piątek, 18 września 2009

"Pan Dick, czyli dziesiąta książka" Jean-Pierre Ohl


Książka ta pochodzi z nurtu książek o książkach, mojego ulubionego. Mam wrażenie, że ostatnimi czasy stało się modne pisanie kryminałów literackich, w zasadzie to nie kryminałów, tylko powieści detektywistycznych, gdzie podmiotem jest inna książka. I pan Ohl się w ten nurt dobrze wpisuje.
O czymże to? Ano o tym, jak też miała się zakończyć ostatnia książka Dickensa "Tajemnica Edwina Drood'a" (książka ta jest, jak na niego, nietypowa, ponieważ zauważywszy rosnącą popularność powieści kryminalnych, sam postanowił spróbować swych sił w tym właśnie gatunku). Nie jest zakończona, ponieważ Dickens nie zdążył, zszedłszy z tego padołu. Na temat tego, jak powinna się ona zakończyć, a właściwie - kto zabił, narastają spekulacje, wysnuwane są najróżniejsze teorie. Wielbiciele twórczości Dickensa mają naprawdę dużo pomysłów na to, jakie powinno być zakończenie, ale nie wiadomo, które z nich jest właściwe. Ohl dołącza do nich, snując własną wizję - zawartą w swojej powieści.
Czy udało mu się rozwiązać zagadkę? Oczywiście, że wam o tym nie napiszę, byłby to czystej klasy spoiler, karygodny i niewybaczalny.
Ale napiszę o tym, że jako miłośniczce książek w ogólności, spodobało mi się to, że autor swego bohatera tak uzależnia od słowa pisanego. Główny bohater jako dziecko trafia do dziwnego pokoju, dosłownie wyłożonego książkami przez jego dziadka. Jedna z tych książek go facynuje, odkrywa, że jej autorem jest Dickens właśnie, i tym momencie jego los wiąże się z nim na stałe. Takie idee fixe. Mania. Opętanie prawie. I tak już się kręci - książka, śledztwo, dochodzenie, takie tam...Mści się trochę nieznajomość dzieł Dickensa (mało go czytałam), bo wszędzie mamy odwołania do postaci czy fabuł - ale trudno, trzeba było więcej czytać - moja wina.
Podsumowywując - jako książka o książce - znakomita. Jako książka - trochę mniej, to chyba przez klimat, czasem zbyt zbyt surrealistyczny jak na moje gusta. Ale zapewniam, warto przeczytać. Choćby dla postaci księgarza i antykwariusza Krook'a.

czwartek, 17 września 2009

"Dekorator" Boris Akunin


Dobrze pisze ten Gruzin! Sprawnie. Kryminał soczysty, z pięknie odmalowanym klimatem Rosji roku 1889. Intryga tak zawiązana, że z zapałem myśli się przy czytaniu, kto też mógł zabić (a przesłanek jest sporo i można trochę pogłówkować).

Dla miłośników kryminałów nie lada kąsek, naprawdę. Troszkę trąci Agatką, troszkę Alexem, troszkę fajką i prochowcem z Baker Street - ale broń Boże, że plagiat, czy ściąganie pomysłów, nienienie. Ot, taki zapaszek dedukcji, prawdaż. No i temat: Kuba Rozpruwacz w Moskwie. Na czasie, hehe, czytałam, w świetle ostatnich doniesień z Ipswich.

Dodam jeszcze, dla tych, którzy nie doczytali w przytoczonym poście, że powyższa książka jest częścią serii 'Przygody Erasta Fandorina'. Oczywiście zaczęłam od środka - "Dekorator" jest szóstą częścią cyklu. No jakżeby inaczej. Chronologia cyklu to dla mnie rzecz prawie nieznana.

Dekorator [Boris Akunin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 16 września 2009

"Złamana szabla" Gilbert Keith Chesterton


To malutka książeczka zawierająca trzy opowiadania kryminalne. Pierwsze najbardziej utkwiło mi w pamięci, a to dlatego, że - nietypowo - bohater rozwiązuje zagadkę z przeszłości. Kto czytał "Córkę czasu" pani Tey? O tym, jak to Alan Grant udowodnił, iż Ryszard III wcale nie był dzieciobójcą i tyranem? No, to tu mamy ciut podobny motyw. Ksiądz detektyw ogląda pomnik bohatera wojennego, generała, który poległ chwalebnie w walce z przeważającymi siłami wroga. W trakcie czytania dowiadujemy się, iż bohater wcale nie jest takim bohaterem, gdzieś tam w zakamarkach czai się morderstwo, a ksiądz na podstawie dawnych listów, zapisków i notatek odkrywa prawdę. Świetne, bo opiera się na czystej dedukcji. Pozostałe opowiadania nie są już tak błyskotliwe, ale również solidne. A całość ma swój urokliwy klimat angielskości, posmak Conan Doyle'a, chłodną dystynkcję.
Polecam. A sama idę szukać innych książek tego pana, spodobał mi się.

wtorek, 15 września 2009

"Wurt" "Pyłki" Jeff Noon

Na okładce szumnie napisane „nowy P.K.Dick!” czy coś podobnego, co mnie od razu nastroiło dość nieufnie, a cóż to za szmira, że aż tak grubymi nićmi trzeba ją reklamować? I tu najmocniej przepraszam autora, albowiem po przeczytaniu okazało się, że wcale nie szmira, a ten tekst z okładki to zapewne wytwór półmózgich marketingowców.

Wurt to odjazd. Wsuwasz piórko w usta i odlatujesz, śnisz, przenosisz się do innego świata, jakże podobnego do gibsonowskiej cyberprzestrzeni. Ale Noon poszedł dalej, bo cyberprzestrzeń, jakby nie było dla nas, ludzi dwudziestego pierwszego wieku, jest czymś normalnym, znanym i obłaskawionym, a jego wurt to odjazd, inny świat, zupełnie inny. Niby to świat snu, ale jakże snu, skoro można się tam zagubić, jak siostra głównego bohatera. Czyli że sen staje się prawdziwy i realny. A że równowaga w przyrodzie musi być zachowana, zamiast dziewczyny z wurtu wypada obcy. I aby ją odzyskać, jego trzeba tam z powrotem wsadzić, to nie jest wcale łatwe. Zakręcone? A jakże!

Do zakręconej, lekko psychodelicznej fabuły Noon dodaje postacie. Ale jakie! Nie ma tak, że bohaterami są wyłącznie ludzie. Świat poszedł dalej, era Płodności zrobiła swoje, rozbudzony popęd zaowocował takimi mieszańcami jak widmoludzie, roboludzie, robopsy, ludziepsy... Na początku to trochę szokuje, potem już nie. Potem rozwija się akcja, wciąga i kibicujemy Skrybie (wspomniany już wcześniej główny bohater) w poszukiwaniach Desdemony i nawet już tak bardzo nie zwala nas z nóg, gdy się dowiadujemy, że Skryba darzy Desdemonę miłością wcale nie braterską, w końcu przecież związki między siostrą a bratem zdarzają się, a co. I dzieci z tych związków również się zdarzają, a to, że poczęte zostają w wurcie, czyli w innym świecie, to również normalka. Co prawda autor usiłuje nam wmówić, że nie (analogia z cyberprzestrzenią, nie ma jeszcze dzieci poczętych z cyberseksu), ale nie nas, starych czytelników, na takie plewy!

Gdy już się uporałam z „Wurtem” przeszłam od razu, za ciosem, do „Pyłków”. Luzacko podeszłam, no bo czymże jeszcze Noon może mnie zaskoczyć? Ale dał radę. Dorzucił do mieszańców jeszcze florę, połączył, zamotał, zakręcił. Wmieszał nekrofilię. Dał istotom z wurtprzestrzeni tęsknotę za światem realnym, wyszła z tego wojna, gdzie główną bronią stał się katar sienny, a pojęcie „być zakichanym na śmierć” stało się dla mnie przerażające. A to wszystko ładnie splecione w wątku kryminalnym, rodzinnym, armagedonowym i co tam jeszcze chcecie.

Nie, Noon to nie Dick. Ale ma coś w sobie. Pazur taki. Wyobraźnię, rozmach. On nie boi się pisać – to naprawdę fajne. Polecam.

P.S. Napisał coś jeszcze, co nawiązuje do „Alicji w krainie czarów” i „Alicji po drugiej stronie lustra”, no no, jak mi wpadnie w łapki, nie omieszkam przeczytać.

poniedziałek, 14 września 2009

"Wiek żelaza" J.M. Coetzee


"Wiek żelaza" to z grubsza opowieść o umieraniu. Zajrzałam z ciekawości do recenzji na biblionetce i okazuje się, że to książka bardzo znana, uznana, genialna, odkrywcza, zjawiskowa, trudna, ważna i tak dalej i tak dalej. Mnie się nie spodobała, co przyznaję z niejakim wstydem, w świetle powyższych epitetów powinnam docenić geniusz, a nie doceniłam. Przepraszam.
Mogłabym się usprawiedliwić jakoś, że świeżo upieczona mamusia preferuję życie, a nie śmierć, wobec czego stan psychiczny książkę mi odrzucił, a nie ja sama. Ale się tak nie usprawiedliwię, albowiem uważni czytelnicy dostrzegli zapewne peany i pochwały na cześć "Śmierci pszczelarza" Gustafssona o tutaj - wynika więc z tego, że pan Coetzee po prostu mi nie podszedł.
Dlaczego? Bo to bardzo mglista i zawikłana książka. Bo opowieść starej, schorowanej kobiety często się plącze i kołuje. Bo czasem komplenie nie rozumiałam przeczytanych zdań. Bo, bo, bo... - nie zawsze umiem ładnie ubrać w słowa odczucia i wrażenia po przeczytaniu książki i chyba tak właśnie jest w tym przypadku. Może, kiedyś, za czas jakiś, dam szansę autorowi raz jeszcze, tym razem z innym tytułem. Zobaczymy.
Na zakończenie cytat ładnie opisujący Południową Afrykę: "W powszechnej opinii utrwalił się obraz równinnego kraju o dużym nasłonecznieniu, kraju bez cienia, bez przeszłości, bez głębi". *
 
--- 
* J.M. Coetzee "Wiek żelaza", tłum. Anna Mysłowska, wyd. Znak, Kraków 2004,s. 90

niedziela, 13 września 2009

Z podaja

Gilbert Keith Chesterton "Złamana szabla" Francis Scott Fitzgerald "Diament wielki jak góra" Ernest Hemingway "Motyl i czołg" Thomas Hardy "Pierwsza hrabina Wessex" Na razie tyle, będą następne.

"Kota Mruczysława poglądy na życie oraz Fragmenty biografii kapelmistrza Jana Kreislera przypadkiem na strzępach makulatury zachowane" ETA Hoffmann


Dostałam książkę w prezencie i bardzo się ucieszyłam, albowiem ponieważ koty w literaturze lubię bardzo, a jeszcze słyszałam parę pochlebnych opinii o tej właśnie pozycji. Jeśli do tego dodać fakt, iż pan Hoffmann napisał "Dziadka do orzechów", którą to książkę kocham nad życie, pod warunkiem, że jest w twardej, lakierowanej okładce i z ilustracjami Szancera - to już w ogóle szykuje się uczta.

Bardzo źle jest przystępować z takimi założeniami do lektury. Siadasz przy stole z nadzieją na znakomity obiad, a dostajesz coś lekko przesolonego i wysuszonego. Da się zjeść, ale z przyjemności nici i tylko wyglądasz końca posiłku.

Przyznam jednak, że pomysł na równoległe prowadzenie dwóch opowieści jest całkiem ciekawe, a wytłumaczenie, iż to kot Mruczysław spisywał swoje opowieści na odwrotnych stronach kart już raz wykorzystanych na przestawienie nam historii Jana Kreislera - przednie! Pomieszane to trochę, zebrane, wydane i wydrukowane, dało w efekcie tę książkę. No i na tym koniec zachwytów.
Poglądy kota na życie są nudne, sam kot wyjątkowo pyszałkowaty i nadęty, do tego miejscami naiwny i mało bystry. Losy kapelmistrza też mnie nie porwały, młody gniewny, utalentowany, do tego nieszczęśliwie zakochany - e tam, to wszystko już było. Na domiar złego powieść nie ma zakończenia, niestety, autor nie zdążył...

Summa summarum - zawiodłam się.

Kota Mruczysława [Ernst Theodor Amadeus Hoffmann]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 12 września 2009

"Szaman" "Spadkobierczyni Medicusa" Noah Gordon


"Medicus" to znakomita książka. Ale następne z serii to już takie powolne staczanie się w dół. Nie wiem, może to przez to, że coraz bardziej zbliżamy się do czasów nam współczesnych, a im coś jest bardziej nam znane (czasy i obyczaje), tym mniej jesteśmy zainteresowani tłem obyczajowym. O ile "Szaman" dostarcza nam jeszcze sporo radochy, opisując Dziki Zachód, Indian i wojnę secesyjną, o tyle "Spadkobierczyni Medicusa" oferuje jedynie samochody z napędem na cztery koła, kliniki aborcyjne, małe miasteczka i wielkie miasta, nic nadzwyczajnego. No i główni bohaterowie. Szaman jeszcze ma jakąś charyzmę (choć nie tak wielką jak Medicus, który wzbudzał ogromny szacunek swoim pędem do wiedzy), bo zostaje lekarzem mimo głuchoty, ale bohaterka "Spadkobierczyni Medicusa", lekarka, nie zachwyca niczym. Można by powiedzieć, że tym razem autor chciał postawić na naturalność, na zwyczajnego człowieka (pomijając oczywiście sławetny dar wyczuwania śmierci), tylko że po olśniewających postaciach ukazanych w poprzednich tomach serii - ta naturalność jest po prostu blada i nijaka. Jeśli ktoś chce zmierzyć się z tym autorem, niech poprzestanie na "Medicusie". Ale mały plusik dołożę - wszystkie trzy szybko i płynnie się czyta.

piątek, 11 września 2009

"Szkoła pod baobabem" Barbara Rybałtowska - szukam!

Jest to prawdopodobnie to, czego szukałam w tej notce - może ktoś ma i pożyczy? Chętnie przeczytam... Oddam. Zawsze oddaję!

"Czytanie wzbronione" Dubravka Ugrešić


Pożyczyłam, zachęcona tytułem. Jak jest coś o czytaniu w tytule, albo o książkach, albo o literaturze, to ja się łapię na to jak mucha na lep. To książka (właściwie spory zbiór esejów) napisana przez chorwacką autorkę, książka gorzka, ironiczna, pełna żalu. O co, dlaczego? Ano ogólnie, że rynek czytelniczy taki jakiś, że wszędzie korupcja, że dobre powieści gdzieś nikną, że autorzy z bloku wschodnioeuropejskiego to nie mają szans na zaistnienie, czy na znaczące wybicie. Do tego garść rozważań o sytuacji byłej Jugosławii. Nie znalazłam zbyt dużo tego, czego lubię, czyli pisania o książkach. Znalazłam za to trochę goryczy, trochę smutku, ździebko autoironii... i tyle. Cóż, czasem mi się fajnie trafi na niezłą pozycję, a czasem nie. Tym razem nie.