wtorek, 21 marca 2017

"Szwedzkie kalosze" Henning Mankell


Tylko Mankell potrafi mi uczynić taką rzecz:  napisać książkę z irytującym bohaterem tak, że nie można się oderwać od czytania, to znaczy słuchania.  Ten bohater to Frederick Welin (swoją drogą, Welin, cóż za cudne nazwisko, kto czytał "Welin" Duncana, to wie), znam go z książki "Włoskie buty", a "Szwedzkie kalosze" kontynuują jego historię. 

Emerytowany chirurg mieszka w domu na wyspie, prowadzi dość nudne życie emeryta, od czasu do czasu kontaktuje się z dorosłą córką. Nagle budzi się w płonącym domu. W ostatniej chwili udaje mu się uciec z pożaru, ale traci cały dobytek. Wstrząsające.

Mankell zaczął od trzęsienia ziemi i tym prostym zabiegiem sprawił, że słuchałam z najwyższą uwagą.   Bardzo chciałam dowiedzieć się, o co chodzi z tym pożarem. Tym bardziej. że to nie był jedyny taki przypadek na archipelagu.

Pseudokryminalna historia wciąga, ale po drodze rozmywa się trochę w nurcie życia lekarza. Napisałam, że jego życie jest nudne? Kłamałam, bo w zasadzie nie wiadomo nic o jego życiu przed pożarem, a po pożarze nuda to ostatnia rzecz która mu doskwiera. Musi zorganizować sobie życie od nowa. Dobrze, że na wyspie ma przyczepę kempingową należącą do córki, więc ma gdzie spać, ale żywność, ubranie, obuwie, doprowadzenie prądu, wyrobienie nowych dokumentów, przesłuchania w sprawie pożaru - to wszystko zapełnia mu dni tak ściśle, że nie ma czasu na załamywanie rąk.

Kolejny wątek to poszukiwanie miłości. Brzmi śmiesznie w przypadku blisko siedemdziesięcioletniego mężczyzny? A przypomnijcie sobie "Spóźnionych kochanków" Whartona.  Jest jeszcze Louise, córka Fredericka, która przez ponad trzydzieści lat nie istniała w jego życiu, teraz zaistniała z wielką intensywnością.

Mankell umie to wszystko opowiedzieć w wyjątkowo spokojny, czasem wręcz nużący sposób (ach, to irytujące sprawdzanie metek przez Fredericka, czy aby nowe ubrania nie pochodzą z Chin), nie pomija niczego. Ba, nie stosuje żadnych literackich zabiegów, bym się związała jakoś emocjonalnie z głównym bohaterem. Przeciwnie wręcz:  przedstawia emeryta w takich sytuacjach, że czułam wstręt do tego człowieka, bo kłamał, kręcił i oszukiwał.

Z jednej strony mamy więc historię, która przydarzyła się pewnemu człowiekowi, historię mało zwyczajną i ewoluującą w ciekawym kierunku; z drugiej strony jest wątek ciut detektywistyczny; z trzeciej mamy zarys reguł rządzących społeczeństwem rozsianym na wyspach. Ale  dominującym  pojęciem w tej książce jest samotność. Samotność starego człowieka, na którą nie ma rady, ale którą można sobie jakoś ułatwić, złagodzić. 

To wszystko jest rozpisane jak uwertura do opery,  na głosy, starannie i harmonijnie. Znakomicie to wszystko gra ze sobą.

P.S. Dowiedziałam się co kryło się za tymi pożarami, ale tak się zdziwiłam że hej.

 Lektor bardzo dobry, ten sam co w przypadku "Włoskich butów" - Leszek Filipowicz nadaje się idealnie do czytania Mankella. 

"Szwedzkie kalosze" Henning Mankell, tłumaczenie Ewa Wojciechowska, czyta Leszek Filipowicz, Biblioteka Akustyczna, Warszawa 2016. 

Szwedzkie kalosze [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

6 komentarzy:

  1. Opowieść chyba rzeczywiście musi coś w sobie mieć, bo o ile dobrze się orientuję, książki w których główny bohater nie zaskarbia sobie przyjaźni czytelników, są zwykle kiepsko oceniane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, lubię, gdy mam komu kibicować w książce. Tu tego nie miałam, a i tak słuchało mi się dobrze.

      Usuń
  2. Moim zdaniem teraz najbardziej ważna w motoryzacji jest ekonomiczność danego samochodu. Producenci prześcigają się w nowinkach technologicznych często zapominająć o redukcji spalania auta, a potem celowo fałszują wyniki spalania. Przykładem dość głośnym był w ostatnich latach Volkswagen. Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Według mnie napisanie ciekawego "kiepskiego" bohatera to spore wyzwanie. Większość czytelników chce komuś kibicować i rzadko się zdarza, by lektura była dobrze oceniana bez takiego bohatera. Często za to zdarza się, że mimowolnie zaczyna się kibicować nawet różnym wrednym typom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, mamy taką potrzebę wewnętrzną, żeby "trzymać z kimś sztamę".
      A tu Mankell tę potrzebę skutecznie unicestwia.

      Usuń