Bohaterka, Matylda, dostaje w spadku dom z ogrodem w Zawrociu. Obejmuje go w posiadanie jakby od niechcenia, bardziej przechadzając się po ogrodzie i rozmyślając o babci niż ciesząc się szczerze z własnego miejsca (chyba mam jej to za złe).
Bo tak naprawdę to nie jest jej miejsce, to wciąż miejsce babki Aleksandry, którą poznajemy bardziej niż Matyldę. Poprzed dom w Zawrociu, poprzez dziennik, który prowadziła, a który czyta Matylda, poprzez listy, poprzez historie przechowywane w pamięciu innych członków rodziny... I dlatego mam taki kłopot z tą powieścią, bo reflektor jest skierowany silnie do tyłu, w przeszłość. Na Aleksandrę. A ja nie potrafię jej polubić, ani nawet zrozumieć. Nie czuję więzi z tą bohaterką. A co dopiero mówić o Matyldzie, o której wiem jeszcze mniej.
Polubiłam za to dom w Zawrociu. Piękny, ze sadem, ogrodem, na uboczu, z szumiącymi brzozami i ze strychem. Do tego cudowna okolica, leśna, polna, z piaszczystymi drogami.
Zabierzcie sobie Matyldę i Aleksandrę z ich problemami i rozterkami, z ich tajemnicami i bólem. Zostawcie mi dom w Zawrociu, a postawię szóstkę.
Ocena: 3/6.
P.S. A motyw odziedziczenia starej willi cudnie i komicznie był opisany w opowiadaniu "Dożywocie" Marty Kisiel w antologii "Kochali się że strach" - i to opowiadanie polecam mocno.

