sobota, 26 września 2015

Pelikan Hub Katowice Poland 2015 - super impreza dla pióromaniaków!

25 września 2015 - tego dnia wybrałam się do Katowic do kina Kosmos na Pelikan Hub. Już drugi raz uczestniczyłam w takiej imprezie (pierwszą opisywałam tutaj). Odbyła się w tym samym miejscu, jeśli chodzi o ilość uczestników, było nas zauważalnie więcej. Firma Pelikan przygotowała dla zarejestrowanych pióromaniaków upominki - kubek z logo Pelikana, etui na pióra, katalog z najnowszymi produktami oraz pudełeczko z nabojami Edelstein Amethyst (atrament roku 2015).

Ametyst ametystem, ale mam wrażenie, że spotkanie zdominował kolor pomarańczowy. Przyznam się, że to przeze mnie. Poprosiłam, żeby mi ktoś przyniósł pomarańczowy atrament do testów, albo pióro zatankowane takim, albowiem chciałam sobie podpisać zeszyt. Wiecie, estetka ze mnie, mam czarny notatnik z pomarańczową gumką, zakładką i szlufką na pióro. Chciałam sobie podpisać na pomarańczowo.


 
Zanim się obejrzałam, zaroiło się wokół mnie od pomarańczowych przedmiotów. Atrament, pióra wieczne i inne pisadła, notatniki, notesy, książka w pomarańczowej okładce, pomarańczowa szmatka do okularów, a nawet pomarańczowa czekolada! Obłędnie energetyczny kolor, prawda?





Oprócz zażerania się czekoladą i  picia kawy w pelikanowym kubku mogłam wypróbować mnóstwo atramentów Pelikana i nie tylko, mogłam oglądać, rozmawiać, słuchać i patrzeć na zachwycające pióra.



 Tutaj jeszcze link do filmu z wydarzenia. :)

 

Dziękuję bardzo wszystkim uczestnikom za spotkanie! And - dla Ciebie szczególne podziękowania - jesteś świetnym gospodarzem.

Zdjęcia są autorstwa aspi, a filmik kręcił And - forumopiorach.net.

"Pan Misio. Czy lisy śnią o gadających kurach?" Bartłomiej Trokowicz


"Nieopodal Pagórka, w Lesie, mieszkał pan Misio" - tak się zaczyna opowieść. Fajne zdanie, od razu wiadomo, że Las to nie jest zwyczajny las, tylko Las szczególny, tak jak i Pagórek jest absolutnie niepowtarzalnym Pagórkiem. Nie mówiąc już o Misiu.

Oprócz Misia poznajemy Wilka z rodziną, Lisa przecherę, wrednego Szczurka i nieco naiwną Wiewiórkę. Miś rządzi. To do niego przychodzą po radę, on rozwiązuje konflikty. Wilk, choć niewątpliwie także silny i mądry (no dobra, bardziej silny niż mądry), trzyma się na uboczu. Lis jest sprytny, jak na lisa przystało i bez krępacji przyznaje się do fascynacji drobiem, a że ta fascynacja skręca w nieco dziwnym kierunku - cóż, takie prawo bajki.  Szczur chachmęci, widząc tylko czubek własnego nosa.

Autor przeniósł mnie do lasu, dając możliwość obserwacji zwierząt w ich naturalnym środowisku. Tylko że te zwierzaki nie są naturalne, tylko zeczłowieczone, bo plotkują, intrygują i zdradzają żony. Do tego niekonsekwentnie Miś  nie umie się dogadać z Misiową, ale z Lisem, Szczurkiem i całą resztą mieszkańców Lasu - owszem. Pojawia się i Człowiek, pojawia się wtedy, gdy może się przydać, na przykład uratować chore zwierzątko.

Przyznam się, że bardzo, ale to bardzo pachniało mi to "Pafnucym" Joanny Chmielewskiej. Tam był miś Pafnucy, do którego wszyscy przychodzili po radę, były Wilki trzymające się na uboczu i cała masa innych zwierząt. Tyle że bardziej zwierzęcych. Przeszkadzało mi to porównanie, bo pan Misio wypada blado na tle Pafnucego.

Tak naprawdę jednak nie mogłam rozszyfrować sensu tej powieści. Ukazanie wad ludzkich? Opowieść o solidarności zwierzęcej? Hołd złożony słowu pisanemu (Szczur nauczył się czytać)? Czy też wszystko naraz, z małym ukłonem w stronę P.K. Dicka przez sprytnie skonstruowany tytuł? Przyznaję, złapałam się na lep tytułu.

Czy było warto? Hm, dla mnie średnio.

Dziękuję autorowi za udostępnienie ebooka.

"Pan Misio. Czy lisy śnią o gadających kurach?" Bartłomiej Trokowicz, RW2010, Poznań 2015.
Pan Misio. Czy lisy śnią o gadających kurach? [Bartłomiej Trokowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 23 września 2015

Targi Książki w Krakowie - 22-25 października 2015 już niedługo!

Marta Kisiel - TK Kraków 2014


Wielka książkowa impreza zbliża się wielkimi krokami. Kto ma zamiar jechać, już zaczyna czytać program spotkań i przeglądać plan stoisk. Wszystko można znaleźć tu:
https://www.targi.krakow.pl/

W imieniu Śląskich Blogerów Książkowych chciałam szczególnie serdecznie zaprosić na Zjazd Blogerów, w ramach którego będzie ogłoszenie wyników plebiscytów: Złota Zakładka i Literacki Blog Roku. Potem palnęłam się w czoło, co tu zapraszać, jak to na zapisy jest, ja zaproszę, a miejsc już nie ma. Właściwie to są jeszcze trzy (www.zjazdblogerow.granice.pl) w chwili gdy to piszę. Zjazd będzie w sobotę, od 13:00 do 14:50  w sali Wiedeń B.

Organizujemy też panele dyskusyjne i wykłady, na które miejsc już nie ma, chyba, że ktoś zrezygnuje. oto ich lista:

 "Promocja blogów - media społecznościowe i statystyki" - prowadzenie: Joanna Pastuszka-Roczek, blog "Kawa z cynamonem" sobota, 24 X 2015, godz. 15:00-15:50, sala Praga A

 "Czy blog może zmienić życie? Dyskusja blogerów książkowych, którzy odnieśli sukces" - prowadzenie: Ilona Chylińska, blog "Ostatni czytelnik" sobota, 24 X 2015, godz. 16:00-16:50, sala Praga A

"Blog książkowy uszyty na miarę - jak stworzyć atrakcyjny wizualnie content" - prowadzenie: Martyna Tarnawska, Grupa Sztuka Smart,  niedziela, 25 X 2015, godz. 11:00-11:50, sala Praga A

"Współpraca z wydawcami - nie tylko książka za recenzję" - prowadzenie: Sławomir Krempa, Granice.pl, niedziela, 25 X 2015, godz. 12:00-12:50, sala Praga A.

W sobotę zapraszam też na Blogerskie spotkanie podczas krakowskich Targów Książki 2015. Pół godziny tramwajem nr 1 od targów do Smakołyków. Można będzie odpocząć, zjeść coś czy się napić, wygrać książkę i pogadać z blogerami. Sala jest zarezerwowana od 17:00, ale pamiętajcie, że od 17:00 zaczyna się też niezwykle ciekawy panel fantastyczny serii Uroboros z udziałem autorów: Anny Kańtoch, Marty Kisiel, Jacka Inglota (stoisko C48).


Sama jeszcze porządnie nie wczytałam się w program, więc nie wiem, gdzie się będę obracać. Pewnie wszędzie, gdzie się da :)

poniedziałek, 21 września 2015

"566 kadrów" Dennis Wojda - opowieść nie przejmująca się czasem


Wypatrzyłam komiks w namiocie z tanią książką w Łebie (udało nam się z Marianką dostać na tygodniowy turnus rehabilitacyjny), schował się między literaturą kobiecą i ledwo go było widać. Otworzyłam na przypadkowej stronie i wzdrygnęłam się, natrafiwszy na rysunek człowieka z głową konia. Orzekłam, że to dość makabryczne i już miałam odłożyć na miejsce, ale zatrzymała mnie cena. 9,99 zł nie majątek, wzięłam. Bardzo dobrze zrobiłam, że wzięłam, bo autor opowiada ciekawą historię.

Narratorem jest sam autor, występujący w roli dziecka tuż narodzinami. Zaiste oryginalny punkt widzenia, zwłaszcza że bobas ma na nosie całkiem dorosłe okulary. Bobas opowiada o swojej rodzinie, zaczynając od mamy, która właśnie czuje pierwsze bóle porodowe. Rodząca dzwoni po najlepszego przyjaciela, żeby zawiózł ją do szpitala - a dlaczego nie po ojca dziecka, jej męża? Bo mąż jest w trasie koncertowej, jest muzykiem  i gra na gitarze. Opowieść płynnie przechodzi na ojca, czyli skąd się wzięła jego miłość do muzyki. Potem zbacza na dziadka, czyli ojca taty, zahacza o wojnę, wydobywając na światło dzienne zdarzenia od lat przechowywane w rodzinnej pamięci. Drobiazgi, strzępki wspomnień. Ciocia Jadzia uciekająca przed rosyjskimi żołnierzami na dach, dziadek wywieziony na roboty. Warszawa ze zburzonymi domami, smutne króliki czekające spokojnie na śmierć.

Rodzina mamy także występuje, autor płynnie przechodzi z jednego konaru drzewa genealogicznego na drugi, nie martwiąc się zbytnio o chronologię i kolejność zdarzeń. Najważniejsze, że opowieść płynie swobodnie jak rzeka, raz wychyla się z niej tata jazzman, raz prababcia akuszerka umiejąca przewidzieć płeć każdego dziecka mającego się narodzić.

To historia jednej rodziny, unikatowa, niepowtarzalna, cenna. Tak samo cenna jak historia mojej rodziny. W te wakacje zajmowałam się rysowaniem drzewa genealogicznego dla mamy, a przy okazji wysłuchałam kilku takich strzępków, oderwanych fragmentów ludzkiego życia. Do licha, pewnie to niebawem zapomnę...

Przejdźmy do obrazu w powieści. Od razu i prosto z mostu powiem - nie podobało mi się. Znikoma ilość kolorów akurat tu pasuje, uspokaja nieco chaotyczną narrację i ujednolica opowieść. Ale sposób rysowania ludzi czy przedmiotów mi nie odpowiadał. Nieco chwiejny, nieco skrótowy, jakby niedbały? A może zbyt esencjonalny jak dla mnie? Albo też po prostu uprzedziłam się przez te nosy, rysowane tak bardzo po dziecięcemu, falistą linią. Może człowiek i ma esa floresa nad ustami, ale moje wewnętrzne ja się z tym nie zgadza.

Jednakowoż mimo lekkiej niechęci do rysunków, to, co komiks mi opowiedział, było fascynujące.

"566 kadrów" Dennis Wojda, Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2013.

566 kadrów [Dennis Wojda]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 18 września 2015

"Rośliny kwitnące. Królewskie Ogrody Botaniczne w Kew" Walter Hood Fitch


Nie jestem wielką znawczynią ani entuzjastką kolorowania, bo dopiero zaczynam, ale "Rośliny kwitnące" to coś więcej niż kolorowanka. To połączenie kolorowanki z przepięknym albumem botanicznym.

Ilustracje roślin kwitnących pochodzą z czasopisma "Curtis's Botanical Magazine", gdzie zamieszczano ręcznie kolorowane miedzioryty z wizerunkami roślin, do tego były dodawana klasyfikacja, opis i porady dla  miłośników ogrodnictwa. Same smakowitości, nie sądzicie? Oczywiście dla osób zainteresowanych tematem. Ja akurat jestem, może nie mocno, ale w całkiem sporym stopniu. To dzięki mojej mamie. Ona kocha rośliny, swój ogród, kwiaty, krzewy, zioła i drzewa. Kocha też wizerunki roślin, pamiętam, jak starannie wycinała z gazet reprodukcje właśnie takich miedziorytów (gdzie na jednym obrazku jest wszytko: korzenie, łodyga, liście, kwiaty, nasiona), a ja jej to potem oprawiałam w ramki.

Nie mogłam przejść obojętnie wobec takiej kolorowanki. Jak się koloruje? Całkiem inaczej niż "Tajemny ogród" - tam były czyste płaszczyzny do wypełnienia, tu mamy już pocieniowane rysunki. Coś mi się wydaje, że z oryginałów zdjęto tylko kolor, a gdzie było ciemniej na rysunku, na kolorowance pozostawiono szary kolor. Tym samym nie miałam sposobności, by użyć szarej kredki. Nie żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało, ale zanotowałam w pamięci.

Jeśli chodzi o kolory, miłośnicy nasyconych, wielobarwnych rysunków nie będą zachwyceni. Kolory kwiatów są spokojne i stonowane. Ale możemy machnąć ręką na oryginał i malować po swojemu.

Bardzo podoba mi się bogactwo szczegółów na rysunkach. Widać, że pan Fitch miał talent. Tu chcę wyjaśnić, że tak naprawdę wcale nie widnieje na okładce jako autor. Nikt nie widnieje na okładce jako autor, ale myślę, że Fitchowi się należy, bo te wszystkie kwiaty to jego dzieło. Śliczna, subtelna kreska, delikatne kolory. Mówiłam, że to także album, a nie tylko kolorowanka?


Jeszcze jedno. We wstępie widnieje zdanie:
"Listę rycin, zawierającą nazwy roślin (podawane u dołu ilustracji wraz z datą ich publikacji), można znaleźć na kolejnych stronach. Kierując się łacińskimi nazwami, w Internecie znajdziecie  obowiązujące, współczesne nazwy". 
Po pierwsze, na liście plansz, czyli kluczu, nie ma dat, są nazwy. Data pojawia się tylko na jednej dużej ilustracji.
Po drugie, chętnie postawię piwo/ kawę temu, kto kierując się łacińską nazwą Clomenocoma montana, Vieussieuxia fugax czy Plagianthus lyalli znajdzie mi w Internecie współczesną polską nazwę. Co ja się naszukałam (dla mamy oczywiście)! Co prawda, może być i tak, że po prostu nie ma polskich nazw.



Ocena? Kolorowanka na czwórkę (te szarości, hm), no ok, jeszcze plus za dobrej jakości papier; album na pięć z plusem, na szóstkę zabrakło mi tych nazw. Wiem, że ma wyjść cała seria, już mam "Ptaki" i zacieram ręce.

Wydawnictwo Vesper na błyskawicznie rozrastającym się rynku kolorowanek dla dorosłych znalazło lukę i błyskawicznie ją wypełniło. Z tej pozycji będą zadowoleni ci, którzy lubią kolorować oraz ci, którzy lubią tylko oglądać.

Bardzo dziękuję Vesper za "Rośliny kwitnące". Muszę przyznać, że to wydawnictwo jakoś idealnie trafia w mój gust. Gdyby kiedyś chciało mi się popełnić notkę o wydawnictwach, jak Moreni, to Vesper byłoby na wysokiej pozycji.

"Rośliny kwitnące. Królewskie Ogrody Botaniczne w Kew", Vesper, 2015.

czwartek, 17 września 2015

"Marsjanin" Andy Weir


Dobra dusza pożyczyła mi książkę, dobrej duszy należy się wpis o tym, czy mi się podobało, czy nie.
Czy jest na sali ktoś, kto nie wie, o czym jest ta książka? Mam wrażenie, że recenzji w blogosferze przewinęło się tyle, że wszyscy już się orientują, jak można zamieszkać na Marsie.

No właśnie, jak? Trzeba mieć pecha. Tak jak Mark Watney, bohater książki, członek wyprawy  na Marsa. Utknął sam, samiuteńki jak palec, na Czerwonej Planecie, a reszta załogi zwinęła się i odleciała, mając go za martwego. Co Mark może zrobić na Marsie, żeby przeżyć, nie zwariować i do tego wrócić do domu?

Ooo. Dużo. I to właśnie robi. A cokolwiek robi, to opisuje to w swoim dzienniku - i to już jest pierwszy krok, żeby nie zwariować. Drugi krok to opracowanie Planu Przeżycia i Powrotu na Ziemię. Trzeci to dołożenie wszelkich starań, żeby nie dać się zabić pustynnej i niegościnnej planecie.
Jednocześnie z jego misją na Ziemi rusza pełną parą praca, by Marka ściągnąć do domu (ktoś tam w końcu dopatrzył, że on żyje) i tak sobie czytałam wahadłowo, przeskakując z Marsa na Ziemię i z powrotem.

Bardzo mi się podobała ta atmosfera solidarności międzyludzkiej, tego, że dla jednego człowieka angażuje się wszystkie siły. Bo swoich się nie zostawia, jak już orzekł dawno temu Lem w "Niezwyciężonym".
Podobał mi się też Mark, facet, którego lubi się od pierwszego wejrzenia i za którego trzyma się kciuki (lubię trzymać kciuki za kogoś w książce) tak mocno, że aż kostki bieleją. Co prawda były momenty, że w swoim dzienniku przynudzał, ale mu wybaczam. Kto nigdy nie przynudzał, niech rzuci ziemniakiem.

To książka dynamiczna, z mnóstwem technicznych szczegółów podanych w wysoce przystępny sposób.Pełno w niej czerwonego marsjańskiego pyłu i pełno w niej życia. Ma się dobrze czytać i dobrze się czyta.

Niebawem pojawi się film! Już wiadomo, kto będzie grał Marka, to Matt Damon. Dobry wybór? A może ktoś inny byłby lepszy?

Marsjanin [Andy Weir]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 16 września 2015

"Rumo i cuda w ciemnościach" Walter Moers - wygrzebane z dna szuflady


W plikach na dysku znalazłam taki krótki szkic, nawet nie pamiętam, kiedy to pisałam, czyżby w 2008 roku?:

Widząc zapowiedzi następnej książki Moersa, zacierałam ręce: o, będzie kolejna uczta! Nie zawiodłam się. Moers kolejny raz daje popis literackiego kunsztu i kolejny raz przekonałam się, że jego wyobraźnia nie zna granic.

Miejscami krwawa i okrutna, to jednak daje nadzieję (jak każda bajka), że dobro zwycięża, a zło zostaje ukarane.

"Miasto ..."było dla dojrzałego czytelnika, "Niebieski Miś" dla dzieci, "Rumo..." jest dla młodzieży. Dziwiła mnie na początku ta kolejność wydawania, teraz już ją trochę rozumiem. Miasto miało podbić serca czytelników i znakomicie się z tego zadania wywiązało. Miś zaś miał pokazać, iż autor pisze dla szerokiego kręgu czytelników. Obie te książki przygotowały mnie na przyjęcie Rumo.


Tu się szkic urywa, nawet nie dopisałam, że Rumo jest Wolpertingiem (zresztą, czy to by wam coś powiedziało?) i że ma wyjątkowo czuły nos i że to, co mu się przytrafia, budzi całą gamę emocji. Ale za to znalazłam wpis z cytatem z tej książki, o przyjemności jedzenia opiekanych mysich pęcherzy.
Proszę, tu - > KLIK. 
P.S. O rany, po ile to teraz chodzi na allegro!


"Rumo i cuda w ciemnościach" Walter Moers, tłum. Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2008.

poniedziałek, 14 września 2015

"Chór zapomnianych głosów" Remigiusz Mróz

Remigiusz Mróz. 

Znacie? Do tej pory nie miałam pojęcia, jak pisze, ale pozaliteracko znałam dzięki mojej koleżance Karolinie. Karolina czyta Mroza, pisze o jego książkach, pisze petycje w sprawie książek Mroza, robi sobie fanowskie koszulki i ogólnie jest mrozozakręcona. Skądś ten entuzjazm musi się brać, co nie? Sprawdziłam, skąd.

"Chór zapomnianych głosów" to rasowe s-f. Zaczyna się z przytupem: Håkon Lindberg, astrochemik (przy okazji, jest tyle skandynawskich imion bez ichnich znaków diakrytycznych... jak to się wymawia?) budzi się z kriogenicznego snu (hibernacji) na statku kosmicznym. Obserwując otoczenie, zdaje sobie sprawę, że jest świadkiem rzezi załogi. Całkowity pogrom, rozpłatane trupy spływają po ścianach, krew i flaki! Jest źle.
Håkon szybko zdaje sobie sprawę, że załogę spotkał pogrom, ocalał tylko on i nawigator Dija Udin Alhassan. Kto lub co zabiło kilkaset osób z załogi ISS Accipiter?
Sygnał alarmowy z Accipitera dotarł do Ziemi (poczciwy, niezawodny ansibl), a stamtąd przekazano go na ISS Kennedy'ego, statku znajdującego się najbliżej miejsca katastrofy. Kennedy rusza na ratunek.

W ten sposób mamy już ładnie zarysowaną grupę głównych bohaterów. Co będą robić? Ależ to proste: będą ratować świat przed zagładą. Na ludzkość została bowiem zastawiona pułapka, albo weźmie udział w kosmicznej walce o życie, albo zniknie. Jeśli weźmie udział i przegra, też zniknie. Załogi obydwu statków próbują zapobiec nieszczęściu, robiąc przy tym cudaczne rzeczy: podróżują w czasie, podróżują statkami, szukają sojuszników, oszukują wrogów i korzystają z nieziemskich technologii.

Bardzo dynamiczna książka, świetnie rozplanowana i znakomicie napisana. Czy polecam? Tak, ale z zastrzeżeniem. Nie można określić tej książki jako (teraz się mocno zastanawiam na doborem słów, żeby być dobrze zrozumianą) intelektualnie wymagającą. I tu już mi coś w tym określeniu nie gra, bo jednak dotrzymanie kroku tym wszystkim podróżom w czasie, zmienianiu przyszłości i wskazówkom pozostawianym dla młodszych wersji siebie angażuje szare komórki w znacznym stopniu. Chodzi mi o coś bardziej ogólnego, jakoś marzy mi się w s-f trafianie na miniobjawienia. Momenty, gdzie nagle zastygam nad lekturą, uderzona nagłą myślą: a niech mnie, jak on na to wpadł? Takie miałam przy Lemie, Strugackich, Wattsie, Gibsonie. Pomysł Mroza, by kosmos uczynić areną pojedynku rodem z Dzikiego Zachodu jakoś nie pozbawił mnie oddechu. Może za dużo wymagam? Ale przecież tak dobrze się zapowiadało, widziałam potencjał!

A w pamięci zostały mi dwie rzeczy: raz,  że to całkiem dobrze napisana książka i czytałam z przyjemnością; dwa: treść niebawem zapomnę.

P.S. Autorze, z konchami w wymarłym mieście zamieszałeś.

P.P.S. Autorze, pewnie sięgnę jeszcze po którąś Twoją książkę, sprawdzić inne gatunki. Kryminał jakiś się znajdzie?

Bardzo dziękuję za egzemplarz, hm, plik wydawnictwu Genius Creations. 

"Chór zapomnianych głosów" Remigiusz Mróz, Genius Creations, 2014.
Chór zapomnianych głosów [Remigiusz Mróz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 10 września 2015

"Teczka" Tom Taylor, Colin Wilson


Czy ktoś pamięta spektakl Teatru Telewizji pt. "Ławeczka"? Występowali tam świetni aktorzy, czyli Janusz Gajos i Joanna Żółkowska. Fantastyczny spektakl, zbudowany na dialogach pomiędzy tymi ludźmi.

W "Teczce" jest podobnie, to gra dwójki bohaterów, dialogi i relacje między nimi. Ha, miałam już do czynienia z komiksem "filmowym", teraz przyszedł czas na "teatralny".

Na peronie kolejowym widzimy mężczyznę i kobietę - czekają na opóźniony pociąg. Nagle zauważają teczkę, którą ktoś zostawił na peronie. Co teraz? Właśnie o tym "teraz" jest sztuka, czyli komiks. Dla jasności dodam, że "Teczka" to sztuka właśnie, dopiero później została przerobiona na scenariusz komiksowy.
Tak więc - co teraz? Co zrobić z teczką? Czy ktoś jej zapomniał, czy celowo zostawił? A jeśli to drugie, to w jakim celu? Mężczyzna i kobieta mają na ten temat różne zdanie, ścierają się, czasem mocno. Jak to się kończy? O nie, nie zdradzę.

Jak wypadają rysunki? Przede wszystkim bardzo ciekawy jest pomysł, by od pewnego momentu na każdej stronie komiksu pojawiała teczka. Ze strony na stronę coraz większa, coraz dobitniej zaznaczająca swoją obecność.
Kadry dynamiczne, dużo zbliżeń na twarze, oczy - to podkreśla mocno dialogowy charakter komiksu.

Krótki to utwór, zaledwie dwanaście stron (no i materiały dodatkowe), ale bardzo wyrazisty. Charakterystyczny. Na pewno nie uleci z pamięci.

Zamiast przykładowych kadrów mam dwa filmiki, znalezione na sklep.gildia.pl.



"Teczka" scenariusz Tom Taylor, rysunki Colin Wilson, tłumaczenie Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2013.

wtorek, 8 września 2015

„Pan Brumm obchodzi urodziny” Daniel Napp




Będzie nader krótko, bo tak naprawdę, jak lubię pana Brumma, tak tego odcinka jego przygód nie lubię. Mało humoru, mało żarcików rysunkowych, wszystkiego mało. Tyle dobrego, że końcówka znakomita, bo atrakcjami urodzinowymi u pana Brumma są bardzo pożyteczne rzeczy. Ale dydaktyczny pan Brumm stracił urok misia, który ma odjechane pomysły i niezwykłą wyobraźnię.

Kupiliśmy, bo nam brakowało do kompletu. Dobrze, że na koniec, bo by nam zapał sklęsł do kompletowania serii.A tak to mamy komplecik - z czego najczęściej czytamy tom o lokomotywie. 

„Pan Brumm obchodzi urodziny” Daniel Napp, tłumaczyła Elżbieta Zarych, Bona, Kraków ni2014.

poniedziałek, 7 września 2015

"Ballada o ciotce Matyldzie" Magdalena Witkiewicz


Lato w pełni. To znaczy oczywiście, jak pisałam te słowa w notesie, bo teraz to pada, zimnem wieje, brr. Ale jak jeszcze było lato, to czemuż by nie sięgać po "Babie lato" Naszej Księgarni? Sięgnęłam po "Balladę o ciotce Matyldzie".

To historia Joanny, szczęśliwie zakochanej w mężu Piotrze i z radością (i niepokojem, ale to normalne) oczekującej narodzin ich pierwszego dziecka, Jasia.
To także historia ciotki Matyldy, bardzo z Joanną związanej, osoby ciepłej, mądrej i dobrej. Niestety, my, czytelnicy, nie mogliśmy się nacieszyć ciotką zbyt długo. Zmarło się jej w tym samym momencie, kiedy Joanna rodziła Jasia (właściwie małą Matyldę). Na szczęście sporo o ciotce można się dowiedzieć z listów, jakie Joanna pisała do ciotki. Do tego troszkę wspomnień...

Jednak to Joanka jest ważniejsza. Ona została sama z dzieckiem, bo mąż wolał badać skały na Spitsbergenie. Musiała dać sobie radę z małą Matyldą, ze znalezieniem pracy, przyjaciół, radości z życia.

 Ładnie to wszystko autorka opisała. W "Opowieści niewiernej" miałam zastrzeżenia, że didaskaliów brak - a tu jest wszystko jak należy, postacie rzetelnie osadzone w powieści, znam ich pochodzenie i upodobania, wiem, jak wyglądają i gdzie pracują. To lubię.

Podobało mi się bardzo jedno z powiedzeń ciotki Matyldy:
"- Joanko, metoda "po trupach do celu" nie popłaca. Bo w końcu możesz sama zostać z tymi trupami, po których deptałaś. A to niezbyt przyjemne... Wszystko da się załatwić inaczej". *
Jakie mądre słowa.

P.S. Po mnie książkę przeczytała moja siostra. Orzekła, że znakomicie ją odpręża.

---
* "Ballada o ciotce Matyldzie" Magdalena Witkiewicz, Nasza Księgarnia, Warszawa, 2013, s. 100
Ballada o ciotce Matyldzie [Magdalena Witkiewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 3 września 2015

„Tytus, Romek i A’Tomek" – gra planszowa


Od czasu do czasu lubię zagrać w planszówki (dużo ludzi tak ma). Dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont miałam możliwość zapoznania się z grą planszową „Tytus, Romek i A’Tomek”. Znam ten komiks, oczywiście, ucieszyłam się bardzo. Moja siostrzenica, z którą gram (hej, Kamila, pozdrawiam!), była początkowo sceptyczna, mówiąc "ale ja się nie znam na komiksach...". Szybko okazało się, że znajomość jakiegokolwiek komiksu nie jest w ogóle wymagana do gry.

Na czym polega gra?

Na tym, że każdy z graczy ma ułożyć komiksy, jak najwięcej komiksów. Dostaje się małą planszę z miejscem na osiem obrazków, trzeba wypełnić wolne miejsca żetonami z obrazkami. Skąd je wziąć? Kupuje się, a raczej licytuje. Kto ułoży najwięcej komiksów, ten ma największe szanse na wygraną, ale wcale nie wygrywa automatycznie, na wygraną składa się bowiem wiele czynników. Dlatego do końca, czyli do podliczenia punktów, nie wiadomo, kto wygrał.
Punkty zdobywa się za ułożone komiksy (wartość komiksu mierzy się w kokosach), za zdobyte ordery (a tych jest mnóstwo do zdobycia) oraz za debilary (waluta w grze), które nam zostały. Wszystko trzeba zsumować.

Zaskoczenie.

Nie wiem, czy to było celowe zagranie twórców, ale gra jest obliczona na zaskoczenie przeciwnika, tfu, gracza. Raz poczuła się zaskoczona siostrzenica, o czym pisałam wyżej.
Dwa: zaskoczyła mnie obszerna instrukcja, pomyślałam sobie, że, oj, będzie ciężko z porządnym opanowaniem zasad gry.
Trzy: zasady gry są prościutkie, wystarczy raz porządnie przeczytać instrukcję i mieć ją pod ręką w czasie pierwszej rozgrywki.
Cztery: to już nie zaskoczenie, a zadowolenie. Zawsze to ja zaczynałam grę! J Napisano bowiem:
"Gracz, który ostatnio czytał „Tytusa”, otrzymuje figurkę Papcia Chmiela i rozpoczyna rozgrywkę".

Jak to wygląda?

Graficznie gra jest cudowna. Rysunki ze znanego komiksu bardzo mi się podobały. Żetony komiksów małe, ale czytelne, ordery wypasione, kokosy fikuśne. Plansza, na które to wszystko się dzieje, czytelnie rozplanowana i choć elementów gry jest mnóstwo, to każdy szybciutko znajduje swoje miejsce.
Jakościowo – bajka. Wszystko solidne, gruba tektura, wyraźny nadruk, zdecydowane kolory.

Jakieś wady gry?

No właśnie, niby nie, ale jest taki zapis w instrukcji, który i dla mnie i dla dwójki pozostałych graczy był niejasny. Chodzi o pobieranie żetonów z pola „Pracownia Papcia Chmiela” – na tym polu się nie licytuje, tylko po prostu zabiera żetony w kolejności określonej przez zasady. Pierwszy wybiera gracz, który ma na swoich komiksach najwięcej bohaterów i gości.
„Jeśli jest remis, to pierwszy (spośród remisujących) wybiera gracz posiadający figurkę Papcia albo siedzący bliżej figurki, zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara”.
Mieliśmy trzech graczy, ten z Papciem wybierał pierwszy, pozostała dwójka miała remis. No i jak na nasz gust, obydwoje siedzieli tak samo blisko Papcia, niezależnie od tego, w którą stronę chodzi zegar.



Dziękuję za grę Wydawnictwu Egmont, jest naprawdę świetna! 

P.S. Zdjęcia z gry bym wrzuciła, ale mi się gdzieś zgubiły, poszukam.

EDIT: Znalazłam w telefonie zdjęcia.
Plansza i moje komiksy. Mam trzy i na razie żadnych kokosów

Ten mój komiks dostał medal za najgorszy komiks. Ha!

Komiksy współgracza.  Jak widać, ma kokosy.
 

wtorek, 1 września 2015

"Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy" Maria Parr


"Lena jest moim najlepszym przyjacielem, mimo że jest dziewczyną. Nigdy jej tego nie mówiłem. Nie mam odwagi, bo nie wiem, czy ja jestem dla niej najlepszym przyjacielem. Czasem tak myślę, a czasem nie. To zależy. Ale bardzo się nad tym zastanawiam, szczególnie gdy dzieją się takie rzeczy, że ona spada z kolejki linowej na położony przeze mnie materac. Wtedy myślę sobie, że chciałbym, żeby powiedziała, że jestem jej najlepszym przyjacielem. Nie musi mówić tego głośno, ani nic. Mogłaby to tylko wymruczeć. Ale tego nigdy nie robi. Czasem wydaje mi się, jakby Lena miała serce z kamienia". [1]

"Było tak zimno, że twarda skorupa na śniegu nie pękała pod moimi stopami, a moje serce było tak lekkie, że gdybym spróbował, to chyba udałoby mi się pofrunąć".[2]



Takie sobie fragmenty wyciągnęłam z książki, bo o sercu, a tytuł książki też z sercem, więc się ładnie komponuje. Do tego jeszcze wam powiem, że czyta się z sercem na dłoni.

Lena i Kręciołek są parą zwariowanych dzieciaków. Lena jest bardziej zwariowana, a Kręciołek jest bardziej jej towarzyszem. Wybryki i pomysły Leny podnosiły mi włos na głowie, a to, że Kręciołek bez cienia wahania zawsze bierze jej stronę, rozczulało mnie, rozklejało wręcz.

Oprócz przygód tych dwojga udało się autorce zmieścić w tej książce zaskakująco dużo. To, jak wygląda życie w małej skandynawskiej wiosce na skraju fiordu, jak wyglądają relacje rodzinne i sąsiedzkie, jak obchodzi się święta, jak się swata ludzi. Jest i smutek, gdy odchodzi na zawsze ktoś bliski. Jest rozpacz i tęsknota. Wszystko to pokazane jest z taką dobrocią, wnikliwością i mądrością, że aż się zrobiłam odrobinę lepsza po przeczytaniu książki.

Bazyl zachwalał, zachwalam i ja!

---
[1] "Gofrowe serce. Lena i ja w Zatoce Pękatej Matyldy" Maria Parr, przełożyła Aneta W. Haldorsen, Nasza Księgarnia, Warszawa 2007, s. 9
[2] Tamże, s. 141