sobota, 31 stycznia 2015

"Arcanus Arctica" Dariusz Pawłowski - rozczarowałam się


To debiut młodego (rocznik 1972) pisarza. Jakże mi miło pisać takie słowa, bo też jestem młoda. 
 
Kryminał osadzony w bardzo nietypowych warunkach: na polarnej stacji badawczej. Co warto podkreślić - polskiej. Ekipa badaczy zajmuje się tym, czym badacze się zwykle zajmują: pomiarami temperatury, obserwacją pogody, pobieraniem próbek lodu, badaniem fauny i flory. Z krajem kontaktują się radiowo, poza tym w pobliżu (no, względnie w pobliżu, ale na upartego saniami czy skuterem da się dojechać) jest stacja norweska.

Pracują sobie ci badacze pilnie jak mróweczki pod czujnym okiem kierownika, Henryka Arctowskiego (znajome nazwisko, prawda?), aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, trup.  Dla załogi to szok i zaskoczenie, a dla kierownika szok do potęgi, bo odkrywa, że to nie wypadek, a zabójstwo.

Wiadomo, sama bym była bliska paniki, gdyby się okazało, że gdzieś blisko mnie grasuje morderca. W dodatku znam go i zapewne lubię - bo na stacji wszyscy są do siebie przyjaźnie (no, względnie) nastawieni. Jakby tego było mało, następuje cisza w eterze, nie ma komu zgłosić wypadku, bo nijak nie można skontaktować się z krajem. Polscy badacze od Norwegów dowiadują się, że w Polsce ogłoszono stan wojenny.

W tym momencie książka się sypie. Oczywiście, następuje ciąg dalszy, szukanie mordercy, przebitki na sytuację w kraju i inne jeszcze wątki, ale to nie zmienia faktu, że mi się posypało. Pozwolę sobie wypunktować to, co mi się nie podobało:

1. Wepchnięcie stanu wojennego w polarny kryminał. Owszem, fabularnie jak najbardziej na miejscu, są retrospekcje, pojawiają się motywy; ale mnie to zgrzytnęło jak ziarnko piasku w zębach. Właściwie nawet nie to, a wątek alianckich generałów i ich planów.
2. Wstawki z życia wewnętrznego bohaterów pełne widm, mgły, szaleństwa, mgławic, chaosu i tym podobnych bredni. Kryminał to miał być czy horror?
3. Brak podanej lokalizacji stacji, co mi bardzo przeszkadzało, bo lubię sobie umiejscawiać miejsce akcji. A tu wiadomo tylko tyle, że są wokół foki i walenie. Można by domniemywać, że to ta na Wyspie Króla Jerzego, ale nigdzie to nie jest napisane jasno.
4. W świetle powyższego braku niezwykle irytuje mnie drobiazgowa dokładność autora, gdy opisuje USS Oklahoma (ma reaktor wodny ciśnieniowy typu PWR GE S8G, wiecie?) oraz jego uzbrojenia.
5. Nie podobało mi się też opis emocji bohaterów, mocno, powtarzam MOCNO przejaskrawiony, przerysowany.
6. Błędy ortograficzne i zgrzyty stylistyczne:
- "rządza" (zapomniałam spisać strony)
- "zakwilił strasznym śmiechem" - s. 257
- "cieniutką jej [krwi] stróżką" - s. 51

Oceniłam na 2, bo oczekiwałam czegoś naprawdę dobrego (po recenzji Kasi), a mocno się rozczarowałam. Na pochwałę zasługuje jednak pomysł, czyli kryminał polarny. Niewiele jest takich.

"Arcanus Arctica"  Dariusz Pawłowski, Novae Res, Gdynia 2014.
Arcanus Arctica [Dariusz Pawłowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 29 stycznia 2015

Było o notesach, teraz o piórach - jak wybrać dla siebie wieczne pióro?

Właściwie o notesach też bym popisała, bo od ostatniego wpisu o nich kolekcja mi się znacznie rozrosła, a do tego moja pasja dziwnie działa na moich bliskich i znajomych. Pod choinką znalazłam ozdobny notesik, a gdy pojechałam do TK-Maxx zbadać ofertę, mąż dzielnie mi towarzyszył, przeglądał razem ze mną  i wybrał mi kolejny notes do kolekcji :) A koleżanka kupuje sobie namiętnie przeterminowane kalendarze Moleskine do notatek i mówi... dobra, STOP, bo o notesach to ja mogę długo.

Miało być o piórach. Piszę wyłącznie wiecznymi piórami (no dobra, prawie, długopisu też używam, ale rzadko). Mam ich kilka, różne firmy, różne grubości stalówek, różne atramenty. Jednak jeśli ktoś by mnie zapytał, jak wybrać dla siebie wieczne pióro, ba, a jeszcze jak ma to być pierwsze wieczne pióro, to odpowiedź mam przygotowaną.

Nie mam zielonego pojęcia. Serio.

Więc może napiszę, jak to u mnie było. Dawno dawno temu miałam sobie jedno pióro dostane od męża, stalowy, zgrabny Parker Jotter z monogramem Marilyn Monroe.


Pisałam, nie pisałam, leżało sobie, nie przywiązywałam wagi do niego. Jeść nie wołało, mogło sobie leżeć. Potem zaczęła mi się era notatek o książkach, spisywałam recenzje w zeszytach, ale początkowo długopisami. Takimi zwykłymi. Komfort średni, więc przerzuciłam się na żelowe. Pisało się lżej, ale lubiły robić kleksy czy wylewać. W międzyczasie zaczęłam bardziej zwracać uwagę na to, w czym piszę, zeszyty mi szlachetniały, toteż przypomniałam sobie o piórze.

Wyciągnęłam zapomnianego Parkera, który spotkał się z przecudownym notatnikiem Paperblanks i ALLELUJA! Zaiskrzyło! To była miłość od pierwszego wejrzenia. Tych notatników było trzy, zapisałam je pracowicie jeden po drugim, po czym zaczęłam się rozglądać na jeszcze innym notesem (no tak, wiedziałam, że się od notesów nie odczepię, trudno), ale koniecznie dobrej jakości, bo przecież naocznie przekonałam się, jak zgrany duet potrafi stworzyć atrament na dobrym papierze. Tak się wzbogaciłam o kolejne notatniki: Oxford, Leuchtturm1917 (który bardzo lubię), Moleskine, Rhodię, Conceptum. Wiedzę o tych notesach zdobyłam na forum o piórach FOP. A że to forum o piórach, zaczęłam czytać o piórach i zaczęłam się zastanawiać, jak by się pisało innym piórem niż ten Parker...

Po czym zakupiłam w supermarkecie Real piórko do kaligrafii Pilot Pluminix :) No co, tanie było :) Tym sposobem wsiąkłam w Piloty Plumixy na amen.

Spokojnie, pióro przeżyło ;)

To pióro o ściętej stalówce (italic). Fakt, że kreśli różnej grubości kreskę w zależności od kierunku pisania, wyjątkowo mi się spodobało. Obecnie mam w piórniku pięć takich, o różnych szerokościach stalówki i każde zatankowane innym kolorem. W L1917 świetnie mi się nimi pisało.

Ten notes to akurat nie L1917, tylko house of empik


Następnie pojawiło się u mnie Lamy Safari, pióro o przedziwnym klipsie przypominającym potężny spinacz do papieru. Właściwie nie wiem, czemu je kupiłam, jakoś tak, potrzebowałam czegoś, co nie byłoby piórem do kaligrafii (bo po Plumixach dokupiłam jeszcze Pelikana Scripta, hehe), padło na Lamy. Pióro lekkie jak piórko, nieważkie wręcz! Ale sunie tak gładko po papierze, że nie umiem nim ładnie pisać. Wyprzedza moją rękę ;) No i - mimo stalówki o grubości F - pisze dość mokrą, nie za cienką kreską.

Cienką kreskę miałam okazję podziwiać na spotkaniach piórowych, o których już kilka razy pisałam - można pomacać pióro kolegi, popisać, pooglądać. Zapragnęłam mieć swoją cienką kreskę, toteż nabyłam śliczne, smukłe, małe pióro Sheaffer Targa Slim o stalówce X (czyli XF).

Czarna Targa i czarna Rhodia - dobrana para

 Akurat z tym egzemplarzem miałam trochę kłopotu, trzeba było odsyłać do reklamacji, ale gdy już otrzymałam swoją Targę i mogłam nią popisać, ech. Cieniutka, wykwintna kreska, idealna do drobnego pisma.
Cudownie się pisze, to prawda

Teraz odświeżyłam Parkera, dobrze współpracuje mi z notatnikiem Rhodia, a jak mam ochotę na skupione, skondensowane notatki, wyciągam Targę, jak na zamaszyste zawijasy, wybieram któryś z Plumixów, a do robienia planów i spisów używam Lamy.

Więc - jak wybrać dla siebie wieczne pióro? Może po prostu przyjść na spotkanie pióromaniaków? Albo chociaż poczytać forum o piórach? Doprawdy, nie wiem.

Czy planuję zakup jeszcze jakiegoś pióra? Już chciałam odpowiedzieć, że nie, no skąd, gdzieżby, na razie mi wystarczy, ale pacnęłam się w czoło, no przecież brakuje mi jeszcze jednego Plumixa, o grubości stalówki B. Miałam, ale oddałam mamie. Dostała ode mnie Plumixa M, ale mój jej się bardziej spodobał, więc się zamieniłyśmy.  Tak przy okazji: ależ moja mama pięknie pisze piórem! Kiedyś pokażę.

Aha, nie napisałam jeszcze o stalówkach, których też kilka mam:
To kolorowe to projekt pióra na konkurs

O zestawie do kaligrafii, który dostałam na gwiazdkę oraz o ołówkach... Stalówki  i obsadkę czasem wyciągam, ale rzadko, bo mi dzieci przejmują  i nie mam jak popisać.

Krzyś naprawdę dobrze sobie radzi z piórem

Przydatne linki - TUTAJ wyjaśnienie, co to stalówka italic i jak się określa rozmiary stalówek.

Forum o piórach - tutaj należy uważać z wejściem, a już na pewno porządnie przemyśleć zarejestrowanie się. Jeśli już jednak się zarejestrujecie, żeby przeglądać forum, to uważajcie, na litość boską i nie udzielajcie się za bardzo! Zanim się obejrzycie, wsiąkniecie, zaczniecie uczęszczać na spotkania, kupować nowe pióra i możecie zachorować na zaawansowaną piórozę.

Ach, zapomniałabym, przecież specjalnie zrobiłam kilka zdjęć swoich piór.
Widok z góry
Od góry:
1. Pilot Plumix F
2 i 4. Pilot Pluminix M(pióro krótsze)
3. Pilot Plumix M
5. Pilot Plumix BB
6. Pelikan Script 1,5
7. Parker Jotter M
8. Lamy Safari F
9. Sheaffer Targa Slim XF



Widok z boku

Linie
Mam nadzieję, że nie zanudziłam. A o notesach będzie następnym razem. Pozdrawiam pióromaniaków!

wtorek, 27 stycznia 2015

W Walentynki - zakochaj się w czytaniu!

I przyjdź (przyjedź) na wymianę książkową do Zabrza, do Galerii na ulicy Wolności. Przynieś ze sobą książkę, która zalega ci na półce i wymień ją na inną.

Zapraszam na wymianę! Organizatorem jest grupa Śląskich Blogerów Książkowych oraz księgarnia "Victoria" Zabrze.



Będę tam! Od samego rana, nie wiem, czy do trzynastej, czy krócej, ale że przy okazji szykuje się nieoficjalne spotkanie grupy, więc pewnie trochę posiedzę. Będą dodatkowe atrakcje! Na przykład stoisko z biżuterią książkową Biały Mak. I niespodzianki, których na razie nie mogę zdradzić, ale jeśli będziecie zaglądać na nasz fanpage, z pewnością ich nie przegapicie.

Regulamin wymiany:
1) Wymianę książkową organizują Śląscy blogerzy książkowi we współpracy z Księgarnią „Victoria” w Zabrzu w dniu 14.02.2015 r.
2) Organizatorzy akcji w żaden sposób nie zarabiają na tej akcji oraz nie czerpią z niej żadnych innych profitów.
3) "Ile przynosisz tyle wynosisz" to główna zasada akcji.
4) Książki wymieniamy w dwóch kategoriach (ze względu na datę wydania książki): I kategoria to roczniki 2000 – 2007, II kategoria to roczniki 2008 do 2015.
5) Wymieniamy tylko beletrystykę dla dorosłych (ewentualnie dla starszej młodzieży). Nie przyjmujemy książek dla dzieci, podręczników, poradników, komiksów itp. Przyniesione książki powinny być w dobrym stanie.
6) Wymiana odbywa się "z ręki do ręki" - jeśli zainteresuje nas dana pozycja na stoliku z danej kategorii to wymieniamy ją na własne książki z tej samej kategorii (decyduje rok wydania).
7) Wraz z oddaniem książek na wymianę uczestnik traci do nich prawo i nie może domagać się ich zwrotu.
8) Wszystkie inne wątpliwości rozwieją blogerzy dyżurujący na stoisku.

niedziela, 25 stycznia 2015

"Oblubienica z Azincourt" Joanna Hickson - o pięknej Katarzynie

Po emocjonującej "Pieśni łuków" Cornwella, klasycznym "Henryku V" Szekspira i nieco zakurzonym, ale wciąż pięknym "Henryku V" Branagha - do rąk moich trafiła "Oblubienica z Azincourt". Uznałam to za uśmiech losu i z prawdziwą przyjemnością pogrążyłam się w lekturze.

Od razu się przyznam, że liczyłam na obraz bitwy pod Azincourt oczami Francuzów, czyli dworu króla Ludwika -no co poradzić, tak mi ta bitwa utkwiła w pamięci. Nie nie nie. Zorientowałam się szybko, że to zupełnie inna bajka. Hickson napisała powieść, w której nakreśliła losy Katarzyny de Valois od urodzenia aż do... hm, o tym potem. Autorka długie lata pracowała w telewizji BBC i zdaje mi się, że odbicie tego widać w książce, bo umie przedstawić historię w sposób przystępny, ciekawy i rzetelny.


Narratorem jest Mette, mamka, niańka, a także bliska przyjaciółka Katarzyny. Żadna tam arystokratka, gdzieżby, to córka piekarza. I chwała Bogu, bo nie jest zmanierowana (a cały dwór francuski na taki niestety wygląda) i ma masę zdrowego rozsądku. Przebywanie w pobliżu rodziny królewskiej wcale jej nie zepsuło. Zresztą tak naprawdę żadna to atrakcja, praca dla monarchii. Król boi się, że się potłucze jak szklana tafla. Królowa rodzi dzieci jedno po drugim (dwanaścioro, słuszny wynik), po czym oddaje je w opiekę niańkom i dalejże królować, brylować i błyszczeć jak paw.

Katarzyna ma Mette, która opiekuje się nią najlepiej jak potrafi, nią i jej rodzeństwem. Przychodzi jednak dzień, w którym każdy idzie w swoją stronę. Dzieci królewskie nie są dziećmi, są kartami przetargowymi w polityce, są przyszłymi mężami, żonami, następcami tronu lub gwarantami międzynarodowych traktatów.  Tak też było z Katarzyną. Miała zostać żoną króla Henryka V, ale co rusz się ta koncepcja zmieniała, aż w końcu biedne dziewczę nie wiedziało, na czym stoi. Tak, wiedziałam już z historii, jak się ten wątek skończy, ale nie wiedziałam, jakie były przed tym zawirowania polityczne!
Ba, polityki w tej książce jest całe mnóstwo. Wiecie, tych monarszych spisków i knowań nie znoszę, plączą mi się, mylą i denerwują. Na szczęście Mette opowiada o całej tej pajęczej sieci intryg tak, że da się to wszystko pojąć.

Powieść kończy się nader nieoczekiwanie. Katarzyna postanawia wyjechać do Anglii i... i no właśnie, koniec! Obruszyłam się, no jak to, a co dalej, jak tak można, urywać książkę w połowie! Skandal! Rzuciłam się do internetu, na stronę wydawnictwa i tam doczytałam (uff), że będzie kolejna część (uff uff) w listopadzie tego roku (dopiero?! grrr!).  Nie mam wyjścia, poczekam.

Porównałam sobie "Oblubienicę z Azincourt" z dziełami wymienionymi we wstępie (nic dziwnego, niezły ciąg literacko-filmowy mi się utworzył) i mam kilka spostrzeżeń.
Po pierwsze - trochę nieładnie ze strony Szekspira, że z Katarzyny zrobił pensjonarsko rozchichotaną dzierlatkę, wydaje mi się, że jako przyszła królowa była naprawdę wykształconą i rozumną niewiastą.
Po drugie po raz kolejny stwierdzam, że Cornwell jest mistrzem akcji, krwi, potu i łez, w przypadku Azincourt także błota. Nikt, a na pewno nie Joanna Hickson mu w tym nie dorówna (inna rzecz, że pani Hickson w ogóle nie ma takiego zamiaru).
Po trzecie szukałam w "Oblubienicy..." śladów bitwy. Niewiele znalazłam. Na stronie 148 początek wyprawy Henryka do Anglii, na stronie 161 lamenty delfina Ludwika, a na stronie 173 relację herolda. Ale są łucznicy!

No to teraz czekam do listopada, na drugą część.

"Oblubienica z Azincourt" Joanna Hickson, tłumaczenie Maria Zawadzka, Wydawnictwo Literackie, 2014.

Oblubienica z Azincourt [Joanna Hickson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 23 stycznia 2015

"Chester" Mélanie Watt - cóż za nieznośny kot!


Jeśli macie w domu przedszkolaka czy odrobinę starsze dziecko, które uczy się angielskiego, to "Chester" jest właśnie dla niego. Jeśli macie dziecko nieco młodsze, które angielskiego się nie uczy, to "Chester" też jest dla niego.

"Chester" to bardzo sympatyczna opowieść o myszy, a autorka od czasu do czasu przemyca na kartkach angielskie słówko.
Nie, zaraz. To jest opowiadana przez mysz! I przez kota! Bo wiecie, zaczyna się to wszystko  tak:
"Pewnego razu była sobie mysz. Mieszkała w przytulnym domku na wsi".

Mogłoby się zdawać, że dalej będzie jakoś tak zwyczajnie, ale gdzieżby tam. Pojawia się kot Chester, tłuściutki tricolor z czerwonym pisakiem w łapie i zaczyna wykreślać mysz z książki. Pisze opowiadanie na nowo, umieszczając siebie na pierwszym miejscu. Tak tym denerwuje mysz i autorkę, że zaczynają się odgryzać i wkrótce Chesterowi jest nie do śmiechu. Zamieszanie jest ogromne, kot kłóci się z myszą, Melanie tupie nogą, a Chester dorysowuje jej wąsy i brodę. A pomiędzy jedną i drugą przepychanką dzieci dowiadują się, że słońce to sun, ołówek pencil, a sukienka dress. Fajnie, nie?


Moje dzieci bardzo lubią tę książeczkę, pewnie przez to, że jest zwariowana. I przez Chestera tłuściocha. I jeszcze przez to, że można samemu złapać czerwony mazak, wróć, czerwoną kredkę (nie daję dzieciom mazaków, chyba że suchościeralne, ale to i tak tylko wyjątkowo) i porysować tak jak Chester, czyli po swojemu.

Na końcu książki zamieszczony jest słowniczek. Dołączone są też karty do gry memory, obrazki są podpisane po polsku i po angielsku. Bawiąc uczyć - tutaj to zalecenie jest realizowane w stu procentach.


Bardzo dziękuję Wydawnictwu M za książkę!

 "Chester" Mélanie Watt, tłumaczenie Piotr Zarębski, Wydawnictwo M, Kraków 2010.

niedziela, 18 stycznia 2015

"Pamiętnik Blumki" Iwona Chmielewska


Każdy wie, kim był Janusz Korczak (a jak nie wie, to niech się dowie). Wiemy, że prowadził Dom Sierot  i że kochał dzieci. Do samego końca.

"Pamiętnik Blumki" daje nowe spojrzenie na Dom Sierot, bo to takie dziecięce spojrzenie. Blumka pisze pamiętnik, za punkt wyjścia obierając zdjęcie Doktora z dwanaściorgiem dzieci. Pisze o tych dzieciach, o sobie, o wakacjach, o rozmowach z Doktorem, o wzajemnych relacjach między dziećmi. Pisze o życiu.

Blumka pisze tak, że z kartek pamiętnika wygląda jej charakter: spokojny, poważny i uczciwy. Dla dziewczynki ważni są inni, nie ona sama - nie zdziwiło mnie jej marzenie, by zostać wychowawczynią w domu takim jak Dom Sierot.

W pamiętniku nie ma wojny, strachu, gniewu. Nie ma, ale przecież wiem, że potem... wszyscy wiemy. Ta wiedza zasłania nam życie w Domu Sierot przed wywózką, a to było szczęśliwe życie. Doktor umiał uleczyć każdą dziecięcą duszę:
"Pan Doktor jej do niczego nie zmuszał, tylko dużo z nią rozmawiał, ale tak, żebyśmy nie słyszeli. I Hanna się zmieniła".
A także naprostować krzywe dziecięce ścieżki
"Kiedyś, gdy rozwalił kijem mrowisko, Pan Doktor bardzo się pogniewał i podał go do naszego dziecięcego sądu. Chaimek płakał i żałował, więc sąd mu wybaczył, a Pan Doktor go mocno przytulił".

Doktor uczył dzieci szacunku dla innych, poczucia własnej godności, uczył, że warto jest być dobrym, że lepiej jest przebaczać niż karać. Uczył samych dobrych rzeczy, a do tego miał serce pełne miłości. Można pozazdrościć dzieciom takiego Doktora, co?

Wizualnie "Pamiętnik Blumki" jest ucztą dla oczu (zresztą, która książka pani Iwony nie jest). Na dzień dobry dostałam pióro: przepięknie pomalowaną obsadkę ze stalówką, do tego kałamarz obok. Miód na moje serce. Dalej zdjęcie. Narysowane, ale jak pięknie! Potem dzieci ze zdjęcia - historia każdego z nich jest inna, więc i ilustracje niepowtarzalne. Ale jest jeden element wspólny dla każdej opowieści, dla każdej strony tej książki. To zeszyt w linie, w jakim zapewne pisała Blumka. Właściwie nawet nie zeszyt, tylko kartki z niego. Pocięte  i starannie ułożone stają się belką, obrusem, termometrem, wodą z prysznica, kaloryferem, stosem książek i zeszytów, siedmioramiennym świecznikiem, plastrem na skaleczenia i sznurkiem na pranie. Kartki są całym światem.

Zdjęcie pochodzi ze strony Media Rodzina

Przecież można na kartkach zeszytu czy książki zmieścić cały świat, prawda? My, mole książkowe, doskonale o tym wiemy.

Pani Iwono, dziękuję, że napisała pani "Pamiętnik Blumki". Pamiętnik jest od pamiętania, a pamiętać trzeba...

Wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za egzemplarz książki.

P.S. A teraz zerknijcie do poprzedniej notki, "O tych, którzy się rozwijali" i obejrzyjcie stronę, którą tam zamieściłam. Pan Doktor? Łączą się te książki, prawda? A jeszcze z półki zerka na mnie "Korczak. Próba biografii", a pod łokciem leży "Ostatnie przedstawienie panny Esterki".

"Pamiętnik Blumki" Iwona Chmielewska, Media Rodzina, Poznań 2011.

piątek, 16 stycznia 2015

"O tych, którzy się rozwijali" Iwona Chmielewska - o niciach, o ludziach


Zaskakująca książka - jak zresztą wszystkie książki Chmielewskiej, na jakie miałam okazję trafić.

Kanwą opowieści są... nici. Motki nici, które zostały znalezione gdzieś w szufladzie. Zwykłe, niezwykłe nici. Wiecie, że nici, sznurki, szpagaty przydają się wszędzie? Można nimi związać rozsypujące się włosy, zrobić uchwyt do sanek, wędkę czy sznur do prania. Można, po połączeniu sił (spleceniu kilku nici razem) uratować tonącego czy zrobić hamak. Ale można też wykorzystać nici w mniej chwalebnych celach: złapać konia na lasso czy motyla w siatkę. Ani koń, ani motyl, ani choćby ryba złapana na wędkę z pewnością nie są zadowolone z takiego obrotu sprawy.

W książkach Chmielewskiej jest tak, że pod bogatą formą ukrywa się równie bogata treść. Dziecko mi to uświadomiło - Krzyś oglądał razem ze mną, ja mu czytałam, a potem odpowiadałam na pytania: a dlaczego, a po co, a skąd to? Proste nici stały się ludźmi, którzy pomagają w przeróżnych aspektach życia. Rozwijają się przy tym i jest ich coraz mniej. Ale przecież słowo "rozwijać się" ma dwojakie znaczenie, to także pogłębianie swoich zainteresowań, poszerzanie horyzontów, słowem ulepszanie.

Czyli jest ich coraz mniej, ale jednocześnie są coraz lepsi. Docelowo znikną, ale jako ideały. Kto? Ludzie? Nici? A któż by chciał to jednoznacznie rozstrzygać, skoro tak jak jest, niejednoznacznie, jest dobrze?

Warstwa wizualna książek pani Iwony mnie zachwyca. To kolaże złożone z przeróżnych materiałów: nici, włóczek, zdjęć, rysunków. Wszystko skomponowane subtelnie i ze smakiem. Tekst do tego jest oszczędny i bardzo, mam wrażenie, przemyślany. Można skupić się na rysunkach, a ja to bardzo lubię. Nie mam zbyt wielu zdolności twórczych, toteż czasem lubię pogapić się w zachwycie na dzieło kogoś wyjątkowo utalentowanego. Wzdycham sobie, do licha, nigdy bym nie wpadła na to, że można tak ująć to, tak narysować tamto, tak przedstawić to i owo.

Źródło zdjęcia - mediarodzina.pl


Iwona Chmielewska wydaje u nas coraz więcej książek i bardzo się z tego cieszę. Z autografu (nie w tej książce, w innej) też. Bardzo mi się też podobało pudełko, które pani Iwona  położyła na stoliczku na stoisku Media Rodzina  - zerknęłam do środka, a tam całe mnóstwo piór, długopisów, ołówków, mazaków. Miniwarsztat grafika. Śliczny.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za książkę!


"O tych, którzy się rozwijali" Iwona Chmielewska, Media Rodzina, Poznań 2014.

czwartek, 15 stycznia 2015

"Australia" Barbara Dmochowska


Australia jest strasznie daleko, prawda? Gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej  i zapewne ludzie chodzą tam do góry nogami. Czy tak jest chodzą, postanowiła sprawdzić autorka książki i wybrała się z chłopakiem do Australii. Brzmi to bardzo prosto: uzbierali trochę pieniędzy, załatwili formalności i polecieli. Na miejscu znaleźli znajomych, pracę, mieszkanie, czyli taka mała stabilizacja. Ale to przestało im wystarczać, Sydney zrobiło się za ciasne.
Kupili więc samochód po przejściach, skompletowali ekwipunek, po czym ruszyli: na przełaj przez całą Australię. Co im się przydarzyło, autorka zamieściła w książce. Dzień po dniu, biwak po biwaku, miejscowość po miejscowości.

Dam głowę, że autorka prowadziła dziennik podróży i na podstawie tych zapisków napisała książkę. Dlaczego tak sądzę? Właśnie przez tę drobiazgowość. W książce zawarte jest wszystko: jaka była pogoda, co jedli, którędy jechali, kogo spotkali na drodze i która z opon szwankowała. Także gdzie rozbijali namiot, jak długo spali i jak wyglądała okolica.

Zapiski pozbawione są tego dobroczynnego filtru, jaki daje czas, wymazując rzeczy mało istotne, a pozostawiając te, które mocno zapisały się w pamięci. Nie ma selekcji, zupełnie jakby wszystko było tak samo ważne. Ale czy tak rzeczywiście jest? Przecież wiemy, co nam pozostaje w pamięci z podróży, na pewno nie wszystko...

Mam wrażenie, że dla kogoś, kto marzy o takiej podróży na antypody, ta relacja będzie źródłem niezwykle cennych informacji. Jednak dla kogo, kto chciałby poczytać o Australii, to tej Australii jest nieco za mało. Bo to nie jest książka o tym kontynencie, tylko o podróży przez kontynent. Kraj widać w nim z okien samochodu i z namiotu rozbitego przy drodze. Może tak się właśnie dogłębnie poznaje kraj, jeżdżąc po nim wzdłuż i wszerz? A ja marudzę, że czegoś mi zabrakło, maruda ze mnie jedna.

Wiem, czemu marudzę. Przez Aborygenów, których w książce nie ma prawie wcale, oprócz kilku  pijanych osobników. Powie ktoś - Australia nie składa się z Aborygenów. Wiem. Myślę jednak, że to bardzo istotny element tamtejszego świata. Dla porównania - Marek Tomalik napisał o nich szerzej i to mi się podobało.
A Ros Moriarty sprawiła, że bardzo emocjonalnie podchodzę do ludności tubylczej Australii.

Reasumując: chcecie poczytać o tym, jak dwójka studentów jeździ po Australii, to książka idealna dla Was. Ale niczego głębszego tam nie oczekujcie.Trzeba jednak uczciwie przyznać, że przeżyli zachwycającą przygodę. Czego dowodzą takie zdania:

"Było cudnie. Nie słyszeliśmy już ptaków, tylko cykady i szum liści"[1].
"Mieliśmy znowu trochę światła i gorącą herbatę. Czegóż więcej potrzeba do szczęścia? Pięknie"[2].
"Ludzi jak zwykle brak. To miłe"[3].
"Samochód był dzielny, więc spokojnie mogliśmy rozkoszować się widokami"[4].

Książka jest znakomicie wydana, kredowy papier, twarda oprawa, mapa na wyklejce z trasą (świetna rzecz!) i mnogość ciekawych zdjęć. W końcu seria "Poznaj świat" to porządna seria. Ale błąd się zdarzył: fotka na stronach 24-25 jest odbita jak w lustrze (napisy na wieżowcach zdradziły). Pana od składu zdjęć proszę o więcej uwagi!

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Bernardinum za książkę!
---
[1] "Australia" Barbara Dmochowska, Wydawnictwo "Bernardinum", Pelplin 2014, s. 59.
[2] Tamże, s. 62.
[3] Tamże, s. 95.
[4] Tamże, s. 214.


niedziela, 11 stycznia 2015

"Baśnie" Bill Willingham - czy Królewna Śnieżka ożeni się z Wilkiem?


Janek pożyczył mi komiks "Baśnie", trzy tomy, a że dziś nadarza się okazja, by mu przeczytane oddać, siadam szybciutko, żeby skrobnąć parę słów na ich temat. Inaczej zapomnę, jak mi się podobało.

Bo podobało mi się, że hej. Przepadam za książkami, które wykorzystują w jakiś sposób historie znane z innych książek, mitów czy bajek. Lubię, jak autorzy bawią się znanymi motywami, ale piszą je na nowo, piszą po swojemu, od drugiej strony czy od końca. Z grubsza można to nazwać intertekstualnością (właśnie znalazłam to pojęcie w wikipedii, wiecie, że są aż cztery koncepcje intertekstualności?). Związki i rozwiązki między tekstami, to naprawdę ciekawe!

Powracając do Billa Willinghama: wziął bohaterów z popularnych bajek dla dzieci i stworzył komiks, gdzie ci bohaterowie mieszkają w Baśniogrodzie, ale też w świecie zwykłych ludzi - oczywiście ci, którzy ludzi przypominają (królewna Śnieżka, Sinobrody czy Jaś od magicznej fasoli. Ci zwierzokształtni przebywają poza miastem, ale o tym potem.

Miałam okazję przeczytać początek serii, czyli "Na wygnaniu", "Folwark zwierzęcy" oraz "Kroniki miłosne".
Pierwszy tom to wstęp, ale z niezłym przytupem, bo leje się masa krwi i ginie gdzieś siostra królewny Śnieżki. Hm, właściwie to ledwo pamiętałam, że ona miała siostrę (zresztą mało kto pamięta i to właśnie zapomnienie też autor skrzętnie wykorzystał). Śnieżka zleca przeprowadzenie dochodzenia w tej sprawie detektywowi Wilkowi (tak, temu od Czerwonego Kapturka). Śledztwo to jest to, co lubię, a Wilk przypomina nieco Blacksada, którego uwielbiam.

Tom drugi trochę bardziej przybliżył mi historię tego, jak to się stało, że baśniowcy zamieszkali w Nowym Jorku i okolicach - po prostu musieli uciekać przed najeźdźcą, Adwersarzem, który bezpardonowo podbił baśniowe ziemie. Ci, którzy upodobnić się do ludzi nie byli w stanie, zamieszkali na Farmie i żyją tam sobie jak u Pana Boga za piecem. Właśnie tak myśli Śnieżka, która, jako prawa ręka Burmistrza, co jakiś czas wizytuje Farmę i właśnie przyszedł czas kolejnej wizytacji. Myli się okrutnie, bo zamiast sielanki jest rebelia. Tak, skojarzenia z Orwellem jak najbardziej prawidłowe, zresztą, z takim tytułem nie mogłoby być inaczej.

Trzeci tom jakoś mniej gładko mi wszedł niż poprzednie, bo to tom mocno romansowy. Ten z tamtą, on i ona, takie trochę fiu bździu. Niby się czubią, ale się lubią. To kilka odrębnych opowieści. Myślę, że ten służy bardziej zapoznaniu się czytelnika ze światem Baśniowców i jego mieszkańcami niż czemukolwiek innemu. Miło było, nic ponadto.

Kreska świetna. Baśniowcy są bogato przedstawieni, tło pełne szczegółów, jest akcja - jest ekspresja. Zachwyca mnie fizys Wilka, która płynnie przechodzi od człowieczej do bardzo wilczej  - pamiętacie "Wilkołaka" z Nicholsonem? To właśnie tak.

Jedno mnie tylko nieco irytowało. W każdym dymku (dotyczy pierwszego i drugiego tomu) pogrubiono jedno, dwa lub trzy słowa. Pogrubienie w piśmie traktuję jako sygnał, że coś jest szczególnie ważne, bardzo istotne, powiedziane z naciskiem. Ale jak na takie ważne rzeczy natykam się co rusz, to mi zgrzyta, bo niemożliwe, żeby aż tyle słów było niezwykle istotnych. Przy czym te słowa wcale nie są ważne. Pogrubiono po prostu jakieś losowe słowa. Po jaką cholerę, nie wiem.

Panie Willingham, szacuneczek za pomysł na serię!

- "Baśnie: Na wygnaniu" scenariusz Bill Willingham, rysunki Lan Medina, tusz Steve Leialoha i Craig Hamilton, kolory Sherilyn van Valkenburgh, okładki James Jean i Alex Maleev, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2007.
- "Baśnie: Folwark zwierzęcy" scenariusz Bill Willingham, rysunki Mark Buckingham, tusz Steve Leialoha, kolory Daniel Vozzo, okładki James Jean, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2008.
- "Baśnie: Kroniki miłosne" scenariusz Bill Willingham, rysunki Mark Buckingham, Lan Medina, Bryan Talbot i Linda Medley, tusz Steve Leialoha, Craig Hamilton, Bryan Talbot i Linda Medley, kolory Daniel Vozzo, okładki James Jean i Aron Wiesenfield, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2008.

czwartek, 8 stycznia 2015

"Żółte kółka" Eliza Piotrowska - nie wytykajmy palcami niepełnosprawnych


Niepełnosprawni. Ten temat jest mi bliski, bo przecież mam niepełnosprawną, niesłyszącą córkę. Dlatego chętnie sięgam po literaturę dotyczącą tego zagadnienia.

"Żółte kółka" to opowieść o Ninie,  o dziewczynce z zespołem Downa, która zaczyna uczęszczać do szkoły masowej; a właściwie o tym, jak dziewczynkę postrzegają koledzy i koleżanki z klasy. Na początku jest cudnie, urok nowości. Potem są zgrzyty, gdy okazuje się, że zachowanie Iny odbiega od oczekiwań dzieci. Tu wkraczają dorośli: tłumaczą, z czego wynika odmienność dziewczynki, wyjaśniają, jak z nią postępować, jak się opiekować - bo Ina wymaga opieki. Nie ma się co oszukiwać, wymaga specjalnego traktowania, taka jest specyfika jej choroby.
W końcu dziewczynka przenosi się do szkoły specjalnej, bo tak trzeba. Z pewnością jednak skorzystała z tego, że miała całą klasę koleżanek i kolegów. Mam jednak wrażenie, że daleko bardziej skorzystały dzieci. Dowiedziały się sporo o tej chorobie, dzięki mądrym dorosłym, i chyba im to zostanie na przyszłość.

Taką książkę warto zabrać do przedszkola i przeczytać całej grupie. Do szkoły i przeczytać klasie. Żeby potem dzieci nie wytykały palcami osoby na wózku, z białą laską czy z zespołem Downa. Nikt nie lubi być wytykany palcem.

Książka "Żółte kółka" powstała z inicjatywy Stowarzyszenia Rodzin i Przyjaciół Dzieci z zespołem Downa "Iskierka" ze Szczecina.

"Żółte kółka" Eliza Piotrowska, Czarna Owieczka, Warszawa 2011.

niedziela, 4 stycznia 2015

Bloguję już całe sześć lat

Z zaskoczeniem to stwierdziłam, a zorientowałam się przez zacofanego, bo też obchodzi rocznicę, nawiasem mówiąc, wszystkiego najlepszego!

Początkowo wcale nie to nie był blog książkowy, stał się nim po pewnym czasie. I tak się jakoś dzieje, że wciąż i wciąż nim  jest.

Tak naprawdę jednak chciałam pochwalić się nie kolejnym rokiem, a tym, że w 2014 roku przeczytałam więcej książek niż przybyło mi na półkach! No dobra, o jedną więcej, przeczytałam 134, a przybyło 133, jednak jest to całkiem pozytywna tendencja, prawda? A do tego z półek mi wywędrowało 199 książek!

Cieszę się więc, bo to pierwszy krok do odgrzebania się spod stosów literatury.

Takich na przykład: