Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Scalzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Scalzi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 października 2014

"Czerwone koszule" John Scalzi - bezwstydnie liczyłam na romans, mało brakowało


Jeśli przyjąć, że autor jest rodzicem swego dzieła, to książkę można nazwać synem lub córką, prawda? Opowiem wam o tym, jak spotkałam dwóch braci. Pierwszy to "Wojna starego człowieka" - w tym bracie zakochałam się, uwiódł mnie poczuciem humoru, siłą  i wrażliwością. Potem poznałam drugiego brata, "Czerwone koszule", rwałam się do tego spotkania, bezwstydnie licząc, że ten uwiedzie mnie jeszcze bardziej, będzie silniejszy, przystojniejszy i takie tam, wiecie. Błysk w oku.  Tak się nie stało, ale mało brakowało. 


Akcja dzieje się na statku kosmicznym, gdzie właśnie trafił główny bohater powieści, rekrut Andrew Dahl. Statek jak statek, głównie badawczy, choć zdarzają się i inne misje. Andy po niedługim czasie zauważa, że nikt na te misje się nie pali, a po dłuższym pobycie już wie, że wyprawy są śmiertelnym zagrożeniem, co i rusz ktoś traci na nich życie, wyłączając kilku oficerów.

==UWAGA, SZCZEGÓŁY DO OMINIĘCIA!==
Andrew i grupka jego przyjaciół szybko dochodzą do wniosku (to znaczy wcale nie tak szybko, tylko z buntem i niedowierzaniem i wcale nie oni, tylko ktoś im to podpowiada), że są na planie filmu, że są statystami, że gdy włącza się Narracja, tracą wolę, muszą grać swoje role i nierzadko pełnić funkcję mięsa armatniego, bo przecież żaden z głównych bohaterów nie może zginąć. A ofiary w ludziach są wskazane w celu zwiększenia dramaturgii konkretnego odcinka, toteż Andy i jego przyjaciele nie znają dnia ani godziny, chyba że... No dobrze, to brzmi jak bredzenie szaleńca, ale trzeba po prostu odnaleźć scenarzystę tego serialu i przekonać go, żeby nie pisał takich bzdur i nie uśmiercał ludzi.  Czy ta misja im się powiedzie, łatwo się domyślić. Dla mnie śledzenie drogi, jaką przebywa ta grupa w czasie i przestrzeni, było czystą uciechą, są sympatyczni, z poczuciem humoru, choć czasami jest to humor na poziomie opuszczonych spodni - co nie zmienia faktu, że z tych spodni rechotałam dobrą chwilę.
== UWAGA, MOŻNA CZYTAĆ==

Ale uwaga. To nie jest książka wyłącznie do śmiania się. Tu muszę się przyczepić do blurba "Szczerze powiem, że nie przypominam sobie książki, przy której tak bym się śmiał. Patrick Rothfuss" -  no bez przesady, wygląda to tak, jakby trzeba było nieustannie się śmiać, litości! To jest książka do zadumy, bo i wątek śmiertelnie chorego chłopca łapie za serce; i to, według jakich zasad scenarzyści piszą filmy; i końcówka powieści - wszystko daje do myślenia. To, że autor maczał palce w serialu "Gwiezdne wrota", pewnie miało jakieś znaczenie.

W jednej książce dostałam trzy opowieści, bo oprócz opowieści właściwej jest jeszcze pamiętnik scenarzysty opisującego, jak to zgłaszają się do niego osoby twierdzące, że są postaciami z jego filmu. Ciekawy zabieg, bo pierwsza część jest czystą fikcją, to wiadomo od samego początku, taka umowa między autorem a czytelnikiem.  I nagle Scalzi zrywa umowę, każąc czytelnikowi zwolnić tempo i zadać sobie pytanie: no dobrze, to ściema, co się przydarzyło scenarzyście, bajka, niemożliwe, zdaje mu się. A co, jeśli coś w tym jest? Nie, niemożliwe. No, ale... Czujecie to? W racjonalny do bólu mózg wdziera się igiełka zwątpienia, która właściwie nic nie robi i zaraz znika, ale przez chwilę jest i uwiera.

Wisienką na torcie jest ostatnia opowieść, którą przytuliłam do serca zdecydowanym i pewnym ruchem. To wątek kobiety i mężczyzny, ledwie kilka zdań, ale fantastycznie skrojonych, delikatnych, subtelnych. O uczuciu, które przenika do świata realnego z wymyślonego, które "nie zna granic ni kordonów".

Podziwiam autora za swobodę i lekkość myśli. Facet pisze bez spiny, bez zadęcia, tworzy literaturę rozrywkową, która nie aspiruje, by być czymś więcej, ale temu, kto chce, dostarcza materiału do rozmyślań. Te scenariusze mnie zaciekawiły, pewnie z racji niedawno przeczytanej książki "Łowca androidów: Słowa i obrazy", gdzie tworzenie scenariuszy jest potraktowane warsztatowo i systematycznie.


Dodam tylko jeszcze, że na zawsze "Czerwone koszule" będą mi się kojarzyć z moim pierwszym Polconem. Czytałam to w drodze do B-B, czytałam na mało interesującej prelekcji z Pilipiukiem, wtedy właśnie natknęłam się na słowo "Enterprise" i tym słowem tknięta, przeniosłam się na prelekcję o tym właśnie serialu i znakomicie się bawiłam.

Dziękuję Wydawnictwu Akurat za egzemplarz książki! 


Czerwone koszule [John Scalzi]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

"Czerwone koszule" John Scalzi, przełożył Marcin Wawrzyńczak, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014.

środa, 7 sierpnia 2013

"Wojna starego człowieka" John Scalzi - po trzykroć się zakochałam. I pędzę zaraz do Szekspira


John Perry, wdowiec, właśnie skończył siedemdziesiąt pięć lat. Niniejszym uzyskał prawo do zaciągnięcia się do Kolonialnych Sił Obrony. To wojska, które są przeznaczone do obrony ziemskich kolonii przed wrogami, których w kosmosie pełno jak mrówków. KSO są dla staruszków okazją  nie tylko na przygodę w kosmosie, ale i (co właściwie najważniejsze) na fizyczną odnowę organizmu. Żegnajcie, skrzypiące kolana! Żegnajcie, sztuczne szczęki! Żegnaj, przerośnięta prostato! Cóż za zachwycająca perspektywa, mieć dojrzały umysł i młode, sprawne ciało.

Sporo ludzi korzysta z oferty KSO, nie ma co się dziwić, że John też. Zaciąga się, przestaje być mieszkańcem Ziemi (zostaje oficjalnie uznany za zmarłego), staje się żołnierzem, przechodzi z sukcesem szkolenie wojskowe, dostaje pierwszy przydział, udaje mu się przeżyć pierwszą misję. Potem następna misja i jeszcze jedna. Daje sobie radę, a nawet więcej, bo ma swego rodzaju talent strategiczny.
 
I nagle... Johna aż zatchnęło (mnie też przy czytaniu)  - spotkał kogoś szczególnego!
Nie mogę napisać, kto to, ale rąbka tajemnicy mogę uchylić - to kobieta. Romantyczna cząstka mojej duszy aż kwiknęła z zachwytu (wcześniej kwiczała ta cząstka od lubienia kosmosu, obcych i szybkiej akcji) - romans wisiał w powietrzu. Och, było co czytać...

Ogółem - książka napisana bardzo, ale to bardzo dla mnie. Wszystko mi się tam podobało. Wartka akcja z ciągłymi zwrotami. Poczucie humoru autora. Pięknie przedstawione uczucia. Brakowało mi nieco jedynie plastycznych i oryginalnych wizji kosmitów i innych światów, dlatego nie postawiłam szóstki, a pięć i pół. Świetna przeciwwaga do sagi Endera, gdzie każe się walczyć dzieciom. Starzy ludzie też umieją się bić. I umieją się z siebie śmiać.
"Przehandlowanie tego za dekadę świeżego życia w strefie walki zaczyna wyglądać na diabelnie dobry interes. Szczególnie, kiedy weźmie się pod uwagę fakt, że za dziesięć lat będziesz miał osiemdziesiąt pięć lat - i jedyna różnica pomiędzy tobą a rodzynkiem będzie taka, że, choć obaj będziecie pomarszczeni i bez prostaty, to rodzynek, w przeciwieństwie do ciebie, nie będzie odczuwał braku tego gruczołu" - mówi John.

Zakochałam się w sierżancie Ruizie, kiedy wrzeszczał na rekrutów:
" – Nie rozumiecie – powiedział starszy sierżant Antonio Ruiz. – Wydaje wam się, że mówię w ten sposób, ponieważ tak powinien mówić instruktor musztry. Wydaje wam się, że po jakimś czasie moja gburowata, choć szczera maska zacznie się zsuwać z mojej twarzy, po paru tygodniach szkolenia zacznę okazywać, że jestem pod wrażeniem wielu z was, a pod koniec szkolenia zasłużycie sobie nawet na mój niechętny szacunek. Wydaje wam się, że będę o was myślał z czułością, podczas, gdy wy będziecie czynić wszechświat bezpiecznym dla ludzkości, chronieni wiedzą, którą wam przekazałem, by zrobić z was lepszych żołnierzy. [...]
– Chcę, żeby jedno było jasne. Nie lubię was, i nigdy żadnego z was nie polubię. Dlaczego? Ponieważ wiem, że mimo dobrej roboty, którą wykonam ja i którą wykonają moi ludzie, nieuchronnie postawicie nas w złym świetle. To mnie boli. Przez to budzę się w środku nocy ze świadomością, że cokolwiek zrobię, to i tak zawiedziecie tych, u boku których będziecie walczyć. Jedyne co mogę zrobić, to upewnić się, że kiedy na was przyjdzie pora, to nie pociągniecie za sobą całego pieprzonego plutonu. Właśnie tak – jeśli pozwolicie zabić tylko siebie, będę mógł to uważać za swój sukces".

I jeszcze bardziej się zakochałam potem, kiedy powiedział:
– Rekrucie, to dla mnie zaszczyt, że mogę cię poznać. Na dodatek jesteś pierwszym rekrutem w całej mojej karierze, który z miejsca nie wzbudził mojej pogardy. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi to przeszkadza i wytrąca z równowagi. Jednak grzeję swoją skłopotaną duszę przy wesołym ogniu przekonania, że wkrótce – prawdopodobnie w ciągu kilku najbliższych godzin –bez wątpienia zrobisz coś, co mnie wkurzy. Żeby ułatwić ci to zadanie, przydzielam ci rolę dowódcy plutonu. Ta niewdzięczna robota nie ma swoich dobrych stron, ponieważ musisz jechać na tych smutno-dupnych rekrutach dwa razy ostrzej niż ja. Za każdą z licznych wpadek, które oni popełnią ty także będziesz ponosił odpowiedzialność. Będą cię nienawidzić, gardzić tobą i knuć spiski, mające odebrać ci władzę – a ja będę na swoim miejscu, żeby dać ci dodatkową porcję gówna, kiedy im się powiedzie. Co o tym myślisz, rekrucie? Mówcie swobodnie! 


Ale naj, naj, najbardziej zakochałam się w Johnie, kiedy wyjaśniał:
– No wiecie, tęsknię za swoją żoną – powiedziałem. – Ale tęsknię też za uczuciem, no wiecie, komfortu. Poczuciem, że jesteś tam, gdzie powinieneś być – z tym kimś, z kim być powinieneś. Jest jasne jak diabli, że tutaj tego nie czuję. Udajemy się do miejsc, do których musimy się udawać, żeby walczyć u boku ludzi, którzy mogą umrzeć choćby jutro albo pojutrze.
    Bez obrazy.
    – Nikt się nie obraża – powiedział Keyes.
    – Tutaj nie ma się stałego gruntu pod nogami – powiedziałem. – Nie ma się poczucia bezpieczeństwa. Moje małżeństwo, jak wszystkie, miało swoje wzloty i upadki. Ale kiedy dochodziło co do czego, wiedziałem, że jest czymś trwałym. Tęsknię za tym rodzajem poczucia bezpieczeństwa i za tym rodzajem związku z kimś. Po części czyni nas ludźmi to, czym jesteśmy dla innych i czym inni są dla nas. Tęsknię za byciem kimś ważnym dla kogoś innego, za tą częścią człowieczeństwa. Za tym właśnie tęsknię w małżeństwie".


 Łzę uroniłam przy tym: 
"– Jak to jest stracić kogoś, kogo kochasz? – zapytała Jane.
    – Umierasz razem z tą osobą – powiedziałem. – A potem czekasz, aż twoje ciało do ciebie dołączy".


Och.




 Ponieważ John zdobył swoją żonę recytując jej szekspirowskiego Romea, postanowiłam, że natychmiast zabieram się za "Romea i Julię" (no co, jeszcze tego nie czytałam, tak naprawdę).


EDYTOWANE: Wpis jest sponsorowany, tfu, inspirowany tą notką u oisaja.


"Wojna starego człowieka" John Scalzi, tłumaczenie Wojciech Pusłowski.

Wojna starego człowieka [John Scalzi]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE