piątek, 31 stycznia 2014

Wymień książkę na inną! Zabrze - 1 lutego 2014



Przypominam i zachęcam do udziału w akcji "Wymiana książek"! :) 

Regulamin całej akcji wygląda następująco:

1) Wymianę książkową organizują Śląscy blogerzy książkowi oraz Księgarnia "Victoria" Galeria Zabrze w zaprzyjaźnionej Herbaciarnia Czajnik Zabrze, ul. Św. Barbary 18a
2) Organizatorzy akcji w żaden sposób nie zarabiają na tej akcji oraz nie czerpią z niej żadnych innych profitów
3) Wymiana odbędzie się 1 lutego 2014, w godzinach od 14.00 do 19.00
4) "Ile przynosisz tyle wynosisz" to główna zasada akcji.
5) Książki wymieniamy w dwóch kategoriach (ze względu na datę wydania książki): od 2000 do 2007 i od 2008 do 2014
6) Wymieniamy tylko beletrystykę dla dorosłych (ewentualnie dla starszej młodzieży). Wykluczone są więc książki dla dzieci, podręczniki, poradniki, komiksy itp.
7) Wymiana odbywa się "z ręki do ręki" - jeśli zainteresuje nas dana pozycja na stoliku z danej kategorii to wymieniamy ją na własne książki z tej samej kategorii (decyduje rok wydania)
8) Jeśli mimo usilnych starań nie wypatrzyłeś nic ciekawego to przyniesione przez siebie książki możesz wymienić na kupon rabatowy o wartości - 20% na zakupy w Księgarni "Victoria" w Zabrzu ważny przez 10 dni
9) Książki pozyskane w wymianie za kupon rabatowy będą dostępne na kolejnej wymianie/zostaną przekazane na rzecz akcji organizowanej przez Sztukater
10) Wszystkie inne wątpliwości rozwieją blogerzy 


---- 
Wybieram się, a jakże.  :)

środa, 29 stycznia 2014

"Ronin" Stan Sakai - królik z przytupem


Polecił mi to wystawca na stoisku  wydawnictwa Egmont (no dobra, jakieś kilka miesięcy po imprezie zorientowałam się, że to Tomasz Kołodziejczak, teraz sobie gratuluję gapiostwa, przecież znam jego pióro!), mówiąc, że to dobry sposób na zapoznanie się z japońskim komiksem. Toteż zapoznałam się. I co?

Fajne, ale to jakoś nie moja bajka. Fajne, bo i ja kiedyś pasjami, jak wszyscy zresztą, oglądałam filmy ze sztukami walki, karate, kung fu itp  (Bruce Lee rządzi, wiem, że to NIE Japończyk) i sama ciosałam z zapałem, wrzeszcząc "Iiii haaaa!" czy coś równie niezrozumiałego. Jednakowoż wyrosłam. Z "Usagi Yojimbo" też wyrosłam, jeszcze przed przeczytaniem, co nie zmienia faktu, że przeczytałam z zainteresowaniem.

Podobał mi się pomysł, żeby głównym bohaterem, czyli samurajem uczynić królika. Samuraj na swojej drodze spotyka świnie, nosorożce, koty - zabieg znany mi z "Blacksada", tam też mi się to podobało. Czaderskie są malusie dinozaurki, pałętające się bohaterom komiksu pod nogami i czasem kiepsko na tym wychodzące. Podobały mi się te wszystkie świsty strzał, ziutnięcia mieczy i tamparampanie końskich kopyt.

Historie opowiedziane przyjęłam obojętnie, ot, wędruje ronin i wdaje się w różne potyczki. Tu chlaśnie mieczem, tam wyratuje biedaka z opresji, gdzie indziej znów złoi złodziejowi skórę. Prawie zawsze prawy i szlachetny, czasem wydłubuje z siebie sztubackie poczucie humoru (rzadko,bo przez większość akcji jest poważny i sztywny jak kołek akacjowy). Trochę taki nasz wiedźmin Geralt. Spłyciłam sobie odbiór, bo tak naprawdę dużo się można dowiedzieć o feudalnej Japonii, o relacjach samuraj i jego pan, o poczuciu honoru i obowiązkowości. Ba, nawet o uczuciach, które, jak w życiu, są obecne i nie da się ich wymazać. Tylko że, jak już pisałam, to nie jest to, co lubię najbardziej.

Nie podobały mi się ciasne, nawet mocno ciasne kadry i kompletny brak koloru. Wiem, takie było założenie i głupio jest robić z tego zarzut, ale np w takim "Persepolis" czarno-białe kadry bardzo mi odpowiadały, a tu wcale.

Fajne, ale na raz. Kolejnych części raczej nie kupię. Chyba że kiedyś, kiedyś, może....

Przykładowa plansza - z alejakomiksu.com:

 
Tom pierwszy serii "Usagi Yojimbo", tłumaczenie z angielskiego Jarosław "Orkanaugorze" Rybski, Egmont Polska 2012, Klub Świata Komiksu, album 739 (i katarakta dla tego, kto wymyślił stronę redakcyjną i tytułową ze spisem treści w rzucik, czyniąc tekst wyjątkowo mało czytelnym).

Inne recencje:
komiks.bestiariusz.pl
alejakomiksu.com

niedziela, 26 stycznia 2014

"Dzika kuchnia" Łukasz Łuczaj - jeszcze nie sezon, ale drżyj, wiosno! Drżyjcie, chwasty i badyle!


Ależ ten facet to oszołom! - wykrzyknęłam sobie po przeczytaniu książki. No tak, ale oszołom wyjątkowy sympatyczny, oczytany, z wyjątkową i bogatą wiedzą. Łukasz Łuczaj to "doktor habilitowany biologii, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, etnobotanik i ekolog"*.

Pan Łuczaj w "Dzikiej kuchni" przeszedł się po lasach, polach, łąkach, miedzach, a nawet parkach i skwerkach - słowem wszędzie, gdzie pleni się jakieś zielsko - i pokazał, co można zerwać czy wykopać i ugotować, upiec, względnie zalać alkoholem i spożyć.
Jak tylko usłyszałam o tej książce, oko mi zabłysło, sama nie jestem ekofanką czy miłośniczką żywienia się pokrzywą, ale mam mamę, która żywo interesuje się tym, co zielone, mieszka na wsi, ma ogródek, sadek, nauczyła mnie, że można smażyć kwiaty akacji i robić syrop z kwiatów czarnego bzu. Toteż taka książka to dla niej idealny prezent.
Nabyłam. Wręczyłam. Trafiłam.

W książce układ jest prosty i czytelny. Nie mam fotek, ale serdecznie zachęcam do zerknięcia tutaj:
http://poleczkazksiazkamibeel2.blox.pl/2013/08/Dzika-kuchnia-Lukasz-Luczaj.html - są fotki!

Rośliny są poukładane alfabetycznie według nazw, następnie są informacje, kiedy zbierać, ach, jeszcze pod nazwą właściwą są wymienione nazwy ludowe i potoczne; dalej czytamy, gdzie rośliny szukać i jak rozpoznać. Ważna i wyróżniona osobno notka traktuje o tym, czy istnieje roślina trująca czy niejadalna, z którą można pomylić tę właśnie omawianą, jakie są między nimi podobieństwa (przy tym jest zamieszczona bardzo pomocna fotka) i różnice.
Dalej: jakie części naszego zielska są jadalne; omówienie substancji czynnych i właściwości farmakologicznych; opisanie tradycyjnego użytkowania (przypuszczam, że to wymagało szeroko zakrojonych badań) oraz co jeszcze można z zieleniną zrobić. W tej części uwielbiam nie fotografie (choć niewątpliwie fotki bardziej przydają się do rozpoznania rośliny), ale rysunki - przedstawiające jednocześnie części nadziemne i podziemne rośliny, kwiaty, także w przekroju, owoce,  bulwy i nasiona.  Śliczne te rysunki.

Druga część to przepisy, uczciwe, porządne, z listą składników i w większości ze zdjęciem gotowej potrawy. Zupy, zapiekanki, ciasta, konfitury, nalewki, wina, soki, pierogi, nawet kawa!

Obydwie części razem, a nawet każda z osobna, zasługują na szóstkę, ale autor dodał na osłodę jeszcze parę swoich felietonów - no, to już jest jak dolewanie do pełnego kieliszka. Menisk wypukły się robi, niby nic się nie wylewa, ale ciut za dużo tej dobroci.

Co nie zmienia faktu, że to jedna z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2013 roku. Czekam tylko jeszcze do wiosny, kiedy się sezon na te wszystkie badyle zaczyna. Może nie będę gotować zupy z bluszczyka kurdybanka, ale spróbuję zrobić konfiturę z kwiatów akacji (robinii). Może też jakaś nalewka? Sok brzozowy? Klonowy? Możliwości jest mnóstwo.

* "Dzika kuchnia. Opisy roślin, przepisy kulinarne, felietony" Łukasz Łuczaj, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2013, tylna okładka.

czwartek, 23 stycznia 2014

"Głos" Arnaldur Indriðason - jak to jest być kolekcjonerem


Pierwsza książka tego autora jakoś nie zapisała się trwale w mojej pamięci. Owszem, kojarzę wilgotny i zimny klimacik, trupa w bagnie, ale to wszystko. Za to "Głos" przypadł mi bardziej do serca, z kilku powodów.

Po pierwsze - tytuł. Taki jaki lubię, czyli sporo mówiący o treści książki.
Po drugie - zima. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale uwielbiam, gdy akcja powieści dzieje się zimą, pada śnieg i trzyma mróz. To pewnie wpływ dużej dawki Centkiewiczów w dzieciństwie, którą wchłonęłam niemalże przez skórę.
Po trzecie - motyw kolekcjonerski, który mnie osobiście sprawił wielką  frajdę i napiszę o tym szerzej, tylko najpierw nakreślę parę słów o fabule.

W hotelu zostaje popełnione morderstwo, którego ofiarą jest portier. Znaleziono go w swoim pokoju (raczej klitce przy schodach) w hotelu, ubranego w strój Mikołaja (akcja dzieje się bowiem tuż przed Bożym Narodzeniem), ze spodniami spuszczonymi do kolan, gumą na interesie i z mnóstwem dziur w klatce piersiowej. Mocny obrazek. Zajmuje się tą sprawą komisarz Erlendur, radzi sobie znakomicie, żmudnie i szczegółowo badając wszystkie ślady i poszlaki, całkiem jak Wallander (to komplement). Do tego, podobnie jak szwedzki policjant, boryka się z osobistymi problemami takimi jak: samotność, poczucie winy, oskarżenia ze strony córki narkomanki... Sporo tego jak na zwykłego człowieka. Może dlatego Erlendur tak bardzo przykłada się do pracy? Żeby zapomnieć o kłopotach? A może po prostu jest policjantem z powołania.

Wracając do portiera, w miarę słuchania książki z coraz większym zainteresowaniem śledziłam, jak Erlendur odkrywa, kim on był. Portier za młodu miał wspaniały głos i śpiewał z chórami jako solista. Wydał nawet, dzięki staraniom swojego ojca, dwie płyty. Ojciec portiera, w ogóle jego rodzina, odgrywa w tej historii niepoślednią rolę. Ech, tylko ludzie sobie najbliżsi potrafią się tak mocno ranić...

W powieści wyjątkowo podobało mi się odkrywanie kolejnych prawd przez komisarza. Tu popytał, tam nacisnął, podrapał paznokciem  - i już spod warstwy błota widać złoto. Albo odwrotnie, spod pozłotka wyłazi brud. Do tego wyjątkowo subtelny humor, uśmiechałam się, gdy komisarz po raz kolejny, z niezmąconą cierpliwością, odpowiadał na pytanie, czemu u niego w pokoju jest tak zimno.

Dobra, teraz o tym obiecanym motywie kolekcjonerskim. W powieści pojawia się Anglik, który przylatuje na Islandię, by spotkać się z portierem, jest bowiem kolekcjonerem płyt winylowych, w szczególności interesują go nagrania chórów chłopięcych. Oraz oczywiście solistów. Komisarz nie bardzo umie pojąć, na czym polega fenomen kolekcjonerstwa, zwłaszcza tak specjalistycznego, więc Anglik wdaje się w obszerne wyjaśnienia. Tłumaczy Erlendurowi, że ludzie zbierają przeróżne, czasem bardzo dziwne rzeczy, takie właśnie jak stare płyty (o trywialnych znaczkach nawet słowem się nie zająknął) czy, uwaga, torebki samolotowe na wymiociny. Komisarz jest zdumiony, Islandczykom kompletnie obca jest idea zbieractwa, to co jest stare, po prostu wyrzucają na śmietnik.

Ja natomiast uśmiechnęłam się radośnie, słuchając tego fragmentu audiobooka. Kilka lat temu uczestniczyłam w pewnym projekcie, gromadzącym w jednym miejscu ludzi w jakiś sposób związanych z przedmiotami: kolekcjonerów, rękodzielników, rzemieślników. Zbierałam wtedy myszki komputerowe, kilka zdjęć kolekcji zamieściłam w internecie i organizatorzy tego projektu, stowarzyszenie ArtAnimacje jakoś do mnie dotarli. Wzięłam udział, a na miejscu spotkałam chłopaka, który zbierał właśnie torebki samolotowe, oczywiście nieużywane :) Na tle innych zbieraczy wcale nie był jakimś ekstra dziwakiem, bo czegóż to ludzie nie zbierają! Pamiątki po ZOMO, packi na muchy, wieczka od jogurtów, flakoniki po perfumach, porcelanowe naparstki, tablice rejestracyjne...
Co do torebek, rozmawiałam z tym chłopakiem i pytałam, jaki ma najcenniejszy eksponat w swojej kolekcji. Okazało się, że kiedyś na Śląsku powstały linie lotnicze, które szeroko się reklamowały, zatrudniły ludzi, wypuściły gadżety, w tym rzeczone torebki, oczywiście z nadrukiem. Mój rozmówca, napisawszy do nich, otrzymał kilka takich torebek do swoich zbiorów. Po czym okazało się, że linie splajtowały, nie wypuściwszy w powietrze ani jednego rejsu! Jasna sprawa, że po pewnym czasie te torebki wśród zbieraczy stały się bardzo cenne.
Mam nawet pamiątkowe zdjęcie z tego wyjazdu, na pierwszym planie moje myszki:

To wszystko przypomniało mi się, gdy słuchałam wykładu o zbieractwie. Pewnie dlatego ten kryminał tak bardzo mi się spodobał.

Skrótowe notatki czynione podczas lektury (ech, że też w audiobooka nie da się wkleić w odpowiednim miejscu zakładeczki), przypominają mi, że:
  • w odcinku 8 - imię Henry powiązane jest jakoś z rodem islandzkim, spróbuję sprawdzić, jakim (autor jest z wykształcenia historykiem)
  • w odcinku 22 - jest ciekawy cytat  "W tym kraju karłów nikomu nie wolno wystawać ponad przeciętność". Chyba można to odnieść nie tylko do Islandii, mam wrażenie...

Bardzo dziękuję za egzemplarz książki Bibliotece Akustycznej! 

"Głos" Arnaldur Indriðason, przełożył Jacek Godek, czyta Andrzej Ferenc, Biblioteka Akustyczna, 2013

Głos [Arnaldur Indriðason]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 21 stycznia 2014

ŚBK: Alfabet książek bliskich memu sercu


Kolejny post tematyczny Śląskich Blogerów Książkowych to zestawienie książek, które są dla mnie WAŻNE. Z powodów najróżniejszych. Także dobre - muszą być dobre, żeby były ważne. W przygotowywaniu zestawienia bardzo przydała mi się biblionetka, gdzie jak na tacy mogłam przejrzeć swoje oceny. I tak mój książkowy alfabet przedstawia się następująco:

A jak "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery. Książka bardzo dziewczyńska, bardzo optymistyczna, bardzo różnorodna, książka, która się nie nudzi i mogę do niej wracać bez przesytu. Przy czym uwielbiam te stare wydania Naszej Księgarni w płóciennych oprawach i z delikatnymi rysunkami.

B jak "Bartłomiej Farrar" Josephine Tey. Kryminał tak angielski, że zęby cierpną. Do tego dręczący mnie wciąż zagadką - "jak on go zabił?". Wiem, kto jest mordercą, to zostało wyjaśnione, ale do dziś, czyli po kilkunastu latach od pierwszego czytania wciąż nie wiem, jak mu się udało ten niecny czyn popełnić tak, że nikt go nie podejrzewał.

C jak "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach" P.K. Dicka. Och, nagminne jest dodawanie do tego tytułu "Blade runner" po niebywałym sukcesie filmu, ale ja wolę oryginał. Ta książka była znakiem rozpoznawczym na spotkaniu z kolegą poznanym w internecie. Umówiliśmy się w knajpie, książka leżała na stoliku, a potem dostałam ją do przeczytania. Bardzo miło to wspominam. Hej, Ro, czytasz to? Pamiętaj, że wisisz mi "Dożywocie"! ;)

D jak "Dzień Szakala" Fredericka Forsytha. Choć "Dzieci z Bullerbyn" biły się o to miejsce dzielnie, jednak przegrały, a to z powodu ekranizacji "Dnia Szakala", którą uwielbiam.

E jak "Egipcjanin Sinuhe" Mika Waltariego. W jego powieściach zawsze jest obecny smutek, poddanie się losowi, miotanie przez wichry losu - ale w tej chyba do kwadratu.

F jak "Fortele Jonatana Koota" Janusza Przymanowskiego. Ukochana książka z dzieciństwa. Przygody kota, ptaka i żółwia, którzy ratują świat przed spalinami  i śmieciami , są heroiczno-rozczulające.

G jak "Guslar-Neapol" Kiryła Bułyczowa. Stanowczo niedoceniany pisarz. Korneliusz Udałow przecież to taki równy chłop!

H jak "Hamlet" Williama Szekspira.Ach. Przeczytałam to kilka razy, w kilku tłumaczeniach, planuję przeczytać jeszcze kilka. Mam też biżuterię z cytatami z "Hamleta" - kolczyki i pierścionek.

I jak "Imię róży" Umberto Eco. Jeśli ktoś oglądał film, a nie czytał książki, gorąco zachęcam do nadrobienia zaległości. To nie jest to samo! Zresztą, to nigdy nie jest to samo, ale książki Eco są przesycone erudycją i gorąco wierzę, że jak dostatecznie długo będę z nimi obcować, to ta erudycja przejdzie na mnie.

J jak "Jesteś tylko diabłem" Joe Alexa czyli Macieja Słomczyńskiego. Jakiś Alex musiał się znaleźć w zestawieniu, bo go lubię i cenię. Kryminały są eleganckie, takie spod nitki.

K jak "Kubuś Puchatek" A.A. Milne'a. No jak taki mały puchaty miś może nie być bliski sercu, no jak?

L jak "Lesio" Joanny Chmielewskiej, też się musiała tu znaleźć, bo ją lubię. A Lesio jest paradny. Nie tylko dlatego, że lodami z salmonellą chciał otruć personalną, ale za całokształt. I garba. Hehe.

M jak "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa. Facet wymyślił miejsce, gdzie bym chciała się znaleźć, pięknie je opisał, pięknie zilustrował, a w Polsce to pięknie przetłumaczono i pięknie wydano. Książka cudeńko. Zresztą jak i inne powieści tego autora, ale ta jest pierwsza.

N jak "Niezwyciężony" Stanisława Lema. Jeśli chodzi o Lema, trudno było wybrać, bo Pirxa uwielbiam. Ale za to początek "Niezwyciężonego" mogę cytować z pamięci.

O jak "Odyseja kosmiczna 2001" Arthura C. Clarke'a. Absolutnie klasyczna klasyka s-f. Świetnie się czyta, HAL budzi emocje.

P jak "Piknik na skraju drogi" braci Strugackich. Coś, co czczę i wielbię szczerze, dzieło przez duże "D".
Braci Strugackich to ja w ogóle kocham. "Piknik..." zawiera coś magnetycznego, co nie pozwala się oderwać. Zaś zdanie "Szczęście dla wszystkich! I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony" wyciska mi łzy z oczu. Proszę się nie dziwić, że można płakać przy s-f. Moje uwielbienie sięgnęło nawet Tarkowskiego, ponieważ wziął tę powieść na warsztat filmowy. Rezultat jest... e... hmm, bardzo hermetyczny, no ale jest.

R jak "Republika złodziei" Scotta Lyncha. I choć Lamora złamał mi całkiem niedawno serce, wciąż czuję do niego sentyment.

S jak "Skok w dobrą książkę" Jaspera Fforde'a, miała być co prawda "Porwanie Jane E.", ale "Piknik..." wypchnął. Książka o tym, jak można wędrować w książkach, w czasie, zmieniać to i owo, z rozmachem i swobodą - urzeka.
 
T jak "Tam piaski śpiewają" Josephine Tey. To już druga książka tej autorki, nawet bardziejsza niż ta pierwsza. Dużo już o niej napisałam, tu i tu.


U jak "Udręka i ekstaza" Irvinga Stone'a. Książka o Michale Aniele otworzyła mi oczy na świat sztuki, przybliżyła postać artysty, uwrażliwiła. Cudowna, polecam.

V jak "Vatran Auraio" Marka Huberatha. Och. Jaką ten autor ma wyobraźnię. Jak potrafi za sobą pociągnąć w świat, który wymyślił. Jak potrafi rozbujać szare komórki wizjami, których wcale nie przedstawia, a zaledwie sugeruje. Och. Mistrzostwo.

W jak "Wakacje w Borkach" Jadwigi Korczakowskiej. Książka bardzo mi bliska, dzięki niej zaczęłam czerpać przyjemność z pisania. I tak mi zostało do dziś!

Z jak "Zemsta pilnowanych" Billa Wattersona - komiks z cyklu "Calvin i Mrożek", musiałam tu coś wsadzić z tego cyklu, bo komiks jest obłędny. Bogata wyobraźnia kilkulatka zachwyca. Niech moje dzieci też tak mają, błagam!

Ż jak  "Życie przed sobą" Romaina Gary'ego. Historia miłości.


Która z powyższych książek jest Wam tak bliska jak mnie?  Każdy z pewnością byłby w stanie ułożyć własny alfabet, spróbujcie.
----

I jeszcze jedno - w imieniu Śląskich Blogerów Książkowych i księgarni Victoria zapraszam na wymianę książkową, która odbędzie się 1 lutego w Zabrzu w herbaciarni "Czajnik"


Zaś wcześniej, w księgarni Victoria, 31 stycznia odbędzie się spotkanie autorskie:

Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszam!

niedziela, 19 stycznia 2014

"Sostrates uczeń Hipokratesa" Marcin Łyskanowski


Każdy chyba słyszał o przysiędze Hipokratesa, choćby w zarysie. Składali ją lekarze, przysięgając, że będą starali się pomagać i nie szkodzić chorym.
Do jakiegokolwiek wejdę domu, wejdę doń dla pożytku chorych, wolny od wszelkiej chęci krzywdzenia i szkodzenia[...]. Wiki
Kim był Hipokrates?  Lekarz, jeden z pierwszych słynnych starożytnych lekarzy, który szukał, dociekał, myślał i kojarzył fakty - a to wszystko dlatego, by lepiej leczyć i nieść ulgę potrzebującym.

"- Wszystkie przyczyny chorób, nawet te, które nazywamy boskimi, są naturalne. Każda bowiem choroba posiada swą naturalną przyczynę i wszystko dokonuje się w zgodzie z naturą." *

Trochę się tym stwierdzeniem narażał kapłanom Asklepiosa, innym pewnie też, bo szargał świętość.

Ale nie o nim jest ta książka, tylko o Sostratesie, ubogim Greku, który chciał leczyć ludzi. Uczył się więc. Najpierw od kapłanów, potem, ponieważ już mu to nie wystarczało, powędrował do Hipokratesa.W międzyczasie przytrafiały mu się przeróżne przygody, zakochał się, porwano jego, porwano jego ukochaną, szukali się wzajemnie i tak dalej.

Nudno to wszystko opisano, szkoda, bo temat jest ciekawy. Polecam na przykład "Asklepiosa" Horii Stancu - o wiele lepsza.

Sostrates ostatecznie zginął jak męczennik, bo nie chciał wyrzec się nauk Hipokratesa. Wiem, że właśnie popełniłam spoiler, ale trudno mi wyobrazić sobie, że ktoś miał to w planach czytelniczych. To stara, zapomniana książka. Nawet nie wiem, skąd ją mam. Przeczytałam i oddałam na akcję Sztukatera, bo może znajdzie się jakiś miłośnik starożytnej Grecji, który będzie chciał się z nią zapoznać.


* "Sostrates uczeń Hipokratesa" Marcin Łyskanowski, Wydawnictwo Glob, Szczecin 1987, s. 97.

czwartek, 16 stycznia 2014

"Zbrodnia w efekcie" Joanna Chmielewska - kompletnie pomijam fabułę


Psy wieszałam na "Gwałcie", a może na "Porwaniu", nie pamiętam dokładnie, na czym bardziej, ale żadnej dobrze nie wspominam. Za "Zbrodnię..." złapałam się z rezerwą i raczej z czytelniczej pustyni (na wyjazd świąteczny nie wzięłam ze sobą stosika) niż z nadzieją na dobrą rozrywkę. No i bardzo miło się rozczarowałam. bo to był kawał całkiem porządnej rozrywki!

Co prawda zbieranej, bo wszystko już było: i trup bez głowy, i romans świadka z policjantem, i ciotunie złośliwe jak harpie, i bambus przerastający beton i żelazo, i straszliwie wiekowe i żywotne staruszki, i wreszcie osobnik posągowo piękny, ale umysłowo zeżarty niczym robaczywa czereśnia.
Człowiek ten zresztą został wyjątkowo porządnie rozjechany (bo autorka przejechała się po nim dokładnie w każdą stronę i to po kilka razy, jak walcem drogowym) w książce. W miarę rozwoju akcji ujawnia się coraz więcej podłostek tego osobnika, Bartosza. W końcu czytelnik jest wniebowzięty, że Bartosz padł trupem, bo gdyby nie, to chyba sam by go ukatrupił. Zupełnie jak w gardnerkach, gdzie ginie zawsze szuja i szumowina.

Bartosz jest podobny do Bożydara, a może jeszcze jakieś imię tam się pałętało, czy nie Dariusz?   Na dobrą sprawę Marek z "Bocznych dróg" to ten sam typ człowieka, tylko widziany oczami zakochanej kobiety. Dopiero po odkochaniu się autorki - bohaterki - narratorki typ zyskał wyraźnie negatywne zabarwienie. Musiał jej porządnie dopiec.

Zastopowało mnie to:
"Po drodze zastanawiał się ze zgrozą, jak policja albo milicja mogła dawniej prowadzić śledztwo bez telefonów komórkowych. Jakim cudem udawało im się do czegoś dojść i łapać przestępców, marnując potworną ilość czasu na latanie po mieście w poszukiwaniu czynnych aparatów telefonicznych? Ciężkie życie mieli".*

No chwilunia, rozbestwiła nas strasznie ta technologia, a przecież detektywi z gardnerków radzili sobie doskonale, a Perry Mason to już w ogóle. Z rodzimego podwórka, proszę, Zyga Maciejewski. Nie dzwonili, tylko myśleli.

Ogólnie - podobało mi się. Jest szybko, jest potoczyście, jest zamieszanie (czasami aż za duże, bo gdzieś tam Woźniak zmienia się na chwilę w Wójcika, powodując moje chwilowe ogłupienie), jest dużo postaci, barwnych i soczystych, sporo się dzieje, no i policja jest sympatyczna.

Oceniłam na 5, może ciut na wyrost, ale to chyba dlatego, że to ostatnia książka śp Autorki. Smuteczek.


---
* "Zbrodnia w efekcie" Joanna Chmielewska, Wydawnictwo Klin, Warszawa 2013, s. 150-151

wtorek, 14 stycznia 2014

"Maks i ciekawe pomysły" Katarzyna Zychla - słodko!


Książek o Maksie jest więcej, wszystkie ze wspólnym nagłówkiem "Świat Maksa". Nie znałam ich wcześniej, teraz mieliśmy okazję do zapoznania się. Maks to mały hipopotam, ma mnóstwo przyjaciół (zebrę, kameleona, słonia), siostrę Zuzię, oczywiście rodziców, ma też apetyt na życie i przygody. W tym tomie przygód ma trzy: malowanie składziku na narzędzia, wizyta w warsztacie stolarskim oraz lepienie z gliny pod okiem fachowca, pana Krecika.

Maks jest w całej książce niesamowicie, wręcz nieprawdopodobnie grzeczny. Powiedziałabym irytująco, gdyby nie to, że brzmiałabym niepedagogicznie. Bo przecież chyba właśnie o to chodzi: dziecię ma czytać sympatyczne bajeczki, z grzecznymi bohaterami, którzy ładnie bawią się z przyjaciółmi oraz przeżywają kolorowe i wysoce bezpieczne przygody. I ma nasiąkać tą grzecznością i potem nią emanować.

Troszkę to nudne, jak dla mnie. Krzyś zaś wysłuchał bez przykrości i z zainteresowaniem, ale nie domagał się powtórnego czytania, woli mniej grzecznego pana Brumma albo smoka Diplodoka. A tu, w świecie Maksa, najbardziej niegrzeczną rzeczą, której dopuszcza się hipopotamek, to brak dbałości o to, by założyć rękawice ochronne w warsztacie stolarskim. Oczywiście, są tego konsekwencje - drzazga w paluszku, a jakże. Żeby dziecko zapamiętało, że takich rzeczy się nie lekceważy.

Bardzo to wszystko pedagogiczne, bardzo gładkie i słodkie. Za bardzo, jak na mojego 4,5-latka, który wchodzi w etap walk na drewniane miecze. Książeczka więc przypadnie młodszej Mariance, co prawda jest ona zdecydowanie grzeczniejsza od brata, ale powoli coraz bardziej w niego zapatrzona (wczoraj walczyli na chochelki) i kto wie, czy niedługo nie będzie jej potrzebna lektura prostująca kręgosłup moralny.

Ilustracje bardzo mi się podobają, pastele, roztarcia, kredki... bardzo ładne, naprawdę, przemiło się ogląda. I sporo ich jest, to ważne dla dzieci.

Dziękuję Wydawnictwu Skrzat za egzemplarz książki!

"Maks i ciekawe pomysły" Katarzyna Zychla, ilustracje Agnieszka Filipowska, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2013.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

"Wierszyki na giętkie języki" Maurycy Polaski


Skusiłam się na tę książeczkę z racji Marianki, licząc na to,  że jeszcze trochę, a trzeba będzie ćwiczyć wymowę co trudniejszych słów. Oczywiście na razie to pobożne życzenia, jesteśmy osiem miesięcy po wszczepie i na razie Marianna wymawia samogłoski, a i to nie wszystkie, oraz kilka sylab.
Nic nie szkodzi, Marianka poczeka, a wierszyki przeczytałam Krzysiowi.

Raz tylko przeczytałam, bo więcej nie chciał. Na szczęście nie dlatego, że mu się nie podobało, ale dlatego, że do książki jest dołączona płyta CD z tymi wierszami. Płytka super, zanim zaczną się wiersze, autor gimnastykuje buzię, parskamy jak koń, pchrrrrr, pchrrrrrr, wszyscy razem. Powtarzamy samogłoski, a potem słuchamy wierszyków. Absurdalnych.
Żabka, żuraw i cap
Żabka kąpie się i chlapie.
Nieopodal żuraw chrapie.
Cap na brodzie kręci lok...
I tak przez calutki rok!
Co prawda przeciętne dziecko nie wie, co to cap, ale zerknie na rysunek i już wie. Albo rodzic wytłumaczy.

Rysunki są proste, czarna kreska, wypełnienie kolorem. Znakomicie ilustrują wiersze - co w wierszu, to na obrazku. Co prawda takie ilustracje to nie całkiem mój typ (wolę więcej pasteli, rozmach, miękkość), ale to nie mnie mają się podobać, a dzieci nie zgłaszały zastrzeżeń.

Nie podobają mi się białe litery na kolorowym tle. Dla rodzica, który czyta dzieciom przed snem i w ramach przygotowania do tegoż snu światłem nie bije po oczach, do tego dla rodzica ze wzrokiem już nie pierwszej młodości - niezbyt to komfortowe. Ale z drugiej strony wielka czcionka nieco ratuje sytuację.

Całość fajna, choć w porównaniu do wierszy Agnieszki Frączek, czegoś im brakuje, lekkości? Bo przecież nie przymrużenia oka i humoru. Sama nie wiem.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Skrzat! Płytka jest w ciągłym użyciu :)

"Wierszyki na giętkie języki" Maurycy Polaski, ilustracje Aga Semaniszyn-Konat, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2013.

sobota, 11 stycznia 2014

"Pióro kontra flamaster" Szarlota Pawel - oczywiście, że PIÓRO!


Kiedy kupiłam ten komiks, mąż go obejrzał i mruknął "No przecież mieliśmy ten komiks, poszedł na śmietnik razem z innymi podczas porządków". Zdębiałam, no jak to, wywaliłam książki do kosza i ręka mi nie uschła i nie odpadła? Ja nie wyrzucam książek do kosza! No dobra, raz się zdarzyło, ale po pierwsze, to była wyjątkowo niedobra książka, a po drugie, wcześniej podarło mi ją dziecko. Toteż po krótkim dochodzeniu okazało się, że to było jeszcze przed moją kadencją, uff.
Pomna jednak słów męża, byłam ciekawa, kiedy ten komiks powstał, obmacałam lśniący nowością egzemplarz i się nie dowiedziałam. Znalazłam w biblioNETce - 1985 to rok pierwszego wydania. Żadna więc nowość, ale łączy w sobie dwie rzeczy, które lubię: komiks i wieczne pióra.

Otwieram więc i od razu na początku czytam:
"Nie oszukujmy się, panowie. Jest źle... Firma upada. Coraz więcej osób używa długopisów i flamastrów. Atrament staje się przeżytkiem.. Spada sprzedaż wiecznych piór..." [1]
To mówi dyrektor firmy sprzedającej wieczne pióra, przerażony wizją krachu finansowego. Sposobem na podźwignięcie firmy na być film reklamowy, przedstawiający:
"Porównanie długopisowych bazgrołów ze starannym pismem wiecznego pióra".[2]

Och, obejrzyjcie filmiki pani Ewy:

albo ten, z piórem Pilot Plumix (takim teraz najchętniej piszę):

 albo takim odlotowym piórem  na kolorowo... Cudności!


Pod koniec pada stwierdzenie:
"Wszyscy znają zalety atramentu i wiecznych piór... Sławni ludzie: pisarze, poeci, politycy i biznesmeni używają atramentu i stalówki!" [3]

I ja też. Również mój mąż. Oraz syn Krzyś.
 I nawet córka Marianna.



----
[1] "Pióro kontra flamaster" Szarlota Pawel, Egmont 2012, Klub Świata Komiksu, album 760, s.4
[2] Tamże, s. 6
[3] Tamże, s. 57

wtorek, 7 stycznia 2014

"Mama Mu buduje" Wieslander - ależ wspomnienia mi się odpaliły


Mama Mu to mądra i do tego życiowa krowa, przeważnie się z nią zgadzam. Ale nie tym razem, o nie!

Nie chodzi oczywiście o to, że krowa nie może budować domku na drzewie, bo przecież może. Może, ogonem trzymając młotek, wbijać gwoździe, może piłować deski i zawiesić obrazek. Ale, na litość, zaraz po zbudowaniu domku na drzewie nie musi z niego złazić! I w pełni popieram Pana Wronę, kiedy ten mówi:
"- Na dół! - krzyknął Pan Wrona. - Skoro jest gotowy, to chyba w nim pobędziesz?! Pomieszkasz! Pograsz w coś! Kawę wypijesz! Nie można przecież zbudować domku na drzewie i pójść do następnego drzewa, żeby budować kolejny. A gdyby wszyscy tak robili? Na koniec w całym lesie na każdym drzewie byłby domek. Jak by to wyglądało?!"*

Otóż za moich czasów (brzmię jak Matuzalem, co?) to jak budowało się domki, jednak trochę się w nich mieszkało. Nawet bardziej niż trochę. No ok, typowego domku na drzewie, takiego jaki zbudowała Mama Mu, nie udało mi się skonstruować, miałam za to na orzechu włoskim coś w rodzaju minimalistycznego gabinetu. Ot, siedzenie, podpórka pod nogi, blat z kawałka deski do pisania. Korzystałam z tego namiętnie przez cało lato i pisałam tam pamiętnik.

W szkole podstawowej chłopcy z mojej klasy zbudowali za to domek pod ziemią. W lesie zaczynającym się tuż za ogrodzeniem szkoły wykopali sporą ziemiankę, zabezpieczyli ściany przed osypaniem, położyli dach z żerdzi, gałązek i igliwia. Fachowo. Ale, kruca bomba, dziewczynek tam nie zapraszali, no, może raz tam byłam.

Miałam też szałas ukryty w krzakach w sadzie. Wypasiony, że hej. Podłoga z kawałków wykładziny, dach z worków foliowych po nawozie (diabli wiedzą, czy to myłam, pewnie nie, dziś bym umierała ze strachu o moje dzieci, że się strują), półeczki z cegieł i desek. Nocowałam tam nawet! Brałam poduszkę i kołdrę, a żeby nie bać się za mocno, doprowadziłam sobie elektryczność, czyli żarówkę na kablu (sama całkiem, tato tylko sprawdził, czy dobrze). Szałas był niestety zbyt luksusowy, szybko dorobiłam się sublokatorów i straciłam do niego serce. Poza tym nie lubię skorków. Ale co pomieszkałam, to moje.

Apeluję więc - budujcie domki na drzewach i nie porzucajcie ich od razu!

* - "Mama Mu buduje" Tomas Wieslander, Jujja Wieslander, ilustracje Sven Nordqvist, przełożył Michał Wronek -Piotrowski, Zakamarki, Poznań 2012, strona nieznana, bo wydawca nie uznał, by konieczne było numerowanie stron.