
Debitutancka i jedyna powieść znanej poetki amerykańskiej z motywami autobiograficznymi. Takie zdanie widnieje gdzieś tam na okładce - i to zdanie znakomicie podsumowywuje tę pozycję. Jeszcze od siebie bym dodała, że dla twórców i poetów jest to z pewnością ciekawsza książka niż dla przeciętnego zjadacza chleba. Bo ja, taka zwykła właśnie zjadaczka chleba, niespecjalnie czuję się zainteresowana tym, że młoda panienka o znakomitych wynikach w nauce udaje się do wielkiego miasta, bawi się, używa życia, chadza na bale i bankiety, a wszystko to z niechęcią niemalże i jakoś sennie. Ani też tym, że przeżywa załamanie nerwowe, czy też tym, że po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego, aplikują jej elektrowstrząsy i leczą z całych sił, raczej z powodzeniem, acz nie wiadomo na pewno. A to całe leczenie i postępy pacjentki też jakieś takie senne i bez bigla. Ogółem, senny smutek, smętna beznadzieja, aura mglistego powolnego tracenia zmysłów - to z pewnością może przyciągnąć i zachęcić do czytania niektórych czytelników. W sumie ja też to przeczytałam bez specjalnej przykrości, ale pamiętać za bardzo nie chcę i nie mam zamiaru. Kesey w wariatkowie lepszy, bo nie taki uległy.