sobota, 30 maja 2009

"Podróże z Ryszardem Kapuścińskim. Opowieści 13 tłumaczy"


Z dziełami pana Kapuścińskiego styczność miałam kilka razy, urzekł mnie "Podróżami z Herodotem", znudził "Cesarzem"... zobaczymy, jak to dalej będzie. Gdy wzięłam do ręki "Podróże z Ryszardem Kapuścińskim" miałam lekkie obawy, że to książka głównie dla tłumaczy, no bo skoro pisana przez nich... Myliłam się. To opowieści nie o tłumaczeniach, a o tym, jak wyglądał kontakt autorów z Kapuścińskim i z jego dziełami. Czytali jego książki, zachwycali się, albo po prostu podobały im się, szukali sposobu, by przybliżyć tego właśnie autora swoim rodakom. "Było również zdjęcie, z którego patrzyły na mnie przenikliwe oczy mężczyzny o nietypowej dla Polaka, uśmiechniętej, twarzy." (1) Często potem autor i tłumacz spotykali się i nieodmiennie spotkania te były miłe, przyjazne, ciepłe. Cała książka jest taka - miła i sympatyczna. O radościach tłumacza, gdy jedna z powieści ukazuje się w końcu po latach dziesięciu. O problemach. "Druga trudność brała się stąd, że Ryszard nigdy nie podaje źródła cytatów, z których korzysta w swoich książkach. Musiałam przejrzeć dziewięć ksiąg «Dziejów» Herodota niemal słowo po słowie, żeby wyłowić wszystkie cytowane fragmenty rozsypane po «Podróżach z Herodotem», a nie było to zajęcie pasjonujące." (2)
Jednym słowem, książka o książkach, po prostu. I to dobrych, ciekawych, takich, które (mam nadzieję) zostaną w naszej pamięci na dłużej, a nie takich: "Rozmawiają ze sobą dwie książki. Jedna mówi do drugiej: «Nasze wiekopomne posłannictwo sprowadza się dziś do dwóch tygodni na półce z nowościami»" (3)
---
(1) "Podróże z Ryszardem Kapuścińskim - opowieści trzynastu tłumaczy" pod redakcją Bożeny Dudko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 69, Błagowesta Lingorska
(2) Tamże, s. 203, Vera Verdiani
(3) Tamże, s. 122, Agata Orzeszek

piątek, 29 maja 2009

Wysłane do podajan

Poszły pocztą dziś dwie książki. "Oko na niebie" Dicka i "Reisefieber" Łozińskiego. Mam nadzieję, że nowym właścicielom spodobają się bardziej niż mnie.

czwartek, 28 maja 2009

"Reisefieber" Mikołaj Łoziński


Czytałam "Reisefieber" w tym miesiącu. Pamiętam z niej tragicznie mało - syn jedzie do Paryża pozamykać wszelkie sprawy po śmierci matki. Występuje tajemnica rodzinna, występuje przyjaciółka matki, występuje sama matka, występuje też syn, który próbuje być pisarzem. Właśnie tak: próbuje, zamierza, zapowiada - a na wszelkie (w domyśle niewygodne) pytania dotyczące książki odpowiada, że to ma być powieść "nowoczesna". Czy "nowoczesna" to znaczy: dowolna, luźna, bez wyraźnego wątku, bez wyraźnej myśli przewodniej, pisana lekko chaotycznie? No to w takim razie pan Łoziński sportretował samego siebie, z tą jedynie różnicą, że bohater powieści jedynie próbuje pisać, a sam autor zdołał to uczynić.

środa, 27 maja 2009

"Oko na niebie" P.K. Dick

Dick znany jest z psychodelicznych wizji w swoich książkach i ogólnie z nieco "innego" spojrzenia na świat. Nie wiem, czy to dlatego jego książki (niektóre oczywiście) uchodzą za genialne?

Dla mnie Dick jest pisarzem, którego powieści zapominam natychmiast po przeczytaniu. Nie wiem, jak będzie z "Okiem na niebie" - wydaje się, że ta akurat pozycja nie jest aż tak zakręcona i wydumana, ale i na kolana oryginalnością nie powala.

 Kilkoro ludzi podczas zwiedzania wnętrza instytutu naukowego ulega wypadkowi. Wybucha coś o niezwykle skomplikowanej nazwie betatron (czy jakoś tak), część hali wali się w gruzy, a wycieczkowicze nie dość, że lecą ładnych parę pięter w dół, to jeszcze są potraktowani czymś w rodzaju wiązki elektromagnetycznej. Zanim dokopią się do nich ekipy ratownicze, leżą tak sobie nieprzytomni, pozornie bez świadomości - ale tak naprawdę przeżywają niesamowite przygody. Ich jaźnie znajdują się bowiem w innych światach - po kolei w światach wygenerowanych przez umysł każdego z nich. Światy te różnią się od siebie tak, jak różnią się od siebie ludzie. Lęki, obsesje, pragnienia. Umysł każdego z bohaterów - choć tak się od siebie różnią - przypomina w gruncie rzeczy pole kaktusów, przez które trzeba się przedrzeć.

Pierwszy, drugi świat - ok, było interesująco, ale potem to było już tylko przestawiania kolejnych wyobrażeń, co może znajdować się w głowie. Mało ciekawe. Z balonika zaczęło uchodzić powietrze, pssst i sklęsło. Doczytałam do końca wyłącznie z rozpędu.

Oko na niebie [Philip K. Dick]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 18 maja 2009

Plon weekendowego wyjazdu do Krakowa

Oddane: - Jerzy Broszkiewicz "Ci z Dziesiątego Tysiąca" - Rowling "Harry Potter i Zakon Feniksa" - Jacek Dukaj "Lód" - Jane Austen "Mansfield Park" - Jane Austen "Opactwo Northanger" - Radke Reinhard "Serengeti" - Jan Dzieduszycki "Trzy lata wykreślone z życiorysu" Kupione: - P.G. Wodehouse "Dziękuję, Jeeves" - Mike Resnick "Wschodzący Eros" Pożyczone Tomkowi: - P .G. Wodehouse "Dziękuję, Jeeves" Podarowane: - Joe Alex "Jesteś tylko diabłem" Pożyczone od Dagmary: - Sam Savage "Firmin" - Alfons Daudet "Tartaren z Tarskonu" - Karol de Coster "Osobliwe przygody Dyla Sowizdrzała" - Janusz Meissner "Opowieść o korsarzu Janie Martenie"

Do tego obejrzałam sobie dom Stanisława Lema na ulicy Narvik w Krakowie, boczna Fortecznej. Znajomi mieszkają na Fortecznej właśnie, toteż wybraliśmy się na oglądanie. Dom kiepsko widać, bo otoczony jest pięknym, gęstym, znakomicie utrzymanym ogrodem. Drzewa, krzewy, altany, żywopłoty - cudeńko.

A na dzwonku do furtki wciąż widnieje napis, nieco wyblakły: Stanisław Lem.

piątek, 15 maja 2009

"Król Węgiel' - cytat

"Hal podał tym wszystkim ludziom swe prawdziwe nazwisko i adres i prosił ich, aby mu donieśli o swoim losie. Może będzie mógł im pomóc choć trochę; obliczał w myśli, ile musiałby zrobić dla nich! Jak dalece powinna ulżyć nędzy jednostka, aby móc z czystym sumieniem spożyć swój posiłek w eleganckim klubie? Który kazuista zechce rozwiązać ten problemat - określając Halowi, w jakim stosunku powinien ulżyć nędzy, o której wie osobiście, a w jakim tej - widzianej na ulicy, lub tej, o której czyta w raportach urzędowych z okazji zwrostu kosztów utrzymania? Jak dalece może sobie pozwolić na zamknięcie oczu przechodząc ulice w drodze do swojego klubu.
I o ile może czytywać sprawozdania urzędowe przed udaniem się na wieczorek tańcujący ze swą narzeczoną? Uczeni matematycy zapomnieli rozwiązać takie problematy a mędrcy w akademiach i święci mężowie kościołów nie wypracowali odpowiednich formułek, a Hal pragnąc dotrzeć do prawdy przy pomocy swej prostej, umysłowej arytmetyki - nie otrzymał zadowalających wyników."


"Król Węgiel" Upton Sinclair, Spółdzielnia Wydawnicza "Książka", Warszawa, 1948, tłumaczyła Antonina Sokolicz, strony 428-429.

czwartek, 14 maja 2009

"Król Węgiel" Upton Sinclair

Oglądaliście film "Więzień Brubaker" z Redfordem? Nie najnowszy, ale dość znany, jak sądzę. Otóż do więzienia przybywa nowy jego mieszkaniec, więzień, kwateruje się go, posyła do pracy; poznaje on więzienie, stosunki w nim panujące, wzajemne relacje - ale przede wszystkim koszmarny wyzysk i upodlenie więźniów. Więzień Brubaker okazuje się być nowym naczelnikiem więzienia, a cała mistyfikacja miała służyć dogłębnemu poznaniu bolączek placówki. "Król Wegiel" oparty jest na tym samym schemacie, tylko realia zupełnie inne. Wiek dziewiętnasty, Stany Zjednoczone Ameryki, do zagłębia węglowego przyjeżdża młody chłopak, Joe Smith, by szukać pracy. Najmuje się jako poganiacz mułów, potem dostaje pracę jako górnik. Haruje pod ziemią jak wół pociągowy, żywi się byle czym, śpi mało, myje się rzadko, ubiera w łachmany, a zarabia tyle, co kot napłakał. Obcuje z innymi górnikami, obserwuje całą ich nędzę, koszmarne warunki pracy, obskurne mieszkania. Traktuje to wszystko początkowo z dystansem, ale gdy w kopalni wybucha gaz, a jego współpracownicy zostają uwięzieni pod ziemią, łamie się i ujawnia swoją prawdziwą tożsamość. Joe jest bowiem studentem, synem potentata węglowego, który do kopalni przyjeżdża tylko po to, by zweryfikować swoje poglądy na górników - a potrzebne mu to do dyskusji z bratem i z kolegami. Mało wzniosłe, ale tak właśnie jest. Tylko że po wypadku w kopalni wszystko się komplikuje. Hal (bo takie jest jego prawdziwe imię) uznaje, że wykorzystując swoje prawdziwe nazwisko jest w stanie pomóc uwięzionym górnikom, może bowiem wywierać naciski na kierownictwo kopalni. Wiadomo, układy, układziki... no i udaje mu się, w pewnym stopniu. Niestety, nie może już wrócić do dawnego życia, nie tak bezboleśnie, jak to sobie wyobrażał wcześniej, nie wystarczy, że zrzuci brudne ubranie, wykąpie się i uczesze. Nie wejdzie już gładko w dawne środowisko, za dużo się pozmieniało, za bardzo zmienił się on sam. Świadomie, bez entuzjazmu, ale z namysłem, wybiera drogę trudniejszą, wyboistą - przyłącza się do górników i kropka. Brubaker przegrywa z systemem, musi odejść ze stanowiska, ale pozostawia po sobie szacunek i dobre wspomnienia. Hal nigdzie nie odchodzi, mimo iż system (to jest wciąż jeden i ten sam zły, kapitalistyczny, wyzyskujący system) jest silniejszy. On dopiero zaczyna walkę.

poniedziałek, 11 maja 2009

"Welin" Hal Duncan


Nie mam pojęcia, dlaczego zapragnęłam przeczytać tę właśnie książkę. Gdzieś się przewijała w polecanych, czy coś takiego. Teraz jestem skłonna mniemać, że to ona zapragnęła być przeczytana przeze mnie. Żeby zasiać mi mętlik w głowie. Niesłychanie skomplikowana struktura sprawiła, że czytało mi się ją niesłychanie powoli. Po kilka kartek, po rozdziale na raz - więcej nie mogłam. Dlaczego, zapytacie? Ano, bo nic nie rozumiałam. Cofałam się, próbując znaleźć klucz, który przeoczyłam, a który jest potrzebny do jako takiego pojmowania treści, ale niestety nic, zero, null. No cóż - pomyślałam - książko, skoro nie mogę cię zrozumieć, to niech cię przynajmniej przeczytam. Od tego momentu szło mi lepiej. Zresztą nie pierwszy to raz, kiedy lepiej mi idzie ślizganie się po wierzchu powieści, niż mozolne zagłębianie się w jej treść. Takie surfowanie zamiast pływania. Chwytam klimat w rozczapierzone palce, łapię i wypuszczam luźno puszczone na wietrze nici wątków, czasem wydaje mi się, że jestem blisko istoty i sedna powieści, a zaraz w następnej minucie czytania wrażenie zrozumienia rozwiewa się jak dym. To tyle o moich wrażeniach podczas czytania, a co o samej ksiażce? O czym ona tak naprawdę jest? Tytułowy Welin to miejsce poza czasem i przestrzenią, a przecież materialne, jak najbardziej. Dostęp do niego mają enkin. Anioły. Albo diabły. W każdym bądź razie istoty mało śmiertelne. Welin jest ucieczką dla tych enkin, którzy nie chcą brać udziału w wojnie, bliżej nieokreślonej wojnie między dobrymi duchami jasności a złymi demonami ciemności (czujecie, jak to zabrzmiało patetycznie i fałszywie?) To powyższe określenie jest bardzo nieprecyzyjne. Po przeczytaniu książki nie bardzo byłam w stanie określić, co to za wojna i o co oraz kto w niej walczy. Bo w powieści na pierwszy plan wysuwa się nie walka, a ucieczka enkin "niezrzeszonych" przed aniołami. Ucieczka przez kraje, czasy, światy, mity, legendy. Nie ma granic dla wyobraźni autora.
A sama książka wydana jest w serii "Uczta wyobraźni" i ja się pod tym podpisuję rękami i nogami i nosem też.

sobota, 9 maja 2009

Zdobycze z bytomskiego jarmarku staroci

Piękna pogoda, toteż grzech nie wybrać się na targ staroci, choćby pooglądać. A że przy okazji można wyłowić kilka pozycji, to tym lepiej!
Zdobycze (od dołu):
1. "Rob Roy" Walter Scott. Czytałam to już, ale urzekły mnie ilustracje, przedruki z miedziorytów z wydania angielskiego. Śliczne! Podsunę pod nos męża, film mu się podobał.
2. "Żeglarz na koniu" Irving Stone. Też czytałam i w sumie nie wiem, czemu wzięłam. Chyba myślałam, że nie czytałam. Ktoś chce? Trochę zużyta, ale wszystkie kartki są.
3. "Kot, który wąchał klej" Lilian Jackson Braun. Ha! Tego nie czytałam, a serię lubię, to wyłowiłam.
4. "Dewiza Woosterów" P.G. Wodehouse. Oczywiście też czytałam, a tak naprawdę polowałam na "Dziękuję, Jeeves", ale co to za różnica :)
5. "Jesteś tylko diabłem" Joe Alex. Mam w domu już, no przecież, ale tym razem dorwałam wydanie z okładką projektowaną przez Bronisława Kurdziela, z lat siedemdziesiątych, a mam sentyment do tego właśnie wydania, toteż sobie powolutku wymieniam. Chce ktoś egzemplarz z Zielonej Sowy?

piątek, 8 maja 2009

"Pieśń żeglarzy" Ken Kesey




Przeczytałam ją bardzo dawno temu, podsunęła mi ją moja mama. Po przeczytaniu zdziwiłam się, że mi ją podsunęła, bo to książka nie w jej typie. Potem się wyjaśniło - nie czytała jej. Ktoś jej to pożyczył, kto czytał, i powiedział jej, że ciekawe (ciekawe, ile razy jeszcze użyję słowa "czytać" w najróżniejszych odmianach?). Jakiś czas temu przypomniałam sobie o niej i chciałam do niej wrócić. Niestety. Nie pamiętałam tytułu ani autora, jedyne, co pamiętałam, to mglisty zarys klimatu książki i przewijającą się w tle Alaskę. Pytanie zadane mamie pozostało bez odpowiedzi - do tej pory bowiem jej nie przeczytała. Na szczęście biblionetka okazała się pomocna i udało mi się książkę odszukać, potem kupić i przeczytać po raz wtóry. Opis z okładki głosi:

Akcja Pieśni żeglarzy toczy się w rychłej przyszłości w nieznanym alaskańskim miasteczku Kuinak, zamieszkałym przez Popilutów (POtomków PIerwszych LUdów Tubylczych) oraz uchodżców zza czterdziestego równoleżnika, siedzacych okrakiem na Zachodniej Rubieży Dziejów. W miasteczku aż roi się od barwnych postaci, jak Alice Wściekła Aleutka, Ike Sallas (niegdyś desperado Na-Ciebie-Kolej), nie mówiąc już o Lojalnym Psubractwie Zadołowanych, które co miesiąc kolegialnie wyje do księżyca. Wśród tych osobliwości zarzuca kotwicę monumentalny jacht z Hollywood. Potok perypetii gwałtownie wzbiera... (1)

Owszem, skojarzenie z przystankiem Alaska jest, choćby przez miejsce akcji. Muszę się zastanowić, czy i w treści książki są jakieś powiązania z "Przystankiem".... No może odrobinę. Poprzez ludzi: twardych, wysmaganych zimnym wiatrem i ciężko doświadczonych. Przejdźmy więc do nich.


Głównym bohaterem książki jest Ike Sallas, desperado Na-Ciebie-Kolej. Po przejściach, bez rodziny, z wierzchu twardy, ale z miękkim sercem. Wciąż ma jakieś problemy, ilość przygód czy też kłód rzucanych pod nogi przekracza możliwości zwykłego człowieka, ale to przecież desperado. Problemy? Ike, klnąc pod nosem, robi z nimi porządek. Albo i nie, to zależy. Nie wiem, od czego, chyba od samego Ike'a.

Główną bohaterką książki jest Alice. Wściekła Aleutka - tak ją nazywano, chociaż jej ojcem był Rosjanin. Po alkoholu uosobienie wściekłości - wścieka się na wszystkich i na wszystko wokół, a język ma tak ostry, że rani do krwi.

Głównym bohaterem książki jest Greer. Tu już muszę rzucić cytatem, bo soczysty:
"Greer urodził się w najciemniejszym zakamarku slumsów Bimini. Był dziesiątym synem pewnej złocistoskórej dziewczyny wschodnioazjatyckiego pochodzenia, to akurat dziecko zrobił jej płomiennobrody potomek wikingów. Owoc związku nie okazał się ani czarny, ani czerwony, ani biały." (2)
Głównym bohaterem książki jest Lojalne Psubractwo Zadołowanych.
"Stanowiło alaskański odpowiednik Friars Clubu, jeśli można sobie wyobrazić Friars Club gromadzący śmietankę dokerów, szoferów, rybaków z kutrów, , pilotów hydroplanów, robotników (a może i rozbójników) drogowych, marynarzy, kibiców hokejowych, a także szajbusów, odlotowców i odtrąconych Aniołów Piekieł." (3)

Główną bohaterką książki jest Alaska. Dlaczego Alaska?
"Bo Alaska to kraniec, kres, Ostatni Szaniec Pionierski Ideałów. Z Alaski nie ma już dokąd pójść. Kiedyś można było do Brazylii, co wzięło w łeb, bo Trzeci Świat musiał spłacić dług Pierwszemu i Drugiemu.[...] Przez pewien czas żywiono nadzieję, że to może być Australia, ale nadzieja okazała się jeszcze jedną wiktoriańską fanaberią, przeżartą przez białe mrówki i rasizm. Afryka? Nigdy nie miała szans; dzięki łobuzom wszelkiej maści wcześniej wynaleziono tu przekręt niż koło. Chiny? Legendarny Śpiący Gigant przebudził się w pętach ekonomicznych i w smogu. Kanada? Obrobiona przez spryciarzy, podczas gdy te ciapy gapiły się na hokeja i piły piwo. Księżyc? Mars? Farma na orbicie? Wybaczcie, kochani, nie da rady. Piłką, którą do nas podano, jest planeta Ziemia - i tę właśnie piłkę trzeba rozegrać." (4)


No i przeczytajcie sobie to o Alasce. Samo sedno. Czuć klimat książki jako całości (ale nie fabuły, o nie!). Klimat gorzki, sarkastyczny, humorzasty. Zwichrowana rzeczywistość, gorzka codzienność. Niedaleka przyszłość, góry śmieci, degeneraci i zwyczajni ludzie, żyjący sobie dalej, byle do przodu. W ten świat wpływa jacht z Hollywood z ekipą filmową na pokładzie i robi zamieszanie, oj, takie że HEJ.


Ale to nic. To naprawdę nic. Tego, co się dzieje POTEM, nie da się opisać. Zrywa beret z głowy, nawet jak się tego beretu nie ma. I co, już wiecie, czemu ta książka spodobała mi się? Bo niczego nie można być pewnym. Bo nie wiadomo, czy to, co czytam, jest na serio. Czy może jednak powinnam przymrużyć oko. A jeśli tak, to jak bardzo przymrużyć, czy tylko trochę, czy całkiem. Do tego drugie oko jest w tym samym czasie całkiem szeroko otwarte i myślące. Ja to lubię, wiecie? Że książka zmusza do myślenia. W trakcie i po przeczytaniu też. Jakby co, to ja ją biorę na bezludną wyspę. I lepiej jej nie czytajcie, ja was bardzo proszę. Bo jeśli ją przeczytacie i będziecie mieli na jej temat odmienne zdanie, i mi o tym powiecie, to będzie mi przykro. Nie znajdę słów, by przekonywać i wyłuszczać moje racje. Nawet bym nie chciała.


---
(1) "Pieśń żeglarzy" Ken Kesey, tłum. Wojsław Brydak, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1996
(2) Tamże, s. 28
(3) Tamże, s. 74
(4) Tamże, s. 47

środa, 6 maja 2009

"Spotkanie pod zegarem" Barbara Gordon


Odkurzcie sobie czasem jakieś niesamowite starocie! Na przykład "Spotkanie pod zegarem" Barbary Gordon", polski kryminał napisany w 1965 roku. Bardzo sugestywnie opisane małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, ciche, spokojne... no, nie do końca spokojne, bo pod płaszczykiem codzienności rozgrywają się dramaty, dylematy, knowania, intrygi i takie tam. Jak w życiu, jak wszędzie.
I nagle zdarza się napad, trup - sensacja! Oczywiście przybywa kapitan ze stolicy w celu rozwiązania niezwykle trudnej i skomplikowanej zagadki. Intryga znakomita, wątki zaplątane tak, że sam diabeł by za nimi nie trafił. Ale urokiem tej książki jest nie tylko trop kryminalny, tylko ta lekka aura czasów, których nie pamiętam, a tak świetnie są oddane. Choćby opis klubu "Pod Zielonym Listkiem":
"Kilku młodych ludzi zajmowało się lekturą, popijając lemoniadę przez słomki z wysokich kieliszków. Ubrani byli w wąskie spodnie i obszerne, luźne golfy. Zarówno spodnie, jaki golfy ozdobione pracowicie łatami, według najnowszej obowiązującej wśród młodzieży mody. Spora, ciemnozielona tablica w jasnej, sosnowej ramce oznajmiała, jakie rozrywki kulturalne oczekują bywalców klubu w najbliższym czasie. Świadczyła ona o różnorodności poczynań i zainteresowań młodych żurawiczan.
Oto w najbliższy czwartek magister Roman Piwko mówić będzie o tym, czym jest i czym być może w przyszłości cybernetyka. W niedzielę poranek młodej poezji, dyskusja nad tomem wierszy Euzebiusza Pikotka pod znamiennym tytułem "Dywagacje wzdłuż". Poza tym życiowe sprawy: spotkanie z przewodniczącą Miejskiej Rady Narodowej, Iloną Baćko, na którym debatować się będzie nad perspektywami zatrudnienia i awansu młodych kadr w Żurawicach, świetna sposobność do wygarnięcia sobie szczerze i bez ogródek wzajemnych żalów i pretensji. [...]
Dwie dziewczyny z utapirowanymi łebkami rozwiązywały krzyżówkę w "Sztandarze Młodych". Dwaj nieco starsi młodzi ludzie grali w szachy, otoczeni sporym gronem kibiców."
Urocze, prawda? Kryminał, jak to kryminał, kończy się oczywiście zwycięstwem prawdy, kapitan ujmuje przestępcę, ale nie dość tego, rozwiązuje też (on albo i sami mieszkańcy) inne problemy, życiowe, miłosne, mieszkaniowe, finansowe. Pełna idylla.

piątek, 1 maja 2009

"Życie Pi" Martela


Dlaczego właściwie jestem na nie?
Przejrzałam na szybko opinie, recenzje, jakieś noty, w przeważającej części entuzjastyczne. Iż książka ciekawa, świeża, oryginalna.
I ja się zasadniczo z tym zgadzam! Jednak tylko zasadniczo, bo gdzieś tkwi drzazga, która uwiera i nie pozwala mi uznać tej książki za coś naprawdę dobrego. Cóż to takiego, ciężko mi określić... To jest coś w rodzaju braku autentyczności, książka żegluje w stronę realizmu magicznego, ale z kotwicą zarzuconą na gruncie faktu i tak się miota biedaczka pomiędzy jednym a drugim. Brak zdecydowania, niejednoznaczność w tym przypadku mi nie odpowiada.
Poza tym te religie. To tylko moje skromne zdanie, ale jeśli ktoś zaznajamia się dogłębnie z trzema podstawowymi religiami i uznaje, że w każdej z nich Bóg jest ten sam, to logiczną konkluzją jest, że nie religia jest więc ważna, tylko sam Bóg.

Życie Pi [Yann Martel]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE