" - Nasz najstarszy jest głuchy, lekarze tak powiedzieli, a przecież to nawet nie jest rodzinne. - Pewnie tak właśnie powiedzieli, już to widzę. A potem wzięli mnie pod pachę i opuścili porodówkę. Niemowlę Emilio wyruszało w świat ciszy". [s.9]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cytaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cytaty. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 4 lutego 2019
"Morze ciche" Jeroen Van Haele
czwartek, 29 grudnia 2016
"Rybak znad Morza Wewnętrznego" Ursula K. Le Guin
Och, jak się spojrzy na tę cegłę, to aż onieśmiela, prawda? Ponad tysiąc stron drobnym drukiem, jak takie dzieło recenzować? Może zacznę od przedstawienia: proszę państwa, oto Ursula K. Le Guin, amerykańska autorka s-f, która tworzy od kilkudziesięciu lat (a obecnie ma ich osiemdziesiąt siedem). Najbardziej chyba znana jako twórczyni dwóch światów: Ekumeny i Ziemiomorza. Te właśnie światy Prószyński już przypomniał czytelnikom, wypuszczając zbiorcze wydania, czyli "Ziemiomorze" i "Sześć światów Hain". W tym roku dołączył do nich tom dzieł pod tytułem "Rybak znad Morza Wewnętrznego".
Tom ten składa się z jednej powieści "Opowiadanie świata" oraz zbiorów opowiadań: "Wszystkie strony świata", "Rybak znad Morza Wewnętrznego", "Cztery drogi ku przebaczeniu" oraz "Urodziny świata".
Pierwsza część zbioru "Wszystkie strony świata" to rzeczywiście zbiór, gdzie autorka sięga umysłem w naprawdę każdy zakątek świata. Odwiedza Ziemiomorze (moje ukochane uniwersum), planety Ekumeny, wyprawia się daleko w kosmos, a także całkiem blisko, w głąb własnego umysłu. Pisze o odwadze przezwyciężającej zło oraz o nauce, która jest niewyobrażalną potęgą. Pisze o mocno wzniosłych sprawach, czyli o Bogu, a zaraz potem serwuje nam zabawną historię o relatywistycznych drzewach. Cóż za bogactwo doznań!
wtorek, 5 stycznia 2016
"Na drugie Stanisław. Nowa księga imion" Jerzy Bralczyk, Michał Ogórek
Bralczyk i Ogórek. Przesympatyczny duet, prawda? Jeden językoznawca, drugi satyryk i felietonista popełnili razem książkę o imionach. Nie, to nie jest spis polskich imion ani też księga, gdzie analizowane jest ich pochodzenie.
To luźna, błyskotliwa, skrząca się dowcipem i erudycją rozmowa tych dwóch panów na temat imion i osób, które te imiona noszą. Doprawdy, aż się za głowę można złapać, ileż to postaci przewija się przez książkę! Aż trudno zliczyć: autorzy, aktorzy, królowie, politycy, piosenkarze, postacie z literatury, prezydenci...
środa, 16 grudnia 2015
"Jasioł i Mgłosia. Baśń z Camonii" Walter Moers
Znacie bajkę o Jasiu i Małgosi? Każdy zna! To jest to rodzeństwo, co w lesie sypało okruszki na ziemię, ale ptaki żarłocznie wyjadły okruszki i dzieci zgubiły drogę. Głodne trafiły na domek z piernika... i tak dalej.
U Moersa jest wariacja na ten temat. Niby to samo, ale wszystko inne. Jest śmiesznie, jest strasznie.
Dzieci to Jasioł i Mgłosia von Hachen, rodzeństwo z Fernhachii. Gubią się one w Wielkim Lesie Kolorowych Misów, gdzie nie można schodzić z ustalonych ścieżek, bo może być źle. I proszę - jest źle.
wtorek, 10 marca 2015
"Labirynt Śniących Książek" Walter Moers
Mało kto z moli książkowych nie zna "Miasta Śniących Książek"! Powieść ta, wydana w Polsce przed ośmiu laty, szturmem wzięła wszystkie bastiony książkomaniaków. Wcale się nie dziwię, mnie też podbiła, zawierała bowiem to, co lubię bardzo: książki, powieści, autorzy, regały, biblioteki, regały, księgarnie - i tak można by jeszcze długo wymieniać. Od "Miasta..." się zaczął mój zbiór dzieł Moersa wydanych w Polsce - mam wszystkie na półce.
Teraz ci, którzy nie czytali "Miasta...", a mają to w planach, pomijają ten akapit. Żeby bowiem choćby odrobinę przybliżyć fabułę "Labiryntu...", muszę zdradzić, co się działo wcześniej. Główny bohater, smok - poeta, Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest świadkiem zagłady miasta i przeogromnych, ukrytych pod nim katakumb. Nie mówiąc już o tych wszystkich książkach... Wraca do domu i z godnością spoczywa na laurach, pisząc bardzo dużo i bardzo źle, przy tym pławi się w blasku sławy i kompletnie głuchnie na głos krytyki.
Przesadą byłoby stwierdzenie, że, w "Labiryncie..." nic się nie dzieje, ba, w końcu to dzieło ma 376 stron. Ale to, co się dzieje, to nie było to, na co czekałam! Hildegunst po prostu zwiedza Miasto Śniących Książek, a raczej to, co się z Miasta wykluło. Na szczęście literatura wciąż stoi na pierwszym miejscu, ale są też inne formy działalności, w jakich mieszkańcy znaleźli upodobanie. Na przykład teatr.
O mato z córką, na temat teatru jest pół książki chyba! Odczułam przesyt. Autor ma wizję wielką, monumentalną wręcz. Nieszczęściem, nie umie się powstrzymać, by nie ujawnić czytelnikom wszystkich szczegółów i szczególików tej wizji. To się nazywa napchać odbiorcę książką po dziurki w nosie. A co ma wspólnego teatr z literaturą?
O tym, że autor zakamuflował w tekście nazwiska znanych i sławnych ludzi związanych z literaturą (właściwie ogólnie ze sztuką), chyba pisać nie muszę, bo ten sam zabieg zastosował w "Mieście...". Tyle że tutaj dla ułatwienia na końcu książki jest malutka ściąga, tak żeby zachęcić do samodzielnego łamania głowy. Ale i tak, gdy trafimy na zdanie:
Na oddzielną wzmiankę zasługują rysunki Moersa. Drobiazgowe, dopieszczone, złożone z miliona malusieńkich kreseczek. Za tymi kreseczkami ukrywa się tylko ułamek wyobraźni autora. Ach, gdybyż tak i "Miasto..." i "Labirynt..." powstały w wersji graficznej! Cóż za pole do popisu!
P.S. Wielkie ukłony dla pani Katarzyny, tłumaczki, która przełożyła książkę genialnie.
---
[1] "Labirynt Śniących Książek", powieść z Camonii autorstwa Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, przekład z camońskiego i ilustracje Walter Moers, przekład z Waltera Moersa bez ilustracji Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2014, s. 186
[2] Tamże, s. 103
[3] Tamże, s. 21
Bardzo dziękuję ze książkę Wydawnictwo Dolnośląskiemu!
Camonia, Camonia, Camonia!
Wiadomość, że ukaże się "Labirynt..." zelektryzowała mnie. Aaaa, czad, myślę sobie. Wracamy do Camonii, do Miasta, do książek, książek, KSIĄŻEK!Teraz ci, którzy nie czytali "Miasta...", a mają to w planach, pomijają ten akapit. Żeby bowiem choćby odrobinę przybliżyć fabułę "Labiryntu...", muszę zdradzić, co się działo wcześniej. Główny bohater, smok - poeta, Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest świadkiem zagłady miasta i przeogromnych, ukrytych pod nim katakumb. Nie mówiąc już o tych wszystkich książkach... Wraca do domu i z godnością spoczywa na laurach, pisząc bardzo dużo i bardzo źle, przy tym pławi się w blasku sławy i kompletnie głuchnie na głos krytyki.
Z zapartym tchem czekałam na...
Tajemnicze wezwanie ściąga go jednak z powrotem do Miasta Śniących Książek, a tam... No właśnie, na to "a tam" czekałam przez całą książkę z zapartym tchem. I gdyby nie naturalna reakcja obronna organizmu, to bym się udusiła.Przesadą byłoby stwierdzenie, że, w "Labiryncie..." nic się nie dzieje, ba, w końcu to dzieło ma 376 stron. Ale to, co się dzieje, to nie było to, na co czekałam! Hildegunst po prostu zwiedza Miasto Śniących Książek, a raczej to, co się z Miasta wykluło. Na szczęście literatura wciąż stoi na pierwszym miejscu, ale są też inne formy działalności, w jakich mieszkańcy znaleźli upodobanie. Na przykład teatr.
O mato z córką, na temat teatru jest pół książki chyba! Odczułam przesyt. Autor ma wizję wielką, monumentalną wręcz. Nieszczęściem, nie umie się powstrzymać, by nie ujawnić czytelnikom wszystkich szczegółów i szczególików tej wizji. To się nazywa napchać odbiorcę książką po dziurki w nosie. A co ma wspólnego teatr z literaturą?
[...] istnieje pewne dalekie pokrewieństwo między lalkami z teatru a antykwarycznymi księgami miasta, wiesz? Jedne i drugie pogrążone są w czymś w rodzaju magicznego snu tak długo, jak długo nikt ich nie używa, prawda? [...]Wszystkie ożywają w kontakcie z publiką".[1]
I tak kocham Moersa.
Czy to znaczy, że mi się nie podobało? Ależ skąd. Wszystko, co wychodzi spod pióra Moersa, podoba mi się (ani chybi znaczy to, że jestem rasową fanką jego twórczości). Tylko że akurat "Labirynt" podobał mi się mniej, przez to zapchanie oraz przez zakończenie książki. Takie wiecie, urąbanie siekierą, a nie zakończenie. Teraz mam czekać z wywieszonym jęzorem na ciąg dalszy.O tym, że autor zakamuflował w tekście nazwiska znanych i sławnych ludzi związanych z literaturą (właściwie ogólnie ze sztuką), chyba pisać nie muszę, bo ten sam zabieg zastosował w "Mieście...". Tyle że tutaj dla ułatwienia na końcu książki jest malutka ściąga, tak żeby zachęcić do samodzielnego łamania głowy. Ale i tak, gdy trafimy na zdanie:
"I przeczytałem też wszystkie powieści Olyandera Conthura o Herlosie Olmshocku - dziesiątki razy!"[2]to przecież wiemy, o co chodzi, prawda? To super pomysł i znakomity sposób na rozruszanie szarych komórek.
Na oddzielną wzmiankę zasługują rysunki Moersa. Drobiazgowe, dopieszczone, złożone z miliona malusieńkich kreseczek. Za tymi kreseczkami ukrywa się tylko ułamek wyobraźni autora. Ach, gdybyż tak i "Miasto..." i "Labirynt..." powstały w wersji graficznej! Cóż za pole do popisu!
![]() |
Lalki z teatru. s. 197 |
Mała szpila na koniec.
Nie mogłam się oprzeć, by nie przytoczyć też tych słów:"Stękałem i wzdychałem przy tej lekturze jak podczas wejścia stromą górską ścieżką w parny letni dzień z plecakiem pełnym kostki brukowej. Nigdy nie czułem się tak obarczony przez słowa, wręcz obciążony. Jakby to sam autor kurczowo trzymał się moich nóg, abym wlekł go za sobą przez jałową kamienną pustynię".[3]To fragment z samego początku książki. Oj, szkoda, że pod koniec Moers o nim zapomniał i sam sobie na plecy zarzucił ładuneczek.
P.S. Wielkie ukłony dla pani Katarzyny, tłumaczki, która przełożyła książkę genialnie.
---
[1] "Labirynt Śniących Książek", powieść z Camonii autorstwa Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, przekład z camońskiego i ilustracje Walter Moers, przekład z Waltera Moersa bez ilustracji Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2014, s. 186
[2] Tamże, s. 103
[3] Tamże, s. 21
Bardzo dziękuję ze książkę Wydawnictwo Dolnośląskiemu!
wtorek, 17 lutego 2015
"Odwlekane porządki" Marcin Borkowski
Jeśli chodzi o debiuty, jestem sceptyczna, nie wiadomo, na co się trafi, przyłożył się autor, czy też wypchnął z siebie stos słów, bo go dusiło.
Ten autor do mnie napisał, podał linka do strony, gdzie wisi fragment powieści, zaoferował też całość, gdybym chciała. Nie chciałam, zerknęłam tylko na stronę, żeby zobaczyć, co to, czy to chłam taki jak "Rzeczy na P".
Od niechcenia zassałam też na kundelka, po czym rzuciłam tylko okiem na pierwsze opowiadanie.
Zanim się obejrzałam, byłam pod koniec trzeciego rozdziału, oderwałam się na chwilę tylko po to, by napisać do autora z prośbą o całość, po czym czytałam dalej. Jak zaczarowana.
"Odwlekane porządki" są zbiorem opowiadań o grupie ludzi z Warszawy. Tak upraszczając trochę, można by napisać, że ta grupa to koledzy z klasy, ale to by było krzywdzące uproszczenie, bo wątki sięgają wstecz, do ich przodków, przodkowie też są w pewien sposób powiązaniu i właściwie też są bohaterami. Historia rozciąga się nie tylko w czasie (sięgając do II wojny światowej), ale i w przestrzeni, zahaczając o Nową Zelandię.
Każde z opowiadań ma inny motyw przewodni, z bardzo dobrze dobranym tytułem (lubię, gdy po przeczytaniu tytułu po pewnym czasie zapomniane wątki sobie wskakują na swoje miejsca w pamięci); każda też ma nieco inny zestaw bohaterów, a także inny czas akcji. Całkiem nieźle czyta się o tych samych osobach młodych, potem w średnim wieku, w końcu o staruszkach.
Wszystko się ze sobą splata, tworząc wielopiętrową, skomplikowaną, ale jednocześnie spójną i kompletną opowieść.
Borkowski kupił mnie starociami. I językiem.
Autor trafił w mój gust (och, to na pewno przypadek), zaczynając powieść od porządków w starej, zapomnianej rupieciarni, w której bohaterowie znajdują rzeczy niezwykłe. Nie żadne klejnoty czy złoto, o takich rzeczach marzyłam, jak miałam dwanaście lat. Teraz marzę o pamiątkach z przeszłości, sentymentalnych drobiazgach, pożółkłych zdjęciach, wyblakłych dokumentach. To wszystko w tej rupieciarni, czyli modelarni, się znalazło i wyrwało mi z piersi potężne westchnienie zazdrości.
Jest jeszcze coś, co czyni książkę tak dobrą w odbiorze. To język. Swobodny, naturalny, płynny. Marcin Borkowski umie się nim posługiwać, bez dwóch zdań. Albo też mocno nad książką pracował. Albo miał znakomitego redaktora czy korektora czy obu. Lub też wszystko naraz. W powieści nie ma udziwnionych, wydumanych metafor, nie ma też przegięcia w drugą stronę, czyli nadmiernego uproszczenia. Wszystko jest na swoim miejscu. To się po prostu czyta.
Na uwagę zasługuje też dbałość o szczegóły historyczne - z prawdziwym zainteresowaniem wczytywałam się w przypisy wyjaśniające mało znane pojęcia czy opisujące miejsce w Warszawie, te obecne i te już nie istniejące.
No dobrze, a minusy?
Czy książka ma jakieś wady? Bo na razie chwalę, jakby to było cudeńko literackie. Otóż ma. Jest za krótka. Blogowa koleżanka mówiła mi kiedyś, że nie sięga po książki debiutantów liczące mniej niż ileś tam stron (nie pamiętam ile), bo w krótkiej formie nie można dobrze zarysować bohaterów i uwiarygodnić ich charakterologicznie. Tu się to potwierdziło. Postacie są ładnie zarysowane, ale mało rozbudowane i czasem musiałam się mocno nagłowić, żeby skojarzyć, że młodzieniec z jednej opowieści oraz inżynier z drugiej to ta sama osoba.Brakowało mi jeszcze jakiegoś mocnego akcentu na zakończenie. Właściwie, nie powinnam tego wymagać od zbioru opowiadań, ale skoro czyta się to jak powieść, to dlaczego by nie rozwiązać fabularnie "Odwlekanych porządków" jak powieść?
Motto.
"Nadążenie za czterema pokoleniami Kozłowskich i zmieniającymi się podmiotami domyślnymi stanowiło poważne wyzwanie, ale obraz układał się w jakąś całość"Ha, proszę, autor sam sobie napisał motto książki.
Edit: Oto strona książki: http://www.bpp.com.pl/odwlekaneporzadki/ - tu się można zapoznać z częścią opowiadań, jest też link do legimi, gdzie jest całość.
P.S.1. Dowiedziałam się, co to jest stratygrafia!
P.S.2. Dodatkowy plus za czytanie Zajdla (chociaż... dla mojego i pana Borkowskiego pokolenia to przecież standard).
P.S.3. Polecam, no pewnie, że polecam!
"Odwlekane porządki" Marcin Borkowski, wydane przez BPP Marcin Borkowski, Warszawa, 2014.
wtorek, 10 lutego 2015
"Wśród obcych" Jo Walton - książka do zapamiętania na zawsze
Chciałabym wierzyć we wróżki. A wy wierzycie? Chyba jesteśmy zbyt dorośli i zbyt naukowo podchodzimy do życia, żeby ta wiara gdzieś się w nas uchowała...
"Wśród obcych" nie jest książką o wróżkach. Nie znałam wcześniej Jo Walton, to kanadyjska pisarka, jej wcześniejsze książki ponoć były całkiem niezłe, ale to właśnie "Wśród obcych" stało się tak znane (masa nagród, nominacje, zachwyty). Słuszne te wszystkie nagrody, bo powieść zachwyca.
Bohaterką powieści jest Morwenna, piętnastolatka kuśtykająca o lasce i z wielką dziurą w sercu. Właśnie straciła w wypadku siostrę bliźniaczkę, od matki musiała uciec, a ojciec wysyła ją do angielskiej szkoły z internatem (Mor jest Walijką). W takich okolicznościach łatwo stać się zgorzkniałą dziwaczką, prawda? Ale to nie Mor! Ona wierzy w magię i fantastykę. Dużo czyta. Jeszcze więcej rozmyśla. Pisze pamiętnik. Rozmawia z wróżkami (choć te akurat istoty niechętne są do rozmowy). Mor żyje pełnią życia, a co więcej, jest kimś, kogo chciałabym mieć za przyjaciela.
W książce odnalazłam echa samej siebie sprzed dwudziestu lat, kiedy to pochłaniałam książki garściami i z zachwytem odkrywałam fantastykę. Odnalazłam rodzeństwo Brontë, tworzące wokół siebie świat utkany z fantazji, świadczący o nieprzeciętnej wyobraźni. Odnalazłam chłopaków z Zephyr w Alabamie, sportretowanych przez McCammona; tych chłopaków, którzy latali nad miastem, mając u boku swoje psy. Odnalazłam też Calvina razem z Hobbesem.
A także, co najważniejsze - odnalazłam wróżki, nawet jeśli w nie nie wierzę, one i tak tam są.
Mor mówi:
"Będę żyła, czytała, miała przyjaciół, swój karass, ludzi, z którymi można rozmawiać. Dorosnę, zmienię się i będę sobą. Zapiszę się do każdej biblioteki, gdziekolwiek się zatrzymam. Nawet na innych planetach. Będę rozmawiała z wróżkami, gdy je zobaczę, i zajmowała się magią, jeśli stanie na mojej drodze i jeśli zapobiegnie to czyjejś krzywdzie - nie zamierzam niczego zapomnieć". *
Ta powieść rozsiadła się we mnie, jak kot mości się w miękkim fotelu. I niech już tak zostanie, życzę sobie tego - nie zamierzam jej zapomnieć.
Jak to dobrze, że mam od kogo pożyczać takie lektury - tę przeczytałam dzięki uprzejmości Silaqui z grupy ŚBK.
---
* "Wśród obcych" Jo Walton, przełożyli Izabela Miksza i Marek S. Nowowiejski, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2013, s. 347
![Wśród obcych [Jo Walton] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
niedziela, 18 stycznia 2015
"Pamiętnik Blumki" Iwona Chmielewska
Każdy wie, kim był Janusz Korczak (a jak nie wie, to niech się dowie). Wiemy, że prowadził Dom Sierot i że kochał dzieci. Do samego końca.
"Pamiętnik Blumki" daje nowe spojrzenie na Dom Sierot, bo to takie dziecięce spojrzenie. Blumka pisze pamiętnik, za punkt wyjścia obierając zdjęcie Doktora z dwanaściorgiem dzieci. Pisze o tych dzieciach, o sobie, o wakacjach, o rozmowach z Doktorem, o wzajemnych relacjach między dziećmi. Pisze o życiu.
Blumka pisze tak, że z kartek pamiętnika wygląda jej charakter: spokojny, poważny i uczciwy. Dla dziewczynki ważni są inni, nie ona sama - nie zdziwiło mnie jej marzenie, by zostać wychowawczynią w domu takim jak Dom Sierot.
W pamiętniku nie ma wojny, strachu, gniewu. Nie ma, ale przecież wiem, że potem... wszyscy wiemy. Ta wiedza zasłania nam życie w Domu Sierot przed wywózką, a to było szczęśliwe życie. Doktor umiał uleczyć każdą dziecięcą duszę:
"Pan Doktor jej do niczego nie zmuszał, tylko dużo z nią rozmawiał, ale tak, żebyśmy nie słyszeli. I Hanna się zmieniła".A także naprostować krzywe dziecięce ścieżki
"Kiedyś, gdy rozwalił kijem mrowisko, Pan Doktor bardzo się pogniewał i podał go do naszego dziecięcego sądu. Chaimek płakał i żałował, więc sąd mu wybaczył, a Pan Doktor go mocno przytulił".
Doktor uczył dzieci szacunku dla innych, poczucia własnej godności, uczył, że warto jest być dobrym, że lepiej jest przebaczać niż karać. Uczył samych dobrych rzeczy, a do tego miał serce pełne miłości. Można pozazdrościć dzieciom takiego Doktora, co?
Wizualnie "Pamiętnik Blumki" jest ucztą dla oczu (zresztą, która książka pani Iwony nie jest). Na dzień dobry dostałam pióro: przepięknie pomalowaną obsadkę ze stalówką, do tego kałamarz obok. Miód na moje serce. Dalej zdjęcie. Narysowane, ale jak pięknie! Potem dzieci ze zdjęcia - historia każdego z nich jest inna, więc i ilustracje niepowtarzalne. Ale jest jeden element wspólny dla każdej opowieści, dla każdej strony tej książki. To zeszyt w linie, w jakim zapewne pisała Blumka. Właściwie nawet nie zeszyt, tylko kartki z niego. Pocięte i starannie ułożone stają się belką, obrusem, termometrem, wodą z prysznica, kaloryferem, stosem książek i zeszytów, siedmioramiennym świecznikiem, plastrem na skaleczenia i sznurkiem na pranie. Kartki są całym światem.
![]() |
Zdjęcie pochodzi ze strony Media Rodzina |
Przecież można na kartkach zeszytu czy książki zmieścić cały świat, prawda? My, mole książkowe, doskonale o tym wiemy.
Pani Iwono, dziękuję, że napisała pani "Pamiętnik Blumki". Pamiętnik jest od pamiętania, a pamiętać trzeba...
Wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za egzemplarz książki.
P.S. A teraz zerknijcie do poprzedniej notki, "O tych, którzy się rozwijali" i obejrzyjcie stronę, którą tam zamieściłam. Pan Doktor? Łączą się te książki, prawda? A jeszcze z półki zerka na mnie "Korczak. Próba biografii", a pod łokciem leży "Ostatnie przedstawienie panny Esterki".
"Pamiętnik Blumki" Iwona Chmielewska, Media Rodzina, Poznań 2011.
czwartek, 15 stycznia 2015
"Australia" Barbara Dmochowska
Australia jest strasznie daleko, prawda? Gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej i zapewne ludzie chodzą tam do góry nogami. Czy tak jest chodzą, postanowiła sprawdzić autorka książki i wybrała się z chłopakiem do Australii. Brzmi to bardzo prosto: uzbierali trochę pieniędzy, załatwili formalności i polecieli. Na miejscu znaleźli znajomych, pracę, mieszkanie, czyli taka mała stabilizacja. Ale to przestało im wystarczać, Sydney zrobiło się za ciasne.
Kupili więc samochód po przejściach, skompletowali ekwipunek, po czym ruszyli: na przełaj przez całą Australię. Co im się przydarzyło, autorka zamieściła w książce. Dzień po dniu, biwak po biwaku, miejscowość po miejscowości.
Dam głowę, że autorka prowadziła dziennik podróży i na podstawie tych zapisków napisała książkę. Dlaczego tak sądzę? Właśnie przez tę drobiazgowość. W książce zawarte jest wszystko: jaka była pogoda, co jedli, którędy jechali, kogo spotkali na drodze i która z opon szwankowała. Także gdzie rozbijali namiot, jak długo spali i jak wyglądała okolica.
Zapiski pozbawione są tego dobroczynnego filtru, jaki daje czas, wymazując rzeczy mało istotne, a pozostawiając te, które mocno zapisały się w pamięci. Nie ma selekcji, zupełnie jakby wszystko było tak samo ważne. Ale czy tak rzeczywiście jest? Przecież wiemy, co nam pozostaje w pamięci z podróży, na pewno nie wszystko...
Mam wrażenie, że dla kogoś, kto marzy o takiej podróży na antypody, ta relacja będzie źródłem niezwykle cennych informacji. Jednak dla kogo, kto chciałby poczytać o Australii, to tej Australii jest nieco za mało. Bo to nie jest książka o tym kontynencie, tylko o podróży przez kontynent. Kraj widać w nim z okien samochodu i z namiotu rozbitego przy drodze. Może tak się właśnie dogłębnie poznaje kraj, jeżdżąc po nim wzdłuż i wszerz? A ja marudzę, że czegoś mi zabrakło, maruda ze mnie jedna.
Wiem, czemu marudzę. Przez Aborygenów, których w książce nie ma prawie wcale, oprócz kilku pijanych osobników. Powie ktoś - Australia nie składa się z Aborygenów. Wiem. Myślę jednak, że to bardzo istotny element tamtejszego świata. Dla porównania - Marek Tomalik napisał o nich szerzej i to mi się podobało.
A Ros Moriarty sprawiła, że bardzo emocjonalnie podchodzę do ludności tubylczej Australii.
Reasumując: chcecie poczytać o tym, jak dwójka studentów jeździ po Australii, to książka idealna dla Was. Ale niczego głębszego tam nie oczekujcie.Trzeba jednak uczciwie przyznać, że przeżyli zachwycającą przygodę. Czego dowodzą takie zdania:
"Było cudnie. Nie słyszeliśmy już ptaków, tylko cykady i szum liści"[1].
"Mieliśmy znowu trochę światła i gorącą herbatę. Czegóż więcej potrzeba do szczęścia? Pięknie"[2].
"Ludzi jak zwykle brak. To miłe"[3].
"Samochód był dzielny, więc spokojnie mogliśmy rozkoszować się widokami"[4].
Książka jest znakomicie wydana, kredowy papier, twarda oprawa, mapa na wyklejce z trasą (świetna rzecz!) i mnogość ciekawych zdjęć. W końcu seria "Poznaj świat" to porządna seria. Ale błąd się zdarzył: fotka na stronach 24-25 jest odbita jak w lustrze (napisy na wieżowcach zdradziły). Pana od składu zdjęć proszę o więcej uwagi!
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Bernardinum za książkę!
---
[1] "Australia" Barbara Dmochowska, Wydawnictwo "Bernardinum", Pelplin 2014, s. 59.
[2] Tamże, s. 62.
[3] Tamże, s. 95.
[4] Tamże, s. 214.
czwartek, 25 grudnia 2014
"O czym szumią wierzby" Kenneth Grahame - Boże Narodzenie
- Co tam się dzieje? - spytał Szczur, zastygając nad puszką.
- To pewnie myszy polne - odparł Kret z nutką dumy. - O tej porze roku regularnie kolędują. To ważny zwyczaj w tych stronach. O mnie też nie zapominają, zawsze na końcu odwiedzają Kreci Zakątek. Jeśli akurat mam coś w domu, częstuję je gorącymi napojami, czasem zapraszam na kolację. Miło będzie je usłyszeć, zupełnie jak za dawnych czasów.
- Popatrzmy na nie! - Szczur zerwał się od stołu i popędził do wyjścia.
Kiedy otworzyli drzwi, ich oczom ukazał się piękny widok stosowny do tej pory roku. Pośrodku dziedzińca, w słabym świetle rogowej latarni, stało w półkolu osiem, może dziesięć myszy polnych. Na szyjach miały czerwone włóczkowe szaliki, przednie łapki wcisnęły głęboko w kieszenie i przytupywały dla rozgrzewki. Zerkały nieśmiało po sobie jasnymi paciorkowatymi oczyma, chichotały cichutko, pociągały nosami i wycierały je w rękawy płaszczy. Na widok gospodarzy tak, która trzymała latarnię, powiedziała: "Trzy!-czte!-ry!", i dziedziniec wypełnił się piskliwymi głosikami. Myszki śpiewały jedną z prastarych kolęd, które ich przodkowie układali na skutych lodem polach lub przy kominku, gdy za oknem sypał śnieg, i przekazywali młodszym, by w porze święta Jul śpiewali je na błotnistych dróżkach pod rozświetlonymi oknami:
KOLĘDA
Słuchajcie, mieszkańcy wiosek i miast,
Otwórzcie drzwi swoich domów i chat.
Choć śnieg zacina i świszcze wiatr,
Bądźcie dla nas gościnni jak brat,
Radość spotka was o poranku!
Patrzcie, stoimy zziębnięci na kość,
Chuchania w dłonie mamy już dość.
Przed ciepły kominek nas zaproście,
Bo z daleka do was przyszliśmy w gości
Życzyć wam radości o poranku!
Zimową ciemność rozjaśnił blask
Gwiazdy złocistej, jasnej jak brzask.
Przez śnieżną noc prowadził nas,
Obdarzył szczodrze bezmiarem łask
I radością na każdy poranek!
Brnął Józef przez śnieg ze Świętą Panienką
I ujrzał gwiazdę tuż nad stajenką;
"Popatrz, Maryjo, jaką wyręką
Jest dla nas żłobek z przytulną wnęką!".
Radosny mieli poranek!
Wkrótce usłyszeli aniołów pieśń:
"Kto pierwszy ogłosił radosną wieść?
I kto ją w świat będzie dalej nieść?
Stajenne zwierzęta - niech będzie im cześć!
Radować się będą o poranku!".
"O czym szumią wierzby" Kenneth Grahame, przełożył Maciej Płaza, Wydawnictwo Vesper, s.96-98
sobota, 20 grudnia 2014
"Yans" Grzegorz Rosiński, André-Paul Duchâteau
Okładka, okładka, konia i królestwo za okładkę! Nie, że proszę, tylko że się należą. Zachwycałam się okładką z Pietą w wykonaniu Thorgala i ktoś mi wtedy zwrócił uwagę, że na okładce Yansa jest podobny motyw. Zapamiętałam.
Potem Janek zachwycał się Yansem. Zapamiętałam. Kiedy z dobroci serca zaproponował pożyczkę, nie mogłam się oprzeć. Pożyczyłam, przeczytałam, przeoglądałam. Kawał porządnego komiksu.
Kim jest Grzegorz Rosiński, miłośnikom komiksu nie muszę przybliżać, a dla reszty krótkie info: polski rysownik, wyjątkowy, utalentowany, z bogatym dorobkiem. Thorgala już poznałam, czas na inne jego dzieła.
Kim jest Yans? Bohaterem komiksu, badaczem, podróżnikiem w czasie, przystojnym facetem (no co, pisze to kobieta!). Ma wroga, imperatora Valsary'ego, ma też dziewczynę, Orchidęę. Yans (który miał być Hansem, ale w Polsce to imię kojarzy się raczej negatywnie), jest człowiekiem szlachetnym, odważnym i zdolnym do poświęceń.
W jakim świecie żyje nasz bohater? W przyszłości, która nie wygląda zbyt zachęcająco. Świat po katastrofie, skuty lodem, żeby znaleźć oazę zieleni, trzeba lecieć na inną planetę. Ludzie żyją w miastach, w cieple, ale mocno ściśnięci okowami rządów imperatora. Nie głodują, nie marzną, ale karków wyprostować nie mogą. Poza miastem żyją Zewnętrzni. To ich wybór, wolą trudzić się o wiele bardziej niż miastowi, ale za to mają niebo wysoko nad głową. Z tego właśnie ludu pochodzi Orchidea.
Przygody Yansa opierają się na schemacie: ma szefa wroga w postaci imperatora Valsary'ego, a ten wysyła go w przeróżne, najpodlejsze miejsca na niebezpieczne misje. Środki przymusu to szantaż i zastraszanie. Valsary ma bowiem haka na Yansa - to Orchidea, kobieta cudownej urody i szlachetnego serca. Imperator łamie Orchidei paluszek (to przenośnia, oczywiście) i już Yans jest miękki niczym wosk. Po co i dlaczego to wszystko? Proste - władza boi się utraty władzy, a Yans w pewien sposób zagraża ustalonej hierarchii.
Prawdę mówiąc, ta animozja zdaje mi się tylko pretekstem autora, by głównych bohaterów co i rusz wysyłać w coraz to inne miejsca i fundować cudaczne perypetie.
Coś jak tępienie Królewny Śnieżki przez Złą Królową, jak nie grzebieniem, to jabłkiem. Yans jest gnębiony walką z królową Ardelią, kąpielami w błocie, więzieniem w kotlinie, gęstą dżunglą, podróżami w czasie. Sporo tego, na szczęście nuda przy czytaniu nie grozi.
Ale (ach, to nieszczęsne słówko "ale", zapowiadające coś typu "operacja się udała, ale pacjent zmarł") mimo wszelkich przymiotów, jakie Yans posiada i tych wszystkich przygód, jakie mu się przydarzają - nie jest to facet, z którym mogłabym pójść na koniec galaktyki. Czegoś mu brak - pazura, wyrazu... A może Thorgal skradł moje serce i nie ma już w nim miejsca na innego faceta?
" - Co za pułapka, Yansie... Co za pułapka!... Czy to się nigdy nie skończy?No cóż, Yansie. Niektórzy mogą, a ty taki zrezygnowany?
- Cha, cha! Nie bądź naiwna! Któż zdoła pokierować własnym losem?"[1]
"- Dokąd lecimy? Czego od nas oczekują? Co się z nami stanie? Mamy chwilę wytchnienia...No nie, co za odpowiedź! Wybitnie melancholiczna i wyjątkowo niekonkretna. Błagam, tak mówi energiczny bohater?
- Ludzkie życie składa się z tych nielicznych chwil wytchnienia, które czasami nazywamy szczęściem, Orchideo..."[2]
Jeśli chodzi o wydanie, to absolutnym strzałem w dziesiątkę jest zamieszczenie obszernej opowieści - wstępu o tym jak Yans powstawał, bogato ilustrowany planszami, artykułami, listami. Historia bardzo wciągająca.
W zbiorczym tomie nr 1 zamieszczone są opowiadania:
- Wieża rozpaczy
- Ostatnia wyspa
- Więzień wieczności
- Mutanci z Hanai (Rosiński super narysował mutantów!)
- Gladiatorzy
Janku, dziękuję za pożyczenie! Janka opinia jest tutaj, a giery tutaj. Warto zajrzeć.
---
[1] "Yans" wydanie zbiorcze tom 1, Scenariusz André-Paul Duchâteau, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład Wojciech Birek, Egmont, 2014, s. 103
[2] Tamże, s. 137
czwartek, 18 grudnia 2014
"Henryk V" William Szekspir
Jako że dopiero co wysłuchałam świetnej powieści "Pieśń łuków. Azincourt" Cornwella, to jasnym jest, że zaraz po niej sięgnęłam po Szekspira.I tu właśnie pogratulowałam sobie zakupu swego czasu dwóch ogromniastych tomów z dziełami Szekspira, "Komedie" oraz "Tragedie i kroniki" były pod ręką i można było sięgać.
Masę rzeczy Cornwell podjął z angielskiego dramatopisarza, ale przecież to historia (a nawet Historia), więc inaczej być nie mogło.
Henryk jest waleczny i bogobojny, jego armia walczy chętnie, zarozumiali Francuzi z ledwością mogą uwierzyć w swoją porażkę. Głównymi postaciami w sztuce są królowie i arystokraci, ale są też i prości ludkowie, którzy ku uciesze gawiedzi albo charakterystycznie mówią, kalecząc nieco angielski (brawo panie Barańczak!), albo też mają swoje za uszami, bo to łobuzy, rabusie i oczajduszy. Mają ubarwiać sztukę, widzowie sobie tego życzą i tak ma być.
Zastanawia mnie jedynie brak wzmianek o łucznikach, tak mocno wyeksponowanych przez Cornwella. Ale jest za to wątek zalotów Henryka do Katarzyny (córki francuskiego króla), dość zabawnych. On słabo mówi po francusku, ona prawie nic nie rozumie po angielsku, gadają jak gęś z prosięciem. Do tego on, zapewniając, że ma za nic słodkie słówka, bo jest rycerzem, a nie bawidamkiem, jednocześnie zasypuje Katarzynę gradem namiętnych zapewnień o miłości.
Wynotowałam sobie trochę cytatów:
Król Henryk: Co jest w koszyku?
Exeter: Piłki tenisowe
Król Henryk: Miło, że Delfin sobie z nas żartuje;
Dzięki za prezent i za wasze trudy
Gdy dobierzemy rakiety do piłek,
Z Bożą pomocą zagramy we Francji
Takiego seta, że piłką strącimy
Koronę z głowy francuskiego króla. [1]
I tu mnie lekko zatkało, to gra w tenisa ma tak długie korzenie? No no no. Jestem pod wrażeniem.
Król Henryk: Idź, powiedz swemu panu, że tu jestem:
Cały mój okup - to kruche i marne
Ciało; osłoną jest mi armia chorych;
Powiedz mu jednak: Bóg nas poprowadzi,
Choćby na drodze stanęła nam cała
Potęga Francji wraz z jej sąsiadami. [2]
To jest to, o czym pisałam w notce o powieści Cornwella - król mocno wierzył w zwycięstwo.
Książę Orleanu: Jest druga; o dziesiątej z krwi otrzemy miecze
Każdy z nas stu Anglików przez ten czas usiecze. [3]
Cóż, Francuzi byli bardzo pewni siebie, nieprawdaż?
Kolejnym etapem zafascynowania tym kawałkiem historii było obejrzenie filmu "Henryk V" w reżyserii Kennetha Branagha, a jeszcze dalszym lektura książki "Oblubienica z Azincourt". W niezły ciąg wpadłam.
---
[1] "Tragedie i kroniki" William Shakespeare, przekład Stanisława Barańczaka, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 1326-1327
[2] Tamże, s. 1370
[3] Tamże, s. 1377
piątek, 14 listopada 2014
"Paryż" Jean Jacques Sempé - post dedykowany Larze
Kupiłam na Targach Książki w Krakowie przez przypadek. Oddałam kilka książek, dostałam parę kuponów rabatowych i całkiem o nich zapomniałam. Przypomniałam sobie pod koniec targów, kiedy trzeba było już się zbierać, pośpiesznie wyciągnęłam i przejrzałam, które stoiska oferują rabaty. I nagle w oku mi błysnęło, no proszę, Czuły Barbarzyńca - 50% rabatu! Czad! Ruszyłam w kierunku D22, szło mi coraz trudniej, bo nieopodal bożyszcze nastolatek podpisywało książkę i tłum był nieziemski, niestety, jak już dotarłam na miejsce, miły, acz już nieco wymięty pan wyjaśnił mi smętnie, że to błąd w druku i winno być 5%. No cóż. Rozejrzałam się jednak, bo jak już się przepchałam, to tak od razu nie będę się pchać z powrotem i wypatrzyłam ten właśnie album, a właściwie artbook. Wzięłam do ręki, wsiąkłam i musiałam go mieć.
Po tym nieco przydługawym wstępie napiszę, że "Paryż" jest znakomity, cudny, piękny, mistrzowski i wspaniały. Podziwiam umiejętność rysownika oddania tego, o co mu chodzi, za pomocą kilku zaledwie kresek. Kilku, ale od razu wiadomo, że tu człowiek, tam samochód, a tam rowerzysta. W ogóle nie potrzeba słów (nie ma tu prawie żadnych napisów), autor genialnie przemawia samym obrazem. Nie musimy też śledzić fabuły, bo jej nie ma - to obraz miasta taki, jaki widzi się spacerując codziennie po jego ulicach. Jednak błędem byłoby twierdzenie, że pod obrazami nie kryją się treści. Każda plansza to odrębna opowieść, to spostrzeżenie, które może być z pozoru błahe, ale jest i możemy je sobie rozwinąć w głowie.
Najbardziej urzekło mnie to, że Sempé komponuje rysunek na całą stronę: paryska ulica, masa ludzi, samochodów, budynki, drzewa... no i nie wiadomo, na czym zawiesić oko, o co tu właściwie chodzi. Aż tu nagle - JEST! Ciut ciemniejsza albo wyraźniejsza kreska, mocniej przyciśnięty ołówek i już widać środek ciężkości scenki.
To może być starsza pani wyprowadzająca pieska na spacer.
Albo taksówka tamująca ruch na całej ulicy.
Lub też pani rozkoszująca się promieniami słońca wpadającymi przez wąski prześwit między kamienicami.
Sempe mistrzowsko pokazuje klimat paryskiej ulicy, ruch, rozgardiasz, wieczny pośpiech, ale i wzajemną uprzejmość, uśmiech, ukłon i przymrużenie oka. No sami spójrzcie. Skupienie tego pana na sklepowej witrynie, a właściwie na nodze (sztucznej, ale to kokieteryjnie upozowanej), a może na pończosze, jest wręcz namacalne - o czym on myśli? O żonie, kochance, sąsiadce? A może po prostu podziwia koronkę?
Co się kojarzy z Paryżem? Wieża Eiflle'a? Jest. Bagietki? Są. Paryskie długonogie elegantki? Ależ oczywiście, że są. Restauracje, a raczej kawiarnie na ulicach? Są, przepięknie narysowane. Paryż w deszczu, Paryż nocą czy rankiem. Koty na ulicach, psy na ulicach, kelnerzy w restauracjach, homoseksualiści, motocykliści, knajpy, balkony, parki i skwery, biegi uliczne i indywidualny jogging. Wszystko, co paryskie, znajdziemy w tym albumie, wszystko naturalne do szpiku kości, narysowane z wdziękiem i prostotą.
Widać, że autor kocha to miasto. Przy czym ciekawe jest, że mojego męża (który książkę z przyjemnością przejrzał) stolica Francji wcale nie ciągnie, zapewne przez ten tłok i gwar; mnie zaś wydaje się, że to bardzo zachęcające miejsce.
Coś absolutnie wspaniałego. bardzo się cieszę, że to kupiłam. Przypadki chodzą po ludziach, a ten wlazł na mnie, przydepnął i uszczęśliwił.
Lara - nie ma dymków! ;)
"Paryż" Jean Jacques Sempé , tłumaczył Maciej Falski, Czuły Barbarzyńca Press, 2011.
niedziela, 9 listopada 2014
"Życie nie jest takie złe, póki starczy sił. Nowela rysunkowa autorstwa Setha"
W literaturze mam takie swoje malutkie hobby - lubię czytać książki o książkach (mam nawet taką etykietę na blogu). Ten zaś komiks doskonale pasuje do tej kategorii, bo jest o rysowniku komiksów, który jest zafascynowany pracami i ogólnie postacią innego rysownika komiksów. W skrócie "komiks o komiksie".
Zaczyna się od tego, że Seth w jakimś magazynie widzi rysunek, który nadzwyczajnie mu się podoba.
"Jego kreska jest hipnotyzująca i naprawdę do mnie przemawia".[1]Rysunek jest podpisany "Kalo", jednak to nazwisko/pseudonim nic Sethowi nie mówi, a co ciekawsze, poszukiwania czy to w innych magazynach, czy to w bibliotekach nic nie dają. Jednak bohaterowi udało się odnaleźć kilka innych rysunków Kalo, niektóre z pomocą przyjaciela, inne wygrzebuje gdzieś w archiwach czy sklepach ze starzyzną.
Czy Sethowi udało się zidentyfikować Kalo, czy udało mu się znaleźć więcej jego prac, o tym można dowiedzieć się z komiksu. Jednak oprócz tych poszukiwań równie ważne są wątki autobiograficzne. Mówiąc wprost, Seth bez przerwy gada. Gada o sobie. Gada o tym, jak nie lubi ludzi, jak nie podoba mu się ten świat, jak nie potrafi porozumieć się z dziewczynami, a jak już się z jakąś porozumie, to na krótko. Seth spaceruje, mając u boku przyjaciela, i non stop nawija mu o swoich rozterkach i wątpliwościach, a ten, święty człowiek, słucha i tylko ze zrozumieniem kiwa głową.
Szczerze powiem, że czasami miałam tego dość, tej megalomanii, wewnętrznego ostracyzmu (Seth odsuwa się od wszystkich). Czy ten człowiek ma depresję? - pytałam sama siebie. A może właśnie z pomocą tego komiksu z depresją sobie radzi? Nie wiem, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było.
Właściwie to taka autoterapia książkowa wcale nie jest taka rzadka. A jeśli skutkuje - to pop prostu super. Nie mówię przez to, że polubię Setha - a raczej postać, którą mi pokazał na kartach komiksu, ale też go nie znielubię.
Rysunki są ciekawe. Kolorystyka utrzymana w błękitnej tonacji, postacie oddane pojedynczą kreską, ale wiernie (brat Setha na przykład, jakże naturalny). Tłum na ulicach, sklepach - wszyscy oni żywcem są wyjęci z populacji miejskiej i wsadzeni do komiksu. Miałam na początku niejakie obiekcje, że mało koloru (to po tych nieszczęsnych mutantach, gdzie kolorki są nalane prosto z wiaderka z farbą), ale potem pojęłam, że za dużo koloru odciągałoby uwagę od głównego bohatera, a to na nim trzeba się mocno skupić, na Sethu właśnie.
On wypełnia sobą cały ten komiks, jego szczupła osoba rozpycha kadry, na Kalo jest tam jeszcze miejsce, ale niewiele. Kalo jest tylko pretekstem do rozważań. Ale też i dzięki niemu Seth przestaje skupiać się tak bardzo na sobie. Widać to mocno na spotkaniu bohatera z matką Kalo - piękny moment pod koniec komiksu. Ale i wcześniej też, podróż Setha w poszukiwaniu Kalo daje mu okazję do wyciszenia się, do zadumy.
Wisienką na torcie są rysunki Kalo, zamieszczone na końcu książki. Prawdę mówiąc, do tej pory nie byłam na 100% przekonana, czy on istniał naprawdę, bo przecież kto zabroni artyście wymyślania postaci i wątków. A tu proszę! No chyba że Seth narysował te rysunki, ale to przecież niemożliwe, sam w tekście skarży się, że nie umie ich nawet przerysować.
Dzięki temu komiksowi miałam też możliwość jakby sięgnięcia głębiej w ten świat. Oto Seth, autor. Oto jego przyjaciel, Chet. Aż tu nagle dzięki Michałowi Misztalowi dowiedziałam się, że Chet to Chester Brown! No dobrze, pod sam koniec komiksu jest wymienione nazwisko Brown, jest szansa, że bym się domyśliła, ale na samym początku opowieści na pewno nie. Dowiaduję się, że to przyjaciele, widzę zdjęcie, porównuję z komiksem, wszystko się zgadza.
Chester Brown to autor komiksu "Na własny koszt. Komiksowy pamiętnik bywalca burdeli" - zważywszy na to, jak ten facet potrafi słuchać, założę się, że potrafi też to, co usłyszy (i zobaczy oczywiście) przenieść na papier. I gdy byłam niedawno w Krakowie na Targach Książki, wypatrzyłam "Na własny koszt" na półce Centrali i już miałam szczery zamiar go kupić, ale przejrzałam i zrezygnowałam. Ma identyczna wadę jak "Życie..." - drobniuteńka czcionka na niewielkich planszach. Och, co ja się naklęłam w duchu na tę czcionkę! Mam swoje lata, oczy już nieco wysłużone i te robaczki sprawiały mi kłopot, zwłaszcza że zastosowano krój pisma imitujący pismo ręczne, nieco trudniejsze do odcyfrowania niż drukowane. A jeszcze jak było białe pismo na czarnym tle, odpadałam zupełnie. Mam okulary, ale od niedawna, wyciągam je rzadko, bo przy dobrym oświetleniu jeszcze całkiem nieźle sobie radzę. Tu były ciągle w użyciu. A pisałam już, że Seth ciągle gada, prawda?
Toteż z zakupem komiksu Browna..." poczekam, aż będę nosiła okulary na stałe i nie będzie mnie irytowałą konieczność ich zakładania, żeby coś przeczytać.
Tak jeszcze na koniec dodam (chaotycznie mi to dziś wyszło), żę jednak polubiłam Setha. Trochę za to:
"Czy nie jest tak, że wszystko nam się udaje, tylko jeśli nie grzebiemy wszystkiego pod grubą warstwą oczekiwań? Pewnie, ze są od tego wyjątki... Ale przeważnie tak właśnie bywa, czyż nie?" [2]A trochę pomimo tego:
"Ten ktoś, kogo poznaję, musi mieć w sobie coś wyjątkowego, inaczej włącza mi się krytykowanie. Wystarczy, że przyzna się do czytania powieści kryminalnych, komiksów Marvela albo czegoś takiego, i już jest spalony". [3]Czytam powieści kryminalne. Byłabym spalona.
Dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za książkę!
P.S. Macie świetne logo.
---
[1]"Życie nie jest takie złe, póki starczy sił. Nowela rysunkowa autorstwa Setha" Seth, tłumaczenie Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Komiksowe, 2014, s. 29
[2] Tamże, s. 39
[3] Tamże, s. 25
poniedziałek, 20 października 2014
"Polaroidy z zagłady" Paweł Paliński - przerażająca powieść
Nadmieniałam kiedyś przy okazji pisania o "Gwiazdozbiorze Psa", że lubię powieści postapokaliptyczne, fascynuje mnie sprawdzanie, co też takiego okropnego autorzy wymyślili dla ludności. Miałam okazję posłuchać autora, Pawła Palińskiego, na Polconie w Bielsku-Białej, gdy opowiadał o swojej książce. To, co opowiadał, w połączeniu wzmiankowaną fascynacją sprawiło, że w oku mi błysnęło i serce żywiej zabiło.
Posłuchajcie - zawsze ta apokalipsa jest gdzieś daleko, w Ameryce, Australii czy w Moskwie. A tu proszę, Polska i polskie miasto S. Zawsze w tych powieściach główną rolę gra facet, mięśniak albo mózgowiec, z maczetą albo z mikroskopem próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A tu proszę, kobieta!
Żeby mnie nie zasypało protestami, że kobiety w postapokalipsie nie istnieją: wiem, że istnieją, ale jak często mają główne role? Sama znam tylko dwa komiksy, "Kwiatuszku" oraz "Suka". A w książce Palińskiego istnieje TYLKO kobieta, tylko ona i jej zmagania ze światem.
Teresa Szulc jest starszą kobietą, byłą nauczycielką wychowania fizycznego, samotną do szpiku kości. Mieszka w domu po rodzicach i z całych sił próbuje przetrwać. Świat jej tego nie ułatwia. Nie ma już ludzi, a Bierni (taka odmiana zombiaków) są niebezpieczni. Po ulicach grasują zdziczałe, głodne i groźne zwierzęta. Brak wody pitnej, brak jedzenia. Zwariować można. Jak Teresie udaje się nie zwariować, tego nie wiem. Może dlatego, że rozbiła swoje życie na malutkie kawałeczki, takie jak zdobywanie jedzenia, wody, domowe naprawy, nawet załatwianie potrzeb fizjologicznych. Wszystko ma rozplanowane, do wszystkiego podchodzi z jednakową skrupulatnością. Mogłoby się wydawać, że to wystarczy, ale...jednak nie do końca. Bo co zrobić, jeśli zdarzy się choroba? Albo gdy zabraknie wody? Co, jeśli zrobi się dziura w dachu i do środka zacznie wlewać się deszcz? Lub też - i to jest najgorsze - co robić, gdy zacznie dzwonić telefon?
Dotarłam właśnie do sedna tej powieści, do konkluzji, która dopiero po zamknięciu książki dociera do umysłu, w trakcie czytania nieco oszołomionego posępnym światem z powieści. Konkluzja jest taka: niezależnie od wszelkich okoliczności przyrody to człowiek jest dobrodziejstwem świata. I jednocześnie jego przekleństwem.
Wszystko zależy od tego, co siedzi w głowie. W tym punkcie "Polaroidy z zagłady" nie różnią się od innych powieści z tego nurtu. Wszędzie znajdą się i ci dobrzy, poukładani, moralni, którzy chcą przetrwać, ale i pomóc innym, słabszym. Tacy, którzy nie krzywdzą i nie depczą.Natomiast ci źli zawsze myślą tylko o sobie i swoich korzyściach. Wiadomo, komu kibicujemy.
W "Polaroidach..." kibicujemy Teresie. Przyznam się szczerze, że oprócz podziwu czułam przede wszystkim zdumienie. To dlatego, że powieść mocno działa na wyobraźnię i łatwo postawić się w roli bohaterki. Postawiłam się i aż się wzdrygnęłam. Ona daje sobie radę, choć ma tak mizerne perspektywy, hm, prawdę mówiąc, nie dostrzegłam żadnych perspektyw. Najłatwiej byłoby się poddać, naprawdę nie wiem, czy nie wybrałabym łatwego wyjścia z tej sytuacji. Teresa daje radę, choć i ona ma momenty wahania.
"Płakać. Chciałabyś zapłakać. Słowo »samobójstwo« awansuje zaocznie z obszaru odległych nieprawdopodobieństw do poczekalni jawnie rozważanych ewentualności". [1]
Muszę jeszcze napisać o Biernych. To dość często spotykany motyw, te żywe trupy. Jakoś łażą (przeważnie powłócząc nogami), dogadać się z nimi nie sposób, do żywych są wrogo usposobieni, ech. Paweł Paliński zasugerował, skąd się wzięli Bierni.
"[...] Biernym może być każdy? [...] Że w szeroko pojętym interesie należy strzec się stanu znieczulenia, na który wielu z nich, nomen omen, pracowało latami, przestając kochać i zaczynając nienawidzić: rodziny, dzieci, pracy? Przestając czuć i chcąc jedynie brać, aż okazywało się, że fizyczne wyczerpanie pozostawiało w nich wyłącznie potrzebę pożerania, aż zasypiali i wstawali już jako swoje własne widma. Kochając tylko siebie". [2]
Przerażające. Przecież sami to sobie robimy, odmóżdżamy się, karmiąc się medialną papką. Brr.
Jedyne, co mi się nie podobało to sposób narracji w książce, przyznaję, niebanalny, ale on mnie się po prostu nie podoba. Muszę jednak przyznać, że czytało mi się "Polaroidy..." dużo płynniej niż "Potem", gdzie po raz pierwszy spotkałam się z narracją drugoosobową.
Na koniec słowo podsumowania, w którym zwrócę się do samego autora.
Panie Pawle. Napisał pan wyjątkowo przerażającą powieść. Żadnych łatwych rozwiązań w stylu faceta z giwerą ratującego świat. Żadnych kompromisów, żadnych ulg dla czytelnika. Czarna przyszłość, taka, że ciarki przechodzą, do tego opisana czysto, krystalicznie i precyzyjnie. Życzę sobie z całej siły, by pańska wizja przyszłości nigdy nigdy się nie sprawdziła. I gratuluję.
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Powergraph za egzemplarz książki!
![Polaroidy z zagłady [Paweł Paliński] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
--
[1] "Polaroidy z zagłady" Paweł Paliński, Powergraph, Warszawa 2014, s. 93
[2] Tamże, s. 122
sobota, 4 października 2014
[nie Pawłysz, ale mógłby być] "Śnieżka" Kir Bułyczow
Niewielkie opowiadanie, ale jakie urocze! Chyba napisane specjalnie dla kobiet, bo to czystej wody romans, nieszczęśliwa miłość i brak happy endu. Nic tylko się wzruszyć. Toteż wzruszyłam się, a jakże, uczciwie i planowo.
Na planecie rozbija się statek kosmiczny, tuż przed katastrofą wysyła sygnał S.O.S, drugi statek przechwytuje sygnał i spieszy z pomocą, niestety, nic już nie można zrobić. Załoga patrzy bezradnie, jak kosmolot roztrzaskuje się na kawałki, zdaje się, że nie ma już czego zbierać, ale... ale zaraz! Jedna osoba
przeżyła, cudem właściwie, ale jednak. To Śnieżka, piękna dziewczyna, w której od pierwszego wejrzenia zakochał się bezimienny narrator.
"Nie znaliśmy składu ich atmosfery i nie wiedzieliśmy, jakie śmiercionośne dla nas, a nieszkodliwe dla niej wirusy żyją sobie na jej białych, błyszczących, krótko ostrzyżonych włosach."Tylko że Śnieżka jest inna.
"Oczekiwać podstępu ze strony delikatnej dziewczyny, której długie rzęsy rzucały cień na blade policzki, której twarz wywoływała pragnienie, by ujrzeć, jakiego koloru są jej oczy, oczekiwać podstępu ze strony tej dziewczyny, nawet w postaci wirusów, było jakoś nie po męsku."
"- Przyzwyczailiśmy się uważać, że podstawę wszelkiego życia stanowi woda. U niej tę podstawę stanowi amoniak.Jak tu się przytulić w takich warunkach? Jak żyć razem? Chłopak codziennie przychodzi pod okienko kabiny, gdzie zainstalowano Śnieżkę, rozmawia z nią i patrzy. Jedyny kontakt, na jaki mogą sobie pozwolić, to wzrokowy. Marzą o sobie, marzą o planecie, na której mogliby żyć oboje.
Znaczenie jego słów dotarło do mnie nie od razu. Do pozostałych również.
- Przy ziemskim ciśnieniu - powiedział doktor - amoniak kipi przy minus 33, a zamarza przy minus 78 stopniach.
I wtedy wszystko stało się jasne."
"- Musimy znaleźć neutralną planetę - powiedziałem.Przy rozstaniu, kiedy wysadzają dziewczynę na jej ojczystej planecie, młodzi jednak się dotykają. On zdejmuje rękawicę i dotyka jej policzka. Śnieżka przypłaci to oparzeniem twarzy, a on odmrożeniem ręki - ale czy żałują...?
- Jaką?
- Neutralną. Taką, na której byłoby zawsze minus czterdzieści stopni.
- To zbyt gorąco.
- Minus czterdzieści pięć. Wytrzymasz?
- Oczywiście - odpowiedziała Śnieżka. - Ale czyż będziemy mogli żyć razem, jeśli zawsze trzeba będzie tylko cierpieć?"
Post zamieszczony z okazji właśnie rozpoczynającego się Światowego Tygodnia Przestrzeni Kosmicznej.
Opowiadanie było publikowane w Polsce w dwóch zbiorach "Czarne żurawie" z serii "Stało się jutro" (1980 r.) oraz "Nieziemsko piękna szafa" z "Galaktyki Gutenberga Solarisu, świeżynka, 2014.
A tutaj inscenizacja tegoż opowiadania:
piątek, 5 września 2014
[Sława Pawłysz] "Białe skrzydła kopciuszka" Kir Bułyczow
Poszczuta na Pawłysza przez Andrzeja, z uciechą zanurzyłam się w świat bułyczowskiego kosmosu, takiego zwyczajnego, prostego kosmosu, skalą tylko (i niektórymi szczegółami) różniącego się od matki Ziemi.
"Trzynaście lat podróży" było fajne, ale Pawłysz jeszcze młodzik, a w "Białych skrzydłach kopciuszka" to już całkiem doświadczony kosmonauta i lekarz. Akurat ma urlop, więc kręci się po kosmosie, aż wreszcie całkiem przypadkowo trafia na planetę Projekt-18, gdzie pracuje jego dawna znajoma, Marina. Właściwie to więcej niż znajoma. bo
Wątki romansowe w kosmosie bardzo lubię, jestem kobietą i lubię się wzruszać przy gwiazdach. Zwłaszcza że miłość jest tylko przyprawą, malutkim dodatkiem uatrakcyjniającym całość. No i świadczy o tym, że ludzie nie odczłowieczyli się po oderwaniu od Ziemi. Znajomość między Sławą a Mariną jest romantyczna - spotkali się na Księżycu, zakochali (on na pewno, a i ona też coś poczuła, choć nie wiadomo dokładnie co), a po krótkim czasie rozstali. Marina uciekła jak Kopciuszek z balu, zostawiając zamiast pantofelka tylko wspomnienie o sobie. Oraz obietnicę, że się spotkają po dwóch latach. Pawłysz oczywiście obiecuje, że poczeka.
Trafia jednak na Projekt-18, planetę, gdzie prowadzone są badania naukowe, dowiaduje się tuż przed przylotem, że jest tam Marina. Podekscytowany czeka, aż ją spotka, mija kilka dni, ale dziewczyna wciąż mu się wymyka. W końcu ważniejsze sprawy odsuwają uczucia na bok - na jednej z wysp wybucha wulkan, zagrożeni są naukowcy i trzeba pędzić z odsieczą. Każda para rąk się przyda, te Pawłysza też. Notabene, akurat jego ręce okażą się niezwykle pomocne.
W trakcie akcji ratunkowej Pawłysz dowiaduje się, że Marina Kim jest ptakiem. Bioformantem. Człowiekiem o tak zmienionym przez genetykę i bioinżynierię organizmie, że z człowieka pozostaje tylko umysł. To nie jest proces nieodwracalny, a zaczął się jeszcze przed spotkaniem na Księżycu. Stąd ten wyznaczony termin - dwa lata do następnego spotkania. Jako ptak Marina nie chce się Sławie pokazywać, bo się boi. Wiadomo.
Ok, opowiedziałam o wątku miłosnym, o przygodowym, teraz czas na naukowy. To właśnie ci bioformanci, efekt długoletnich badań i eksperymentów. Głównym powodem ich powstania była możliwość pracy w ekstremalnych warunkach, bez konieczności doposażania się w kombinezon czy pojazd. Ciekawa jest też myśl rzucona przez naukowców, że człowiek zawsze zazdrościł zwierzętom ich możliwości (latanie, pływanie itp), ale ograniczał się do konstruowania maszyn. Teraz przekonstruowano człowieka. Pawłysz spotkał na Projekcie-18 ptaki, płaszczki, kobietę ze skrzelami (podwodniaczka) i żółwia - wszystko to bioformanci. Przed tym ostatnim umykał nawet w popłochu, przekonany, że to jakiś groźny okaz miejscowej fauny.
Jest pięknie, bioformacja spełnia swoje założenia, realizowane są badania, tylko że... nauka jak zwykle wyprzedza ludzką mentalność. Bioformanci to nie ludzie, to odmieńcy w oczach innych ludzi, nawet kolegów z bazy.
"- Ale przecież nikt nie kazał panu żenić się z rybą.
- Dymitrze! - oburzył się Jerychoński.
- Sandra jest wspaniałą kobietą, doskonałym biologiem i sportowcem, ale ma skrzela, o czym chyba pan wie nie gorzej ode mnie... chociażby jako chirurg". [1]
"- Dimow powiedział, że wszystko jest w porządku, a ty się ciągle denerwujesz...I można do upadłego powtarzać, że nie szata zdobi człowieka, to i tak oczy widzą, a mózg interpretuje podświadomie. No, chyba, że jak w przypadku Sławy w grę wchodzi miłość...
- Bo jestem człowiekiem, a nie pancernym żółwiem! [...] Ta maszyna jest zupełnie pozbawiona wyobraźni! Nie wie, co może czuć bezradny człowiek..." [2]
Tom, z którego pochodzą "Białe skrzydła kopciuszka" zawiera także opowiadanie "Dzikusy", ale ominęłam te, bo to fragment powieści "Osada", w której wprawdzie Pawłysz występuje, ale pod sam koniec - czyli w "Osadzie" jest, ale w "Dzikusach" go nie ma.
P.S. Cudnie się czytało, ale te stare wydania to morderstwo dla oczu. Czcionka jak maczek.
P.P.S. Dziś, 5 września, przypada rocznica śmierci Bułyczowa, tego wielkiego pisarza. Cześć jego pamięci.
---
[1] "Dzikusy; Białe skrzydła kopciuszka" Kir Bułyczow, przełożył Tadeusz Gosk, Czytelnik, Warszwa 1985, s. 172
[2] Tamże, s. 186
środa, 27 sierpnia 2014
[Sława Pawłysz] "Trzynaście lat podróży" Kir Bułyczow
Znacie Sławę Pawłysza? Nie no, pewnie, że nie znacie, tylko nieliczni znają Sławę. Andrzej na przykład zna - i to on właśnie pożyczył mi "Trzynaście lat podróży", żebym pogłębiła swoją znajomość ze Sławą.
Sława (to zdrobnienie od Władysław) jest medykiem - kabinowcem. Właśnie przybył na statek kosmiczny "Anteusz", żeby odbyć rok służby. Statek leci do Alfy Łabędzia, jest w trasie już 106 lat. Co roku wymienia się na nim załogę, żeby zasilić statek świeżą krwią, młodymi, prężnymi mózgami i energią życiową. To możliwe dzięki "retranslatorom teleportacyjnym", czyli kabinom, co robią pstryk i przesyłają człowieka o parseki.
Po Pawłyszu ma wpstrykać się na statek kolejna osoba, aż tu nagle trach - coś się popsuło. Następnego przerzutu nie będzie, wiadomości też nie, dostawy żywności - wszystko ustało. Co teraz? Czyżby statek właśnie przekroczył granicę teleportacji?
Załoga ma zdecydować, co dalej. Czy lecieć do Łabędzia przez jeszcze trzynaście lat i drugie tyle z powrotem, żeby osiągnąć cel i móc znów zbliżyć się do Ziemi na odległość pozwalającą na transmisję? Czy też zawrócić od razu - bo wymiana załogi jeszcze nie ukończona, bo może Ziemia ma jakieś rozwiązanie...
No, co byśmy zrobili, gdybyście byli na ich miejscu? Bo Sława jest od początku za lotem naprzód, za kontynuowaniem misji - ale wcale nie ze szlachetnych pobudek kosmonauty odkrywcy. Otóż Sława po prostu boi się, że będzie się o nich mówiło jak o tchórzach, co przy pierwszym potknięciu obrócili się na pięcie i uciekli. Oprócz tego jest Grażyna. To dziewczyna, która właśnie odbębniła rok służby i miała wracać, gdy nieoczekiwana awaria jej to uniemożliwiła. Sława zakochał się w Grażynie, normalnie nie miałby u niej żadnych szans, ale w obliczu trzynastu, tfu, nawet dwudziestu sześciu lat razem? O, szanse są wielkie...
Całość akcji rozgrywa się na statku, ograniczona załoga (ok. trzydziestu osób), ograniczona przestrzeń - mogłoby się wydawać, że tam coś wybuchnie. A gdzież tam. Kosmonauci twarda rasa, nawet jak wybuchają, to w cichości ducha i bez świadków.
Tak sobie pomyślałam, że statek kosmiczny byłby idealnym miejscem na zbrodnię - taki nieco większy "zamknięty pokój". Jest coś takiego? Kosmiczny kryminał?
Wracając do Sławy - teraz bym mogła sobie przypomnieć resztę historii z nim. Skrzydła mam, Osadę mam, brakuje jeszcze opowiadań.
Wynotowałam sobie to:
"Lekkomyślność czasem waliła się na Pawłysza jak atak choroby. Potem sam sobie się dziwił, dlaczego poważne myśli uciekają gdzieś".Pawłysz przypomina mi tu nieco kadeta Pirxa, kadeta, nie pilota, tego młodego, nieopierzonego jeszcze kosmicznego podróżnika.
"W takiej podróży załoga, jakkolwiek by nie była do tego przygotowana i chętna do złożenia ofiary z siebie i swoich dzieci, musi nieuchronnie się zdegenerować, jak niewątpliwie zdegeneruje się każda ludzka społeczność oderwana od reszty ludzkości. Cel nie uświęca środków".
Chodzi to o wieloletnie podróże kosmiczne. A degeneracja grupy ludzi powróciła szerszym echem w "Osadzie".
"Trzynaście lat podróży" Kir Bułyczow, przekład Ewa i Eugeniusz Dębscy, Science Fiction 2 (2) 2001.
piątek, 25 lipca 2014
"Pod Zawianym Kaczorem" Martha Grimes - hekatomba!
Kolejny tom przygód Richarda Jury'ego spełnił z nawiązką moje oczekiwania. Jest angielsko aż do szpiku kości, jest Stratford, jest Szekspir i jego sztuki. Jest ciotka Agatha! Baba tak nadęta i gruboskórna, że do jej przekłucia trzeba by użyć gwoździa, a nie szpilki. Uwielbiam obserwować, jak Melrose Plant zręcznie ją wymanewrowuje - sama bym tak nie umiała. Ale nie jestem angielskim dżentelmenem jak Plant, który nigdy nie traci równowagi. Tak myślałam. Jakież było moje zaskoczenie, gdy Plant ją utracił i walnął w stół laską, żeby przerwać potok wymowy swojego rozmówcy! Poszło o Szekspira. No tak, żaden Anglik nie zdzierży, gdy mu się bezcześci świętość narodową.
"Melrose, który uważał wybuchy złości za coś nie tylko emocjonalnie wyczerpującego, ale także niegodnego dżentelmena, rzadko sobie na nie pozwalał. Teraz jednak trzasnął laską o stół, na co Harvey podskoczył wraz ze swoim komputerem.
- Za dużo sobie pozwalasz! - zawołał. - Przecież to chyba jeden z najpiękniejszych sonetów*, jakie kiedykolwiek powstały".[1]
A zbrodnia? Iście angielska, w stylu Kuby Rozpruwacza. Ofiary giną, gdy krew z podciętego gardła zalewa im całe ciało, dodatkowo jeszcze pocięte brzytwą przez mordercę. Straszne. Okropne. Przerażające. Hekatomba.
Giną członkowie amerykańskiej wycieczki. Przy każdym ciele policjanci znajdują fragment wiersza. A Jury'ego ogarnia zgroza, bo nie wie, jak długi jest ten wiersz i ilu jeszcze ludzi zginie.
Tak. Próbowałam wytypować mordercę, mając na uwadze trzy najbardziej typowe motywy zbrodni (pieniądze, zemsta i miłość), ale za dobrze się zamaskował. Jury jest zdecydowanie lepszy w te klocki.
Jak dwa meteory przewijają się przez powieść kobiece postacie, znane mi już z poprzednich części cyklu. To Jenny Kennington, do której wzdychał Jury:
"Jury zaciągnął się papierosem. smakując jej usta niczym ulotne wspomnienie, po czym go oddal [....] Wpatrywała się w jakiś punkt w powietrzu ponad jego ramieniem.[...] Spróbował się uśmiechnąć, ale nie za bardzo mu to wyszło".[2]Oraz Vivian Rivington, co do której nie jestem pewna, kto do niej wzdychał, ale chyba Melrose Plant. Chociaż...
"Ależ oczywiście, Vivian na pewno pamięta Richarda Jury'ego, a Jury, co znacznie ważniejsze, na pewno pamięta ją. Melrose nie miał wątpliwości, że niegdysiejsze zainteresowanie Jury'ego było więcej niż profesjonalne. Teraz jednak wyglądało na to, że gdzieś za kulisami egzystuje ta Kennington..."[3].Uwielbiam Marthę Grimes i jej powieści.
![Pod Zawianym Kaczorem [Martha Grimes] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
---
[1] "Pod Zawianym Kaczorem" Martha Grimes, przełożyła Anna Jarzębowska, WAB, Warszawa 2010, s. 204
[2] Tamże, s. 161
[3] Tamże, s. 127
* - sonet 87
poniedziałek, 21 lipca 2014
"Pomnik" Lloyd Biggle, Jr - bierzcie i czytajcie zaprawdę powiadam wam
Fprefekt mi polecił "Pomnik", po przeczytaniu udałam się na jego bloga, żeby podziękować za polecankę, a tam okazało się, że minął rok od tamtego zapisu! Za dużo! Jeśli macie zamiar przeczytać tę powieść, nie zwlekajcie tak długo! Bierzcie i czytajcie, natychmiast, powiadam wam, bo zaprawdę warto.
"Pomnik" to historia Langri, planety przepięknej, z cudownymi krajobrazami, błękitno-szmaragdowym morzem, plażami z białego piasku, z klimatem idealnym dla człowieka. Na planetę dawno temu trafili ludzie.
"Człowiek był istotą obcą w tym świecie; tubylcy musieli być potomkami członków jakiejś zaginionej ekspedycji kosmicznej lub zapomnianej grupy kolonizatorów, która zabłądziła tu setki lat temu. Poza mięsem kolufa - i to po długotrwałej obróbce - oraz kilkoma gatunkami korzeni i jagód, fauna i flora tej planety była śmiertelnie trująca dla człowieka. Na szczęście człowiek był równie trujący dla tamtejszych zwierząt". [1]Ha, no proszę, echa niedawno przeczytanej lektury się odzywają: planeta, mimowolni osadnicy, przetrwanie. Lubię takie echa. No, ale akurat ta kwestia nie jest głównym tematem powieści. Na planetę trafia przypadkowo Cerne Obrien (skłaniałabym się bardziej ku pisowni O'Brian ze względu na płomiennorude włosy) - żaden tam zdobywca kosmosu, odkrywca czy badacz. Zwykły mechanik, który próbuje sobie dorobić, kręcąc się tu i tam w przestrzeni, aż wreszcie awaryjne lądowanie zmusza go do zatrzymania się w jednym miejscu.
Obrien z konieczności urządza się jak tylko umie najlepiej i dożywa późnej starości w otoczeniu licznej rodziny i sąsiadów. Już, już prawie ma odejść do domu wiecznej szczęśliwości, gdy zdaje sobie sprawę, że Langri jest łakomym kąskiem dla branży turystycznej. Jeśli ludzie ponownie na nią trafią, to ją zadepczą w swym nieopanowanym pragnieniu zadeptywania wszystkiego, co piękne i czyste. Wymyślił więc Plan. Plan przez duże "P" - i zaiste, wart jest wielkiej litery. Dzięki niemu bowiem tubylcy będą mogli zachować planetę tylko dla siebie, co wcale nie jest ksenofobicznym kaprysem, a koniecznością. Plan wymaga czasu, mnóstwa pracy i dyscypliny od mieszkańców Langri. Cała "wojna" będzie się bowiem toczyć w cywilizowany sposób, czyli na sali sądowej, co dla niepiśmiennych ludzi może okazać się nieco trudne.
Sala sądowa mnie zachwyciła.
"Sekretarz Wyland włączył komputer; Jarnes pochylił się w napięciu, trzymając na konsoli ręce gotowe do działania, i czekał na pierwsze dowody Khorwissa.Jakże to różne od sytuacji, gdy Hamilton Burger z wściekłością wykrzykuje "zgłaszam sprzeciw!" w odpowiedzi na pytanie Perry'ego Masona do świadka.
Z towarzyszeniem ostrego dźwięku "ping" pojawiły się one w formie symboli u góry lewego ekranu - ekranu powoda. Jarnes popatrzył na nie i z żalem sięgnął do swych nielicznych dysków z dowodami. Zabrzmiało jeszcze jedno "ping" i teraz jego dowody ukazały się w formie symboli u góry ekranu z prawej strony. Trzecie "ping" nastąpiło prawie natychmiast i symbole zniknęły z obu ekranów - komputer uznał je za równoważne".
Uśmiechnęłam się na widok fragmentu:
"Protz krążył po sterowni i wesoło pogwizdywał, zręcznie przeliczając dane na suwaku logarytmicznym. Technicy ledwie nadążali ze sprawdzaniem jego obliczeń na komputerach".Takie to lemowe w wyrazie, rodem z pilota Pirxa.
Natomiast ten mnie zirytował:
" - A czego pan ich uczy?Wyśmiewać się z tego, że ktoś uczy innych? Fuj. Pogardy godne. Ale czy nie tak właśnie zachowuje się biały człowiek wobec choćby Aborygenów całkiem jeszcze niedawno?
- Czytania i pisania.
Zdziwiona patrzyła na niego przez chwilę, a potem wybuchnęła śmiechem.
- Po co? Do czego im to będzie potrzebne, jak już się nauczą?
- Kto wie? To bardzo inteligentne dzieci. Może kiedyś na Langri stworzą swoją własną, wielką literaturę?"
Cudowna książka, czytelnikowi nie jest dane pojąć w pełni istoty Planu aż do samego końca. Palce obgryzałam ze zniecierpliwienia!
Sami się przekonajcie.
"Pomnik" Lloyd Biggle Jr, przełożył Marek Cegieła, "Alfa" 1986
Subskrybuj:
Posty (Atom)