Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czyta:Karolina Gruszka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czyta:Karolina Gruszka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 czerwca 2018

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins - audiobook



O ile dobrze pamiętam, książka ta była szeroko reklamowana w zeszłym roku. Wtedy mnie to jakoś nie zachęciło. Znalazłam jednak na półce w bibliotece audiobooka "Dziewczyny...", a gdy zobaczyłam, kto to czyta, aż oczy mi się zaświeciły z radości. Karolina Gruszka - kocham jej głos od czasu "Służących", a  całkiem podbiła moje serce, gdy czytała "Rycerza nieistniejącego". 

Gdy zaczęłam słuchać "Dziewczyny z pociągu", oniemiałam. Nic wcześniej nie wiedziałam o treści, a tu okazuje się, że główna bohaterka dojeżdża pociągiem podmiejskim do Londynu i z okna pociągu obserwuje otoczenie. Niby nic, ale ja właśnie byłam świeżo po pobycie w Londynie! Jeździłam kolejką pod i nad Londynem, przejeżdżałem przez przedmieścia i oglądałam wszystko, co mogłam zobaczyć z okna pociągu, zachłannie i intensywnie, żeby starczyło mi na długo. Gdy usłyszałam, jak zaczyna się powieść, jak Rachel opisuje, co widzi za oknem, przed oczami stanęły mi niedawno widziane domy, drogi i ulice. Och, pewnie nie pamiętacie, jak pisałam o tarasie na dachu

czwartek, 31 marca 2011

"Rycerz nieistniejący" Italo Calvino (czyli jak to jest istnieć siłą woli)


Wzięłam do słuchania, bo:
1. Czyta Karolina Gruszka, a ja kocham jej głos.
2. Napisał Italo Calvino, a z tym nazwiskiem pozytywnie mi się kojarzą "Opowieści kosmikomiczne"
Kolejność nieprzypadkowa!

Słucham więc, jak Gruszka czyta o tym, jak Karol Wielki dokonuje przeglądu wojsk, rozpływam się z zachwytu nad starannie wymawianymi końcówkami słów, aż tu nagle Karol natyka się na pustą zbroję, która mieni się rycerzem! To niemożliwe, myślę sobie, więc kiedy Karol zagląda pod przyłbicę, a tam rzeczywiście nic, otwieram buzię ze zdziwienia i już wiem, że trzeba sobie zwrotnicę przestawić, rozpiąć guzik pod szyją, a do herbaty dolać kapki rumu. W przenośni oczywiście, bo książki słuchałam w samochodzie, zobarazowałam nastawienie.
I z takim nastawieniem można słuchać o rycerzu imieniem Agilulf Emo Bertrandin z Guildiverny, którego nie było, a przez to, że go nie było, starał się być bardziej niż inni rycerze. Bardziej sumienny, bardziej skrupulatny, bardziej dokładny i rzetelny. Taki robocik, który ma wszystko zaprogramowane. Słuchałam też o zakochanej w nim wojowiczce, kobiecie rycerzu, Bradamancie, a także o młodym rycerzu Rambaldzie, który Agilulfa uważa za swego mistrza i mentora, a Bradamantę uwielbia i pożąda od pierwszego spojrzenia.

Mało zawikłane? Ależ nic nie szkodzi, albowiem podczas jednej z uczt wynika spór o rzeczywistą rycerskość rycerza Agilulfa, nabytą poprzez uratowanie dziewiczej księżniczki Sofronii z rąk zbójców czyhających na jej cześć niewieścią, gdyż wstaje nagle młodziutki rycerzyk Torrismond, głosząc, że uratowana dziewica nie była dziewicą, tylko jego matką (a miał wtedy kilka latek, takie pacholę). No i konsternacja. Jeśli uratuje się kobietę, która pierwszy raz ma już za sobą, to tytuł rycerski nie przysługuje!

Więc wyjeżdżają: rycerz Agilulf w poszukiwaniu Sofronii aby potwierdzić jej dziewictwo (po kilkunastu latach, tak), za nim wyjeżdża jego giermek Grdulu, zwariowany i nieco przygłupi, za nimi podąża Bradamanta, bo bez ukochanego żelaznego rycerza czy tam pancerza żyć nie może, za nią zaś Rambald z powodów analogicznych, a za nimi wszystkimi jedzie Torrismond, niby też szukać matki, ale tak naprawdę ojca, czy też ojców, czyli Rycerzy Świętego Graala.

Do tej pory jest ciekawie, jest zabawnie, jest wariactwo na resorach, tfu, na koniach. Ale od momentu wyjazdu jest jeszcze zabawniej, jeszcze ciekawiej - i były momenty, że w głos się śmiałam, cofając sobie o jedną czy drugą chwilę nagranie, bo chciałam przysłuchać się jeszcze raz. Absurd, groteska, mrugnięcie okiem do czytelnika (do mnie!) - o jeju, ale mi się to wszystko podobało!

Paradna książka w mistrzowskim wykonaniu, ze starannie wymyślonym i zrealizowanym zakończeniem. Mniam. No i ta smakowita Gruszka.

sobota, 5 marca 2011

"Służące" Kathryn Stockett (o rany, jaka to dobra książka!)

Jedna decyzja podjęta niemalże w mgnieniu oka i oto miałam kilkanaście godzin słuchania świetnej, ciekawej, wyjątkowo wciągającej powieści.

Jak to się stało? Jakie sploty zdarzeń zdecydowały o tym, że w tym stosunkowo przecież młodym kraju, jakim są Stany Zjednoczone, tak bardzo normalne i akceptowane było niewolnictwo? Czy rzeczywiście to było jedyne rozwiązanie problemu siły roboczej na plantacjach bawełny czy trzciny cukrowej, czy też rozwiązanie po prostu najłatwiejsze? A potem - dlaczego po zniesieniu niewolnictwa pozostało tak silnie zakorzenione przekonanie o niższości kolorowych? Do teraz. I na całym świecie. Wystarczy się rozejrzeć.

No dobrze, ale nie czytałam o czasach współczesnych, a o latach sześćdziesiątych XX wieku w małym miasteczku w Missisipi. Bohaterkami są trzy kobiety, każda z nich opowiada swoją historię, każda ze swojego punktu widzenia. Pierwsza to Aibileen, czarnoskóra pomoc domowa, a przede wszystkim piastunka małych dzieci. Co kilka lat zmienia pracę, nie mogąc znieść tego, że dzieci, które kocha (z wzajemnością zresztą), zaczynają zauważać jej odmienny kolor skóry. Uśmiechnięta i pogodna, codziennie poświeca godzinę na pisanie modlitw, a głęboko w sercu skrywa ból i rozpacz po stracie syna.
Druga kobieta to przyjaciółka Aibileen, również pomoc domowa o imieniu Minnie. Znakomita kucharka, obdarzona liczną rodziną zmienia pracę równie często jak Aibileen, ale z innych powodów - jest wyjątkowo harda i pyskata.
Wreszcie trzecia kobieta to Skeeter, tym razem biała, młoda dziewczyna tuż po studiach, o literackich aspiracjach, zakompleksiona z powodu wzrostu i trochę niezdarna, jak młody źrebak na długich nogach.

Te trzy kobiety angażują się we wspólne przedsięwzięcie. Niebezpieczne, trudne i wyjątkowo ciekawe. Otóż Skeeter postanawia zebrać opowieści kolorowych pomocy domowych (ba, pewnie, że kolorowych, innych przecież nie ma), jak to jest pracować dla białych rodzin. Chce to opracować i wydać jako książkę. Czy im się to uda, jakie będą konsekwencje tego projektu - o tym przeczytacie sobie w książce, jak będziecie chcieli, a ja serdecznie polecam.

Bo powieść zachwyciła mnie właściwie z każdej strony. Opisem amerykańskiego południa, nabrzmiałego ciepłem i słońcem. Przedstawieniem głównych bohaterek tak, że słyszymy, jak mówią one same, własnym głosem (tak, ten zabieg literacki wprowadzający błędy w wymowie słów czy jakieś gwarowe wyrażenia uważam za słuszny i celowy). Opisami przemocy wobec czarnych i przemocy wobec białych, którzy w jakiś, jakikolwiek sposób popierają czarnych. Ale nie tylko - są i inne, przyjazne, pełne miłości relacje, choćby pomiędzy białymi dziećmi a ich kolorowymi piastunkami. Poruszono tu też temat "białej hołoty", kościoła i religii, a także obłudy i kąśliwości  białych dam z towarzystwa (znakomicie nakreślona postać panienki Hilly). Mowa o Martinie Lutherze Kingu i o wyborach, no o wszystkim chyba, co dotyczyło Ameryki tamtych czasów! Do tego jeszcze pieczołowicie skrywane tajemnice rozpalają ciekawość, wątek miłosny skrobie palcem po serduszku, domagając się uwagi, a wszechobecna, tkwiąca pod skórą powieści segregacja rasowa swędzi, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

Nie mogę nie wspomnieć o formie książki - audiobook, czytany przez Annę Seniuk, Annę Guzik i Karolinę Gruszkę. Zacznę od malutkiego minusiku, żeby potem rozpłynąć się w superlatywach. Otóż, kiedy słuchałam kwestii Aibileen i Minnie, czyli czarnoskórych pomocy domowych, miałam przed oczami białe kobiety, aktorki, które znam doskonale i z twarzy i z głosu - toteż mimowolnie kojarzyłam sobie głos z twarzą, co ociupinę, na początku, gryzło mi się z treścią powieści. Na szczęście przy kwestiach Skeeter nie miałam takiego problemu, uff.
Poza tym niewielkim mankamentem wykonanie jest absolutnie rewelacyjne. Anna Seniuk jest znakomitą, wspaniałą, genialną aktorką: gdy narzeka na obolałe nogi, wręcz widziałam, jakie sa opuchnięte; gdy opowiada o małej dziewczynce, której jest piastunką, czułam opiekuńcze ramiona obejmujące malutką.
Anna Guzik również ma rolę dopasowaną do swojej osobowości i świetnie wykonaną.
Jednak absolutną faworytką jest dla mnie Karolina Gruszka. Zakochałam się w jej delikatnym, spokojnym głosie z nienaganną dykcją i starannym wymawianiem końcówek. Pewnie gdybym była facetem, zakochałabym się w samej Karolinie!

Ocena: 6/6.

Służące [Kathryn Stockett]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE