Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurt Vonnegut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurt Vonnegut. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 listopada 2009

"Galapagos" Kurt Vonnegut


Uprzedzam, będą spojlery!

Dzięki uprzejmości Koali (kolega) mam okazję delektować się pozycjami ww autora. I jak go kiedyś nie lubiłam Vonneguta, tak teraz definitywnie zmieniłam zdanie.

Galapagos - historia o tym, jak ludzkość powstała na nowo. Pisana z punktu widzenia ducha, który nie chce odejść w zaświaty, bo go interesuje, co stanie się z ludzkością. Nową.
Futrzastą, z płetwami zamiast rąk, łowiącą ryby w oceanie.
Powstałą, bo na statku, który osiadł na mieliźnie u brzegów wyspy, było kilkoro ludzi. Kapitan, który myślał, że może być nosicielem nieuleczalnej choroby, nauczycielka, ciężarna Japonka, niewidoma Amerykanka i sześć małych dziewczynek. Ciężarna Japonka miała córeczkę, która urodziła się pokryta delikatnym futerkiem, dziewczynki dorosły, a nauczycielka sprawiła, że kapitan (choć tego nie chciał) stał się ojcem ich dzieci. I tak stała się ludzkość.

piątek, 23 października 2009

"Trzęsienie czasu" Kurt Vonnegut

Grupa ludzi wybrała się kiedyś do Kanady, żeby zapolować na jelenie i łosie. Ktoś musiał zostać kucharzem, bo inaczej wszyscy pomarliby z głodu. Ciągnięto zapałki i wypadło na mojego ojca. Myśliwi ustalili, że ktokolwiek powie złe słowo na temat kuchni ojca, sam zostanie kucharzem. Ojciec gotował coraz gorzej i gorzej, a reszta cholernie dobrze bawiła się w lesie. Koledzy chwalili kolacje, choćby najokropniejsze, mlaskając z ukontentowania i poklepując mojego ojca po plecach. Któregoś ranka, gdy reszta wyruszyła do lasu, ojciec znalazł świeżą łosią kupę. Usmażył ją na oleju silnikowym, a wieczorem podał na gorąco jako kotleciki. Gość, który pierwszy wziął kotlecik, wypluł go z obrzydzeniem. To był odruch! Wybełkotał: - Jezu Chryste, to smakuje jak łosia kupa smażona na oleju silnikowym! I szybko dodał: - Ale dobra kupa, dobra.

niedziela, 18 października 2009

Dick Francis

Kurt Vonnegut w "Trzęsieniu czasu" napisał: 
"Pisarza Dicka Francisa spotkałem na Kentucky Derby przed wielu laty. Wiedziałem, że był kiedyś mistrzem jazdy konnej z przeszkodami. Powiedziałem, że jest wyższy, niż oczekiwałem. A on na to, że trzeba chłopa, aby utrzymać konia w czasie skoków przez przeszkody. Jego postać na stałe utkwiła mi w pamięci, ponieważ, jak mi się wydaje, w życiu jest podobnie: chodzi o utrzymanie szacunku dla samego siebie, dumy, gdy się pokonuje płoty, mury i wodę." 
Przeczytałam to i jakoś się ucieszyłam. Książek Dicka Francisa mam kilka, ale dwie szczególnie pamiętam, gdyż bardzo mi się spodobały od pierwszego czytania - "Bankier" i "Płatne przed gonitwą". Bardzo plastycznie i wiernie oddane środowisko wyścigów konnych, co się nieczęsto zdarza w kryminałach (tak, to kryminały). A teraz się dowiaduję, że przecież autor znał ten świat od podszewki! Teraz jasne! No przecież wcześniej nie wiedziałam, bo mało kto szuka informacji o autorze, przeczytawszy jego książkę, jakiś tam dobry kryminał (no ja nie), ale teraz już wiem. Fantastyczne uczucie.
I trochę z jego książek:  
"Przeczytałem jeszcze jeden artykuł, tym razem o szybkim teście antydopingowym dla koni wyścigowych opartym na przeciwciałach. Była to jedyna lektura, jaką mogłem znaleźć. Miałem przyjaciela - maniaka czytania, który był w stanie rozczytywać się w rozkładzie jazdy autobusów, jeżeli nie miał nic innego pod ręką."
  (Dick Francis 'Powrót", Świat Książki, W-wa 1994 s. 66.) Jakież to dla nas znajome i zrozumiałe, prawda? :)  

"Ceny oleju napędowego mogą pójść w górę, czytałem dalej. Nie znosiłem artykułów opartych na przypuszczeniach. Tak samo jak rubryki « lekarze ostrzegają». Lekarze powinni ostrzegać czytelników przed rubryką «lekarze ostrzegają»."  
(Dick Francis "Impuls", Świat Książki, Warszawa 1995, s. 106) Trafna uwaga!  

"Choć bardzo się starał, pełen wyniosłości ton głosu nie mógł ukryć pustki, która się pod nią kryła. Tak naprawdę Tigwood był miernotą, co stara się wynaleźć rolę dla siebie, samo w sobie nic dziwnego czy odstręczającego. Cóż innego miał robić? Pełznąć naprzód, załamując ręce, jak Uriasz Heep?" (Jak wyżej, s. 142)


Gdybym nie przeczytała wcześniej Dickensa "Dawida Copperfielda", nie wiedziałabym, kim był Uriasz Heep. Należy jak najwięcej czytać, by móc wyłapywać wszelkie niuanse. Uprzejmie proszę więc o rozciągnięcie doby.

piątek, 7 sierpnia 2009

"Trzęsienie czasu" Kurt Vonnegut


Założenie "Trzęsienia czasu I" było takie, że niespodziewany feler w kontinuum czasoprzestrzeni spowodował, iż wszystko i wszyscy robili dokładnie to samo, co w poprzednim dziesięcioleciu - na dobre i na złe, raz jeszcze. To deja vu trwało dziesięć długich lat. Nie mogłeś jednak narzekać, że życie to ta sama stara nuda, ani pytać: czy tylko mnie odbiło, czy wszystkim?
Podczas powtórki nie możesz powiedzieć nic, czego nie powiedziałeś w poprzedniej dekadzie. Nie możesz nawet ocalić życia swojego czy ukochanej osoby, jeśli ci się to nie udało za pierwszym razem.
---
Powiedzmy, że ta książka to gulasz przyrządzony z najlepszych części tamtej, doprawiony przemyśleniami i doświadczeniami ostatnich siedmiu miesięcy.
---
Często powtarzam w swoich wystąpieniach, że rozsądną misją artysty jest skłonienie ludzi, by cieszyli się życiem choć przez chwilę. Zawsze wtedy pada pytanie, czy znam twórców, którym się to udało. Odpowiadam: Beatlesi.
---
W powieści "Kocia kołyska" mówię, że ktoś, kto stale zaplątuje się w twoje losy bez wyraźnego logicznego powodu, musi być członkiem twojego "karras", drużyny założonej przez Boga po to, by coś mu załatwiła.
---
Tych, którzy opowiadają historie atramentem na papierze - nie żeby mieli jakieś znaczenie - można podzielić na jastrzębi i na słoni. Jastrzębie piszą szybko, jak kura pazurem, skrzyp-skrzyp, zyg-zak, jak popadnie. Potem poprawiają to wszystko z mozołem, usuwają to, co brzmi beznadziejnie albo nie trzyma się kupy. Słonie pracują zdanie po zdaniu. Nie zaczną nowego, dopóki nie skończą poprzedniego. A jak już kończą pisać, to kończą.
Większość mężczyzn to słonie, kobiety są na ogół jastrzębiami.
---
Za wcześnie o tym mówić, ale gdy Bernie, Boże uchowaj, umrze, nie należy go grzebać na cmentarzu Crown Hill, obok Jamesa Whitcomba Rileya i Johna Dillingera, którzy należeli tylko do Indiany. Bernie jest obywatelem świata.
Jego prochy trzeba będzie rozsypać po cumulusach piętrzących się przed burzą.
---
Gdy wynaleziono książki, były one tak nieporęcznymi urządzeniami do magazynowania i przekazywania tekstu - choć wykonanymi z minimalnie przetworzonych substancji występujących w lasach, na polach i w ciałach zwierząt - jak ostatnie cuda z Silicon Valley. A jednak, przypadkiem, nie na skutek chytrej kalkulacji, dzięki swej wadze i namacalności, także dzięki podniecająco słabemu oporowi, jaki stawiają, gdy po nie sięgamy, książki angażują nasze ręce i oczy, potem również umysły i dusze, wiodąc nas w świat przygody ducha.
---
[...] Raymond zbierał materiały do pracy badawczej będącej kontynuacją doktoratu na temat wymierających bielików bermudzkich. Ostatnim miejscem, w którym żyły te wielkie niebieskie, największe spośród wszystkich drapieżniki morskie, była Skała Umarłego, bezludna skalna wieża w samym środku otoczonego złą sławą Trójkąta Bermudzkiego.
Na uwagę zasługuje fakt, że nie ludzie, lecz samice ptaków ponoszą odpowiedzialność za to, że gatunek wymiera, jest to zjawisko raczej wyjątkowe. W przeszłości, sięgającej - jak się przypuszcza - tysięcy lat, orlice wysiadywały jaja, opiekowały się młodymi, potem uczyły je latania, skopując młode ze skały.Kiedy Raymond przybył na wysepkę, ustalił, że samice uprościły ten proces, skopując ze skały jaja.

poniedziałek, 20 lipca 2009

"Kocia kołyska" Kurt Vonnegut


Gazeta Wyborcza w swej dobroci do kolekcji literatury XX wieku dołożyła również Kurta Vonneguta. Nie wiem, czym się kierowano, wybierając tę właśnie powieść, ale w sumie to mało ważne – nie potrafię wartościować jego powieści i nie umiałabym wybrać tej jednej z wielu i postawić jej na podium.
„Kocia kołyska” jest, jak wszystkie książki Vonneguta, trochę odjechana, trochę surrealistyczna, trochę magiczna.

Zaczyna się od zamiaru napisania książki przez Jonasza - bohatera/narratora (masz ci los, znowu książka w książce! ), zawierającej wspomnienia ludzi z dnia, w którym wybuchła pierwsza bomba atomowa nad Hiroszimą. Wiecie, to coś podobnego, jak dzień, w którym zabito JFK.Żeby zebrać materiały do książki, Jonasz kontaktuje się z dziećmi profesora Felixa Hoenikkera, ojca bomby atomowej. Gdyby książka została napisana, świadectwo jego dzieci miałoby sporą wartość. No, ale akcja powieści tak się toczy, że przestaje to mieć znaczenie.

Nabiera za to znaczenia spuścizna Hoenikkera, wynalazek lodu-9. Nabiera znaczenia wyspa San Lorenzo wraz z jej bogatą historią podbojów i przejęć. Nabierają znaczenia młodzi Hoenikkerowie: Newton, Angela i Frank. Nabiera znaczenia najpiękniejsza dziewczyna świata Mona. Sam narrator też nabiera znaczenia. Wszystko staje się nagle niezwykle ważne, niezwykle istotne, a potem mamy duże BUM i ludzkość przestaje istnieć. Vonnegut uwielbia to robić, unicestwiać ludzi (jako społeczność) z przeróżnych powodów (no dobrze, te powody są dla mnie nieco niejasne) i na najprzeróżniejsze sposoby. Jakby tak przypatrzeć się na zimno, można odnieść wrażenie, ze Vonnegut nie lubi ludzkości jako takiej, nie lubi społeczeństwa, a cały dorobek cywilizacyjny jest dla niego płytki i miałki.

Mówi o tym rozdział księgi Bokonona... no tak, ale aby przytoczyć co nieco, muszę wyjaśnić, że Bokonon to twórca religii panującej niepodzielnie i w tajemnicy na San Lorenzo. To taki zlepek obojętności, wrażliwości, stoicyzmu i cynizmu. Ot, wymyślona religia. Ale autorowi się podoba, a to jest najważniejsze, , bo jak jemu się podoba (w końcu sam ją wymyślił, nie?), to potrafi tak o tym pisać, że i nam się podoba.
Ale o czym to ja?... Prawda, o rozdziale.
Tytuł rozdziału brzmi: Jaką nadzieję na przyszłość może mieć ludzkość w świetle swoich dokonań na przestrzeni ostatniego miliona lat?
Treść: Żadnej.

I taki właśnie jest Kurt. Swoim stylem, krótkimi zdaniami, mocno postawioną kropką czy wykrzyknikiem przekonuje nas, że społeczeństwo jest do bani. Na szczęście po skończeniu książki nie ma się ochoty rzucić w diabły wszystkiego, bo wyczuwa się w tym jego pisaniu porozumiewawcze przymrużenie oka, ironię, autoironię i potężny dystans do świata.
Tak już na koniec: wynalazek lodu-9, skuwającego planetę w mroźny klejnot, przyprawia mnie o dreszcz zachwytu i przerażenia.

Jeszcze jedno: kocia kołyska to ułożenie sznurka na palcach i takie go skrzyżowanie, by powstała kołyska i kot w niej. Miau.Widzieliście kiedyś coś takiego? Widzieliście kołyskę? Widzieliście kota? Czy tylko poplątany sznurek na palcach? Kocia kołyska to blaga. Kropka.