie, gdzie się chowa wrażenie z lektury i ślady fabuły. Taka, wiecie, "Smilla w labiryntach śniegu" czy "Dzień Szakala". Niestety, w przypadku "Kropel światła" trzeba będzie długo kopać...

Hamlet Evans to główny bohater powieści. Na dzień dobry pojawia się przed nami jako właściciel kosmicznego cyrku i klaun, który musi w pośpiechu kończyć swój numer i zwijać cyrk, bo pojawia się statek Korporacji, mający wyraźnie wrogie zamiary. Czyli zaczynamy lekturę od końca.

Po tym wstępie lecimy już jak Bozia przykazała, czyli od jajka. Czyli od tego, jak Hamlet Evans został poetą, a raczej Poetą - wyszkolonym i z dyplomem twórcą opiewającym bitewne zmagania Ziemian na różnych kosmicznych frontach. Taki Poeta, jak już odbędzie szkolenie, dostaje przydział na statek i bierze udział w podbojach. Przy takiej robocie można naoglądać się różności, można zginąć, można wywrócić sobie na nice światopogląd - to właśnie przytrafia się Hamletowi, który buntuje się przeciwko Korporacji.

Dlaczego? No, a dlaczego od wieków ludzie buntują się przeciwko systemowi? Przeciwko zniewoleniu, odebraniu wolnej woli, uniformizacji? Bo się nie godzą na niesprawiedliwość, bo mają dość. A Hamlet ma dość kłamstwa, już nie chce opiewać, chce pisać, ale prawdę i tylko prawdę.
"Zbyt długo stałem na uboczu, kryjąc moje wnętrze pod czerwoną sadzą alkoholu i wesołości, pod fałszywymi poematami, które cieszyły wszystkich słuchaczy prócz mnie jednego. Zbyt długo uginałem się jak palma przed huraganem, pozwoliłem, żeby wicher machał wokół mnie swymi szponami, mnie zostawiając w spokoju, moim postępowaniem wspierałem rzezie, od których przewracało mi się w żołądku. Potem, powoli, że prawie nie zdawałem sobie z tego sprawy, myśli skrywane w środku wyszły na jaw i opisałem wszystko w całym jego okropieństwie, pokazując nędzę bezsensownych wydarzeń, w których krew płynie rzekami i robiąc to odnalazłem chyba spokój, którego szukałem, bo tak miałem przynajmniej pewność, że moja praca jest słuszna i choć nie mogłem tym naprawić zniszczeń czynionych przez moich bliźnich, czułem się lepiej, pisząc i robiąc to tak, jak chciałem, tak, jak uważałem za konieczne".

Korporacja to zło, to zwykła, rabunkowa konkwista. A poeci, przepraszam, Poeci, swoim talentem mają usprawiedliwiać, wybielać, uwznioślać. Czyli kłamać i oszukiwać...

Jednak w tej książce oprócz tego - w gruncie rzeczy prostego - dylematu moralnego, zawarty jest kawał porządnej space opery. Przeboje i podboje, walki z robalami, urywanie  kończyn, terraformowanie planet, wszystko soczyste, krwiste i uczciwie kosmiczne. Jeśli się takie powieści lubi, to  Rafael Marin dostarcza ulubionej rozrywki szczerze i hojnie.

Hmm, może nawet zbyt hojnie? Mam na myśli... proszę, zerknijcie raz jeszcze na przytoczony cytat. Ostatnie, co można mu zarzucić, to zwięzłość. Owszem, to autor tak dokładnie opisuje to, o co mu chodzi,to dobrze, ale podczas czytania miałam leciutkie wrażenie redundancji. Gdyby autor nieco skupił się nad tekstem, nieco go okroił, chyba nadałoby to książce ostrości i polotu. Coś jak spojrzenie na świat przez zmrużone oczy, znikają zbędne detale, zostaje samo sedno.

Co nie zmienia faktu, że i tak mi się podobało, a dodatkowy atut to egzotyka. Jaka? Ano,  nieczęsto mam okazję czytać powieści s-f inne niż polskie, rosyjskie i amerykańskie, a "Krople światła" to pierwsza hiszpańska powieść s-f, jaką miałam okazję przeczytać.        

"Krople światła"  Rafael Marin, tłumaczył Tomasz Pindel, Solaris, 2003.                                       

Holmes, wrzosowiska i Londyn


"Po deszczowej nocy nastał przepiękny poranek, a wrzosowisko usiane kępkami kwitnącego jałowca wydawało się jeszcze piękniejsze naszym oczom znużonym szaroburym Londynem".*

24 January 1934: Lincoln’s Inn Fields. (Fred Morley/Fox Photos / Getty Images)

Zdjęcie pochodzi z tego wpisu: Awesome B&W Photos of London Fog from Between 1910s-50s - polecam.


* - "Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa" Sir Arthur Conan Doyle, tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski, Wydawnictwo REA, Warszawa 2010, s.505

czwartek, 7 listopada 2013

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - komiks na podstawie trylogii "Millenium"


Słowo daję, dawno nie byłam tak zdziwiona, kiedy zobaczyłam  dwie księgi tego komiksu, które wyglądały jak dwie różne pozycje. Jedna w twardej, lakierowanej oprawie, z boskimi plecami dziewczyny z tatuażem. Drugi też w twardej, ale matowej, ascetycznej oprawie, do tego błyszcząca obwoluta. Też z Lisbeth, ale... mniejsza o to, widać okładki.

Treść znałam już wcześniej, bo trylogię "Millenium" miałam okazję już przeczytać. Byłam ciekawa, jak twórcy komiksu przeniosą fabułę do powieści graficznej. I wiecie co? Wyszło całkiem nieźle!

Przede wszystkim zniknęły nieszczęsne dłużyzny - czyli co Mikael jadł, ile kubków kawy wypił i w jakie meble Lisbeth wyposażyła swoje nowe mieszkanie. Siłą rzeczy poboczne wątki też uległy zatarciu - no nie  da się wszystkiego narysować, albo inaczej, da się, ale komiks byłby gruby jak "Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa". Zostało to, co najważniejsze, czyli po pierwsze wpadka Mikaela Bloomkvista z informatorem i w konsekwencji więzienie; po drugie śledztwo prowadzone przez Mikaela na zlecenie Henrika Vangera w sprawie Harriet (dawno temu zaginionej siostrzenicy Henrika); po trzecie wątek Lisbeth Salander, która pomaga Mikaelowi w zbieraniu informacji.

Wszystkie te wątki przedstawione są bardzo graficznie, tekstu tam niewiele. I świetnie. Rozkoszowałam się rysunkami. Nie, źle napisałam, nie rozkoszowałam się, a uważnie przyglądałam poszczególnym planszom. W obliczu ogromu przemocy obecnej w komiksie słowo rozkosz jednak nie pasuje.

Pasują za to kolory. Ciemne kadry, zgaszone światło, mroczne pomieszczenia. To jest Skandynawia Wallandera, trochę ponura, trochę posępna, a trochę całkiem zwyczajna. Taką lubię.

Znalazły się też elementy, które mi się nie podobały. To, że Mikael w zależności od tego, który profil ma rysowany, wygląda na dwie albo nawet trzy osoby. To, że rysownicy niefrasobliwie traktują strony lewą i prawą.  O ile w przypadku obrączki wędrującej z dłoni na dłoń jednej z bohaterek nie ma to większego znaczenia, o tyle ten sam zakręt w lewo a potem w prawo wywołał u mnie konsternację, przez lupę niemalże śledziłam strony... hm, no nie napiszę, które, bo nie są numerowane (nie lubię tego, co szkodzi wstawić numerek?). Autorzy mają też niejaki problem z rysowaniem tyłów głów.
Co ciekawe, jeśli chodzi o Lisbeth Salander, zawsze jest narysowana perfekcyjnie!


Całość dobra, naprawdę polecam. Tyle że może z jednego wydania - bo doszłam w końcu, czemu te księgi się różnią. Wydanie z obwolutą, wydanie bez obwoluty. Mix taki miałam i stąd moje zdziwienie. Kawałek komiksu można obejrzeć tu komiks.gildia.pl

Za komiks bardzo dziękuję Moisesowi z Wydawnictwa Czarna Owca!

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" na podstawie trylogii "Millenium" Stiega Larssona. Scenariusz: Denise Mina, ilustracje: Leonardo Manco i Andrea Mutti, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012 (księga pierwsza) i 2013 (księga druga), wydawca oryginalny: DC Comics - Vertigo.

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Niewidzialne oko" Henry Kuttner - najlepsze w s-f są skrzaty


Zbiór opowiadań dorwany w bibliotece w Piekarach Śląskich w ramach bookcrossingu. Składa się z sześciu tekstów.

1. "Wierna miłość"
Znakomite opowiadanie noir o tym, jak wierna i zazdrosna potrafi być szafa grająca. Humor mocno zarysowany, a King ze swoją  Christine niech się chowa, ona jest tylko straszna.

2. "Wstrząs"
Tytuł do bani, bo nijak nie kojarzy się z treścią. Treść to spotkanie człowieka z 1953 roku z człowiekiem z przyszłości; ten drugi odwiedza pierwszego przechodząc przez dziurę w ścianie. Dziura kusi, a jakże, ale rewizyta okazuje się nie najszczęśliwszym pomysłem.

3. "Problem mieszkaniowy"
Uwielbiam, gdy pisarze w poszukiwaniu inspiracji sięgają do podań i legend. Tutaj autor sięgnął po krasnoludki i skrzaty, które mieszkają u ludzi i płacą czynsz, wcale nie złotem, tylko czymś cenniejszym. Bardzo dobre, zwięzłe i smakowite. Najlepsze opowiadanie ze zbioru.

4. "Niewidzialne oko"
Podobnie jak Dick w "Raporcie mniejszości", tak tu Kuttner bierze się za wymiar sprawiedliwości. Zbrodnię można popełnić, ale "ogłoszono, że akt zabójstwa nie podlega karze, o ile nie udowodniono intencji i premedytacji"*  Udowodnić można za pomocą urządzenia, które zagląda w przeszłość, które patrzy i słucha, rejestruje wszystko, tylko do umysłu zajrzeć nie potrafi. Czy to urządzenie można oszukać? Jeśli tak, to trzeba się porządnie napracować.

5. "Niebo się wali"
Mało interesujące opowiadanie o tym, że wszędzie można oszaleć, na Ziemi, na Marsie, wszędzie. Tylko że na Marsie konsekwencje utraty zmysłów są poważniejsze.

6. "Wielka noc"
W przestrzeni międzyplanetarnej do niedawna (biorąc pod uwagę świat wykreowany w powieści) królowały statki hiperprzestrzenne. Na nich wspierał się handel, transport, wymiana towarów - i oczywiście nielegalny przemyt.  Nadchodzi jednak nowa era - przekaźników materii. Statki powoli przestają być potrzebne. A co z ludźmi, którzy na nich latają? Czy zdołają się przestawić?
Nostalgiczne to opowiadanie i uniwersalne. Coś się kończy, coś się zaczyna... Czy lepiej trzymać się tradycji czy dać krok naprzód? Ludzie od zarania cywilizacji zadają sobie to pytanie.

Całkiem niezły zbiorek, choć nie wszystkie opowiadania wywarły na mnie dobre wrażenie. Kuttner chyba lepiej radzi sobie z krótkimi formami, podszytymi humorem czy ironią. W dłuższych tekstach jakoś się rozmywa, traci spójność i bystre spojrzenie.

Ciekawe, kto tłumaczył - w książce pominięto tę informację.

---
* "Niewidzialne oko" Henry Kuttner, tom 2 "Najlepszych opowiadań", Wydawnictwo PiK, Katowice 1993, s. 71.

piątek, 1 listopada 2013

"Pod Przechytrzonym Lisem" Martha Grimes - elegancko i z klasą


Inspektora  Jury'ego zdążyłam już poznać z powieści "Pod Huncwotem", tak samo Melrose'a Planta i lady Agatę. Znów się z nimi spotykam, tym razem "Pod Przechytrzonym Lisem". Lady Agata zostaje troszkę odsunięta na bok przy tej sprawie, nieco wbrew jej woli, za to Jury'ego jest mnóstwo. Inspektor jedzie do Rackmoor nad Morzem Północnym, gdzie znaleziono ciało kobiety podziabane wielkim widelcem. Niedługo potem do tej samej miejscowości trafia Melrose Plant. Każdy po swojemu, i każdy skutecznie, zabiera się za rozwiązanie zagadki morderstwa.

A podejrzanych jest sporo: rodzina pułkownika Craela, u którego zatrzymała się zmarła (jak jeszcze żyła, oczywiście), jego służba, malarz utalentowany i biedny, młoda właścicielka miejscowej kawiarni, starsza przyjaciółka sir Craela, jej siostrzeniec... Jest w czym wybierać.

Trzy rzeczy zwróciły moją szczególną uwagę. Po pierwsze, Grimes lubi portretować dzieci, które są nad wiek rozwinięte (vide Emma). Tutaj jest to Bertie. Matka opuściła go, bo nie pasował do jej pomysłu na życie ani do nowego partnera. Mimo to chłopak radzi sobie nad podziw dobrze. Oprócz, oczywiście, tęsknoty za matką.

Po drugie, autorka wprowadziła na scenę fantastyczną postać. To inspektor Ian Harkins z wydziału dochodzeniowo-śledczego w Pitlochary.
"Był doskonałym policjantem, to prawda, jednak za żadne skarby nie dopuściłby do tego, żeby wyglądać jak policjant".[1]
Więc: własny krawiec, samochód lotus elan, płaszcz z wielbłądziej wełny i ręcznie robione kubańskie cygara. Ależ oryginał!

Po trzecie - kobieta, która zmarła śmiercią bardzo gwałtowną, podawała się za osobę bardzo blisko kiedyś związaną z rodziną Craelów. Osoba ta kilkanaście lat temu znikła w niewytłumaczonych okolicznościach, a teraz się odnalazła. Motyw identyczny jak w książce Josephine Tey "Bartłomiej Farrar" i jako taki bardzo mi się podoba, bo kocham książki Josephone Tey.

Ach, lubię tę autorkę. Grimes pisze w sposób, który mi bardzo odpowiada. Angielski klimacik, stoicki detektyw, zbrodnie, które nie tryskają na czytelnika fontannami krwi, brak spektakularnych pościgów i strzelaniny. Wszystko elegancko i z klasą, w przerwach pomiędzy lunchem a popołudniową herbatką rozwiązuje się zagadki kryminalne.

Garść cytatów zamieszczam. Trafnych:
"- Czy chodzi o to, że uważa pan Juliana za trochę szalonego?
- »Trochę« szalonego? Co za dziwne podejście. Utrata rozumu jest z pewnością czymś takim jak utrata dziewictwa. Tracąc go trochę, człowiek traci mnóstwo".[2]
  Zabawnych:

 "Jury przypomniał sobie, że sam, mając szesnaście lat, zachowywał się dokładnie tak jak Les w tej chwili, to znaczy usiłował udawać, że nic nie jest w stanie zrobić na nim wrażenia. Czy naprawdę kiedykolwiek byłem w tym wieku?, zastanowił się jeszcze i przywołał obraz nastoletniej, amorficznej, nudnej i nieokreślonej kluchy".[3]
  I takich, przy których cieszę się, że sięgnęłam po Poego, chociaż mi się nie podobał.
"Dom sir Titusa Craela, baroneta, był dworem w stylu elżbietańskim.Jego usytuowanie sprawiało, że z okien rozciągał się widok na potężne klify Morza Północnego. Dwór wyglądał tak, jakby go zbudowano z wymytego prawie do białości przez deszcze tego samego rodzaju wapienia, co mury otaczające miasto York. Wyłaniał się teraz z grubej warstwy wiszącej tuż nad ziemią mgły i majaczył poprzez unoszące się wyżej opary".[4]

"- Old House przypomina mi dom Usherów z opowiadania Poego. Wyobraźmy sobie, że zajeżdżam o północy powozem... - Melrose ułożył dłonie w kształt ramki obrazka. - Dwór na tle czarnego nieba, oświetlony jedynie bladym światłem księżyca w pełni. Pęknięcie tynku na ścianie. I Roderick - to znaczy Julian - ponury, przy fortepianie oświetlonym światłem świec w kandelabrze".[5]


----
[1]"Pod Przechytrzonym Lisem" Martha Grimes, przełożyła Anna Bartkowicz, W.A.B. Warszawa 2011, s. 20
[2] Tamże, s.143
[3] Tamże, s. 161
[4] Tamże, s. 87-88
[5] Tamże, s. 143