piątek, 27 maja 2011

"Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley (monumentalna powieść)


Legendę o królu Arturze chyba wszyscy* znają. Był sobie król Artur, ożenił się z Ginewrą, która wpadła w oko Lancelotowi. Artur został królem, bo udało mu się wyciągnąć ze skały miecz Excalibur. Zgromadził on wokół siebie gromadę rycerzy (Rycerze Okrągłego Stołu), razem wyruszyli szukać Świętego Graala. W legendzie pojawia się też czarodziej Merlin i czarodziejka Morgana, a także Mordred.

* Zrobiłam mały test i zapytałam męża, co wie o Merlinie.
- Dość ciężki assembler na Commodore, jakoś nigdy nie umiałem się go nauczyć.
- A Morgana?
- Zła kobieta.
- A Mordred?
- Nie znam, ale to imię też mi niezbyt pozytywnie brzmi.

Hm, czyli jednak legendę wszyscy znają, ale niektórzy w bardzo ogólnych zarysach. Ja, na szczęście, po przeczytaniu "Mgieł Avalonu" jestem już mądrzejsza i wiem bardzo dużo o Arturze i przyległościach. Poznałam bowiem dogłębnie losy Artura, jego żony, siostry, syna, matki, rycerzy, jak również jednego i drugiego Merlina oraz Avalonu.

Avalon z tego wszystkiego jest zdecydowanie najciekawszy. To święte miejsce, siedziba kapłanek Avalonu i Druidów, gdzie moc Bogini, prastarej siły życiowej, jest wręcz namacalna. Avalon leży na wyspie, w świecie nieco przesuniętym w prawo i w bok - tylko tak można go zobaczyć, gdy patrzy się prosto, widzi się tylko Glastonbury z klasztorem. Patrzenie z ukosa mają opanowane kapłanki Bogini, poczynając od głównej, Viviany, Pani Avalonu. To ona wymyśliła to wszystko, o czym czytałam (oczywiście zaraz po autorce), całą intrygę dotyczącą władzy, wojen, panowania, rządzenia, dziedziczenia i oczywiście Brytanii.
Intryga jest piętrowa, wielopokoleniowa, doprawiona i podlana sosem, hm, magii?... No właściwie magii, choć same kapłanki Avalonu uważają, że magia to naturalne siły drzemiące w naturze, w sile umysłu, w medytacji - joga, zen, modlitwa - jak to zwał, tak zwał.

Dla Viviany najważniejsza jest Brytania, a zaraz potem Avalon i Bogini - dlatego wpływa na losy Igriany, by miała z Utherem Pendragonem syna Artura. A gdy Artur dorasta i sam zostaje władcą, Pani Avalonu wiąże go przysięgą i Excaliburem, by zawsze był wierny i Brytanii i prastarej Bogini. Nic jednak nie stoi w miejscu, chrześcijaństwo wdziera się potężną falą na ziemie Pendragona i bierze je powoli w duchowe władanie. Przy czym uderzyło mnie, że autorka przedstawia księży, zakonników, biskupów nader niekorzystnie - wszyscy przypominają fanatycznych, zaślepionych literą (literą, nie duchem!) Pisma faryzeuszy. Właściwie nawet to rozumiem. Cała opowieść snuta jest przez Morgianę - kapłankę Avalonu, nic więc dziwnego, że wiara w jednego Boga była jej obca, bała się jej i nienawidziła jej wyznawców.

To świetna opowieść, gdzie kobiety grają pierwsze skrzypce. O Vivianie już wspominałam, Morgiana jest ciekawą postacią o złożonej osobowości (nie zawsze się z nią zgadzałam, ale prawie zawsze byłam w stanie ją zrozumieć); Gwenifer, czyli Ginewra, żona Artura, narysowana jest mocną, wyrazistą kreską (och, jak mnie ona czasem denerwowała, a za chwilę było mi jej żal, biedna kobieta); ach, przecież jeszcze Igriana! Matka Morgiany i Artura - piękna, rudowłosa, zakochana bez pamięci w swoim drugim mężu. Jeszcze Morgause, siostra Igriany, żądna życia, żądna władzy, pełnokrwista, żywotna osoba. Nimue - córka Lancelota i Elaine - wychowana w Avalonie jako kapłanka, a tak naprawdę hodowana jak zwierzę na rzeź, ma wypełnić jedno jedyne zadanie, jak kamikadze. Wspaniała galeria.
Na tym tle panowie wypadają trochę blado. Artur i Lancelot grają główne skrzypce, reszta stawki jest daleko za nimi...

Dobrze, już się nie rozpisuję, bo ręka boli, a ja bym tak jeszcze mogła długo. Dość rzec, że rzecz cała (ha, wymowa tych pięciu poprzednich wyrazów na głos wymaga starannej dykcji, prawda?) jest monumentalna, wspaniała, płynna, dobrze napisana. Tylko ciut za długa, o jakieś trzysta stron (całość ma tysiąc trzysta).

Nie obyło się bez karteczek-zakładeczek.
"Jak dalece dla młodego chłopca są realne debaty o Bogu w porównaniu z legendarnym mieczem, dzięki któremu może przewodzić nad swym ludem i dokonać wielkich czynów?"[1] - otóż mniej więcej tak samo, jeśli chodzi o chrześcijanina.
"[...] że nie ma Bogów ani Bogiń, że to tylko kształty, które przerażona ludzkość nadaje temu, czego nie potrafi pojąć rozumem".[2]
"Bóg jest Bogiem, jakkolwiek go nazywasz, i jest zawsze dobry. Myślę, że to jest właśnie grzech, wierzyć, że Bóg może być okrutny i mściwy, a ty myślisz o nim gorzej niż najgorszy z księży".[3]
Trochę mnie zagubił brak wzoru na stronie 904.
"[...] ujrzałam białe kamienie ułożone we wzór:"[4]
I nic.

Ach, muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o tym, jak to w weekend majowy spotkałam się z koleżanką, ja czytałam Bradley, a ona Cornwella. Jako że to jedna legenda, zaczęłyśmy wymieniać się wrażeniami: a tu Artur jest blondynem, a tu brunetem, a Ginewra to tu jest taka, a tu zupełnie inna, a już Morgana to w ogóle, a Lancelot, co powiesz o Lancelocie. Miałyśmy uciechę, a ja wpisałam Cornwella na listę "koniecznie do przeczytania".

---
[1] "Mgły Avalonu", Marion Zimmer Bradley, tłum. Dagmara Chojnacka, Zysk i S-ka 2010, s. 298
[2] Tamże, s. 613
[3] Tamże, s. 843
[4] Tamże, s. 904

9 komentarzy:

  1. I według mnie jest to świetna książka. A na dodatek tak napisana, że nie czuć tej obłędnej objętości ;) I te wielopiętrowe intrygi, te tuziny bohaterów, te kobiety (chciaż Gwenifer doprowadzała mnie tylko i wyłącznie do szału ;p). Z chęcią czytałabym więcej takich książek :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że Ci się podobała, ale dobrze radzę, nie czytaj Cornwella zaraz po "Mgłach", bo będziesz miała tylko mętlik w głowie, próbowałam;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezwykle zabawna i klimatyczna recenzja ;)Co prawda "Mgły Avalonu" od dawna są na mojej liście, ale jakoś nie miałam okazji ich dorwać ;D Jeśli chodzi o Cornwell'a, którego wpisałaś na listę, to również znajduje się na mojej arcy długiej ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja się przyznam, że swego czasu nie jej doczytałam. Dla mnie to była opowieść o kobietach przymuszanych do rzeczy, których nie chcą; za dużo tego było i ciężko to znosiłam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja również cieszę się, że ci przypadła do gustu :) Ja już się rozglądam za kolejnymi pozycjami tej autorki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mi koleżanka ma pożyczyć, więc już niedługo przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Widzę, że "Mgły.." wywarły na Tobie wrażenie:) Ja także lubię je bardzo. Ale ja w ogóle lubię wszystko co arturiańskie (no, może poza White'm i jego cyklem "Był sobie raz na zawsze król" - jak dla mnie zbyt ciężkostrawne).

    OdpowiedzUsuń
  8. ksiazkowo - obłędną objętość czuć przede wszystkim w rękach :)
    Eruano - jak na razie Cornwella po prostu nie mam, toteż nie grozi mi przesyt Arturem.
    Eireann - owszem, dużo tam tego, ale jakoś mnie nie odrzucało...
    grendello - ha, przejrzałam swoje oceny z biblionetki i okazało się, że czytałam tej pani jeszcze "Łowców z Czerwonego Księżyca" :)
    Gacku, tak sobie myślę, że o Arturze to jeszcze poczytam. Nośny temat!

    OdpowiedzUsuń
  9. Od jakiegoś czasu poluję na tę książkę, gdyż choćby z powodu samego wydania chce się ją mieć na półce. O Legendach Arturiańskich wiem tyle, ile sondowani przez Ciebie bliscy, Król Artur znany mi jest jedynie z lepszych lub gorszych ekranizacji i chyba najwyższa pora to zmienić.

    OdpowiedzUsuń