poniedziałek, 21 września 2015

"566 kadrów" Dennis Wojda - opowieść nie przejmująca się czasem


Wypatrzyłam komiks w namiocie z tanią książką w Łebie (udało nam się z Marianką dostać na tygodniowy turnus rehabilitacyjny), schował się między literaturą kobiecą i ledwo go było widać. Otworzyłam na przypadkowej stronie i wzdrygnęłam się, natrafiwszy na rysunek człowieka z głową konia. Orzekłam, że to dość makabryczne i już miałam odłożyć na miejsce, ale zatrzymała mnie cena. 9,99 zł nie majątek, wzięłam. Bardzo dobrze zrobiłam, że wzięłam, bo autor opowiada ciekawą historię.

Narratorem jest sam autor, występujący w roli dziecka tuż narodzinami. Zaiste oryginalny punkt widzenia, zwłaszcza że bobas ma na nosie całkiem dorosłe okulary. Bobas opowiada o swojej rodzinie, zaczynając od mamy, która właśnie czuje pierwsze bóle porodowe. Rodząca dzwoni po najlepszego przyjaciela, żeby zawiózł ją do szpitala - a dlaczego nie po ojca dziecka, jej męża? Bo mąż jest w trasie koncertowej, jest muzykiem  i gra na gitarze. Opowieść płynnie przechodzi na ojca, czyli skąd się wzięła jego miłość do muzyki. Potem zbacza na dziadka, czyli ojca taty, zahacza o wojnę, wydobywając na światło dzienne zdarzenia od lat przechowywane w rodzinnej pamięci. Drobiazgi, strzępki wspomnień. Ciocia Jadzia uciekająca przed rosyjskimi żołnierzami na dach, dziadek wywieziony na roboty. Warszawa ze zburzonymi domami, smutne króliki czekające spokojnie na śmierć.

Rodzina mamy także występuje, autor płynnie przechodzi z jednego konaru drzewa genealogicznego na drugi, nie martwiąc się zbytnio o chronologię i kolejność zdarzeń. Najważniejsze, że opowieść płynie swobodnie jak rzeka, raz wychyla się z niej tata jazzman, raz prababcia akuszerka umiejąca przewidzieć płeć każdego dziecka mającego się narodzić.

To historia jednej rodziny, unikatowa, niepowtarzalna, cenna. Tak samo cenna jak historia mojej rodziny. W te wakacje zajmowałam się rysowaniem drzewa genealogicznego dla mamy, a przy okazji wysłuchałam kilku takich strzępków, oderwanych fragmentów ludzkiego życia. Do licha, pewnie to niebawem zapomnę...

Przejdźmy do obrazu w powieści. Od razu i prosto z mostu powiem - nie podobało mi się. Znikoma ilość kolorów akurat tu pasuje, uspokaja nieco chaotyczną narrację i ujednolica opowieść. Ale sposób rysowania ludzi czy przedmiotów mi nie odpowiadał. Nieco chwiejny, nieco skrótowy, jakby niedbały? A może zbyt esencjonalny jak dla mnie? Albo też po prostu uprzedziłam się przez te nosy, rysowane tak bardzo po dziecięcemu, falistą linią. Może człowiek i ma esa floresa nad ustami, ale moje wewnętrzne ja się z tym nie zgadza.

Jednakowoż mimo lekkiej niechęci do rysunków, to, co komiks mi opowiedział, było fascynujące.

"566 kadrów" Dennis Wojda, Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2013.

566 kadrów [Dennis Wojda]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz