czwartek, 28 lutego 2013

"Śmierć i trochę miłości" Aleksandra Marinina - ślub!


W końcu. Uff. Nareszcie. Nastia wyszła za mąż za Czistiakowa. Dasza zaś za jej brata Aleksandra. I oto w urzędzie stanu cywilnego, tuż po tym, jak młoda para złożyła podpisy, pada strzał i i ginie młoda kobieta. W białej sukni. Ach, nie zdążyła wyjść za mąż. Ach. melodramat, urońcie łezkę. Teraz, teraz, bo jak nie zdążycie, to dostaniecie w łeb cytatem:

"- Cześć, Wasia - powitała kolegę. - Tu Kamieńska.
- Co za ludzie! - zagrzmiał Kudin. - Czego tutaj szukasz w wolny dzień?
- Mam trupa, Wasia. [...]
- Zaraz, zaraz, a czy ty przypadkiem nie wychodzisz dziś za mąż? - Głos dyżurnego znów się przybliżył.
- Dzisiaj, Wasieńka, dzisiaj. Właśnie przed chwilą wzięłam ślub. Pięć minut temu.
- O kurde, co z ciebie za baba, Kamieńska? Nawet za mąż nie możesz wyjść po ludzku, bez trupa?"*

Nastia nie może, jedzie niby do restauracji uczcić podwójne zamążpójście, ale co chwila wymyka się do telefonu monitorować postępy w śledztwie. Okazuje się, że trupów jest więcej niż jeden, w tle przewija się ładniutka głupiutka dziewczyna i jej seksowny inteligentny narzeczony; dziarski fotograf i pijak degenerat szantażysta..

Fragment, gdy Anastazja rozmawia przez telefon z mordercą i ma za zadanie jak najdłużej zatrzymać go przy telefonie, by ekipa antyterrorystów miała czas na wejście do jego mieszkania - to jeden z najbardziej przejmujących fragmentów w całej serii.

Śmierć i trochę miłości [Aleksandra Marinina]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
* "Śmierć i trochę miłości" Aleksandra Marinina, przełożyła Elżbieta Rawska, W.A.B., Warszawa 2008, s. 41-42

środa, 27 lutego 2013

Kindle!





Stałam się szczęśliwą posiadaczką takiego czytnika jak na zdjęciu (fotka z amazona).   Świetny!

Do tego chciałam sobie sprawić okładkę. Po wyczytaniu miliona opinii na internecie oraz przejrzeniu miliona linków na allegro postanowiłam, że okładkę zrobię sobie sama. O efekcie poinformuję :)

poniedziałek, 25 lutego 2013

"Ryjówka przeznaczenia" Tomasz Samojlik - cudny komiks ekologiczny


Do sklepu Centrali zajrzałam, albowiem chciałam zakupić "Czarnego Pana". No ale przecież tak wejść, zakupić i wyjść, nie rozejrzawszy się nawet, to się nie da! Rozejrzałam się więc i oko mi padło na "Ryjówkę przeznaczenia", od dawna tkwiącą u mnie w schowku bibliotecznym. Uległam, bo to podobno komiks i ładny, i edukacyjny, i dla dzieci... słowem - wszystkomający!

Absolutnie nie żałuję.

Tytułowa ryjówka to Dobrzyk, zwierzątko nikłych rozmiarów, ale wielkiego serca, do tego szlachetne i odważne. Ma mnóstwo przyjaciół i niewielu wrogów, ma też przed sobą zadanie do wypełnienia, co niniejszym czyni. Zadanie jest szczytne i ekologiczne, ale jak ktoś mi powie, że wieje nudą i trąci dydaktycznym smrodkiem, to trącą go w ucho, bo nie trąci ani nie wieje. Jest wesoło, sporo się dzieje, masa zwierzątek przewija się przed oczami, jest świetnie!

 Nie wiem, do jakiej kategorii wiekowej autor kierował komiks, zapewne do szkolnej dziatwy, ale z ręką na sercu mówię, że dawno żadna książeczka tak Krzysia (3,5-latka) nie zainteresowała. Oczu nie mógł oderwać! I protestował przeciwko dzieleniu lektury na części, a to przecież 112 stron - na raz przed spaniem trudno byłoby przeczytać.


Jeszcze się podzielę refleksją, że czytanie komiksu małemu dziecku różni się nieco od czytania ilustrowanych książek. Bo w takiej książce tekst sobie, a ilustracja sobie; owszem, nawiązuje do tekstu, ale można ją ominąć wzrokiem i też się wie, o co chodzi. W komiksie nie można ominąć nic wzrokiem, bo się zgubi część historii. Trzeba oglądać wszystko i we właściwej kolejności. Z kolejnością u mojego malucha jeszcze nie jest idealnie i pomagałam mu trochę, wskazując palcem na właściwy rysunek, a na rysunku na postać, która właśnie "mówi".

Panie Tomaszu, słyszałam, ze ma się ukazać druga część, czekam niecierpliwie, bo ciekawa jestem, co będzie z kukułczym pisklakiem.

P. S. Wielki plus za solidne wydanie - twarda okładka, kredowy papier.

"Ryjówka przeznaczenia" Tomasz Samojlik, Instytut Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk, Białowieża 2012.

sobota, 23 lutego 2013

"Babunia" Frédérique Deghelt - polukrowana książka


Och, moja kochana Mamo, wzięłaś do czytania tę książkę, przepadłaś w niej, zatopiłaś się, czytałaś w dzień i wieczorami; a gdy skończyłaś i zapytałam Cię, czy się podobało, beztrosko zdradziłaś mi zakończenie. Grr. Ale i tak Cię kocham. I dziękuję, że ją przeczytałaś, bo dzięki temu wzięłam książkę do ręki zaraz po Tobie.

Rzecz cała dzieje się we Francji, gdzie młoda dziennikarka dowiaduje się, że jej babcia ma zostać oddana do domu spokojnej starości; nie godzi się na to, więc jedzie po babcię i zabiera ją do siebie. Odtąd jest im cudownie. Babcia przyznaje się, że jest wykwalifikowaną czytelniczką i oferuje wnuczce pomoc w krytycznej ocenie jej świeżo napisanej powieści, której nikt nie chce wydać. Wnuczka rzuca się w nowy romans, gorący i namiętny. Babcia uprawia roślinki na balkonie i gotuje obiady. Wnuczka zarabia na życie i pracuje nad poprawkami w powieści. Babcia nawiązuje znajomość z pewnym wydawcą i daje stanowczy odpór córce, która chce ją zabrać z Paryża i umieścić w domu opieki.

Idylla, sielanka i lukrowany obrazek - czy tak się dzieje w życiu, że udaje się wszystko, wszyściusieńko? Na pewno mogłoby, to zależy przecież od ludzi, od nas. I o tym jest ta książka, jak pięknie mogłoby być, gdybyśmy tylko chcieli.

No i te piękne wstawki o książkach, czytaniu i pisaniu. Cudo. Wynotowałam sobie trochę.

"W miarę upływu czasu dziennikarze zaczęli zajmować się artykułami bez zawartości, które ani nie miały w sobie krytycyzmu, ani niczego nie uczyły". [1]

"Gdyby autor musiał stać obok czytelnika, żeby wyjaśniać mu swoje intencje, książka nie miałaby sensu". [2]

"Ci, którzy piszą, mają niezwykły sposób patrzenia na to, czego my nie potrafilibyśmy zauważyć. Jestem czytelniczką. Nigdy nie będę zdolna napisać najkrótszego tekstu, ale kiedy czytam dzieło pisarza, zawsze uderza mnie to szczególne spojrzenie: ten sposób zauważania banalności  i zdawania nam z niej sprawy, sztuka tkania relacji między sprawami, które, jak się zdaje, nie pozostają w żadnym związku". [3]

"Umiejętność uczenia się od zawsze daje mózgowi elastyczność". [4]

"«Czy mówi o czymś nowym i ważnym? Czy robi to dobrze? W dobrym stylu, tempie, rytmie i... momencie? Niektórzy zastąpili dziś te podstawowe pytania innymi i zastanawiają się przede wszystkim nad tym, czy dzieło się sprzeda»". [5]

"Odróżniała pisarstwo od sympatycznych opowieści. Dostrzegała, że niektórzy, celebrując swoje pisanie, nie zauważyli, że ich historie nikną za zimnym pięknem starannego, lecz pozbawionego duszy języka". [6]
---
[1] "Babunia" Frédérique Deghelt, przełożyła Magdalena Krzyżosiak, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 54 [2] Tamże, s. 75
[3] Tamże, s. 116
[4] Tamże, s. 145
[5] Tamże, s. 206 
[6] Tamże, s. 249-250 

środa, 20 lutego 2013

"Czarny Pan" Maciej Czapiewski - umpfh


Skusiłam się po lekturze "Kwiatuszku" i zakupiłam. Nie było warto. Już nawet nie chodzi o siermiężne wydanie, tylko o to, że to zaledwie szkic, zarys jakiegoś pomysłu. Głębi mało, za to przemocy dużo (czemu faceci tak bardzo lubią przemoc?).

Jest sobie ludzka osada, do której przychodzą potworne stwory i pożerają ludzi. Osadnicy, choć świadomi wysokiej ceny, wzywają na pomoc Czarnego Pana z lasu. Ten przychodzi, załatwia stwory wielkim mieczem, jako zapłatę bierze jedno dziecko i odchodzi. Koniec.

Panie Macieju, też lubię (choć umiarkowanie) Sapkowskiego. Ale Wiedźmin  jest jeden, nie ma co go powielać...

I jak już jesteśmy przy komiksach, to u oisaja znalazłam Notkę wspomnieniową o  komiksach, a wzięła się ona z akcji "Cała Polska pisze o komiksach". Zacna inicjatywa, popieram.


"Czarny Pan" Maciej Czapiewski, GDAK Akademia Komiksu, 2011.

wtorek, 19 lutego 2013

"Niezidentyfikowany obiekt chodzący" Tatiana Polakowa - książka pełna akcji


Żeńka, czyli Jewgienija Pietrowna to dziennikarka, Anfisa Lwowna pisze kryminały. Razem tworzą wyjątkowo ognistą mieszankę, na której wodę można zagotować.
Obie babki pakują się (dosłownie) w okolicznościach dość gwałtownych i wyjeżdżają w dzikie rosyjskie ostępy, do wioski odciętej od  świata. Żeńka jedzie tam wysłana przez kierownictwo gazety, ma na miejscu zbadać przedziwną sytuację w wiosce; Anfisa po prostu ucieka od zazdrosnego męża i odcięcie od świata jest jej bardzo na rękę.

Na miejscu dzieją się rzeczy niezwykłe i tajemnicze. Na bagnach giną ludzie i wyją wilkołaki, leszy wodzi, z cerkwi zniknęła ikona, po lesie pałęta się leśniczy bez głowy, ktoś ukradł druty ze słupów, pozbawiając wieś elektryczności, rzeka zerwała most, a telewizja działa tak, że albo obraz, albo dźwięk.
Babki z werwą i pasją rzucają się do rozwiązania zagadki. Rozmawiają z kim popadnie, śledzą, podsłuchują, kryją się w krzakach, łażą nocą po lesie, zapuszczają się na bagna, słowem, ruchliwe są jak wszy na grzebieniu, wszędobylskie jak pluskwy i żywotne jak karaluchy.  Entomologiczne skojarzenia mi się włączyły, bo całość akcji dzieje się w pięknych okolicznościach natury i komary rypią aż miło.

Śledztwa to w żadnym wypadku nie przypomina i chyba zresztą nie miało, zważywszy na charakter przyjaciółek - jest to raczej bezładna krzątanina i gromadzone przypadkowo informacje. To, że ta krzątanina przyniosła jakiekolwiek rezultaty, to raczej nie zasługa przyjaciółek, a ślepego trafu oraz gęsto rosnących krzewów, ułatwiających podglądanie i podsłuchiwanie.

Zamieszanie jak w niektórych książkach Chmielewskiej, ale klimat już nie ten. Joanna nigdy nie była tak szaleńczo aktywna, nawet wykopując się z lochu szydełkiem.

Przeczytałam z uwagą, tfu, jaką uwagą, tam się uwaga rozprasza, w tej książce, popłynęłam po prostu z nurtem powieści, wyłapując fajne rosyjskie klimaty, samowary, łaźnie, bimbrownie i opowieści. Ale nie polubiłam babeczek na tyle, żeby się rozglądać za pozostałymi powieściami z tej serii. Chyba że samo wpadnie w ręce, to wtedy czemu nie.

Dowiedziałam się też, co to są latopisy (no co, wcześniej nie wiedziałam). Zainteresował mnie też motyw książki "Gwiezdna droga", która pojawia się w powieści (jeden z bohaterów ją ma), książki takiej nie znalazłam, jedynie "Gwiezdne drogi" czy też "Gwiezdne bezdroża". Ale chyba nie ma czego żałować, skoro bohaterem książki jest Er Gul, a danie takiego imienia nazwiska bohaterowi literackiemu to grzech, jak pisał Marek Oramus - tu link do artykułu na Esensji, bo innego nie znalazłam na szybko. Hm, czyżby Oramus Pirxa nie lubił, hmmm?

Książka ma fajną okładkę, z wyraźną fakturą i bezśladową, żadne odciski nie zostają, nic! Pierwszy raz taką widziałam i aż z ciekawości zaczęłam dociekać, gdzie drukowali i proszę, rzeczywiście nie u nas, tylko za miedzą, w Pohorelicach.

P.S. Książkę wystawiłam na fincie, jakby ktoś chciał.

"Niezidentyfikowany obiekt chodzący" Tatiana Polakowa, przełożyła Ewa Skórska, Weltbild, Warszawa 2011.

niedziela, 17 lutego 2013

"Kuchnia" Yoshimoto Banana - wiotkie i ulotne, i jakoś piękne


Słodkie, ulotne, nastrojowe dwie opowieści. Zaraz, jakie słodkie, skoro o śmierci? A jednak...

Bohaterka pierwszej opowieści, Mikage, po śmierci babci przenosi się do rodziny Tanabe, czyli do młodzieńca Yuichi i jego matki, która jest mężczyzną, no ok, byłym mężczyzną, bo teraz to piękna kobieta. Przez tę przeprowadzkę psują się relacje młodzieńca z jego dziewczyną, toteż Mikage w końcu się wynosi na swoje, choć ciężko jej oderwać się od kuchni w domu Tanabe, kuchni jako pomieszczenia, jasnego i przyjaznego (stąd zapewne tytuł).  Tragiczna śmierć w rodzinie Tanabe znów zbliża do siebie Mikage i Yuichi, ale nie na długo.
"Nagle, z przerażającą jasnością, ujrzałam wszystko jak na dłoni. Nasze uczucia spotkały się w ciemności otoczonej śmiercią i razem biorą łagodny zakręt. Lecz kiedy go miniemy, nasze drogi zaczną się rozchodzić. Kiedy go miniemy, będziemy już na zawsze tylko przyjaciółmi". *

Druga opowieść jest bardziej oniryczna. Dwójka młodych ludzi straciła swoje drugie połówki w wypadku samochodowym. Ani dziewczyna, ani chłopak nie umieją się pogodzić ze stratą - aż zdarza się coś, co właściwie nie ma prawa się zdarzyć w naszym do bólu realistycznym i uporządkowanym świecie: zmarli przybywają, by się pożegnać. Piękna i nienachalna historia.

---
* - "Kuchnia" Yoshimoto Banana, przełożyła Anna Zielińska-Elliott, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2004, s. 82.

sobota, 16 lutego 2013

"Bezpowrotnie utracona leworęczność" Jerzy Pilch - eeeee, nie do czytania



Doczytałam do strony 42 i przysięgam, że kompletnie nie wiem, o czym czytałam.

Poza tym te kilkadziesiąt stron czytałam na raty, z trudem i bez przyjemności. Dlaczego? Przecież Pilch nie pisze jakoś odstręczająco czy dziwacznie. Ładne, okrągłe zdania, może nawet zbyt okrągłe:
"Czarniawy kanalarz wyjątkowo nikczemnego wzrostu śpi kamiennym snem na stojącym pod dyżurką łóżku, lucyferycznie smolisty zarost, monarchicznie zmierzwiona czupryna i imperialne zaniedbanie cielesne pozwalają na domysł, iż być może nie jest to zwykły szeregowy kanalarz, może to jest ktoś znaczny, ktoś wysoko w kanalarskiej hierarchii stojący, może nawet jest to - kto wie - sam król kanalarzy".*

Omatkozcórkąisynem. Pilch upaja się formą, rozmienia na drobne w gąszczu słów, a czytelnikowi, czyli mnie, nic w głowie nie zostaje.

Niech Pilch pisze na zdrowie, ja na szczęście nie muszę tego czytać.

P.S. Cytat z "Babuni" Deghelta:
"Dostrzegała, że niektórzy, celebrując swoje pisanie, nie zauważyli, że ich historie nikną za zimnym pięknem starannego, lecz pozbawionego duszy języka". 
 He he.
Bezpowrotnie utracona leworęczność [Jerzy Pilch]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
* - "Bezpowrotnie utracona leworęczność" Jerzy Pilch, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, s.14

piątek, 15 lutego 2013

"Kolorowy alfabet" Ludwik Cichy - takie sobie


Krzyś jest jeszcze mały, ale w edukacyjne książki warto się zaopatrywać wcześniej, bo dzieci szybko dorastają. Mrugniesz raz - raczkuje, mrugniesz drugi raz - umawia się  z dziewczynami. Zaopatrzyłam się* więc w "Kolorowy alfabet" oraz "Kolorowe liczenie" Ludwika Cichego.

"Alfabetem" jestem rozczarowana. Ilustracje dobre, kolory wszędzie, duże, wyraźne postacie, ale tekst... hm. Przyzwyczajona jestem do wierszy Brzechwy czy Tuwima czy Frączak, wszystkomających: i rym i rytm i sens. Tu zaś, hmm...
"Samo h czy ch?
O, to zawsze jest zagadka!" [1]
Jest rym? Nie widzę.

"Lemoniadę lokaj leje.
Czy na L jej nie rozleje?" [2]
Tu rym jest, najprostszy z możliwych.

Bez nalotu, bez polotu. Nie podoba mi się. Krzysiowi podobają się obrazki.

* To znaczy otrzymałam do recenzji z wydawnictwa Wilga (dziękuję!), czekały aż syn trochę dorośnie do literek.

---
[1] "Kolorowy alfabet" Ludwik Cichy, ilustracje Piotr Parada, Wilga, Warszawa 2011, s. 20
[2] Tamże, s. 29

czwartek, 14 lutego 2013

"Płotki giną pierwsze" Aleksandra Marinina - słabiej, oj, słabiej


Jak uwielbiam Kamieńską, tak “Płotki...” jakoś tak mniej mi się podobały. Pewnie dlatego, że zagadka kryminalna mało zajmująca. Przekręty gospodarcze, odpady ze złotem, grube dolary, a do tego, z drugiej strony, tajemniczy snajper zabijający młodych mężczyzn, regularnie, co tydzień. Oczywiście te dwa wątki połączą się ze sobą, co wykryje oczywiście Nastia. I tak dalej.
Tytuł nieszczęśliwie dobrany - nie umiem od pierwszego strzała skojarzyć sobie tytułu z fabułą. Na szczęście okładka jest pod tym względem lepsza.

Prywatnie Anastazja zaręczona jest z Loszką, za sześć tygodni jest ich ślub, a ona ni z tego, ni z owego zakochuje się. Chociaż może lepszym słowem jest “zauroczenie” czy “zadurzenie”. Facet jest od niej starszy, niższy, łysieje i ma żółte oczy. No, ale Anastazji się podoba.

Jest też znana mi już Dasza, dawna kochanka przyrodniego brata Anastazji, teraz narzeczona, w zaawansowanej ciąży. Szczęśliwa, choć Aleksander wciąż nie rozwiedziony. Podziwiam Daszę.

Nastia zaś jest nienormalna, nie chce się ładnie ubrać na własny ślub.


"Płotki giną pierwsze" Aleksandra Marinina, przełożyła Aleksandra Stronka, W.A.B, Warszawa 2011.

Płotki giną pierwsze [Aleksandra Marinina]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 12 lutego 2013

"Pod Huncwotem" Martha Grimes - to jest DOBRE!


Uwielbiam Alana Granta z powieści Josephine Tey. Wręcz KOCHAM. Co to ma do powieści "Pod Huncwotem"? Ano, po skończeniu książki stwierdziłam, że inspektor Richard Jury w jakiś niewytłumaczalny sposób przypomina mi Granta, choć właściwie WCALE nie są podobni.

O czym jest “Pod Huncwotem”? O morderstwach oczywiście. Trupem padają dwie osoby, potem jeszcze jedna i jeszcze jedna, potem wyłażą jakieś trupy z przeszłości, łał, tu się aż roi od trupów! Tu, to znaczy na angielskiej prowincji, cichej i spokojnej. Londyński Scotland Yard oddelegował do zbadania sprawy inspektora Jury’ego wraz z podległym mu sierżantem Wigginsem. Na miejscu pomagają im mieszkańcy, zwłaszcza Melrose Plant (były arystokrata) oraz jego ciotka, Lady Agatha, wyjątkowo wyjątkowo (powtórzenie celowe) upierdliwa niewiasta.

Intryga intrygą, ale to didaskalia są śliczne i liryczne. Sierżant hipohondryk, faszerujący się licznymi pigułkami; inspektor zakochujący się od pierwszego wejrzenia; lokaj Ruthven, ideał służącego; pastor pasjonujący się nazwami angielskich pubów [1] ; londyński Camden, który miałam okazję zobaczyć i polubić [2]; zapyziali lordowie i dżentelmeni [3]; znieczulica rodzinna [4].

 “- Dawniej - ciągnął pastor - królewskie ptaki znakowano niewielkimi nacięciami na ich dziobach. [...] Chodzi o podobieństwo dwóch angielskich słów: “szyja”, neck, i “nacięcie”, nick. Więc, widzi pan, naprawdę to nie był “łabędź o dwóch szyjach”, tylko “łabądź z dwoma n a c i ę c i a m i”. [1] [Chodziło o pub “Pod Łabędziem o Dwóch Szyjach”]

 “Skręcił w Camden Passage, który lubił o tej późnej porze; sklepiki były dziwnie ciche, a noc zakłócana tylko szelestem miotanego wiatrem papieru. “Camden Head” było zamknięte, a wszystkie niewielkie kramy, rozstawiane w dzień przez sprzedawców antyków, rozebrane. Za dnia ten interes na wolnym powietrzu przyciągał tłumy. Jury lubił tu spacerować i obserwować złodziejaszków przy pracy” [2].

“Nikt już w ten sposób nie mówił [do mężczyzny po nazwisku, czyli np. Plant, mój drogi], chyba że w świętym przybytku zakurzonego klubu dżentelmenów, gdzie stężenie pośmiertne wydawało się raczej przyczyną niż skutkiem zejścia śmiertelnego” [3].

 “- To straszne, pomyśleć, że człowiek urabia sobie ręce po łokcie, a one tak się odpłacają [...]. Jury nigdy nie widział takiej obojętności wobec śmierci dziecka. Nawet nie śmierci, m o r d e r s t w a. Żadne z Juddów nie wykazywało najmniejszego zainteresowania okropnymi okolicznościami towarzyszącymi śmierci ich córki” [4].


Ach, jest Grant! Proszę:

 “Jury wiedział, że seryjni mordercy, tacy jak X, są strasznie próżni. Uważają, że ich inteligencji nie można się oprzeć. W końcu włożyć w coś tyle wysiłku i nie móc nikomu dowieść, jak bardzo się jest błyskotliwym, to musi być tortura” [5].

Pamiętam doskonale wywody Granta na temat próżności - tu link.

Mniamniuśny kryminał i będę szukać następnych części, albowiem polubiłam inspektora, ciekawe, czy lubienie pozostanie czy się rozpłynie.

---
[1] "Pod Huncwotem" Martha Grimes, przełożyła Agnieszka Andrzejewska, W.A.B. Warszawa 2010, s. 162
[2] Tamże, s. 37
[3] Tamże, s. 48
[4] Tamże, s. 208-209
[5] Tamże, s. 309

poniedziałek, 11 lutego 2013

"Nie myśl, że książki znikną" Umberto Eco, Jean-Claude Carrière - ależ wcale tak nie myślę!


To, zdaje się, miała być polemika na temat: czy książki elektroniczne, a więc czytniki i ebooki wyprą książki papierowe. Z tym zagadnieniem rozmówcy rozprawili się krótko i bez wahania - nie wyprą. Nie ma mowy.
Po czym przeszli do innych tematów, gawędząc ze swadą i pasją, z rzadka tylko autor wywiadu (wywiadowca?), to znaczy prowadzący wywiad Jean-Philippe de Tonnac kierunkował ich rozmowę na ten czy inny temat.
Czytało się... lekko. Pozytywnie. Inteligentnie. I ciekawie, dowiedziałam się na przykład, że:

"Na soborze nicejskim biskupi dokonali wyboru czterech ewangelii spośród kilkudziesięciu świętych tekstów. Dopiero w XX wieku natrafiono na tak zwaną Ewangelię Tomasza, która jest starsza niż Ewangelie według świętego Marka, Łukasza, Mateusza i Jana. Zawiera ona wyłącznie nauki Jezusa".[1]
Kilkudziesięciu. Czym się kierowali podczas wyboru?

"Udowodniono, że żadna z najsłynniejszych bibliotek średniowiecznych nie miała więcej niż czterysta ksiąg!".[2]
Oczywiście nie chodzi tu o słynną Bibliotekę Aleksandryjską, bo w tej ilość ksiąg szła w tysiące, ale to był ewenement i tyle. Czterysta. Do licha, w małym mieszkanku mam dwa razy więcej książek.

 "Znam kilka sposobów udzielania odpowiedzi osobie, która przebywając po raz pierwszy u kogoś z wizytą i zauważając okazałą bibliotekę, zdobywa się jedynie na pytanie: »Przeczytał pan je wszystkie?« Jeden z moich kolegów odpowiadał wówczas: »O wiele więcej, proszę pana, o wiele«.
Jeśli o mnie chodzi, mam przygotowane dwie odpowiedzi. Pierwsza: »Nie. Są tu tylko książki, które muszę przeczytać w przyszłym tygodniu. Te, które już przeczytałem, znajdują się na uniwersytecie«. I druga: »Nie przeczytałem żadnej z nich. W przeciwnym razie po co miałbym je tutaj trzymać?«".[3]

Który sposób wam się podoba?

Nie myśl, że książki znikną [Umberto Eco, Jean-Claude Carriere]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
[1] "Nie myśl, że książki znikną" Umberto Eco, Jean-Claude Carrière, Jean-Philippe de Tonna, przełożył Jan Kortas, W.A.B. Warszawa 2010, s.32
[2] Tamże, s.167
[3] Tamże, s 218

niedziela, 10 lutego 2013

"Siódmy syn" i "Czerwony Prorok" Orson Scott Card - pewnego razu na Dzikim Zachodzie...



Fantastyka jest mi niezbędna do życia i od czasu do czasu muszę sobie zaaplikować dawkę, inaczej usycham, więdnę albo warczę. Potężna porcja Grzędowicza nie wystarczyła na długo, zabrałam się zatem za Carda.

Przeczytałam opowieść o chłopcu, który urodził się jako siódmy syn swojego ojca, też siódmego syna*. Te magiczne liczby dały mu magiczne moce - stwarzania czegoś z niczego. Nie nie, żaden Bóg, co stworzył świat, tylko pogromca entropii. Z niekłamaną przyjemnością i nieukrywanym zainteresowaniem zapoznałam się z jego historią, jak to uosobiona entropia, czyli Niszczyciel bądź szatan próbuje go dorwać i zabić, a on się nie dawał. On i jego anioł stróż/obrońca/niezidentyfikowana moc/zakochana dziewczyna. Wszystko pięknie osadzone na Dzikim Zachodzie - Card w ogóle pięknie osadza swoje powieści - wśród pagórków, farm, Czerwonych i lasów.

Po skończeniu książki spotkało mnie największe zaskoczenie świata (w moim mikroświecie powieściowym oczywiście) - otóż dowiedziałam się z posłowia, że przeczytałam książkę o rzeczywistości alternatywnej! Brwi podjechały mi na pół czoła, na litość boską, gdzie, jak, co? No rzeczywiście, w posłowiu wyjaśniono to bardzo dokładnie, gdzie autor zmienił historię. Mnie to umknęło. Nie znam historii Stanów Zjednoczonych, osadnicy są mi znani z "Domku na prerii" i westernów, a Indianie z Maya. Szczegółowsze między nimi interakcje zawsze mi umykały. A Card właśnie na tych relacjach oparł opowieść o Alvinie, no, może nie "Siódmego syna", tylko bardziej "Czerwonego proroka" (drugi tom serii). O Czerwonym Proroku poczytałam, po czym sarknęłam sobie pod nosem, że jakbym chciała czytać o Indianach, to bym wzięła książkę o Winnetou. Poczułam się nieco wystrychnięta na dudka, a książkę skończyłam tylko z dwóch powodów: po pierwsze interesowały mnie losy Alvina, cudownego chłopca, w tomie drugim zepchniętego na drugi plan; po drugie to mimo wszystko sprawnie napisana powieść i czyta się ją bez zgrzytów.

Nie będę kontynuowała serii, nie mam na to ochoty.

Ale wynotowałam sobie dwa ładne cytaty, o.

"- Nie złość się na mnie, braciszku. Pewnych rzeczy nie mogę ci wyjaśnić, bo sam ich nie rozumiem. To nie jest kłamstwo. Ale jedno mogę ci obiecać: jeśli będę mógł ci o czymś powiedzieć, to powiem. A jeśli nie, to powiem, że nie. Nie będę udawał.
To była najlepsza rzecz, jaką Alvin usłyszał od dorosłego". [1]


 "- Dość już powiedziałeś. Wiem, że jesteś oszustem. Wynoś się z mojego kościoła.
- Nie jestem oszustem. Mogę się mylić, ale nigdy nie kłamię.
- A ja nigdy nie wierzę takiemu, który twierdzi, że nigdy nie kłamie.
- Człowiek zawsze zakłada, że inni są równie cnotliwi jak on".[2]


* Nadmienię, że po Alvinie urodził się jeszcze jeden chłopiec, a dziewczynek w tej rodzinie było też kilka, najmarniej sześć. Szczerze gratuluję szczęśliwym rodzicom tak licznego potomstwa, jednocześnie podziwiam i współczuję.

"Siódmy syn" Orson Scott Card, tłumaczył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 1993.
"Czerwony Prorok" Orson Scott Card, tłumaczył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996.
---
[1] "Siódmy syn" Orson Scott Card, tłumaczył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 1993, s. 76-77.
[2] Tamże, s. 104

środa, 6 lutego 2013

"Nie widać nic. Opowiadanie obrazów" Daniel Arasse


Rzadko mam kontakt ze sztuką, ale to nie przeszkadza jej lubić. Jak tu zresztą nie lubić pięknych rzeczy: obrazów, rzeźb, architektury?
Autor książki "Nie widać nic" też je lubi, ba, przepada za  nimi, uwielbia oglądać obrazy, wzdłuż, wszerz i w poprzek. Wymyśla sobie różne teorie na ich temat, potem z nich rezygnuje, popatrzy na obraz jeszcze raz - i już ma inny jeszcze pomysł na interpretację czy to obrazu, czy to jego części. O tym właśnie jest ta książka.
Mamy kilka rozdziałów, każdy o innym obrazie.

Na przykład "Mars i Wenus zaskoczeni przez Wulkana" namalowany przez Tinorettiego ok. 1550 roku. Widać Wenus, widać jej męża Wulkana, ale gdzie jest kochanek, Mars? Skrył się pod łóżkiem, prawie go nie widać, ale przecież hałaśliwie ujadający pies zdradza jego kryjówkę Wulkanowi, czemu go nie wywleka i nie daje, za przeproszeniem, w pysk? Ha, Wulkan nie jest zainteresowany szukaniem Marsa, skupia się zupełnie na czymś innym. Wystarczy spojrzeć na jego odbicie w lustrze.

Kolejny obraz to "Zwiastowanie" z 1470-1472 roku, autorem jest Francesco del Cossa. Zwiastowanie jak malowanie, jest Maria, jest Gabriel, jest sceneria typowa dla średniowiecza (kto by tam wtedy malował, jak to NAPRAWDĘ wyglądało), jest też ślimak. Tego właśnie ślimaka uczepił się Arasse, uczepił, uchwycił, przewiózł się na nim, opukał z każdej strony, aż biedak ledwo dyszał.


Czarnego króla na obrazie  Piotra Bruegela starszego "Pokłon Trzech Króli" z 1564 roku  też się uczepił. To rzeczywiście intrygująca postać, jest tak czarny, że aż trudno go zauważyć, jego, nie ubranie.
"To dziwne, jak słabo w malarstwie widać Murzynów, ich karnacja tworzy często rodzaj "czarnej dziury", w której percepcja się gubi, na korzyść sąsiednich kolorów"[1].
"Kolorem swej skóry Kacper dobitnie manifestował duchową uniwersalność chrześcijańskiego objawienia"[2].


Następny omawiany obraz... wróć, to nie obraz, to postać Magdaleny, Marii z Magdali, grzesznicy o pięknych włosach. Dlaczego nie ma obrazu, dlaczego autor nie przytoczył żadnego przykładu? Czy to znaczy, że mamy sobie sami poszukać? Przecież nie chodzi o to, że nie chce zamieszczać wizerunku kobiety okrytej tylko włosami, skoro na następnych stronach zamieszcza obraz Tycjana z 1538 roku "Wenus z Urbino". Opowiada o tym obrazie długo i skomplikowanie, by wreszcie podsumować:
"Wenus z Urbino narzuca nam właśnie takie przesunięcie, dotyk ustępuje miejsca widzeniu. Służąca na klęczkach dotyka, ale nic nie widzi, my widzimy, ale nie możemy dotknąć, a kobieta na pierwszym planie widzi nas i się dotyka..."[3]


Daniel Arasse zabiera nas jeszcze w podróż po obrazie Velázqueza "Panny dworskie" z 1656 r. O tym obrazie, przedstawiającym rodzinę i dwór Filipa IV napisano już wiele, jak się domyślam. Arasse dokłada cegiełkę od siebie - o czym pisze, nie wiem. Znużył mnie już swoją elokwencją, wielopiętrowymi dygresjami, szczegółową analizą.


Jednakowoż ma zupełną rację ten facet: na obrazy trzeba patrzeć, oglądać po swojemu, nie opierać się na opiniach krytyków. Sztuka jest dla wszystkich, nie dla krytyków. Niech żyją ślimaki.

Książka przeczytana w ramach akcji "podaj książkę dalej".

---

[1] "Nie widać nic. Opowiadanie obrazów" Daniel Arasse, tłumaczyła Anna Arno, Dodo Editor, Kraków 2012, s.54
[2] Tamże, s.70
[3] Tamże, s.126

poniedziałek, 4 lutego 2013

"Miłość" Łukasz Godlewski - nie znalazłam miłości, niestety


Wygrałam podobnie jak poprzednio, ucieszyłam się, bo widziałam wcześniej jedną czy dwie plansze i zaintrygowały mnie ołówkowe, szare rysunki. Nietypowe. No i tematyka, która sugerowała pochylenie się nad ważnymi problemami: młodzieżowym, gimnazjalnym ostracyzmem czy pedofilią.

I co? Owszem, autor te problemy zauważył i narysował, ale się nad nimi nie pochylił, tylko wykręcił na pięcie i uciekł - w fikcję, w zemstę zza grobu, w nadnaturalne czy nienaturalne moce.

Bohaterem jest nastolatka, której w życiu nic dobrego nie spotyka: nie ma ojca, zapracowana matka trochę ją zaniedbuje, nauczycielka karci niewspółmiernie do przewinienia, koleżanki z klasy wyśmiewają i drwią, a woźny w szkole ma lepkie i oślizgłe spojrzenie i nie tylko spojrzenie. Siła złego na jednego. Nikt by tego nie wytrzymał.
Dziewczynka staje się wcieloną furią, zemstą, zombie i nie wiem czym jeszcze. Kadry robią się poszatkowane, krew się leje, widz/czytelnik się gubi, a autor bezpardonowo ucina fabułę, jakby nie miał pomysłu na jej porządne zakończenie i przenosi akcję hop, do przodu, wrzucając do komiksu oklepanych do bólu poszukiwaczy tajemnic. Gdzie ta miłość?

Nie podobał mi się ten komiks, albo też kompletnie go nie zrozumiałam. Zapytałam męża o opinię (podczytuje wszystkie moje komiksy) - skrzywił się.

Rysunki jednak nietypowe i mimo wrażenia niewykończenia dalej mi się podobają, lubię ołówkowe szkice, dlatego ocena. I okładka ładna.
Plansza z Alei Komiksu


"Miłość" Łukasz Godlewski, Small Press, Rumia 2012.

piątek, 1 lutego 2013

"Kwiatuszku" Maciej Czapiewski - w poszukiwaniu plemnika


Wygrałam, otrzymałam, z autografem, a raczej rysografem, po czym zatopiłam się w lekturze.

Przeczytałam i zastanowiłam się. To wszystko już było. Post-apokalipsa, promieniowanie, mutacje genetyczne, świat szalony i odpychający, krwiożercze zmutowane psy - i w tym wszystkim kilka zabłąkanych, w miarę normalnych jednostek ludzkich. Niby było, ale autor opowiedział historię, która porusza.

Jest sobie dziewczyna, która wędruje przez ten nieprzyjazny krajobraz i szuka faceta. Jak już jakiegoś znajdzie, bzyka się z nim z zapałem. Nimfomanka? A gdzież tam. Kobieta, która chce mieć dziecko, bo uważa, że: "Jako ostatni ludzie na tej planecie mamy obowiązek się rozmnożyć".
Tyle że ma pecha, albo natyka się na bezpłodnego, albo na mutanta, albo na robota, na końcu  zaś na staruszka, tak steranego wiekiem, że nie ma szans na jakikolwiek akt.

Czy jej się uda? Jest wystarczająco zdeterminowana, żeby jej się udało. Przy okazji nawiązuje relacje, które zdumiewają, cieszą i skłaniają do zastanowienia.

Gdy przeczytałam komiks po raz pierwszy, pokiwałam głową: dobra historia! Niebanalna, choć wyrosła na podłożu eksploatowanym już namiętnie. Udał się ten kwiatuszek. Oceniłam na cztery.
Gdy przeczytałam komiks po raz drugi, znów mi się spodobał. Zagłębiłam się w szczegóły, obejrzałam porządnie i z obrzydzeniem ciężarną mega-sukę; pokiwałam głową nad ludzikiem Michelina robiącym za świętego Krzysztofa, patrona kierowców; zastanowiłam się, czy pies, który wzywał pomocy, chciał zwabić ludzi w pułapkę, czy rzeczywiście tej pomocy potrzebował. Podniosłam ocenę na pięć.
Do tego komiksu chce się wracać, choć rysunki nie oszałamiają bogactwem szczegółów, to jednak zawsze można wypatrzyć sobie coś nowego. Autor wygrywa prostotą, do tego trzeba mieć talent.


Plansza z Alei Komiksu - polecam zajrzeć.

Aha - szkoda, że brak numeracji stron. I zaznaczam, że to komiks dla dorosłych!

Teraz sobie napiszę parę razy nazwisko: Czapiewski, Czapiewski, Maciej Czapiewski. Żeby zapamiętać na przyszłość. Poszukam innego jego komiksu "Czarny Pan". Do schowka wrzucić nie mogę, bo na biblionetce jeszcze nie ma. I jeszcze blog - muszszę poprzeglądać, w archiwum są niezłe rysunki.

"Kwiatuszku" Maciej Czaplewski, Small Press, Rumia 2012.