Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1/6. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 czerwca 2017

"Kaligrafia artystyczna. Ćwiczenia w piśmie ozdobnym i w stylu retro"


Skusiłam się zachęcona szumnym tytułem "Kaligrafia artystyczna". Zdjęcie na okładce też zachęcało: stalówka w obsadce, zamaszysty podpis na starym dokumencie.
Notka z tyłu okładki głosi:
"Publikacja została przygotowana z myślą o tych, którzy poszukują materiałów do ćwiczenia się w sztuce kaligrafii artystycznej. Dzięki zawartym w książce przykładom użycia pisma w stylu retro czytelnik ma szansę nie tylko  przyjrzeć się kształtowi ozdobnych liter, ale także samodzielnie poćwiczyć ich wykonanie. Ułatwia to układ publikacji - prezentacji każdej litery alfabetu (małej i wielkiej) towarzyszy liniatura, w której można doskonalić umiejętność prowadzenia ręki, a przykłady znanych formuł i imion napisanych w stylistyce retro umożliwią stworzenie własnych, niepowtarzalnych zaproszeń, życzeń świątecznych i innych kartek okolicznościowych."

piątek, 26 września 2014

"Kraina Mroku" Henry Kuttner - pod żadnym pozorem nie sięgać!!!


Ależ paskudnie zwiódł mnie autor! Sięgnęłam po to na kiermaszu w Chorzowie, bo nazwisko mnie skusiło, choć tytuł z kolei odpychał - miałam kiedyś w ręku "Krainy Podmroku", paskudztwo. Ryzyk fizyk, wzięłam, nieduże w końcu.

To był błąd, książka jest zła, paskudna i do bani.

Kraina Mroku to miejsce, gdzie trafia znienacka bohater powieści, Edward. Szybko się jednak okazuje, że to nie on, a jego sobowtór, lord Ganelon. Tym facetom osobowości się zmieszały, tak jak i pamięć. Ganelon/Edward organizuje rebelię, właściwie organizowaną już wcześniej przez Edwarda/Ganelona, do tego musi przed rebeliantami ukrywać, że jest Ganelonem, a przed lordami wręcz przeciwnie.

Przy okazji autor dywaguje na temat przenikania światów, mutacji, czarów, potworów i tym podobnych pierdół - dywagacje są płaskie, głupie i zęby od nich bolą.

Niech mi się nikt nie waży po to sięgać, czysta strata czasu, ja straciłam, wy już nie musicie. Na szczęście to cieniutkie.

"Kraina Mroku" Henry Kuttner, przekład Stefania Szczurkowska, Arax 1990. Okładkę cudownej piękności projektował Robert Kruszewski.

niedziela, 8 września 2013

"Zagłada domu Usherów" Edgar Allan Poe - nie dla mnie te frykasy


Litości, litości, po trzykroć litości. Myślałam sobie, że wstyd nie znać niczego autorstwa tego słynnego pisarza, więc sięgnęłam po "Zagładę domu Usherów". Niestety, doczytałam z trudem opowieść o tym, jak do Rodericka Ushera przyjeżdża jego przyjaciel z dzieciństwa.

Usher jest bliski szaleństwa, a co najmniej rozstroju nerwowego; jego siostra, lady Magdalena, stoi nad grobem, dom ich jest posępny jak czarna noc listopadowa, a przyjaciel przygląda się temu wszystkiemu w osłupieniu i ze zgrozą w oku. Dalej jest jeszcze gorzej. Trupy, wichury, złowrogie krypty, straszliwe wycia, dreszcze, chorobliwe uśmiechy, niewytłumaczony i nieznośny strach - od tego wszystkiego aż się roi na kartach opowieści. Brr.

Całkiem i zupełnie nie dla mnie, rzekłam. No, ale przynajmniej nie mogę już powiedzieć, że Poego nie znam.

P.S. A ta wesolutka, kolorowa okładeczka to niezły żarcik, hehe. 

Zagłada domu Usherów [Edgar Allan Poe]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 16 lutego 2013

"Bezpowrotnie utracona leworęczność" Jerzy Pilch - eeeee, nie do czytania



Doczytałam do strony 42 i przysięgam, że kompletnie nie wiem, o czym czytałam.

Poza tym te kilkadziesiąt stron czytałam na raty, z trudem i bez przyjemności. Dlaczego? Przecież Pilch nie pisze jakoś odstręczająco czy dziwacznie. Ładne, okrągłe zdania, może nawet zbyt okrągłe:
"Czarniawy kanalarz wyjątkowo nikczemnego wzrostu śpi kamiennym snem na stojącym pod dyżurką łóżku, lucyferycznie smolisty zarost, monarchicznie zmierzwiona czupryna i imperialne zaniedbanie cielesne pozwalają na domysł, iż być może nie jest to zwykły szeregowy kanalarz, może to jest ktoś znaczny, ktoś wysoko w kanalarskiej hierarchii stojący, może nawet jest to - kto wie - sam król kanalarzy".*

Omatkozcórkąisynem. Pilch upaja się formą, rozmienia na drobne w gąszczu słów, a czytelnikowi, czyli mnie, nic w głowie nie zostaje.

Niech Pilch pisze na zdrowie, ja na szczęście nie muszę tego czytać.

P.S. Cytat z "Babuni" Deghelta:
"Dostrzegała, że niektórzy, celebrując swoje pisanie, nie zauważyli, że ich historie nikną za zimnym pięknem starannego, lecz pozbawionego duszy języka". 
 He he.
Bezpowrotnie utracona leworęczność [Jerzy Pilch]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
* - "Bezpowrotnie utracona leworęczność" Jerzy Pilch, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, s.14

niedziela, 5 lutego 2012

"Krainy Podmroku" antologia - wyjątkowo paskudna


Uwaga, poniższy tekst będzie mało obiektywny, bom się zezłościła na tę książkę okrutnie. Ale od początku. Seria Forgotten Realms nie jest mi nieznana, bo czytałam już co nieco autorstwa Salvatore'a i nie wspominam tego źle. Ot, fantasy, odprężające, nie za skomplikowane.
Toteż na spotkaniu biblionetkowym z chęcią przygarnęłam do poczytania "Krainy Podmroku", bo nieczytanego fantasy mam w domu mało, a czasem się musi, no musi, no!

Nadszedł czas, że musiałam, sięgnęłam więc, otworzyłam i zaczęłam czytać. Z zainteresowaniem przeczytałam opowiadanie pt "Przedmowa: W wydawnictwie" autorstwa Briana M. Thomsena, bo tematyka wydawnictw, literatury, książek w fantasy jest raczej rzadko poruszana. No ale to taka przystaweczka była, ledwo parę stron, na zaostrzenie apetytu.
Następnie wzięłam się za "Ognie Narbondel" (autor Mark Anthony). Czytam, czytam, czyyytaaam... z coraz większym niesmakiem, obrzydzeniem, aż wreszcie zamknęłam książkę i odsunęłam od siebie. Brr. Doczytałam do 68 strony i więcej nie chcę. Brzydki świat, brzydcy bohaterowie, niskie pobudki czynów, no wiem, wiem, patrząc na nazwę krain można by rzec: "no i czego się spodziewałaś, aniołków czy elfów?".

Eksperyment nawet zrobię mały. Otworzę sobie losowo i wypiszę słowa o kontekście/wydźwięku  pozytywnym i negatywnym, zobaczę, jak to wyjdzie.
Pozytywne: odpoczniemy, rozjaśniało, odwagę.
Negatywne: zbrodniarzy,  okrutne, przerażenia, bólu, zaskrzeczała, potwornej, wściekłości, rozedrzeć, kopnął, łamiąc.

Wyrazy tylko i wyłącznie ze strony 54. Statystyka mnie poparła, no proszę.

Oceniam na jeden z pełną odpowiedzialnością, chociaż nie doczytałam, nie polecam, nie czytajcie, paskudne, ble. I dużo pająków.

"Krainy Podmroku" pod redakcją J. Roberta Kinga, seria Forgotten Realms, wyd. ISA, Warszawa, 1999.

niedziela, 9 października 2011

"Gwałt" Joanna Chmielewska (gwałtu rety, uciekać)


Mam jakąś okropną passę na złe książki, co sięgnę, to gorsze bagno i metr mułu.
Właściwie to sama jestem sobie winna, bo wiedziałam, że dobrze nie będzie - naczytałam się recenzji na blogach do upadłego, mogłam nie sięgać. Ale sięgnęłam, bo mama mi ją przywiozła do przeczytania (ona też jest fanką Chmielewskiej), no a jak przywiozła, to jak tu odmówić mamie? Sprawiedliwie przyznam, że i ona lojalnie mnie ostrzegła, że niestety, książka do bani, ale trudno, kupione, przepadło.

O czym jest ta książka? O procesie sądowym, o wątpliwym gwałcie, o jakichś niejasnych politycznych kombinacjach, o przedziwnym romansie pani dziennikarz z panem prokuratorem, o obiadkach i kolacyjkach w ściśle intelektualnym gronie i o innych banialukach. Sensu w tym wszystkim tyle, co kot napłakał (swoją drogą, mój nigdy nie płakał).

Książka zaś długie dni leżała na pralce w świątyni dumania, czytałam po dwie strony i odkładałam, znudzona jak nie wiem co. Co gorsze, dopóki leżała zaczęta, nie miałam też ochoty zaczynać niczego innego i zastój mi się kompletny zrobił. Bo też i nie miałam za bardzo po co sięgać na półkę, z rozpaczy wzięłam "Markizę Angelikę" (pamięta ktoś serial?) i to też takie se, że o matko kochana (o czym będzie w następnym odcinku). Urok jakiś?

"Gwałt" Joanna Chmielewska, Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011.

Gwałt [Joanna Chmielewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 8 września 2011

"W 80 dni dookoła świata" Michael Palin (hm, straszliwe nudy)


Na okładce sprytnie wkomponowano napis "Bestseller członka grupy Monty Pythona". Uwielbiam takie "zachęcające" wzmianki, żeby broń Boże nikt nie przeoczył, że to bestseller, czyli taka super, znakomita, fantastyczna, sławna książka. I że napisał ją słynny, znakomity, inteligentny i dowcipny facet.

Książka jest zapisem podróży, którą odbył Michael Palin śladami Fileasa Fogga dookoła świata. W 80 dni oczywiście. Na ten wspaniały pomysł wpadła telewizja BBC, dorzuciła Palinowi ekipę zdjęciową i posłała w drogę.
Czytam i czytam, o przygotowaniach, pakowaniu się, pociągach, biletach, statkach... i to wszystko jest tak przeraźliwie nudne, że kompletnie mnie nie zainteresowało. Przypomina trochę album z pstrykami z wakacji. Pstryk na lewo, pstryk na prawo, żadnej spójnej, ciekawej opowieści do tego...
Obejrzałam zdjęcia zamieszczone w książce, doczytałam z trudem do 65 strony i odłożyłam, szkoda czasu.

"W 80 dni dookoła świata" Michael Palin, tłum. Roman Palewicz, wyd. Insignis Media, Kraków 2010.

środa, 6 października 2010

"Życie - instrukcja obsługi" Georges Perec

Chaos mam w myślach, gdy widzę ten tytuł, toteż będzie w punktach celem uporządkowania chaosu.

1. "Życie - instrukcja obsługi" Pereca uchodzi za książkę kultową. Do tego to nie tylko literatura, lecz i liberatura, albowiem nie samą treścią człowiek żyje, ale i formą też. Amen.

2. Autor bierze na tapetę paryską kamienicę i leci równo po mieszkaniach ruchem konika szachowego (chyba, nie sprawdzałam) po kolei je opisując. Drobiazgowo, bardzo dokładnie, nie pomijając niczego. Podobnie czyni z lokatorami, od deski do deski.

3. Podobno ważna jest długość rodziałów, ilość stron, zaszyte w książce proporcje czy też wzory matematyczne, cuda niewidy, nie wiem, ratunku, książka jest do czytania, a nie do mierzenia.

4. Przeczytałam dwieście stron z blisko siedmiuset i stwierdzam, że to jest nudne, po prostu nudne. Nie mam zamiaru czytać dalej i książkę oddałam. Jazda z mikroskopem po mieszkaniach nie zastąpi akcji.

5. Ocena: no właśnie nie wiem. Skoro książka nie potrafiła mnie zachęcić do przeczytania jej w całości, to jest po prostu beznadziejna. Czyli: 1/6.

niedziela, 3 października 2010

"Rzeczy ulotne" Neil Gaiman

Gaiman to całkiem niezłe nazwisko, z przyjemnością więc pożyczyłam do przeczytania tom opowiadań "Rzeczy ulotne: Cuda i zmyślenia".

W dość obszernym wstępie autor pisze o każdym opowiadaniu z osobna, skąd się wziął pomysł na nie, jakie były okoliczności powstania i tym podobne. Czasem jest to kilka zdań, czasem dwie strony, różnie. Przyznaję się, nie doczytałam wstępu do końca, pomyślawszy sobie, że sensowniej będzie czytać opis konkretnego opowiadania tuż przed jego lekturą. Potem pomyślałam, że najsensowniej byłoby umieścić te opisy przed opowiadanami (spotkałam się z takim zabiegiem w jakiejś antologii). Potem potrząsnełam głową i zabrałam się za czytanie.

Doczytałam do dwusetnej strony (z ponad 340), ponownie potrząsnęłam głową i zdecydowanie zamknęłam i odłożyłam książkę. Nie dam rady więcej. Żadne, ale to kompletnie żadne opowiadanie nie zapisało się w mojej pamięci, nie przykuło mojej uwagi, nie zainteresowało mnie niczym. Nuda. Nawet nie mam o czym pisać notki, no.

Ocena: 1/6.
Rzeczy ulotne. Cuda i zmyślenia [Neil Gaiman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 6 marca 2010

"Imprimatur" Rita Monaldi, Francesco Sorti

Skończyłam czytać na stronie 247, cała książka ma stron 536. Jak widać, dobrnęłam mniej więcej do połowy. Wkleiłam tylko jedną karteczkę-zakładeczkę, bo nie znałam słowa sekwestrować ( dla ciekawych: sekwestracja 1. «zajęcie majątku, ruchomości na rzecz państwa») w zdaniu o sekwestrowaniu gorsetów i bluzek przez straż papieską, gdy były zbyt wydekoltowane.

Generalnie czytanie szło mi jak po grudzie, czytałam po kilka stron, odkładałam, brałam się za inną książkę, kończyłam, więc wracałam do "Imprimatur", znów kilka stron...
Opowieść o posługaczu w gospodzie, który znienacka stał się detektywem od siedmiu boleści i kucharzem od boleści czternastu, kompletnie nie potrafiła mnie zainteresować. Już nawet nie chodzi o ten cynamon, tylko o to, że książka była zwyczajnie, śmiertelnie, beznadziejnie nudna. Co z jednej strony nie zdziwiło mnie aż tak bardzo, bo Bazyl pisał o niej i był na nie, a z drugiej strony zdziwiło odrobinę, bo "Wątpliwości Salaiego" tych samych autorów zachwyciło mnie i rozbawiło niepomiernie.

Toteż dziś podjęłam męską decyzję, odszukałam pudełko, w którym przyszły książki, cały cykl, a więc "Imprimatur", "Secretum" i "Veritas", zdecydowanym ruchem włożyłam do pudełka, zamknęłam, zakleiłam, zaadresowałam i wręczyłam mojej drugiej połowie, by zaniósł na pocztę.
Zaniósł. Przepadło, nie przeczytam.

Ocena: pierwszego tomu 1/6 (przemęczyłam się tyle, że oceniam), reszty: nie jestem zainteresowana.

czwartek, 19 listopada 2009

"Julia" Peter Straub


Dałam tej książce biblionetkową jedynkę po przeczytaniu, czyli "beznadziejna". Po pierwsze dlatego, że to jest horror, ja wiem, może i jestem trochę uprzedzona do horrorów, może ich nie lubię... ale jestem pewna, że dobry horror potrafiłabym docenić! A po drugie za całokształt. Julia jest o kobiecie, która po utracie dziecka odchodzi od męża, kupuje wielki dom i próbuje w nim mieszkać. Wybitnie niestabilna emocjonalnie, znosi z pokorą wybryki męża, potem ducha brykającego w jej domu. Nie wiadomo dlaczego, uznaje, że zgłębienie historii domostwa w jakiś sposób przyniesie jej ukojenie. Zaplątana w dziwne układy pomiędzy mężem, jego siostrą i przyrodnim bratem miota się bez ładu i składu przez blisko trzysta stron powieści, walcząc z duchem, złośliwie gorącymi grzejnikami i lustrami. Nie wiadomo, o co chodzi tak naprawdę w tej książce. A wiadomo, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. No i nie wybaczę autorowi, że każe bohaterce szukać suchych miejsc na sukience, której kawałek namaczał się w umywalce do prania przez cały dzień.

niedziela, 11 października 2009

"Zew Cthulhu" H. P. Lovecraft


Ze smutkiem pragnę napisać, że do nielicznych książek, których mimo chęci nie dałam rady przeczytać, nalezy też wyżej wymieniona.
Ze smutkiem, bo nie lubię zostawiać niedoczytanych książek. Ale nie dałam rady, niestety. Budowanie nastroju grozy(?), okropności (?) i ogólnie czarnego nastroju za pomocą określeń "odrażająco brzydka", "cuchnące i straszne miasto", "wynaturzone osobliwości" i inne tego typu wydaje mi się mało subtelne i generalnie do bani. A już zdanie: "Na widok nieskończenie długich ulic świecących obłędną pustką i śmiercią i na myśl o ciągnących się bezkreśnie, spowitych mrokiem mieszkaniach, które wypełniały tylko pajęczyny i wspomnienia i nad którymi zawładnęło teraz robactwo, ogarniał człowieka lęk i odraza, i chyba nawet najwymyślniejsza filozofia nie byłaby w stanie się im oprzeć." rozłożyło mnie na łopatki. I poległam. Na 124 stronie, więcej nie będzie.

Jest ktoś, kto to przeczytał i mu się podobało, bądź znalazł w tym coś ciekawego i interesującego?

(?) - znaki zapytania, bo ani w tym grozy, ani okropności nie było.

czwartek, 30 lipca 2009

"Balsam dla duszy miłośnika kotów"


Wyprawa do Empiku w poszukiwaniu „PiTa” Bieruta zaczęła się od tego, że nauczona doświadczeniem podreptałam od razu do punktu informacyjnego, żeby o to zapytać. Pusto. Rozejrzałam się i po chwili bystrym oczkiem wyłowiłam osobę, która wyglądała na przynależną do obsługi, no i miałam rację, tyle że na pytanie o książkę pan zrobił dziwną, nieobecną minę. Aha, ochroniarz. Uprzejmy pan ochroniarz zaoferował się podprowadzić mnie do punktu informacyjnego, wcześniej zeksplorowanego przeze mnie. Dalej nikogo tam nie było. Im bardziej zaglądaliśmy za ladę, tym bardziej nikogo tam nie było. Uprzejmy pan ochroniarz chcąc się wykazać zaciągnął mnie do drugiego punktu informacyjnego, tam za ladą była miła pani, która sprawdzała coś w komputerze dla drugiej miłej pani stojącej przed ladą. Stanęłam za drugą miłą panią i czekam. Uprzejmy pan ochroniarz czekał również, widocznie chciał mieć pewność, że zostanę należycie obsłużona. Czekam. Po dwóch minutach zerknęłam na ochroniarza, on na mnie. Uśmiecham się, on również. Czekam. Po pięciu minutach (miła pani za ladą wciąż coś sprawdzała) znów zerknęłam – ochroniarz twardo czekał razem ze mną, ale uśmiechy oboje mieliśmy już takie jakieś niepewne. Po siedmiu minutach zlitowałam się nad ochroniarzem, który jakoś twardo postawił sobie za punkt honoru czekać na godziwe obsłużenie hipotetycznej klientki i zwolniłam go z posterunku, mówiąc, że ja sobie pójdę do kasy, tam też mają komputery. Uśmiechnął się z wyraźną ulgą.
Jak było do przewidzenia, komputer w kasie wypluł z siebie bezduszną informację, że „PiTa” nie ma i w ogóle, więc na pocieszenie postanowiłam kupić sobie inną książkę. No dobrze, dział „Nowości”, co tam mają? A! „Dzieci Hurina”! Śliczne wydanie, przekartkowałam, biorę. Ale może by coś jeszcze? Dział „Fantastyka”, co my tu mamy?... Mnóstwo mamy, szybko, brać coś i uciekać, bo majątek stracę, no już, już, Grzędowicz, „Księga jesiennych demonów”, łapię z półki i zmykam, no ale nie dość szybko, bo jeszcze do oczu przykleiła się antologia „Czarnoksiężnicy z krainy osobliwości”, pratchettowa okładka jest wrednym chwytem poniżej pasa, no nieważne, to się okaże później, idę dalej, mimochodem zupełnie ściągam z półki Fforde’a, bo zgubiłam poprzednie egzemplarze. I jakaś kocia mordka na mnie patrzy z okładki, ojej, jaka śliczna. Biorę!
No i okazało się, że to zbiór nawet nie opowiadań, a stronicowych historyjek, pisanych przez posiadaczy kotów, jakie to są śliczne, słodkie, kochane, a czasem nieznośne, a czasem bohaterskie, a czasem takie, siakie i owakie i w ogóle. Sierść mają i łapy, przeważnie cztery; ogon, czasem nie; mruczą, przeważnie śpią na głowie opowiadaczy, no i tyle. Słodki bełkot dla naiwnych.
Stanowczo nie polecam.
Tych „Balsamów” jest więcej, dla psów, dla nastolatków, dla matki i córki, dla kobiety. Będę się starannie wystrzegać i wam też radzę.
ps. Jak już płaciłam (o zgrozo, ten debet) za książki, to miła pani za ladą dalej sprawdzała coś w komputerku dla miłej pani przed ladą.

poniedziałek, 13 lipca 2009

"Kościarz" Luke Rhinehart


Ten tytuł wykluł mi się z polecanek typu "znajomy znajomemu mówił, że fajne". To historia lekarza psychiatry, który odkrywa, że kości, takie zwykłe, do gry, mogą kierować jego życiem. Kostka ma sześć ścianek, toteż bohater siada, wymyśla sobie sześć różnych działań, jakie ma podjąć, rzuca kostką i spełnia życzenie kości. Prosty i urzekający pomysł - przerzucić odpowiedzialność za wszelkie podejmowane decyzje na bezduszną kostkę z plastiku, a samemu cieszyć się (lub martwić) konsekwencjami tych decyzji. Tylko że z całkiem niezłego pomysłu wyszła lipa. Moim zdaniem, oczywiście. Dlaczego? Gdyż bohater z jakimś niezrozumiałym zadowoleniem rozwala sobie skutecznie życie. Swojej rodzinie również. Przyjaciołom, pacjentom. Wszystko w imię wyższej konieczności, czyli rzutu małymi sześcianami. Coraz więcej zależy od kości, a coraz mniej od niego - a Luke się z tego cieszy, bo odkrywa "doskonalszą formę świadomości" - niezależną od ludzkich pragnień i popędów. Niezależną? To czemu nader często w opcjach, które daje kościom do wyboru, umieszcza czysto ludzkie, przyziemne seksualne pragnienia? Gwałty, trójkąty, czworokąty, orgie, orgietki. Przewija się też motyw zabójstwa...
Kości stają się bogiem, Bogiem Przypadku, a bohater modli się do nich, czci i wielbi. I próbuje do swojej gry wciągnąć też czytelników. Nieudolnie: "Na szczęście jestem pełen wiary, że kości dokonają dobrego wyboru wydarzeń, a jeśli nie, znudzony czytelnik zawsze może potoczyć kości i pozwolić im wskazać inną książkę na tę noc"(1).
Na początku powieści czytamy: "Moją pasją, zarówno jako psychiatry, jak i kościarza, było zmienianie ludzkiej osobowości. Mojej własnej. Innych. Każdego. Dawać ludziom poczucie godności, radość i szczęście. Przywrócić życiu tę samą świeżość przeżyć, jakiej doświadczamy, kiedy nasze bose stopy zetkną się z ziemią o świcie i widzimy jak promienie słońca przebijają się przez korony górskich drzew niby błyskawica; kiedy dziewczyna podaje nam usta do pocałunku; kiedy pomysł nagle, z pełnym impetem wpada nam do głowy, zmieniając w mgnieniu oka porządek całego świata"(2).
No to mu się nie udało. Piękne zdanie, założenie też szczytne, ale wykonanie nie wypaliło. Nie czytać.
---
(1) Luke Rhinehart, "Kościarz", tłum. Dorota Gałczyńska, wyd. EM, 1997, s. 362
(2) Tamże, s. 14

piątek, 26 czerwca 2009

"Zwał" Sławomir Shuty


Hm, mam wrażenie, że od kiedy nastała epoka blogów internetowych, pisanie "na kolanie" stało się bardzo popularne, na czasie i trendy. Na kolanie, czyli myśli prosto z głowy, taki ekshibicjonizm duchowy na brudno.
Dobrze, że umiem czytać szybko, nawet bardzo szybko, prześlizgiwałam się wzrokiem po bagnach i odmętach wnętrza (chyba) autora i czułam wstręt. Dołujące, paskudne pisarstwo, upstrzone przerywnikami, czyli wyrazami powszechnie uważanymi za obelżywe. Nie lubię tego, a nowocześni twórcy chyba uważają to za akt wielkiej odwagi czy nieliczenia się z konwenansami. Ja uważam, że to pójście na łatwiznę.
Generalnie - nie polecam.

Zwał [Sławomir Shuty]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE