Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czyta:Leszek Filipowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czyta:Leszek Filipowicz. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 stycznia 2020
Kryptonim "Frankenstein" Przemysław Semczuk - audiobook
Mieszkam w Piekarach Śląskich już parę ładnych lat, ale o mordercy z Piekar dotąd nie słyszałam. Zapewne dlatego, że działał on w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a ja byłam wtedy za mała, żeby się tym interesować.
Z ciekawością zapoznałam się z historią Joachima Knychały, człowieka młodego i przystojnego, żonatego i dzieciatego, pracującego jako cieśla na kopalni, zakochanego w książkach.
Jednocześnie ten sam człowiek siedział w więzieniu za usiłowanie gwałtu, a po wyjściu napadał na młode kobiety. Napadał i mordował, niektórym (cudem chyba) udało się przeżyć.
środa, 6 marca 2019
"Głębia" Henning Mankell - audiobook
Mankella lubię, ale trzeba z nim uważać, bo czasami zdarza mu się
przynudzać, zwłaszcza jeśli nie pisze kryminału. "Głębia" to nie kryminał i ,początkowo rzeczywiście książka nie porywa błyskotliwą akcją. A potem...
"Głębia" to opowieść o człowieku, który patologicznie kłamie, by ułożyć sobie życie tak, jak mu wygodnie. To jaka to będzie literatura? Psychologiczna? Obyczajowa? Od zawsze mam problem z kategoryzowaniem.
Trwa pierwsza wojna światowa, Szwecja co prawda do niej nie przystępuje, ale nie pozostaje też obojętna na działania wojenne toczące się w Europie. Lars Tobiasson Svartman, inżynier marynarki wojennej, hydrolog, zostaje wysłany z misją przeprowadzenia pomiarów głębokości dna morskiego w okolicach Archipelagu Sztokholmskiego. Tam, na z pozoru bezludnej wyspie Halsskär, spotyka kobietę, Sarę Fredrikę. Młoda wdowa wpada mu w oko i odtąd całe życie i postępowanie Larsa będzie podporządkowane pragnieniu bliskości z Sarą.
"Głębia" to opowieść o człowieku, który patologicznie kłamie, by ułożyć sobie życie tak, jak mu wygodnie. To jaka to będzie literatura? Psychologiczna? Obyczajowa? Od zawsze mam problem z kategoryzowaniem.
Trwa pierwsza wojna światowa, Szwecja co prawda do niej nie przystępuje, ale nie pozostaje też obojętna na działania wojenne toczące się w Europie. Lars Tobiasson Svartman, inżynier marynarki wojennej, hydrolog, zostaje wysłany z misją przeprowadzenia pomiarów głębokości dna morskiego w okolicach Archipelagu Sztokholmskiego. Tam, na z pozoru bezludnej wyspie Halsskär, spotyka kobietę, Sarę Fredrikę. Młoda wdowa wpada mu w oko i odtąd całe życie i postępowanie Larsa będzie podporządkowane pragnieniu bliskości z Sarą.
wtorek, 21 marca 2017
"Szwedzkie kalosze" Henning Mankell
Tylko Mankell potrafi mi uczynić taką rzecz: napisać książkę z irytującym bohaterem tak, że nie można się oderwać od czytania, to znaczy słuchania. Ten bohater to Frederick Welin (swoją drogą, Welin, cóż za cudne nazwisko, kto czytał "Welin" Duncana, to wie), znam go z książki "Włoskie buty", a "Szwedzkie kalosze" kontynuują jego historię.
Emerytowany chirurg mieszka w domu na wyspie, prowadzi dość nudne życie emeryta, od czasu do czasu kontaktuje się z dorosłą córką. Nagle budzi się w płonącym domu. W ostatniej chwili udaje mu się uciec z pożaru, ale traci cały dobytek. Wstrząsające.
poniedziałek, 18 listopada 2013
"Włoskie buty" Henning Mankell - o tym, jak można się zmienić
Wallandera uwielbiam, toteż chętnie sięgałam po inne książki Mankella, już spoza serii o ystadzkim policjancie. Przeszło mi po "Chińczyku", który mnie okrutnie wymęczył. Kiedy więc usłyszałam, że jest nowa książka Mankella, ale nie kryminał, skrzywiłam się. A potem przeczytałam opis i uznałam, że warto sprawdzić.
Rzeczywiście, warto było. Bezapelacyjnie.
To opowieść o Fredericku Welinie - starszym człowieku, emerytowanym lekarzu, który, zły na cały świat, zaszywa się na małej wyspie. Szorstki, oschły i samotny, ma za towarzyszy tylko zwierzęta: kotkę, psa i mrówki w salonie (nie żadne tam kilka mrówek, tylko uczciwe, porządne mrowisko). A od czasu do czasu na wyspę przypływa listonosz, hipochondryk i plotkarz.
czwartek, 26 lipca 2012
"Nim nadejdzie mróz" Hennning Mankell - uwaga, Linda nadchodzi!
Pisałam już wiele razy, że bardzo lubię Wallandera. No bo lubię. Zmartwiłam się, gdy zaczął chorować i stało się już wiadome, że choroba uniemożliwi mu pracę. Koniec serii o Wallanderze, ech, psia kostka.
A tu proszę, pałeczkę przejmuje Linda Wallander, córka Kurta, świeżo po szkole policyjnej, ale uwaga, jeszcze nie policjantka. Dziewczyna ma już przydział do komendy w Ystad, ale do podjęcia obowiązków służbowych zostało jej jeszcze trochę czasu. Wykorzystuje je do odświeżenia znajomości z kilkoma dawnymi przyjaciółkami. Nagle bach, jedna z nich imieniem Anna znika niespodziewanie i bardzo tajemniczo, Linda zaczyna się martwić, próbuje zainteresować tym zniknięciem ojca, on ją zbywa, ona się denerwuje... i tu się trochę zatrzymam w tym skrócie fabuły, bo mnie straszliwie irytowało to, jak jak Kurt Wallander i Linda się do siebie odnoszą. Wrzeszczą, warczą, nie słuchają się wzajemnie, wiecznie mają do siebie pretensje. Ech, nie podobało mi się to.
poniedziałek, 26 września 2011
"Niespokojny człowiek" Henning Mankell. Koniec.
Mankell kończy cykl o Wallanderze. Smutno bardzo.
Ale zanim skończy, każe mu rozwiązać jeszcze jedną zagadkę. Tym razem śledztwa nie prowadzi komenda policji w Ystad, sprawa bowiem opiera się aż o stolicę, skąd pochodzą rodzice Hansa, partnera życiowego Lindy (córki Kurta Wallandera) i ojca jej dziecka.
Linda i Hans nie są małżeństwem, ale są ze sobą bardzo blisko, toteż naturalnym krokiem jest zapoznanie ze sobą ich rodziców. Mimo że Kurta i Luis oraz Håkana mało łączy (on - zwykły policjant, oni - ze szwedzkiej arystokracji), jakoś się dogadują.
A zaraz potem Håkan znika bez śladu. Niedługo po nim znika Luis. Kurt zaś, mimo iż formalnie śledztwo prowadzi policja ze Sztokholmu, czuje się w obowiązku pogrzebać przy tym tajemniczym zniknięciu. Ohohoho, do jakich ciekawych rzeczy się dokopuje, naprawdę, byłam zdumiona! Przy tym z radością obserwuje, jak rośnie mu wnuczka, z rozpaczą przeżywa śmierć bardzo bliskiej mu osoby i z trwogą zauważa u siebie coraz częstsze zaniki pamięci.
Smutna to książka, bardzo smutna.
sobota, 6 sierpnia 2011
"Cylinder van Troffa" Janusz A, Zajdel (olśniewająca powieść)
Miałam zaznaczone, że czytałam to już, toteż w moich odsłuchiwaniach Zajdlowych zrazu nie brałam tej książki pod uwagę. Ale jak skończyły mi się inne, pomyślałam - a co mi szkodzi to sobie odświeżyć. I bardzo dobrze zrobiłam, okazało się bowiem podczas słuchania, że nie pamiętam z tej książki Zajdla kompletnie nic. Było tak, jakbym ją czytała po raz pierwszy.
Szkatułkowa budowa (opowieść w opowieści w opowieści) na początku nieco mnie zmęczyła. Oto jeden uczony pisze o tym, jak odkrył notatki swojego kolegi. Ten kolega zaś rozważa implikacje istnienia dziennika Nieśmiertelnego. Na szczęście przytacza też w całości ów dziennik, zdecydowanie najciekawszą część powieści.
Z kosmosu, z wyprawy międzygwiezdnej powraca statek kosmiczny. Jego załoga miała za zadanie zbadanie planet odległych układów pod kątem ewentualnej kolonizacji. Wyprawa miała trwać około pięćdziesięciu lat, jednak w drodze powrotnej silniki uległy awarii i nie mogły rozpędzić statku do prędkości przyświetlnej (tu wyłapałam jedyny kiks lektora: w jednym zdaniu przeczytał poprawnie "przyświetlna", a w drugim już "przyświetlona" - nie ma takiej prędkości!), skutkiem czego kosmonauci wrócili na Ziemię z opóźnieniem. Bagatela - jakieś dwieście lat. Właściwie to nawet nie wrócili na Ziemię, bo zanim tam dotarli, przechwyciła ich baza na Księżycu.
Dowiedzieli się, że na Ziemię nie ma co wracać, bo panują tam "niesprzyjające warunki". Nader mgliste określenie, prawda? Na dodatek nikt nie chciał im niczego porządnie wytłumaczyć! Nic więc dziwnego, że kosmonauci - chłopaki twarde, otrzaskane w kosmicznych zmaganiach i nieulękłe - postanowili dowiedzieć się czegoś na własną rękę.
Zwłaszcza że jeden z nich zostawił na Ziemi coś bardzo cennego: dziewczynę. Ha, ha, czyżby w postaci gustownej mumii? Otóż nie, bo tu właśnie jest tytułowy cylinder van Troffa pogrzebany, czyli... a nie. Nie zdradzę.
Skupię się teraz nieco na ogóle, nie na szczególe. Podoba mi się przesunięcie środka ciężkości z fantastyki socjologicznej (z której słynie Zajdel) na fantastykę przygodową. Przygody kosmonautów na dalekich, egzotycznych planetach - bardzo to lubię. Ba, nawet te znane niby tereny - Ziemia, Księżyc - po tylu latach stały się terenami egzotycznymi, niebezpiecznymi, gdzie trzeba zachować najwyższą ostrożność. Podoba mi się wątek romansowy, hm, zaraz tam romansowy, co to za romans, gdy Romeo odleciał w siną dal, a Julia czeka na niego ponad dwieście lat? No, a jednak.
Najmniej spodobała mi się końcówka powieści, zawierająca przemyślenia uczonego, ale to z mojej własnej winy, odsłuchiwałam małymi kawałkami, jednocześnie rozmawiając, słowem, nie skupiłam się należycie.
Ale całość jednak olśniewająca.
niedziela, 6 lutego 2011
"Sprawa podzielonego domu" E.S.Gardner (znów mój ulubiony Perry Mason)
Wyobraźmy sobie spory, wygodny dom położony na dużej działce pod miastem, z basenem i patio. Nowy, starannie wykończony, wyposażony we wszystkie niezbędne sprzęty. Bardzo miła wizja. A teraz wyobraźmy sobie, że przez cały dom przeciągnięto zasieki i kolczasty płot dzieli posiadłość na dwie części. Druty są mocno naciągnięte i rozmieszczone tak gęsto, że stanowią zaporę nie do przebycia. No, chyba że się wskoczy do basenu, zanurkuje i przepłynie pod drutami. Tak, nad basenem też biegną druty. Koszmar!
Zwłaszcza dla właściciela domu, który znienacka zostaje postawiony przed problemem kolczastych zasieków i braku dostępu do połowy willi. Skąd to, jak to, o co w ogóle chodzi?
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pan Carson podpisał umowę z panem Morley'em, że sprzeda mu śliczny kawałek ziemi i wybuduje mu na tej ziemi dom. Jak powiedział, tak zrobił. Tak się jednak stało, że w trakcie umowy rozpadło się jego małżeństwo, a żona zażądała swojej części majątku. Sędzia w trakcie rozwodu przyznał jej prawo do części działki, na której stanął już dom Morley'a! A że sprytny Carson ukrył gdzieś resztę niemałego majątku, chcąc uchronić go przed podziałem, wściekła żona postanowiła uprzykrzyć życie panu Morley, licząc na to, że ten, rozzłoszczony, dobierze się do Carsona i wytoczy mu sprawę sądową o oszustwo.
Super zawikłane, widowiskowe i bajeranckie. Aż szkoda, że tę niezłą zabawę przerywa pojawienie się trupa na scenie - ale taki już los kryminałów. Perry Mason wkracza do akcji i odtąd jest już jak w porządnym kryminale przystało -zwroty akcji, nowe dowody, świadkowie i tak dalej.
Świetna zabawa plus bardzo prosta recepta na to, jak być wygranym w kasynie (nigdy nie byłam, wykorzystam!) - oto niewątpliwe zalety tej książki.
Słówko o lektorze; Leszek Filipowicz sprawia wrażenie nie lektora, a aktora. Różnica subtelna, acz wyraźna; pan Leszek różnicuje brzmienie i barwę głosu w zależności od tego, czyją kwestię w danej chwili czyta. Bardzo mi się to podobało, bardzo! Za to ładne czytanie skłonna jestem wybaczyć mu to, że z uporem maniaka i całkowicie błędnie wymawia "dedektyw" zamiast "detektyw".
Ocena: 4/6.
Tom 84 cyklu.
Zwłaszcza dla właściciela domu, który znienacka zostaje postawiony przed problemem kolczastych zasieków i braku dostępu do połowy willi. Skąd to, jak to, o co w ogóle chodzi?
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pan Carson podpisał umowę z panem Morley'em, że sprzeda mu śliczny kawałek ziemi i wybuduje mu na tej ziemi dom. Jak powiedział, tak zrobił. Tak się jednak stało, że w trakcie umowy rozpadło się jego małżeństwo, a żona zażądała swojej części majątku. Sędzia w trakcie rozwodu przyznał jej prawo do części działki, na której stanął już dom Morley'a! A że sprytny Carson ukrył gdzieś resztę niemałego majątku, chcąc uchronić go przed podziałem, wściekła żona postanowiła uprzykrzyć życie panu Morley, licząc na to, że ten, rozzłoszczony, dobierze się do Carsona i wytoczy mu sprawę sądową o oszustwo.
Super zawikłane, widowiskowe i bajeranckie. Aż szkoda, że tę niezłą zabawę przerywa pojawienie się trupa na scenie - ale taki już los kryminałów. Perry Mason wkracza do akcji i odtąd jest już jak w porządnym kryminale przystało -zwroty akcji, nowe dowody, świadkowie i tak dalej.
Świetna zabawa plus bardzo prosta recepta na to, jak być wygranym w kasynie (nigdy nie byłam, wykorzystam!) - oto niewątpliwe zalety tej książki.
Słówko o lektorze; Leszek Filipowicz sprawia wrażenie nie lektora, a aktora. Różnica subtelna, acz wyraźna; pan Leszek różnicuje brzmienie i barwę głosu w zależności od tego, czyją kwestię w danej chwili czyta. Bardzo mi się to podobało, bardzo! Za to ładne czytanie skłonna jestem wybaczyć mu to, że z uporem maniaka i całkowicie błędnie wymawia "dedektyw" zamiast "detektyw".
Ocena: 4/6.
Tom 84 cyklu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







