sobota, 28 stycznia 2012
"Fun Home. Tragikomiks rodzinny" Alison Bechdel - powieść graficzna zupełnie wyjątkowa
Zamknęłam książkę ze zdumieniem. Właściwie to zdumienie odczuwałam podczas całego procesu: lektury połączonej z oglądaniem.
No ale dlaczego?
Bo spotkałam się z czymś, z czym do tej pory nie miałam styczności. Nie chodzi tutaj o komiks jako ogólnie gatunek, bo ten znam (słabo, ale znam). Nie chodzi też o komiksową autobiografię, jak u Marjane Satrapi. Do licha, to niezwykłe połączenie obrazów i słów, ilustrujące... (tu się zakałapućkałam, bo mi zabrakło słów), no właśnie, co?
Życie autorki, jej dzieciństwo i młodość.
Jej relacje z rodzicami, zwłaszcza z ojcem.
Poszukiwanie własnej tożsamości - różnymi drogami, ścieżkami, obrazami.
Alison rozsuwała mi przed oczami panoramy (rozdziały), kilka, za każdym razem inne, utkane z jej słów, rysunków, fragmentów książek, fotografii, notatek policyjnych, listów, pamiętnika, rozmów telefonicznych i wspomnień. W każdej dochodziło do głosu coś innego, rzucając nowe światło na to, co zdążyłam już poznać. Nowa kosteczka dołożona do już leżącego domina.
Czego się dowiedziałam?
Tego, jak poznali się rodzice Alison, pobrali się, zamieszkali razem. Urodziła się Alison, a potem jej dwaj bracia. Ojciec pracował w domu pogrzebowym (rodzinny interes), poza tym uczył angielskiego w lokalnym liceum. Alison w kolejnych odsłonach mówi a to o zatrważającym chłodzie, jaki panował w jej domu, a to o swoich problemach psychologicznych (nerwica natręctw), a to o lekturach, które czyta pod wpływem ojca, a to o jego śmierci, a to o budzeniu się lesbijskiej samoświadomości, a to o skłonnościach ojca do młodych mężczyzn.
Autorka jeździ po swoim życiu w tę i z powrotem, jak wałkiem po ścianie, tyle że wałek zamalowuje, a ona odsłania, coraz bardziej, te wszystkie szczegóły, te drobiazgi, które ją ukształtowały.
To było naprawdę niezwykłe doświadczenie, wyższy poziom komiksu, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. Przy czym wciąż nie umiem opędzić się od wrażenia, że mnóstwo mi umknęło, że nie wszystko zrozumiałam, nie ogarnęłam, że za głupia jestem. To wyjątkowo onieśmielająca i wyjątkowo osobista powieść graficzna.
Z pewnością nadaje się do ponownego czytania i do ponownego pisania o niej, choćby o nawiązaniach literackich, których jest cała masa. Może kiedyś.
"Fun Home. Tragikomiks rodzinny" Alison Bechdel, tłum. Wojciech Szot, Sebastian Buła, wydawca: Timof i cisi wspólnicy, współwydawca: Abiekt.pl, Warszawa 2010.
Etykiety:
5/6,
Alison Bechdel,
amerykańska,
komiks,
Przeczytane w 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)





Dla mnie ta powieść graficzna jest troszeczkę przegadana. Komiks powinien przede wszystkim opowiadać historię poprzez rysunek. Jeżeli podobał Ci się "Fun Home", to polecam też "Pod kołderką".
OdpowiedzUsuń na zawszeMam "Pod śnieżną kołderką", mam.
OdpowiedzUsuń na zawszehttp://mcagnes.blogspot.com/2012/01/stosik-komiksowy.html
Czy ja wiem, czy przegadana? Tematyka wymusza użycie większej słów. Tematyka trudna i skomplikowana...