poniedziałek, 27 grudnia 2010

"Regulamin tłoczni win" John Irving (znalezione)

Żadnej recenzji dziś, żadnej! Jestem obżarta tak, że mój organizm skoncentrował się na pracowitym trawieniu ciasteczek, szyneczek, makówek i takich tam. Na wybuchy intelektu i pisarskiej weny nie ma co liczyć, toteż pogrzebałam trochę po moim zeszyciku  i natknęłam się na zapiski dotyczące "Regulaminu tłoczni win" Irvinga. Wyjątkowo skrótowe i pośpieszne, jakby czekały na rozwinięcie...

1. Aborcja: przeciwnicy aborcji - sami źli? A ci, którzy ją popierają, samo dobrzy.  Nawet ojciec gwałcący córkę jest lepszy.
2. Czemu miałam skojarzenia z Jezusem? Bo został posłany przez "ojca" do dzieła wbrew woli. Ugina się i przyjmuje kielich. Tylko jak to porównywać: nawracanie i zbawianie z prowadzeniem sierocińca, w tym wykonywaniem aborcji?


Już nie będę tych notatek rozwijać, troszkę za bardzo te emocje, co mną targały, uleciały z pamięci... ale były, uwierzcie mi, że były!

Samą książkę czytałam w wakacje Roku Pańskiego 2008, na Słowacji, pięknej i słonecznej, ech, wzdech, to były czasy.
Książkę oczywiście polecam!

Regulamin tłoczni win [John Irving]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 23 grudnia 2010

Wesołej choinki! Oto inwencja moli książkowych, bibliotekarzy, księgarzy...

Wesołych Świąt, kochani czytelnicy tego bloga!

Zobaczcie, jaką milutką choinkę znalazłam tutaj. Gdyby nie to, że kiepsko widać grzbiety, byłaby to idealna prezentacja stosików książkowo świątecznych.

Jeśli szukacie inspiracji, koniecznie zajrzyjcie na:
http://podobasie.blox.pl
http://pulowerek.pl
http://bookshelf.blogspot.com
Spokojnie, spokojnie, pod linkami są konkretne posty, śliczne choineczki, nic nie trzeba szukać!
A tutaj mała instrukcja.

Kontynuując temat oryginalnych choinek, sama kiedyś udekorowałam choinkę w pracy myszkami komputerowymi i ozdobnymi sprężynkami z kolorowych kabelków wyprutych ze kabla sieciowego. Niestety, zdjęcia tego cudu nie posiadam, a szkoda :)

środa, 22 grudnia 2010

"Trzeci Świat" Maciej Guzek (polskie sf, nowe, oryginalne)

Maciej Guzek - młody zdolny polski pisarz s-f. Przeczytałam "Trzeci Świat" z przyjemnością, ta książka potrafi wciągnąć.
Powieść jest zapisem podróży reportera, który udaje się do tytułowego Trzeciego Świata w poszukiwaniu materiałów do artykułu czy reportażu. Zapis składa się z nagrań audio, zdjęć, rysunków i notatek.
Trzeci Świat to świat alternatywny, baśniowy, gdzie magia jest na porządku dziennym. Świat ten podzielony jest na dwie części, dobrą i złą. Dobra przypomina odrobinę Minas Tirith Tolkiena, zła to oczywiście Mordor. Oczywiście nie jest to kalka, autor wykorzystał znane motywy i napisał coś swojego, naprawdę ciekawego. Wykorzystał też znany motyw podróży w poszukiwaniu artefaktu - w tym przypadku jest to mityczna postać Czarnoksiężnika. Stop, wróć! Czarownika. Brzmi bardziej mrocznie i pradawnie - tak właśnie ma brzmieć. Ta podróż to też taka trochę stalkerowska - z pułapkami i zasadzkami. Jego i tylko jego jest Matka i Dziwka - źródła światła w Trzecim Świecie. Światło Matki jest dobre, Dziwki zaś przeciwnie, ścierają się ze sobą od wieków, bezpardonowo i okrutnie...
W całość autor wplótł polskie wątki: miasta, wojska, ludzi. Bardzo dobrze! Tym właśnie książka Guzka różni się od innych tego typu. Przy czym, nie oszukujmy się, nie jest to obraz w jasnych barwach. Polska może i jest potęgą militarną i technologiczną, ale wykorzystuje swoją przewagę w mało etyczny sposób. Taka tendencja do wykorzystywania podbitych krain (niechby i baśniowych), wyciskania ich jak cytrynę - pachnie kolonializmem. No niechby, zawsze mieliśmy braki w tym względzie.
Zakończenie podróży i książki zaskakujące - znakomite. Warto Guzka zapamiętać.

Ocena: 4/6.

Trzeci Świat [Maciej Guzek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 21 grudnia 2010

"Dwanaście miesięcy czyli historia Anglii" Geoffrey Trease (ależ to znakomita książka!)

Powinnam była tę książkę przeczytać, a nie wysłuchać - bardzo mi brakowało możliwości wklejania moich ukochanych karteczek-zakładeczek. Trudno.
Książka to zbiór opowieści z historii Anglii, które poukładane są nie chronologicznie, jak to jest we wszystkich podręcznikach i opracowaniach historycznych, a miesiącami. Czyli: autor bierze na warsztat styczeń i wybiera epizody kojarzące się właśnie z tym miesiącem, przy czym skacze po epokach jak żwawy źrebak - od Wiktorii do Wikingów, opisuje wielki pożar Londynu, a potem dzieje Rzymian w Brytanii w trzecim wieku, by zaraz przejść do Wilhelma II... i tak non stop.
Mnie takie podejście odpowiada, bo z chronologią jestem czasem na bakier, jeśli chodzi o wszelkie cykle i serie książkowe (czytam od końca albo od środka i wcale mi to nie przeszkadza).
Niby chaos, ale jak dobrze się tego słucha! Autor nie przynudza, tylko zajmująco snuje opowieści - naświetla krótko tło zdarzeń, przedstawia osoby, kreśli sytuacje. Zgrabne to wszystko, z wdziękiem i humorem.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta książka naprawdę budzi zainteresowanie tematem. Mnóstwo razy podczas słuchania złapałam się na tym, że chętnie poczytałabym coś jeszcze o Wiktorii czy Elżbiecie, zgłębiła historię tych wszystkich żon Henryka czy poczytała o epoce, w której żył Szekspir. Oj, brakowało mi tych zakładeczek, brakowało!
Toteż podjęłam decyzję o zakupie papierowej wersji. :)

niedziela, 19 grudnia 2010

Zakupy, zakupy, niby znienawidzone, a ja lubię

Udało mi się wyskoczyć dziś na zakupy (udało, tak, udało, bo Krzyś chory i siedzę z nim w domu od czwartku), oprezentowałam męża i syna, na fotce obok widać prezencik dla syna. Może przestanie jeździć na ciężarówce, która jest nieco na niska i kolana ma pod brodą. Może przestanie też jeździć na odkurzaczu, trochę mi to przeszkadza podczas odkurzania, bo siada na wyłączniku i jak podskakuje, to wyłącza odkurzacz.  :)


Z żalem zrezygnowałam z zakupu ślicznych bombek (kolejka do kasy zabijała), z przyjemnością pobuszowałam w empiku i choć obiecywałam sobie, że nie będę tam kupować, bo drogo, bo monopolista i w ogóle, to jednak złamałam
się dla trzech pozycji:

"Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" Romy Ligockiej. Dla mojej Mamy, dam głowę, że bardzo jej się spodoba.

"Dożywocie" Marty Kisiel. Po przeczytaniu opowiadania w antologii bardzo chciałam, żeby wyszło coś większego, no i jak widać, wyszło!


Pierwsza część opowieści o babuni Jagódce bardzo mi się spodobała, a i mojemu mężowi też, toteż sobie wymyśliłam, że kupię mu na gwiazdkę, kupiłam, ukryłam, pokazałam mu tylko dwie poprzednie. Po czym zapytał: - A nowej Brzezińskiej nie widziałaś? Odpowiedziałam z marszu, że nie, że skąd, że gdzieżby tam, po czym szybciutko przemyślałam sprawę i w strachu, że jeszcze pójdzie i sobie kupi, przyznałam się, że kupiłam. Ale nie dam, niech czeka do Gwiazdki! 

sobota, 18 grudnia 2010

"Kot, który myszkował w szafach" L.J. Braun

Q znów się przeprowadził - ze składu jabłek (mój ulubiony) do rezydencji na głównej ulicy Pickax. Jak sam mówi: odśnieżanie albo by go zabiło, albo zrujnowało.
Ta rezydencja to dom babki Juniora Goodwintera (obecnego redaktora naczelnego gazety "Moose County coś tam"), która powodowana nagłym kaprysem sprzedała ów dom, wyposażenie i inne ruchomości, po czym przeniosła się na Florydę. Tam zakupiła przyczepę na osiedlu takich przyczep, zaczęła prowadzić spotkania z seniorami na temat prawidłowego oddychania, zaprzyjaźniła się z kierownictwem  osiedla, zapisała im swój majątek, po czym zmarła, przedawkowawszy leki nasenne. Śmierdzi z daleka, toteż nic dziwnego, że Q nie popuścił i rozpoczął śledztwo. Zwłaszcza że Koko jak zwykle pomaga mu po swojemu, myszkując w szafach (a było ich naprawdę sporo) wielkiego domostwa i przynosząc Q znalezione tam drobiazgi. A to sztuczną szczękę babci, a to złoty sygnet, a to w końcu list, który okazuje się być dowodem na grzechy młodości babci. Junior zyskuje nowego członka rodziny, Q rozwiązuje zagadkę śmierci starszej pani i wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi.
Koniec.
Koniec też dla mnie z Koko i Q na jakiś czas, skończyły mi się te pożyczone od koleżanki, na następną partię trzeba będzie poczekać do kolejnego spotkania biblionetkowego.

P.S. Pomysł spektaklu przedstawiającego wielki pożar jest obłędny, wstrząsający i wielki.

piątek, 17 grudnia 2010

"Lęki króla Salomona" Emile Ajar

Niedobrze się stało, że "Lęki króla Salomona" słuchałam po całkiem niedawnym odsłuchaniu "Życia przed sobą". Bowiem "Życie" jest absolutnie bezkonkurencyjne i wszystkie inne w porównaniu z nią wypadają po prostu blado.
No nic, mówi się trudno.
O czym są "Lęki"? O życiu w Paryżu. Pan Salomon, Żyd, mający ponad osiemdziesiąt lat, nie przyjmuje do wiadomości tego, że się starzeje - bardzo słuszna zresztą postawa - żyje pełnią życia, zakłada coś w rodzaju telefonu zaufania, pomaga potrzebującym na lewo i prawo i ogólnie jest postacią bardzo zajętą, dostojną i sympatyczną.
W działalność telefonu zaufania wchodzi Jeannot, młody paryski taksówkarz, chłopak o niepospolitej wrażliwości. Wchodzi gładko, całym sobą, całym sercem. Angażuje się w działalność pana Salomona, zaprzyjaźnia się z nim, a także z jego znajomymi, między innymi z panią Corą, byłą piosenkarką. Pani Cora i pan Salomon kiedyś się kochali, ale jak to często bywa, koleje losu wymanewrowały ich na różne pozycje. Pan Salomon jako Żyd musiał się ukrywać (cztery lata spędził w piwnicy), pani Cora zakochała się w człowieku współpracującym z gestapo... No i koniec, kłótnia, utrata zaufania, każde poszło w swoją stronę, a po latach, mimo że się znaleźli, dalej nie mogli się porozumieć.
Tu wkracza Jeannot, najpierw wiąże się z panią Corą, trwając z nią w dziwnym, na poły miłosnym, na poły litościwym związku, a potem usilnie pracuje nad tym, by Cora i Salomon znów byli razem. Chce się wyplątać z Cory, bo przecież ma dziewczynę...
Jak to się kończy? Szczęśliwie czy nieszczęśliwie?
Trzyma się kciuki podczas czytania za szczęśliwe zakończenie, zaręczam.

czwartek, 16 grudnia 2010

Nie doczytałam tych książek, nie dałam rady


Są książki, których nie dałam rady przeczytać, mimo najszczerszych chęci. Z różnych powodów. Niektóre były po prostu śmiertelnie nudne, jak tolkienowski "Silmarillion", "Rycerz" Gene'a Wolfe'a albo "Imprimatur"  pary Monaldi i Sorti.
Ale na przykład taki Pynchon i jego "Tęcza grawitacji" do dziś są dla mnie zagadką. Doczytałam chyba do połowy i oddałam (bo pożyczone było) koledze. Pamiętam z tego naloty oraz scenę jedzenia cukierków. Oraz to, że czytałam to przed snem i dwie strony były znakomitym środkiem nasennym. Serio.
"Jeźdźca polskiego" Antonio Muńoz Moliny odłożyłam nie skończywszy z powodów osobistych - natrafiłam na motyw zbyt mnie poruszający, bym mogła czytać dalej.
A "Życie, instrukcja obsługi"  Pereca mimo iż wyjątkowo starannie napisane, nie dało mi powodów do skończenia książki. I też było nudne.

Wy też macie takie nie doczytane książki?

wtorek, 14 grudnia 2010

"Sklepy cynamonowe" Bruno Schulz (czysta poezja prozą)

Gdzieś przeczytałam, że gdyby "Sklepy cynamonowe" podzielić na zgrabnej długości wersy i tak opublikować, nikt by nie dał wiary, że to proza. Bo dzieło Bruno Schulza jest przesycone poezją.
Ten człowiek opisuje rzeczy, jakie pamięta z dzieciństwa: dom, ojca, matkę, wschody i zachody słońca, dni powszednie i świąteczne - w taki sposób, że otwieramy buzię ze zdumienia.
Bogactwo barw i kształtów wylewających się z kart książki przyprawia o zawrót głowy. Metafory, wielopiętrowe, a jednocześnie lekkie jak puch zdumiewają; zazdroszczę mu, zazdroszczę spojrzenia, lekkości pióra, wrażliwości.
Moje karteczki - zakładeczki poszły w ruch, bo tu trzeba było zaznaczyć urokliwy fragment, tam z kolei niespotykane epitety, a jeszcze indziej coś, co przypomina mi... no właśnie nie wiem co, ale coś przypomina, jakieś pogrzebane głęboko wspomnienia budzą się nieśmiało i dopominają się uwagi.
Jeden mały minus - książka wymaga uwagi, wymaga oddania, wymaga trochę więcej czasu i skupienia niż te krótkie minuty kradzione między obiadem, zabawą z Krzysiem, kąpielą tegoż i innymi domowymi czynnościami. Trochę mi tego zabrakło, toteż "Sanatorium pod Klepsydrą" odłożyłam na trochę potem. Jak będzie czas. Hmm. No bo przecież będzie, nie? :)

"Strychy, wystrychnięte ze strychów, rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały czarnymi szpalerami, a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów i belek, lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażeby wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i zgiełkiem płatwi i bantów". *

---
* Bruno Schulz, "Sklepy cynamonowe", Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1992, s. 87

Sklepy cynamonowe - wydanie ilustrowane [Bruno Schulz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 12 grudnia 2010

"Kot, który znał kardynała" L.J.Braun (koty lubią ptaki)

Nie, moi drodzy, nie chodzi tutaj o dostojnika kościelnego, a o ptaszka o pięknym, czerwonym ubarwieniu: "Ostatnio zawarł znajomość z gościem wyróżniającym się czerwonym upierzeniem, królewską koroną i patrycjuszowskim dziobem, który wciąż pogwizdywał pytająco  »kto to?«".*  Koko ma okazję obserwować ptaki, bo Q. znów się przeprowadził - tym razem do starej szopy.
Mówimy: szopa, myślimy: szopa, rudera, drewniany barak. Drewno się zgadza, ale cała reszta już nie. Szopa to dawny skład jabłek, drewniana budowla na fundamencie z kamienia polnego, wysoka jak trzypiętrowy budynek. Po renowacji i przystosowaniu składu do zamieszkania wciąż ze ścian emanuje miły zapach jabłek. Budowla otoczona jest sadem.
Takie opisy od razu przypadają mi do gustu, toteż od pierwszych stron książka mi się spodobała. Do tego tradycyjny trup, który pada w każdej książce o kotach, jest bardzo interesujacy. To człowiek (za życia oczywiście) wyjątkowo antypatyczny, zarozumiały i wyniosły. A do tego skuteczny, kompetentny i energiczny.
I ten człowiek wywołujacy ambiwalentne uczucia zostaje zamordowany w sadzie Q - oczywistym jest więc to, że Q poświęca się rozwiązaniu zagadki tego zabójstwa. Kardynał w tym śledztwie odgrywa niepoślednią rolę, tak jak i Koko. Jak zawsze zresztą.
Jabłkowy skład bardzo mnie ujął, toteż daję wyższą ocenę.
A to kardynał:


---
* Lilian Jackson Braun, "Kot, który znał kardynała", tłum. Tomasz Rosiński, wyd. Elipsa, s. 11.

sobota, 11 grudnia 2010

"Ucieczka do Indii" Krzysztof Mroziewicz (mam ambiwalentne uczucia)

To zbiór historii pisanych przez Polaka z samego serca Indii. Słuchając tej książki dowiedziałam się o:
- losach dziewczyny, która z konieczności stała się rozbójniczką,
- kobietach palonych na stosach pogrzebowych mężów, kobietach palonych przez własne teściowe, a także o kobietach wydawanych za mąż jako małe dzieci,
- joginach, lewitacji i zespole The Beatles,
- bogach indyjskich oraz mitologii indyjskiej, która jest wybitnie skomplikowana, zawikłana i bogata,
- życiu w Indiach jako korespondent, ze służącym pochodzącym z kasty niedotykalnych,
- niebywale intratnej profesji, jakim jest palenie zwłok,
- niesłychanie brudnym Gangesie,
- zamachu na Indirę Ghandi,
- operacji  Błękitna Gwiazda
i o wielu jeszcze innych, niewątpliwie ciekawych rzeczach.
Niestety, znalazły się minusy, przez które książki nie wspominam najlepiej. Po pierwsze - język powieści, język dziennikarski, reporterski, a nie literacki. Autor relacjonuje nam swój pobyt w Indiach tak, jakby nadawał depeszę. Treść bogata, a forma kuleje, szkoda.
Drugi minus to lektor (tak, tej książki wysłuchałam). Czyta pan Mirosław Utta. Dykcja bezbłędna, ale głos tak wyprany z intonacji, że aż boli. Poszperałam z ciekawości w sieci szukając informacji na jego temat: opinie są różne, od zachwytu po dezaprobatę. Znany jest głównie jako lektor filmowy - i w tym upatruję sedno problemu. Głos, który jest idealnie bezbarwny, przezroczysty, jest znakomity do filmu, bo widz całe emocje odbiera z ekranu, z gry aktorów, z intonacji ich głosu, w słuchaniu których pan Utta absolutnie nie przeszkadza. Niestety, czytanie książki to trochę inna bajka...

piątek, 10 grudnia 2010

"Kot, który znał Szekspira" L.J.Braun (pada śnieg, pada śnieg...)

Koko doskonale umie czytać napisy na okładkach, toteż z łatwością rozpoznaje tytuły dramatów Szekspira, które właśnie zrzuca z półki na podłogę. Czyli na przykład "Burzę" przed burzą śnieżną.
Oczekiwanie na burzę i opady śniegu wypełnia całą niemal książkę. Poza tym pewien drukarz ponosi śmierć w wypadku, a gospodyni Qwilla, pani Cobb zakochuje się. Trudno to sobie wyobrazić, ale te fakty ściśle się ze sobą wiążą.
Cóż tu mamy oprócz tego? Otóż niewiele. Wciąż czeka się na śnieg. Rozmawia. Chadza na obiady. Koko i Yum Yum są zachwycające jak zawsze. Qwill spotyka się z Polly, bibliotekarką. Cisza, spokój. Oprócz tego łubudu na koniec książki, którego szczegółów nie zdradzę. No i jeszcze ten cudnej urody cytat:

"Czy wiesz, dlaczego jest taka tradycja, żeby wstać, gdy chór śpiewa Alleluja?
- Słyszałem, że król Anglii był pod takim wrażeniem, kiedy usłyszał to po raz pierwszy, że zerwał się, a kiedy król wstaje, wszyscy wstają. Czy to nie ta historia?
- Tak właśnie! Około 1743 roku". *


---
* Lilian Jackson Braun "Kot, który znał Szekspira", tłum. Anna Barcz, wyd. Elipsa, 2008, s.169.

środa, 8 grudnia 2010

"Dzień tryfidów" John Wyndham (mocna rzecz!)

Słyszałam sporo o tej książce, głównie dzięki konkursom biblioNETkowym. Toteż postanowiłam sobie tego posłuchać w drodze do i z pracy. Strzał w dziesiątkę.

Głównym bohaterem i narratorem jest Bill, młody człowiek o wykształceniu biochemicznym i pracujący w szkółce tryfidów, przedziwnych roślin uprawnych.
Słówko o tryfidach: genetyczna modyfikacja czy coś w tym rodzaju stworzyła mięsożerne, chodzące i zaopatrzone w wić z trucizną rośliny. Normalnie cudeńko jakich mało.
Ale wracając do tematu: nagle ludzi na ziemi spotyka katastrofa, w przeciągu jednej nocy traca wzrok. Nie wszyscy, ale zdecydowana większość. Zostali nieliczni widzący, zdezorientowani nie mniej niż ślepcy.
Chaos. Przerażenie. Głód. Zagubienie. I mordercze tryfidy. Oto co spotyka ludzi nagle ociemniałych. Straszne.
Na przykładzie losów Bili'ego autor odmalował możliwe scenariusze po kataklizmie. Przedstawił różne postawy ludzkie, reakcje...

I tu zawiesiłam pisanie recenzji na jakiś czas, wróciłam i zdałam sobie sprawę, że byłam na najlepszej drodze do nadętej i ponurej opowieści. A przecież tak naprawdę książka jest wyjątkowo optymistyczna! Bo ludzkość, mimo tak potężnych kopów w tyłek, czyli ślepoty, potem masowej zarazy, a w trakcie i międzyczasie urocze towarzystwo głodnych tryfidów - nie daje się. Bo można żyć po ludzku, nie uciekać się do przemocy, nie realizować swoich chorych urojeń, nie folgować żądzy władzy. Da się żyć godnie. Nieść światło w sobie. Mocna książka, świetna.

Ocena: 5,5/6.

P.S. Czytał Roch Siemianowski, ależ ten facet ma głos... wzdech.
P.S.2. Powstało kilka ekranizacji, nie widziałam, nie wiem, czy dobre, ale tu link do jednego ze zdjęć: klik - super.

wtorek, 7 grudnia 2010

Mikołaj i urodziny BiblioNETkowe

Na Mikołaja dostałam niespodziankę od anonimowego dobrodzieja - oto trzy potworki, dwa mackowe i jeden rasowy duszek. Te dwa to pewnie Cthulhu - albo jego dzieci. Nadawca musiał wiedzieć, że tego stwora nie cierpię, hehe.

W biblioNETce zaś dziś stuknęło mi sześć latek, jak ten czas leci! Dostałam mnóstwo życzeń i jest mi bardzo miło.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Wygrałam książkę!

U Joanny udało mi się wygrać "Dziewiątego maga". Dziękuję! Fantastyczna sprawa, albowiem książka przyszła z autografem autorki. Co ciekawe, autorka w autografie występuje jako autorka, albowiem A.R. Reystone to pseudonim.
Ale.... list przyszedł jako polecony... ;) Sza, nic już więcej nie powiem.

Sama wydłubałam zaś z półek i wysłałam dwie książki, do biblionetkowego Mikołaja,  żeby je porozwoził dalej, ale nie powiem jakie, bo to tajemnica.

Tak poza tym to chyba mam spadek formy. "Sanatorium pod klepsydrą" niby czytam, ale mi nie wchodzi, pisanie recenzji mi nie wychodzi, zaglądam na inne blogi i czytam, co ciekawego, ale jakoś nic mnie nie pociąga. Borykam się wciąż z bolącym gardłem, synka mi wysypało nie wiadomo od czego (ja obstawiam herbatę owocową dla dorosłych, mąż proszek do prania) i budzi się milion razy w nocy i płacze, trzeba go tulić, dwa dni temu to po prostu wlazł na mnie i tak spał, na moim brzuchu i klatce piersiowej, obudziłam się lekko przyduszona i trochę połamana. A na poczcie dziś spędziłam pół godziny w ośmioosobowej kolejce. Ratunku.
 Nie lubię się żalić, ale chyba potrzebuję spuścić parę, bo się uduszę.
Marzy mi się lato.

Jedyne, co obecnie mi dobrze wychodzi, to słuchanie w aucie audiobooka.

sobota, 4 grudnia 2010

Kto z Was wyrzucił kiedyś, kiedykolwiek, książkę do kosza?

Ciekawa jestem, czy istnieją książki tak złe, że... wróć. Czy wyrzuciliście kiedyś książkę do kosza? Jeśli tak, to z jakich powodów? Osobiście przyznam się, że co prawda nie wyrzuciłam książki do kosza, ale dałam synkowi do zabawy, a więc na zatracenie, bo on jeszcze nie umie czytać. Książki mi nie żal, bo jest beznadziejna jak rzadko. To antologia "Uczniowie Dantego 1: Piekło jest miejscem bardzo intymnym".
Na razie straciła okładkę, teraz Krzyś już nie chce się nią bawić, a kiedyś pewnie i tak trafi do kosza.
A jak to jest u Was?

P.S. Jeśli chodzi o zainteresowanie biblioteczne mojego syna, to owszem, istnieją. Z najniższych regałowych półek wyciąga po trzy, cztery książki, zrzuca na podłogę, po czym w uzyskanym miejscu parkuje swoje samochodziki.

piątek, 3 grudnia 2010

"Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele" James Randi

Wrzuciłam do schowka zachęcona świetną recenzją na biblionetce - przeczytałam i podobało mi się, hm, średnio. Nie dlatego, że to zła książka, nie... Autor po prostu jest takim rycerzem na białym koniu, walczącym z przejawami oszustwa, ciemnoty i głupoty, że aż czasami przypomina Don Kichota.
W książce James Randi podejmuje się objaśnić, jak ludzie byli (i czasami jeszcze są) nabierani. Przez dziewczynki robiące elfom zdjęcia. Przez filipińskich znachorów przeprowadzającyh bezkrwawe operacje. Przez Dänikena. Przez różdżkarzy i innych magików, co to czytają przez zamknięte koperty, wyginają łyżeczki, odgadują zakryte karty czy też przywołują duchy stukające stolikiem. Słowem, Randi z pasją i zapałem tropi oszustów, co przychodzi mu tym łatwiej, że sam jest z zawodu iluzjonistą.
I czasami to jest zabawne, bo znam gnębionego delikwenta (jak Däniken na przykład), a do tego zgadzam się z autorem. Czasami jest to też średnio zabawne, bo Randi demaskuje oszukańcze operacje filipińskich znachorów opierając się głównie na zdjęciach, zamieszczonych, a jakże, w książce, ale na których kompletnie nic nie widać - serio mówię, gorzej niż ziarniste foty w Trybunie Ludu sto lat temu. A czasem to wcale nie jest zabawne, bo ani nie znam ludzi, których demaskuje, ani też nie znam tych sztuczek - w ogóle jest to dla mnie jakąś nieznaną i mało zrozumiałą sprawą.
No i na koniec coś, co jest serio smutne, bo Randi pisze:
"Myślę, że jeszcze upłynie trochę czasu, lecz Paulette Cooper ujrzy w końcu spektakularny widok walącego się w gruzy kolosa scjentologii. [...]W Anglii odmówiono grupie scjentologów wstępu do kraju i zorganizowania konwencji, gdyż zgodnie z panującym tam prawem ich kult nie może być uznawany za religię"[1].
No niestety, tekst ukazał się w Polsce w 1995 roku, czyli piętnaście lat temu i jakoś nie widać, by coś groziło scjentologom. Trzymają się mocno.

Uderzyłam w nieco patetyczny ton na koniec tej recenzji, a nie do końca słusznie, bo ogółem książka jest bardzo pouczająca: nie powinno się w przeróżne sensacje wierzyć bezkrytycznie, trzeba sprawdzać, dociekać i skrobać paznokciem, czy przypadkiem pod warstwą złota nie kryje się spróchniałe drewno.

Na koniec zabawny (moim zdaniem) cytat o tym, jak to niektórzy oszuści albo ludzie przeświadczeni o prawdziwości "nadprzyrodzonych" zjawisk tłumaczą swoje niepowodzenia.
"[...] co gorsza Elsie stała się w międzyczasie w pełni dojrzałą kobietą, wiadomo zaś, że dziewczęta, które są świadome ptaszków i pszczółek tracą kontakt z krasnoludkami i elfami. »Byłem w pełni świadomy - pisze Doyle - że procesy dojrzewania miewają często fatalny wpływ na psychiczną wrażliwość i paranormalne zdolności «"[2].
He, he, no pewnie.


---
[1] James Randi "Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele: Część II", tłum. Zygmunt Kubasiak, Wydawnictwo Pandora 1995, s. 154
[2] James Randi "Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele: Część I", tłum. Zygmunt Kubasiak, Wydawnictwo Pandora 1994, s. 43

wtorek, 30 listopada 2010

"Kot, który bawił się w listonosza" L.J.Braun (Q jako bogacz miasteczkowy)

Qwill zostaje spadkobiercą olbrzymiej fortuny - takim zdaniem zakończyłam poprzednią notkę i takim rozpoczynam tę notkę, ponieważ cała książka się wokół tego kręci. Q próbuje odnaleźć się w nowej, bogatszej rzeczywistości i o dziwo, udaje mu się to znakomicie (o dziwo, bo podejrzewam, że większość ludzi poupajałaby się bogactwem, potarzała w luksusie i tym podobne) - obejmuje w posiadanie rezydencję K (nazwisko rodowe nie do wymówienia) z wdziękiem, skromnością i prostotą. Zresztą prawie natychmiast decyduje, iż osiądzie w pomieszczeniach służbowych, dom zaś traktuje jako klub, kawiarnię czy też muzeum. Tymczsem, póki trwa remont służbówki, mieszka w olbrzymim domu, zwiedza go i oczywiście na strychu odkrywa walizkę porzuconą przez dawną służącą, która znikła któregoś lata i ślad po niej zaginął. Mówiono, że wyjechała na Florydę do nowej pracy, ale czemu nie zabrała rzeczy? Q nie byłby sobą, gdyby nie zainteresował się tym znaleziskiem i nie spróbował się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat, co prowadzi do tragicznych skutków, Q ląduje w szpitalu, a trup ściele się gęsto.
No dobrze, ale skąd listonosz?
Otóż Q, jako miejscowy bogacz, zaczął otrzymywać nagle stosy listów, wpadały przez szparę w drzwiach jak kaskada, a koty brodziły w nich jak w wodzie, tarzały się, baraszkowały, roztrącały nosem stosy kopert, Yum Yum kradła co ładniejsze i chowała pod dywan, a Koko wydłubywał z całego tego bałaganu ważne listy i przynosił je Q. Jak listonosz.

niedziela, 28 listopada 2010

"Kot, który lubił Brahmsa" L.J. Braun (Q. na wakacjach)

Zacznijmy od rozszyfrowania tytułu. Inaczej za rok już nie będę pamiętać, czym ten właśnie "Kot, który..." różni się od innych. Otóż, kot Koko słuchał koncertów Brahmsa na magnetofonie w domku letniskowym w Mooseville. Udał się tam z Yum Yum, aby pomóc Qwilleranowi w odprężeniu się podczas urlopu. Domek letniskowy to własność ciotki Fanny, wyjątkowo bogatej i upiornie żywotnej staruszki (ma 90 lat!) - ona i matka Q. były swego czasu przyjaciółkami.
Q spędza tam wyjątkowy urlop. Koszmarny. Za oknem jest tak cicho, że mieszczuch Q nie może zasnąć spokojnie (za to śpi jak dziecko podczas burzy). Do tego jedzenie w okolicznych knajpach jest mało wyrafinowane, a często niesmaczne. Domek odwiedzają nieproszeni goście, na plaży śmierdzą śnięte ryby a nocą po dachu tupią niewychowane szopy pracze. Coś potwornego!
A ten trup w jeziorze! Ach!
Na domiar zaś złego pod koniec książki Q zostaje spadkobiercą olbrzymiej fortuny.

sobota, 27 listopada 2010

"Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" Roma Ligocka (nie umiem napisać recenzji)

Słyszeliście o tej książce? To opowieść kobiety, która jako mała dziewczynka przeżyła wojnę, była w krakowskim getcie, potem ukrywała się w matką u polskiej rodziny, straciła ojca i prawie całą rodzinę. Roma Ligocka, wcześniej Liebling, Żydówka. Opisała swoje życie po tym, jak na filmie "Lista Schindlera" odnalazła siebie, małą dziewczynkę w czerwonym płaszczyku, dziewczynkę skrywaną do tej pory głęboko w sobie, ukrywaną, upychaną... W internecie można znaleźć mnóstwo opinii, recenzji i tekstów o tej książce.

A ja siedzę z długopisem zawieszonym nad kartką i zastanawiam się, jak zwerbalizować swoje odczucia po lekturze książki. Mam problem, bo mam mnóstwo myśli w głowie, a jak chcę je zapisać, to wydają się banalne, trywialne, albo po prostu niezapisywalne. Nie umiem napisać recenzji tej książki, zbyt duże wrażenia na mnie wywarła. Ligocka spisując swoją historię wydobyła ze wspomnień, wyciągnęła z duszy dotychczas tam chowaną małą dziewczynkę. Ta dziewczynka przemówiła do innej małej dziewczynki - tym razem schowanej głęboko w środku mnie. Rozmawiały. Rozumiały się. Ja przyglądałam się z boku - i chyba właśnie dlatego nie napiszę recenzji książki, bo tylko się przyglądałam. A moja mała dziewczynka jeszcze nie umie pisać.

Ocena: 6/6.

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku [Roma Ligocka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 26 listopada 2010

Zobaczcie, jaki świetny konkurs! I to niejeden!

 

Nie, nie u mnie, tylko u Aneladgam. Robótkowo - literacki, trafiłam całkiem przypadkiem, przez linka u Sabinki, ale jak już trafiłam, ucieszyłam się jak nie wiem co. Mnóstwo fragmentów do zgadnięcia i cały kosz prezentów!
Oto link Robótkowo - literacki konkurs u Aneladgam - nie wiem, jak wy, ale ja pędzę zgadywać :)

------------------------------------

A teraz zajrzyjcie do Sabinki
Książka w komplecie z zakładką - fantastyczny zestaw "Poziomki zimą". Zajrzyjcie!


----------------------------------------
Jeszcze jeden wynaleziony link (też u Sabinki), tym razem to zabawa fotograficzna z kotem w tle.

Szczegóły tutaj. Zapraszam w imieniu.  :)

--------------------------------------------------------------

I jeszcze można wygrać książkę u Miss Jacobs, Mikołajkowo :) Ale dziś obrodziło konkursami i loteriami!




Szczegóły tutaj :)

Ciekawe, czy dziś jeszcze będę edytować bloga z informację, że jeszcze tu i tam można wygrać to i owo... ;)

-----------------------------------------------------

No i wyszperałam jeszcze jedną loterię: tym razem u maioffki - książka do wygrania



Żeby wziąć udział, trzeba zajrzeć tutaj. To już piąty link, który dziś znalazłam i polecam :)

czwartek, 25 listopada 2010

"Kot, który nie polubił czerwieni" L.J. Braun (kici kici, mniam mniam)

Dlaczego Koko nie polubił czerwieni? Kiedy tylko przedstawiono mu do wglądu artystyczną ceramikę z czerwoną glazurą, obszedł się z nią jak pies z jeżem. Dlaczego? Ponieważ Koko wiedział, że z tą glazurą jest coś nie tak. Przede wszystkim z jej twórcą, garncarzem artystą bez kciuka, który przez tę nieszczęśliwą niekompletność nie umie zrobić okrągłego garnka, wytaczając go na kole garncarskim, więc robi talerze za pomocą wałka. Do tego jest nieprzyjemny dla swojej żony. A jego żona jest dawną miłością Qwilla. Więc Qwill go nie lubi, tak jak Koko czerwieni.

Qwill w tym tomie ma niełatwe zadania. Dostaje nową rubrykę do redagowania: ma odwiedzać restauracje, zamawiać potrawy, jeść, oceniać, a następnie to opisywać. Fucha - marzenie, gdyby nie jeden szkopuł: przeszedł właśnie na dietę. Ale wszystko się da, jak się chce i fantastycznie jest czytać o zupie o boskim smaku i zapachu.

Inne niełatwa sprawa to spotkanie z dawną miłością: ona ma kłopoty, a Qwill nie wie, czy jej pomóc, czy ma ją kryć przed mężem, a na dokładkę ona znika i co teraz?! Znika też inna osoba. Ale nie ma co się martwić, znajduje się za to coś innego. Na przykład skorupy z "żyjącą glazurą" w jeziorze. Albo sfałszowany czek.

Dużo się dzieje, zapachy dobrego jedzenia unoszą sę z kart książki, koty są godne i spokojne, a Qwill błyskotliwy i odważny.

Ocena: 3,5/6.

środa, 24 listopada 2010

"Tam piaski śpiewają" Josephine Tey - jedna z moich najukochańszych książek na świecie

Nie jestem pewna czy to powieść, czy kryminał. Co prawda występuje tam detektyw, jest morderstwo i jest dochodzenie, ale ta książka wymyka się szufladkowaniu, więc chyba najbezpieczniej będzie napisać, że to połączenie jednego z drugim. Jestem natomiast pewna, że to książka, która urzekła mnie od pierwszego przeczytania, a było to lat niespełna trzydzieści temu i urzeka do tej pory.

Detektyw Scotland Yardu, Alan Grant, udaje się na urlop do Szkocji podreperować swoje zdrowie, przede wszystkim psychiczne – cierpi bowiem na pracoholizm i klaustrofobię. W pociągu, którym jedzie, ktoś zabija człowieka, a Grant, mimo iż na urlopie, nie potrafi powstrzymać swojej natury policjanta i angażuje się w śledztwo po uszy. Dlaczego? Bo jest fizjonomistą, a po spojrzeniu na twarz zmarłego mężczyzny uznał, że to twarz bardzo interesująca. Bo wiersz, który przeczytał na marginesie gazety znalezionej w przedziale zmarłego, zdradza niepospolitą wrażliwość na piękno autora, tchnie autentyzmem i intryguje. Inspektor uznaje, że warto poświęcić czas wolny na rozwikłanie zagadki wiersza i zagadki morderstwa.
Toteż, gdy już tylko rozgości się na miejscu (zatrzymuje się u kuzynki), rozpoczyna prywatne dochodzenie, poszukując śpiewających piasków z wiersza, prawdziwej tożsamości zabitego, a w końcu mordercy. Czyni to wszystko z podziwu godną zawziętością i uporem; wędruje po wyspach, nocuje w hotelach, bierze udział w wiejskiej zabawie, doświadcza mnóstwa osobistych przeżyć, które powodują, że dochodzenie staje się powoli bardzo istotną częścią jego życia.

Tytuł "Tam piaski śpiewają" od razu implikuje pytanie: ale gdzie? Tak, dostajemy odpowiedź. To Wabar, mityczna kraina Shangri-la (a może zaginione miasto Ubar, Atlantyda pustyni?), przepiękna, kolorowa, fantazyjna nić wpleciona w wątki książki. Człowiek, od śmierci którego zaczyna się cała książka, był przekonany, że odkrył ową mityczną krainę, albo też coś, co ją bardzo przypominało. Grant mu wierzy, a razem z Grantem wierzy i czytelnik, choć prawdopodobieństwo odkrycia czegoś nieistniejącego jest nader nikłe. Na szczęście fikcja literacka pozostawia duże pole manewru dla wiary. Sama nazwa Shangri-la jest boska - tajemnicze rejony wiecznych szczęśliwości - mmmmrrr, to intryguje i przyciąga.

Grant też mnie zaintrygował. Nie tylko jako uparty i zawzięty detektyw, ale jako człowiek. Wyjątkowo inteligentny i trochę romantyczny. Ten wątek romantyczny delikatną kreską zarysowała w powieści autorka, pisząc o dawnej miłości Alana:
"Ale dopiero w czasie ostatniego młodzieńczego lata szczęście skrystalizowało się w postaci samej Laury Grant, całe lato zogniskowało się w jej osobie. Dotąd jeszcze odczuwał lekkie drżenie serca na wspomnienie owego lata"[1].
Pisze też o obiekcie jego obecnego zauroczenia, z lekkim przymrużeniem oka, bo jednak sprawy zawodowe są ważniejsze:
"Chciał, aby Zoe »do diabła się stąd wyniosła«. Ta Zoe, ktorej obecność stworzyła magię wczorajszego popołudnia, była teraz przeszkodą. Urocza, prostolinijna, boska Zoe, rusz się. Przedmiocie moich zachwytów i księżniczko moich snów, odejdź." [2]

Urzekło mnie przedstawienie papierowych postaci tak, że dla czytelnika są jak żywe. Wyraziście zarysowane charaktery, solidnie osadzone w codzienności. Nawet, zdawałoby się marginalnie zaznaczony sierżant Williams, podwładny Granta ze Scotland Yardu, został tak opisany, że jestem w stanie bardzo dokładnie go sobie wyobrazić.

Mistrzostwo w kreowaniu postaci, wyrazista, a jednocześnie subtelna atmosfera, sprawnie i wciągająco poprowadzona intryga kryminalna - czegóż chcieć więcej od książki? Ja tam ją kocham nad życie i dałam najwyższą ocenę z możliwych.


---
[1] Josephine Tey, "Tam piaski śpiewają", tłum. Krzysztof W. Malinowski, wyd. Iskry, Warszawa 1977, s. 20
[2] Tamże, s. 133-134

P.S. Jeszcze jeden cytat z książki jest o tu.

wtorek, 23 listopada 2010

"Księga z San Michele" - cytaty

Przyjrzałam się swojemu zeszytkowi do notatek i odkryłam, że istnieją w nim niewykorzystane jeszcze pokłady słowa pisanego. O pięknej książce "Księga z San Michele" Axela Munthe już wspominałam, w zeszycie natomiast zostały mi cytaty, wypisane z przyczyn różnych.


"- Rosinella pane asciutto?5 A może la fesseria?6" - natykam się na stronie szóstej, włoskiego nie znam, ale przypisy na dole strony informują mnie, że 5 - suchy chleb, a 6 - lepiej nie tłumaczyć. Dlaczego nie tłumaczyć, coś strasznego tam napisano? Sięgam po słownik, a tu okazuje się, że "la fesseria" to "bzdury".

"Sekularyzacja" (s. 26) - co to jest? Pytanie moje. Odpowiedź: Zmniejszenie roli religii dla społeczeństwa. No nie wiedziałam wtedy, teraz wiem.

"Największą ilość chorób leczy przecież skutecznie puszczanie krwi i nacieranie. [...] Dwie żaby gotowane przez dwie godziny na mleku dobre są przy kaszlu, a duża ropucha działa jeszcze lepiej, o ile znajduje się akurat pod ręką. [...] Dziesięć wszy, ugotowanych na mleku, z dużą ilością soli i zażytych na czczo, leczy bez zawodu żółtaczkę (bardzo pospolite cierpienie Lapończyków na wiosnę)". (s. 122) - fascynujące mądrości medycyny ludowej.

Znienacka dopada mnie przedziwna ortografia w powieści:
s. 144 - żórawi
s. 322 - pendzla
s. 328 - bronzowe
s. 428 - szerści
s. 479 - swaeter
Zapewne tak się kiedyś pisało, książka wydana w 1946 roku. Ale nie wiem na pewno. Może błędy korektora? Byli wtedy korektorzy?

"Charcot był najsławniejszym lekarzem moich czasów". (s. 275)

"Pamiętajcie moje słowa, które podaję na innym miejscu w tej książce: to, co zatrzymamy dla siebie, - utracimy, to zaś, co oddamy innym, - pozostanie dla nas na zawsze". (s. 386)

"Przekonany jestem, że Pan Bóg kocha ptaki, gdyż w przeciwnym razie nie obdarowałby ich skrzydłami, które dał także swym aniołom". (s. 452)

"Na przodzie, trzymając się za rączki, szło kilkanaścioro malutkich dzieci, prawie jeszcze niemowląt. Niektóre ubrano w króciutkie tuniki i przypięto im skrzydełka anielskie na wzór Raffaela; inne zupełnie nagie, a ustrojone w girlandy winogronowych liści i w wieńce z róż na główkach, wyglądały, jak wycięte z greckich płaskorzeźb. Za nimi szły 'figlie di Maria', wysokie smukłe dziewczęta w białych szatach, długich niebieskich welonach i srebrnych medalikach z wizerunkiem Matki Boskiej, wiszących na piersiach na błękitnych wstążkach.
Potem stare panny w czarnych sukniach, starsi mężczyźni w ubiorach z czasów Savonaroli. Orkiestra. Księża. Posąg św. Antoniego. Burmistrz, członkowie zarządu gminy, ławnicy, urzędnicy, doktor, aptekarz, fryzjer itp. Potem pospólstwo: rybacy, chłopi. Odległość nakazana szacunkiem - kobiety i dzieci. Na końcu psy, kozy, świnie". (s. 459)
To procesja z okazji uroczystości świętego Antoniego. Barwne? A procesje z okazji Bożego Ciała u nas jak wyglądają? Pierwsi idą mężczyźni, potem dziewczynki sypiące kwiaty, w białych sukienkach i wianuszkach na głowach, duchowieństwo, ksiądz pod baldachimem z monstrancją w rękach, podtrzymywany z obu stron, za nimi kobiety w strojach ludowych dźwigajace posążki świętych lub Matki Boskiej, obrazy i chorągwie. Za nimi pozostali wierni. Barwne? O tak.

"Nie lubię duchownych. Groźbą wiecznych płomieni piekielnych nauczyli ludzi obawy przed moim przyjściem. Zerwali mi skrzydła z ramion, zniekształcili me dobrotliwe oblicze i nadali postać szkieletu, który z kosą w ręku chodzi jak złodziej w nocy od domu do domu. [...] Nie mam nic wspólnego ani z ich piekłem ani niebem. Jestem prawem natury". (s.499)

Księga z San Michele [Axel Munthe]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 22 listopada 2010

"Książki zakazane" Bartłomiej Paszylk (ach, te inspiracje literackie!)

Książki o książkach zawsze mnie interesowały jako swego rodzaju literackie zapętlenie. Ta konkretna ujęła mnie starannością napisania i dbałością o szczegóły. I o ogóły też. Wstęp ominęłam, bo nie lubię wstępów, a ten jakoś nie przekonał mnie do siebie. Za to same książki - cudo. Podzielone na kategorie według powodów umieszczenia na "indeksie" - czyli powody społeczne, religijne, obyczajowe czy inne. Opis treści książki, potem historia, dlaczego i kiedy była zakazana, naświetlone tło i okoliczności cenzury, umieszczony rys o autorze, ze zdjęciem, dodany fragment samej książki (zawsze na niebieskim tle), omówiona ekranizacja, jeśli taka powstała, do tego fotosy filmowe...

Świetne, bogate kompendium. Brawo, panie Bartku! Po lekturze pańskiej książki zdecydowałam, że przypomnę sobie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" Kazantzakisa, a przeczytam następuje pozycje: "Grona gniewu" (Steinbeck), "Nagi lunch" (Burroughs), "Obcy w obcym kraju" (Heinlein), "Azyl" (Faulkner), "Szatańskie wersety" (Rushdie) oraz "Kolor purpury" (Walker).

Ocena: 5/6.

niedziela, 21 listopada 2010

"Tego lata, w Zawrociu" Hanna Kowalewska (chcę ten dom w Zawrociu!)

Czytam "Tego lata, w Zawrociu" i coś mi nie pasuje. Przerzucam kartki i szukam, a tu tylko wspomnienia o babce, wyrzuty, wspomnienia o matce i ojcu, nostalgia, niesmak, wspomnienia o tym i owym, wspomnienia.

Bohaterka, Matylda, dostaje w spadku dom z ogrodem w Zawrociu. Obejmuje go w posiadanie jakby od niechcenia, bardziej przechadzając się po ogrodzie i rozmyślając o babci niż ciesząc się szczerze z własnego miejsca (chyba mam jej to za złe).
Bo tak naprawdę to nie jest jej miejsce, to wciąż miejsce babki Aleksandry, którą poznajemy bardziej niż Matyldę. Poprzed dom w Zawrociu, poprzez dziennik, który prowadziła, a który czyta Matylda, poprzez listy, poprzez historie przechowywane w pamięciu innych członków rodziny... I dlatego mam taki kłopot z tą powieścią, bo reflektor jest skierowany silnie do tyłu, w przeszłość. Na Aleksandrę. A ja nie potrafię jej polubić, ani nawet zrozumieć. Nie czuję więzi z tą bohaterką. A co dopiero mówić o Matyldzie, o której wiem jeszcze mniej.

Polubiłam za to dom w Zawrociu. Piękny, ze sadem, ogrodem, na uboczu, z szumiącymi brzozami i ze strychem. Do tego cudowna okolica, leśna, polna, z piaszczystymi drogami.
Zabierzcie sobie Matyldę i Aleksandrę z ich problemami i rozterkami, z ich tajemnicami i bólem. Zostawcie mi dom w Zawrociu, a postawię szóstkę.

Ocena: 3/6.

P.S. A motyw odziedziczenia starej willi cudnie i komicznie był opisany w opowiadaniu "Dożywocie" Marty Kisiel w antologii "Kochali się że strach" - i to opowiadanie polecam mocno.

sobota, 20 listopada 2010

"Żaba" Małgorzata Musierowicz (ciąża Róży jak płatki róż posypujące budyń waniliowy)

Żaba jest siostrą Fryderyka Schoppe, fatyganta Róży Pyziak. Miła, piętnastoletnia panna imieniem Hildegarda przypadkiem odkrywa, że jej ukochany brat zrobił dziecko przeuroczej Róży, po czym dał dyla za granicę, wybywając na stypendium. Przy czym na tym stypendium niemalże ukrywa się, bo nie odbiera telefonów, nie odpisuje na maile i kontakt z nim jest wysoce utrudniony, co Żaba znosi bardzo źle, bo perspektywa zostania ciocią bardzo nią wstrząsnęła. Właściwie nawet nie to, a fakt, że Fryderyk, brat - geniusz, tak się zeszmacił moralnie. Toteż bierze sprawę w swoje ręce i wraz z drugim bratem, Wolfgangem, czyni starania, by rodzina Schoppe zachowała się jakoś po ludzku wobec Róży i jej dziecka. Rzekłabym, że Wolfi wyjątkowo przykłada się do tego zadania i ni z tego, ni z owego zakochuje się w siostrze Róży, Tygrysku. Ten wątek doprawia książkę, jak pieprz zupę, bo Wolfi a to podrzuca anonimowo bukiet ukochanej, a to wkrada się do Laury po rynnie, no Romeo i Julia niemalże!

Żaba też ma wielbiciela. To jeden z bliźniaków Anieli i Bernarda Żeromskich, Piotr albo Paweł, Chyba Piotr (nie bić, książkę czytałam jakiś czas temu i zdążyłam już zapomnieć, nie jestem już taka młoda i synapsy nerwowe mi częściej odpoczywają), miły, gadatliwy i trochę egzaltowany chłopiec.

Milusia książka, głównie przez ciążę Róży, ona (mimo tych perypetii z Fryderykiem) bardzo się cieszy z dziecka i od razu przypomina mi się moja ciąża i jak bardzo się z niej cieszyłam. Bardzo bardzo.

Ocena: 4/6.

piątek, 19 listopada 2010

Książki z wydawnictw, książki pociachane, książki, po prostu książki

Facet pisze o egzemplarzach recenzenckich, po raz kolejny zresztą. Podniósł dość ciekawą kwestię, przy czym samego pomysłu tagowania recenzji książek otrzymanych nie komentuję, bo nie zastanawiałam się nad tym usilnie. Nie wierzę też, by recenzje były na siłę pochlebne przez sam fakt, że książkę się dostało. Chciałam jedynie napisać o swoich spostrzeżeniach w tym względzie.

Po pierwsze, niezależnie od tego, czy opinie są pochlebne, czy też nie, są. I jeśli przegląda się blogi książkowe i widzi się wysyp opinii o jednej książce, a nie zagłębia się w szczegóły, to można sobie pomyśleć "tam do licha, ale dużo piszą o tej książce, coś musi w niej być!". Ja tak myślałam, dopóki nie wciągnęłam się w blogowy światek i nie poznałam jego niuansów.

Po drugie, sama otrzymuję książki od wydawnictwa Initium i o ile pierwsza przesyłka była zapowiedziana, wyczekiwana, warunki określone (jeśli się zgadzam, dostaję, czytam, opisuję), czyli po prostu świetnie, to druga już nie. Bo przyszła bez zapowiedzi, właściwie to nic złego, taka niespodziewanka. Ale mail z zapytaniem, kiedy pojawi się recenzja, odebrałam z przykrością, poczułam się poganiana. No, czytaj, czytaj, odebrałam między wierszami, bo wysłaliśmy dawno, a recenzji wciąż nie ma! Hm. Owszem, przykre wrażenie rozwiało się, gdy wyjaśniłam grzecznie, że mam kolejkę do czytania, a pierwszeństwo mają książki pożyczone, nie własne i gdy otrzymałam odpowiedź całkowicie akceptującą taki stan rzeczy.
Tak.

Z innej beczki. Musierowicz całkiem niedawno miałam na tapecie, stali czytelnicy wiedzą. Fragment z "Języka Trolli":
"Po dłuższym czasie, oderwawszy się od lektury, dziadek podniósł oczy. Spojrzenie jego padło prosto na tę półkę regału, która znajdowała się na wprost jego głowy. Osłupiał nagle.
- Na Jowisza! - krzyknął na cały głos. [...]
Regały były robione na wymiar, starannie dopasowane do wnęk. Wszystkie ich półki umieszczono w identycznej odległości od siebie. Książki, które nie mieściły się ze względu na nietypowy format, zostały po prostu równo przycięte gilotyną, a może i piłą, na taką wysokość, by się dały upchnąć na półce". - który traktowałam dotychczas jako fikcję literacką, doczekał się urzeczywistnienia. Pod linkiem Idiotyzm do kwadratu w warszawskiej pizzerii przeczytacie więcej.
O zgrozo.

środa, 17 listopada 2010

"Tajemna historia Moskwy" Ekaterina Sedia (ale tu ponuro, o matko)

Galina mieszka w Moskwie i wiedzie mało ciekawe życie zaleczonej schizofreniczki. Nagle jej z trudem uporządkowany świat łamie się na pół, kiedy siostra Galiny, Masza, tuż po urodzeniu dziecka w łazience, przemienia się w kawkę i odlatuje nie wiadomo gdzie. Niedorzeczne - w kawkę? Niedorzeczne czy nie, szukać jej trzeba i Galina rusza na poszukiwanie siostry, mając do pomocy malarza alkoholika oraz policjanta (milicjanta?) o nieprawomyślnym, angielskim pochodzeniu.

Razem udają się moskiewskiego metra, gdzie znajdują przejście do tajemniczego świata. zaludnionego przez postacie z baśni i bajek. Rosyjskich bajek. Bohaterowie próbują się od nich dowiedzieć czegokolwiek o Maszy i innych zaginionych, rozwiązują zadania stawiane przed nimi, wychodzą na powierzchnię, wracają, znów jakieś zadania, nowe postacie, przeprawy przez rzekę typu Styks i tak dalej i tak dalej...

Nie podobało mi się. Za dużo tego, wepchnięte wszystkie rosyjskie legendy i baśnie do jednej książki - to może oszołomić, jeśli się nie jest obeznanym z tymi bajkami. Ja nie jestem i mnie oszołomiło. Do tego całość jest utrzymana w wyjątkowo ponurej, wręcz posępnej tonacji, ciągle jest noc, a jak nie noc, to jest pochmurno, ciemno, zimno, paskudnie, mokro i do domu daleko.
Albo ta schizofrenia Galiny: ona pogodziła się już z diagnozą i nauczyła żyć z chorobą. Pogodziła się ze wspomnieniem, kiedy to jej matka orzekła, że Gałka będzie musiała iść do szpitala (nie było tam, nie widziałam, Galina nie pamiętała - żadnych powodów ku temu, żadnych przesłanek!). Teraz, gdy o tym opowiada policjantowi, pada nazwa "schizofrenia bezobjawowa", a ten patrzy na nią zdumiony, bo wie, że ten termin jest utworzony na potrzeby organów władzy politycznej , by można było tych, co władzy nie lubili, zapakować bez konsekwencji do szpitali psychiatrycznych. Ale Galina była małą dziewczynką, kiedy trafiła do takiego szpitala. Co za tragedia się za tym kryje? Jakie relacje pomiędzy Galiną i jej matką? Mam jakieś straszliwe podejrzenia.

Ocena: 3/6.

wtorek, 16 listopada 2010

"Dewey. Wielki kot w małym mieście" Vicki Myron, Bret Witter (kici kici)

To mogła być bardzo dobra książka, naprawdę. Gdyby została napisana przez kogoś innego, bardziej obeznanego z warsztatem literackim. Ale czy wtedy byłaby tak bardzo szczera i autentyczna? Wątpię. Zgódźmy się więc, że dobrze jest, jak jest.

Dewey to kot, który pewnej mroźnej zimy został wrzucony do skrzyni na zwracane książki. Tak, w Ameryce można książkę oddać do biblioteki bez udziału bibliotekarza, prostu siup do skrzyni i już, a bibliotekarz, jak przyjdzie do pracy, weźmie książkę i odnotuje zwrot. Bajer. W bibliotece, którą swego czasu odwiedzałam, tak nie było.
Ale do rzeczy: kociaka przygarnęła kierowniczka biblioteki, czyli autorka książki, ale nie zabrała go do domu. Został bibliotecznym kotem. Dobrym duchem biblioteki i całego miasteczka Spencer w stanie Iowa.
Autorka szczegółowo opisuje zwyczaje Dewey'a, jego kocie ścieżki i upodobania. Wspomina, jak pod jego wpływem zmieniają się ludzie, zmienia się biblioteka, zmienia się miasteczko (swoją drogą kapitalnie jest nakreślona jego historia!), wreszcie, jak zmienia się sama autorka.
Jak może się coś zmienić pod wpływem kota, zapytacie - chyba co najwyżej konfiguracja piasku w kuwecie czy ilość sierści osiadłej na meblach. Otóż może.
Proszę sobie wejść do pustego, cichego mieszkania, zdjąć buty, zaparzyć herbatę, usiąść w fotelu. Popijać herbatę patrząc w okno.
A teraz proszę wejść do mieszkania, zrobić to samo, tyle że gdy już się siedzi w fotelu, wskoczy nam na kolana kot. Umości się i zamruczy, a może nawet i wbije z rozkoszą pazurki w uda. Gwarantuję, że to dużo zmieni w tym piciu herbaty.

No i mniej więcej o tym jest ta książka.

Ocena: 4,5/6.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Listopadowe spotkanie biblionetkowe

Kolejne spotkanie biblionetkowe za mną, kolejne stosy książek wywędrowały mi z półek, a na ich miejsce zaraz przyszły nowe.

Wydłubałam z półek i wywiozłam na pożyczki:
- "Monte Cassino" Melchior Wańkowicz - dla mafii, właściwie to na własność
- "K-PAX" Gene Brewer - Makrauchenia
- "Elantris" Brandon Sanderson - dla chen
- "Zatrute ciasteczko" Alan Bradley - dla Olimpii
- "Badyl na katowski wór" Alan Bradley - dla Olimpii
- "90 najważniejszych książek dla ludzi, którzy nie mają czasu czytać" Henrik Lange - dla Dot
- "Florencja" i "Drugi wątek" Joanna Chmielewska - dla Jean

Oddałam właścicielom:
- "Książki zakazane" Bartłomiej Paszylk - Dot
- "Księga smoków" antologia - chen
- "Dewey: Wielki kot w małym mieście" Vicki Myron - Dot
- "Däniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele: Część I i II" James Randi - Olimpia
- "Mamuśka", "Urwisy", "Babunia" Brendan O'Carroll - Olimpia
- "Poncjusz Piłat" Roger Caillois - Marylek
- "Oko jelenia: Triumf Lisa Reinicke" Andrzej Pilipiuk - Dot
- "Tego lata, w Zawrociu" Hanna Kowalewska - chen

Oddano mi i natychmiast poszło dalej:
- "Droga" Cormac McCarthy - do Marylka

Oddano mi i mogę wstawić na półkę:
- "Kot Simona: Sam o sobie" Simon Tofield
- "Cieplarnia" Brian Aldiss
- "Dekorator" Borys Akunin
- "Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3" Jarosław Grzędowicz
- "Norwegian Wood" Haruki Murakami
- "Przygoda z owcą" Haruki Murakami

Dostałam do przeczytania:
- "Czarnoksiężnicy" antologia - od Dot
- "Azyl" William Faulkner - od Marioli
- "Mój język prywatny" Jerzy Bralczyk - od chen
- "Złote jabłko" Robert Shea, Robert Anton Wilson - od Olimpii
- "Ostatni brzeg" Nevil Shute - od minutki
- "Kot, który nie polubił czerwieni" Lilian Jackson Braun - od Marylka
- "Kot, który bawił się w listonosza" Lilian Jackson Braun - od Marylka
- "Kot, który znał Szekspira" Lilian Jackson Braun - od Marylka
- "Kot, który znał kardynała" Lilian Jackson Braun - od Marylka
- "Kot, który myszkował w szafach" Lilian Jackson Braun - od Marylka

Dostałam na własność:
- "Alterland" Marcin Wolski
- "Kot, który lubił Brahmsa" Lilian Jackson Braun

Krzysztof całe spotkanie przetuptał. A ja tuptałam za nim, za wyjątkiem tych momentów, kiedy to tuptał za nim mój mąż. Co za bezsensowny pomysł kłaść na podłodze koszyk z pustymi butekami po winie! :)
Podobało mi się, jak zwykle zresztą.

sobota, 13 listopada 2010

"Język Trolli" Małgorzata Musierowicz (poważniej niż zwykle)

Tej Trolli, a nie tych trolli, złośliwych stworzeń z bajek. Trolla to Staszka, dziewczyna z klasy Józinka (pierworodnego Idy i Marka Pałysów), dziewczyna przemiła i przesympatyczna. Nic więc dziwnego, że Józinek jest nią żywo zainteresowany. A jak Józinek, to i Ignacy Grzegorz (syn Gabrysi i Grzegorza), bo ci chłopcy od urodzenia ze sobą rywalizują. Tyle że Staszka nie pozwala, by ta rywalizacja przerodziła się w coś poważnego. Bardzo chce, by ludzie ją otaczający byli pozytywnie nastawieni do innych, pomagali sobie wzajemnie i byli po prostu dobrzy. A charyzmę ma taką, że po prostu nie da się jej odmówić. Ciekawe, czy to między innymi dlatego, że Staszka jest chora na raka? Może, ale nie tylko. Z pewnością choroba pomaga jej oddzielić ziarno od plew w życiu - stara się więc, jak umie, przekazać to innym.

W książce oprócz Trolli ważna jest jej rodzina, zwłaszcza czarnoskóry szwagier pochodzący z Jamajki, Helmut. Bujna osobowość, przemiłe usposobienie no i fantastyczne wyrażenia (pan Oracabessa uczy się nieustannie języka polskiego) - nie ma chyba czytelnika, któy by nie polubił Helmuta. Mnie on przez łamańce językowe przypominał pana Muldgaarda z Chmielewskiej.
W "Języku Trolli" Laura po raz pierwszy spotyka swojego ojca Janusza Pyziaka (całkiem przypadkowo) i stwierdza, że to wyjątkowy burak i nie chce mieć z nim nic wspólnego.
Józinek i Ignacy Grzegorz po śnieżnej wyprawie furgonetką dochodzą do niechętnego porozumienia i podpisują swego rodzaju pakt o nieagresji.
Trolla zaś wyjeżdża. Koniec.

Ciut poważniejsza od innych książka, ciut lepsza.

Ocena: 4,5/6.

piątek, 12 listopada 2010

"Żuk w mrowisku" Strugaccy (wciąż was kocham, panowie)

Wysłuchałam z prawdziwą przyjemnością drugiej części przygód Maksyma, wcześniej Rościsławskiego, teraz Kramerera. Stare dobre rosyjskie s-f, teraz już takich nie piszą!

Maksym nie jest już młodzieniaszkiem, ma ok 45 lat, pracuje cały czas w KOMKON-ie 2, jego szefem jest znany nam już z "Przenicowanego świata"  Wędrowiec, czyli Rudolf Sikorski. Maksym zwraca się do niego per Ekscelencjo - no i słusznie, mianem Wędrowców określa się bowiem kogoś jeszcze i mogłoby się mylić.
Zaczyna się od tego, że Maksym dostaje zadanie do wykonania. Ma odnaleźć Progresora (to ktoś w rodzaju specjalisty od kontaktów międzygatunkowych, który jednocześnie ma za zadanie przyspieszać rozwój tych bardziej zacofanych gatunków, takie wyciąganie za uszy i równanie do szeregu), Lwa Abałkina, który w tajemniczych okolicznościach wrócił na Ziemię z aktualnej wyprawy i zniknął. Przy czym Ekscelencja powodów szukania Abałkina nie podaje, ot, znaleźć go, zlokalizować i koniec. Maksym znakomicie wywiązuje się z polecenia, ale podczas śledztwa natyka się na fakty, które dają mu sporo do myślenia, kim jest Abałkin, dlaczego jest poszukiwany, dlaczego się ukrywa - same pytania!
W końcu Rudolf Sikorski musi na nie odpowiedzieć, choćby dlatego, że przez to może zdjąć z siebie część ciężaru spoczywającego na jego barkach od czterdziestu lat.
Co wtedy się stało, te czterdzieści lat temu? Ludzie znaleźli na peryferyjnej planecie coś w rodzaju inkubatora z ludzkimi zarodkami. Zanim Rada Światowa, zdezorientowana, przejęta i przerażona tym odkryciem, zdążyła coś zdecydować, inkubator zaktywował się i embriony zaczęły dojrzewać. Problem polegał na tym, że zarodki niby ludzkie, ale zostawione nie przez ludzi, a przez bliżej nieznaną rasę pozaziemską, których przedstawicieli nazwano Wędrowcami. Nic właściwie na ich temat nie wiadomo, oprócz tego, że na jednej z planet poznanych przez ludzi przeprowadzili coś w rodzaju ewekuacji. Albo eksterminacji. Nie wiadomo. Dlatego sprawa inkubatora i zarodków była tak problematyczna.
Wróćmy jednak do Kramerera i jego poszukiwań. Dowiaduje się on, że poszukiwany przez niego Progresor jest jakoś związany z wydarzeniami sprzed lat i dlatego niebezpieczny...

Atmosfera w książce jest cudowna. Ciężka i klaustrofobiczna, pełna niedopowiedzeń i tajemnic. Uwielbiam taką.
Znakomite są sceny wędrówki Abałkina po planecie Nadzieja i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co stało się z jej mieszkańcami- ewakuacja czy eksterminacja. Świetnie zarysowano postać Głowana (przedstawiciel kynoidalnej inteligentnej rasy z planety Saraksz), towarzysza Lwa. Progresor widzi różne rzeczy, wycinki rzeczywistości, a nic nie rozumie, nie potrafi poskładać tego w sensowną całość. Stara się pojąć, a wciąż jakiś element wymyka się rozumieniu. To moim zdaniem najlepsze fragmenty w książce.
Wszędzie są pytania, same pytania i poszukiwanie odpowiedzi. Abałkin poszukuje prawdy o Wędrowcach. Kramerer poszukuje prawdy o Abałkinie. Czytelnik poszukuje prawdy o wszystkim, co powyżej. Część dostaje, część musi sobie dopowiedzieć, bardzo to lubię w książkach.

Czy już pisałam, że kocham panów Strugackim? ;)

Ocena: 5,5/6.

P.S. Jeszcze chciałam sobie popisać o zarodkach w książce w kontekście dyskusji o in vitro, ale to może już daruję. ;)

czwartek, 11 listopada 2010

"Statek szpitalny" James White (do widzenia panu, panie White)

O książkach z cyklu "Kosmiczny szpital" pisałam już tu i tu, potem trochę odsapnęłam od nich, w końcu zabrałam się za czwartą część pod tytułem "Statek szpitalny".

Tak, mamy tu pewne zmiany, temat Szpitala został już nieco wyeksploatowany, toteż autor wpadł na pomysł kosmicznej karetki. Czyli statku, który jest specjalnie przystosowany do podtrzymywania życia ewentualnym pacjentom, z wykwalifikowaną medycznie załogą na pokładzie, oprócz zwykłego zespołu kierującego statkiem. Dla urozmaicenia fabuły autor nadzwyczaj wyraźnie rozgraniczył te dwa zespoły - na czele jednego stawiając znanego nam już doktora Conway'a, drugim natomiast dowodzi kapitan Fletcher - i nieco je ściął ze sobą, żeby nie było za nudno. Nie, że się biją czy coś, nie nie. Ci panowie po prostu są ambitni i ze sobą rywalizują, który jest lepszy: twardszy, bardziej wytrzymały, stanowczy i konsekwentny. Wiecie, jak dwa samce alfa w jednym miejscu się zejdą, to od razu zaczną pokazywać zęby i prężyć muskuły.

Niestety, to jedyny aspekt, na którym można zawiesić oko, bo cała reszta to już nieco nudna jest. Gdzieś w kosmosie zdarzają się wypadki, na ratunek pędzą lekarze, często nie rozumieją, na czym właściwie polega problem, bo poszkodowani tak różnią się od ludzi, że nie wiadomo, czy ich pokręcony wygląd jest czymś dla nich naturalnym, czy też jest efektem wypadku. Po czym genialny doktor Conway rozwiązuje zagadkę i odnosi spektakularny sukces, zbiera pochwały, koniec, szczęśliwy oczywiście, dziękuję, do zobaczenia w następnym odcinku.
Czyli za jakieś dziesięć lat.

Ocena: 3,5/6.

środa, 10 listopada 2010

"Badyl na katowski wór" Alan Bradley (Flawia, odsłona druga)

Konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy tytuł tej książki. Domyśliłam się jedynie, że to z jakiegoś wierszyka albo powiedzonka. Flawia tego niestety nie wytłumaczyła, a szkoda, bo wiele innych rzeczy tłumaczy znakomicie.

Co do fabuły, to podobnie jak w części pierwszej rezolutna dziewczynka prowadzi własne śledztwo w sprawie morderstwa - tu aż ciśnie się na usta zlepek słów "tajemnicze morderstwo", to chyba najczęściej używany w kryminałach zlepek słów! No i słusznie, bo jakby nie było tajemnicze, śledztwa nie byłyby potrzebne, nie trzeba by było szukać winnego i w ogóle nie byłoby o czym gadać.
Sporo się dzieje w powieści: do miasteczka przyjeżdża teatrzyk lalkowy, dwuosobowy. Jedna z tych osób ginie, podejrzana jest oczywiście druga. Ale to nie takie proste, z przeszłości wyskakują (jak diabełki z pudełka) sprawy dawno niby zapomniane, ale wciąż bolesne, jak śmierć małego chłopca. No i jaką rolę odgrywa w tym wszystkim poczciwy proboszcz? Albo jego oschła żona? Czy można ufać niemieckiemu jeńcowi wojennmu? Obłąkanym staruszkom zaś można wierzyć, ale ostrożnie. Obłąkanym matkom już nie.
Smaczki i wtręty literackie znów mi umknęły, akcja wciąga za bardzo! Ale, ale, zaraz, mam taki jeden:

"Natychmiast przypomniał mi się, rzecz jasna, Król Lir.[...]
Panicz Rowland do mrocznej wieży wszedł,
Jak mawiać zwykł, tak rzekł:
Hola, hola, hola, hola!
Zapach krwi czuję Angola!

- Czy Szekspir podwędził to z Jasia i łodygi fasoli? - szepnęłam na ucho Dafi. - A może bajkopisarz pożyczył tekst od Szekspira?
- Ani jedno, ani drugie - odpowiedziała szeptem Dafne. - Obaj zerżnęli z Pal cię licho w Saffron Walden, satyrycznego dialogu Thomasa Nashe'a, który ukazał się drukiem znacznie wcześniej, bo już w roku 1596.
Stara dobra Dafi. Zdarzały się takie chwile, w których mogłam jej wybaczyć, że mnie nienawidzi." *


Mniam, mniam. Smacznego!

Ocena: 5/6.

A o pierwszej części o Flawii można poczytać tu.
---
* Alan Bradley "Badyl na katowski wór", tłum. Jędrzej Polak, wyd. Vesper, Poznań 2010, s. 114

poniedziałek, 8 listopada 2010

Najlepsze horrory i komiksy. A co z klasyką?

Kolejne zestawienie, kolejne gatunki. Zacznę od horroru. I stwierdzę, że żaden horror nie podobał mi się tak bardzo, by dać mu szóstkę. Po prostu nie lubię horrorów, ot co.

A teraz klasyka obca:
- Dawid Copperfield (Dickens Charles)
- Dewiza Woosterów (Wodehouse Pelham Grenville)
- Zabić drozda (Lee Harper)
Nie jestem pewna, czy Wodehouse tam na pewno powinien się znaleźć. Pozostałe dwie bez wątpienia tak. To wszystko? Mało...

Następnie klasyka polska:
- Ogniem i mieczem (Sienkiewicz Henryk)
- Pan Wołodyjowski (Sienkiewicz Henryk)
- Potop (Sienkiewicz Henryk)
- Quo vadis (Sienkiewicz Henryk)
No proszę, ku mojemu zaskoczeniu, tu rządzi niepodzielnie Sienkiewicz!

Na koniec komiks:
- Coś się ślini pod łóżkiem (Watterson Bill)
- Dni są po prostu za krótkie (Watterson Bill)
- Jukon czeka! (Watterson Bill)
- Rozwój nauki robi "brzdęk" (Watterson Bill)
- Wszędzie leżą skarby (Watterson Bill)
- Zemsta pilnowanych (Watterson Bill)
- Ecie-pecie o wszechświecie, wynalazku i komecie (Baranowski Tadeusz)
- Sam o sobie (Tofield Simon)
- Historia dzieciństwa (Satrapi Marjane)
- Historia powrotu (Satrapi Marjane)
Nic nie poradzę, że Calvina kocham nad życie. Pan Baranowski to mistrz słowa. Kot Simona jest kotem i to wystarczy. A Marjane Satrapi to każdy powinien przeczytać, bo to wyjątkowy komiks.

niedziela, 7 listopada 2010

"Przenicowany świat" Arkady i Borys Strugaccy (kocham was, panowie)

Ja tam ich kocham, tych panów, przyznam się od razu i głośno. Za "Poniedziałek", "Ślimaka" i za "Piknik". Za rosyjską duszę, za głowę w chmurach i upartą wiarę w człowieka.

"Przenicowany świat" odsłuchałam, chcąc sobie to tylko odświeżyć przed "Żukiem w mrowisku", ale podczas słuchania okazało się, że bardzo niewiele z poprzedniego czytania pamiętam. Bardzo dobrze, bo z rosnącym zaciekawieniem obserwowałam losy Maksyma Rościsławskiego.

Maksym, pracujący jako zwiadowca planetarny, ląduje przymusowo na planecie Saraksz. Zrazu nie przejmuje się tym, wiedząc, że wystarczy wysłać sygnał do bazy, a zjawi się ratunek. Wyrusza więc na mały (w zamierzeniu) rekonesans po okolicy. A wtedy jego statek nagle wybucha i rozpada się na kawałki. Jest to już pewna niedogodność, ale Maksym się tym nie martwi, bo w międzyczasie udaje mu się odkryć, że planeta jest zamieszkana przez istoty rozumne. Ba, ale co znaczy "rozumne"? Maksym mierzy wszystko swoją miarą, uważa, że wystarczy dotrzeć do kogoś, poprosić o udostępnienie kanału łączności, ewentualnie samemu skonstruować nadajnik, wysłać sygnał i już. Myli się. Trafia bowiem na planetę, gdzie nie pomaga się bezinteresownie, gdzie panuje ściśle określona hierarchia, gdzie wciąż trwa stan wojenny... taki normalny, zwyczajny totalitarym i zamordyzm. Dla przybysza z przyszłości - uczciwego, dobrego - to sytuacja, której kompletnie nie rozumie. Toteż najpierw Maks próbuje zrozumieć, ale zaczyna z nastawieniem, że to, co mu się mówi, jest prawdą. Błędnym, oczywiście. Ale co zrobić, on tego nie wie, więc wstępuje do gwardii, z ochotą poddaje się szkoleniu, jest wiecznie uśmiechnięty, skory do pomagania innych, super. Aż wreszcie zdarza się coś, co ściera mu ten wieczny uśmiech z twarzy - zostaje wyznaczony do wykonania egzekucji. Tego już za wiele dla Maksyma, otrząsa się jakby z zamroczenia i zaczyna działać. Całą swoją energię, wiedzę i inteligencję koncentruje na tym, by naprawić ten świat, gdzie trafił. Świat dziwny, dziki, przeżarty korupcją, nienawiścią, walką. Zepsuty do szpiku kości świat.
Chłopak opuszcza wojsko, gdzie służył, w dramatycznych okolicznościach. Trafia do podziemia, do opozycji (znajomo brzmiące terminy, nieprawdaż?), potem przedostaje się do sąsiedniego kraju, cały czas aktywny, waleczny, uparty. Walczy, by obalić dziwnych, anonimowych, okrutnych władców. Walczy, aby ludzie przestali być przez tę władzę trzymani w szachu. Nie ustępuje, mówiąc: "Chcę walczyć z tyranią, głodem, chaosem, korupcją i kłamstwem...".
A kiedy już zdaje mu się, że osiągnął cel, zderza się jak z taranem z osobą, która otwiera mu oczy na to, czego wcześniej nie widział, nie wiedział, nie domyślał się. Która uświadamia mu, że obalenie tyranii to dopiero początek, że dopiero teraz czeka go naprawdę ciężka praca, by ten zepsuty świat naprawić.

Streściłam bardzo ładnie, ale nie obawiajcie się, że już wszystko wiecie, bo wszystko można odnaleźć dopiero w książce.
Co do wrażeń zaś: Strugaccy mają dar pisania tak, że zagarniają czytelnika z duszą i sercem. Przenosiłam się na czas słuchania na planetę Saraksz. Podpowiadałam Maksymowi, co ma robić (nie słuchał), smuciłam się, gdy wszystko szło na opak. Wkurzałam na system, na tępe łby żołdaków, na wredne i przegniłe umysły władców. A gdy książka się skończyła, odczułam coś w rodzaju pustki. Ech, ci Strugaccy. Mistrzowie.

Ocena: 5,5/6.