piątek, 7 kwietnia 2017

"Lucky Luke: Daily Star" Morris, Fauche, Léturgie - chodźcie zobaczyć zadrukowaną krowę!

Jeśli w jakimś komiksie czy książce poruszany jest temat związany z szeroko pojętym słowem pisanym, to dla mnie taka pozycja jest szczególnie warta uwagi. Dlatego ukazanie się "Daily Star" w serii "Lucky Luke" od razu mnie zelektryzowało.

Bohaterem komiksu tym razem wcale nie jest słynny kowboj, tylko Horacy P. Greely. Drukarz, redaktor, zecer, właściciel gazety, korespondent, słowem ktoś, kto urodził się z gazetą pod pachą. Wydawanie prasy na Dzikim Zachodzie wcale nie jest taka łatwą sprawą, ale dzięki pomocy Lucky Luke'a oraz swojej olbrzymiej determinacji Horacy daje radę.



To komiks bardzo ciekawy. Z jednej strony mamy tu szereg zabawnych sytuacji i gagów (a mniej ludzi zmieniających kolor na zielony, czego bardzo nie lubiłam), a z drugiej przekazany całkiem serio kawałek historii o tym, jak rozwijała się prasa w  USA. Nie mogło zabraknąć słynnej historii o odnalezieniu doktora Livingstone'a,  który moim zdaniem wcale się nie zgubił. 


Tu co prawda twórcy nieco popłynęli, bo nie Horacy Greely (właściciel "New York Tribune") wysłał Stanley'a na poszukiwania  doktora, tylko James Gordon Bennett, właściel "New York Herald" (gdyby nie "W królestwie lodu", nie zwróciłabym uwagi na ten błąd).





Twórcy scenariusza odsuwając nieco kowboja na dalszy plan zrobili bardzo dobre posunięcie. Lucky Luke jest cały czas obecny, ale jako podpora i wspomaganie. Na tym tle Horacy błyszczy własnym światłem. Jego determinacja wobec braku papieru czy farby drukarskiej pokonywała wszelkie przeszkody! Wstawianie kawałków gazety w kadry - świetny pomysł.

 Bardzo udany tom.

Za możliwość poczytania o tym, jak się kiedyś robiło gazety, dziękuję wydawnictwu Egmont. 

 "Lucky Luke: Daily Star", rysunki: Morris, scenariusz: Xavier Fauche i Jean Léturgie, tłumaczenie Maria Mosiewicz, Egmont Polska, Warszawa 2017.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza