Czytam sobie o życiu, a właściwie początku dorosłego życia młodej dziewczyny z warszawskiego Powiśla i wczuwam się, że hoho. Że tak się bezpardonowo wyrażę, to życie nieźle kopie dziewczę po dupie. Ojciec pijak i hulajdusza, wieczna bieda w domu, wiecznie dziurawe buty i nicowane sukienki, brrr. Kiedy zaś dziewczyna dorośnie do oszałamiającego wieku szesnastu lat, zakocha się w takim bucu i patafianie, że proszę siadać. Ona go kocha, on się z nią żeni, ale pomiata jak ścierką. Ale ona go kocha, więc łyka łzy i gotuje pyszne obiadki. Obłęd jakiś.
Oprócz wątku tego związku, na który zżymałam się co sił w mojej czytelniczej duszy, Krystyna Nepomucka fantastycznie opisała, jak się żyje w Warszawie i poza nią. Rodzice: wspaniała mama i tata utracjusz. Ciotki i wujkowie. Śluby i pogrzeby. Wyjazdy i powroty. Rany, to się czyta tak, że w żyły włazi i tak sobie krąży po organizmie.
Miło wiedzieć, że to pierwsza część większego cyklu, książkę pożyczyłam od koleżanki i zapytam, czy ma pozostałe części, bo chętnie przeczytam. I mam nadzieję, że główna bohaterka kopnie porządnie w zadek swojego niewydarzonego męża.
"Nie cierpiałam cerowania, jak zresztą żadnej pracy wymagającej siedzenia. Aby sobie umilić jakoś to zajęcie, wyszywałam na skarpetkach Busia obok wielkich cer rokokowe różyczki w pastelowych kolorach. [...] Liczyłam także na to, że Busio, wzruszony takim dowodem miłości, prędzej się ze mną ożeni. Wkrótce przekonałam się, że był całkowicie pozbawiony romantyzmu. Świadczył o tym dopisek na jednym z listów: »Nie wyszywaj, smarkata, dureńskich kwiatków na skarpetkach, bo uwierają w odciski«".*
---
* "Małżeństwo niedoskonałe" Krystyna Nepomucka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1980, s. 171.













