czwartek, 30 maja 2013

"Małżeństwo niedoskonałe" Krystyna Nepomucka - niedoskonałe? Kompletny niewypał!

Obłędne!

Czytam sobie o życiu, a właściwie początku dorosłego życia młodej dziewczyny z warszawskiego Powiśla i wczuwam się, że hoho. Że tak się bezpardonowo wyrażę, to życie nieźle kopie dziewczę po dupie. Ojciec pijak i hulajdusza, wieczna bieda w domu, wiecznie dziurawe buty i nicowane sukienki, brrr. Kiedy zaś dziewczyna dorośnie do oszałamiającego wieku szesnastu lat, zakocha się w takim bucu i patafianie, że proszę siadać.  Ona go kocha, on się z nią żeni, ale pomiata jak ścierką. Ale ona go kocha, więc łyka łzy i gotuje pyszne obiadki. Obłęd jakiś.

Oprócz wątku tego związku, na który zżymałam się co sił w mojej czytelniczej duszy, Krystyna Nepomucka fantastycznie opisała, jak się żyje w Warszawie i poza nią. Rodzice: wspaniała mama i tata utracjusz. Ciotki i wujkowie. Śluby i pogrzeby. Wyjazdy i powroty. Rany, to się czyta tak, że w żyły włazi i tak sobie krąży po organizmie.

Miło wiedzieć, że to pierwsza część większego cyklu, książkę pożyczyłam od koleżanki i zapytam, czy ma pozostałe części, bo chętnie przeczytam. I mam nadzieję, że główna bohaterka kopnie porządnie w zadek swojego niewydarzonego męża.

"Nie cierpiałam cerowania, jak zresztą żadnej pracy wymagającej siedzenia. Aby sobie umilić jakoś to zajęcie, wyszywałam na skarpetkach Busia obok wielkich cer rokokowe różyczki w pastelowych kolorach. [...] Liczyłam także na to, że Busio, wzruszony takim dowodem miłości, prędzej się ze mną ożeni. Wkrótce przekonałam się, że był całkowicie pozbawiony romantyzmu. Świadczył o tym dopisek na jednym z listów: »Nie wyszywaj, smarkata, dureńskich kwiatków na skarpetkach, bo uwierają w odciski«".*

Małżeństwo niedoskonałe [Krystyna Niepomucka]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

---
* "Małżeństwo niedoskonałe" Krystyna Nepomucka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1980, s. 171.

wtorek, 28 maja 2013

"Paddington w opałach" Michael Bond


Szósty tom cyklu. Znów zima. Paddington pomaga sąsiadowi, panu Curry, w kłopotach z zamarzniętymi rurami.
 Jak tu zresztą się nie dziwić, skoro londyńczycy mają dziwny zwyczaj ciągnięcia rur na zewnątrz budynku, lekki mróz i już to wszystko ścina się lodem. Musiałam to uwiecznić na fotografii, bo wydało mi się to niepraktyczne. Do czasu, kiedy kolega przybliżył mi klimat panujący na wyspach :)

Potem jedzie do fabryki marmolady jako specjalny gość specjalnej uroczystości otwarcia nowego skrzydła fabryki i zostawia odciski swoich łap w betonie. Wiosną pomaga pani Brown gruntownych porządkach, właściwie to tylko czyści komin, ale za to całym sobą. Po porządkach zasługuje na odrobinę rozrywki, więc zaprasza pana Grubera na wycieczkę autokarową po Londynie, w jej trakcie miś wywołuje takie zamieszanie w Muzeum Madame Tussaud, że po powrocie do domu może przeczytać o sobie w gazecie. BTW - nie odwiedziłam tego Muzeum, gdy byłam w Londynie, kolejka oraz drogie bilety zadecydowały, woleliśmy ze znajomymi rozłożyć się na trawie i gapić na Tamizę.


Co jeszcze? Bierze udział w meczu krykieta w szkole Jonatana i robi furorę. Jedzie z rodziną Brownów nad morze i pomaga w ujęciu pary oszustów.  Na koniec zaś państwo Brown wydają specjalne przyjęcie z okazji 3 lat Paddingtona w Londynie i w prezencie dają mu bilet do Peru, aby mógł odwiedzić ciotkę Lucy. 

Tym razem przełożyła Małgorzata Tkaczyk.

niedziela, 26 maja 2013

"Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czyli Lilka Kossak: Biografia poetki" Anna Nasiłowska


Swego czasu czytywałam troszkę o Kossakach, głównie o Lilce, głównie autorstwa jej siostry.

Ta biografia jest inna, bardziej obiektywna, bez "zasłony" siostrzanego uczucia. Ot, dość wspomnieć o bracie słynnych sióstr, Juliuszu. Dotarłam do niego i zakrzyknęłam w duchu - do licha, to one miały brata? To czemu Magdalena o nim milczała? A może ja przeoczyłam?
Tym niemniej, mimo sympatii do utalentowanej poetki, odczułam pewien przesyt. Już nie chcę o niej czytać, już wystarczy Kossaków, raczej na długo.

"Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czyli Lilka Kossak: Biografia poetki" Anna Nasiłowska, Algo, Toruń 2010.

piątek, 24 maja 2013

"Handlarze kosmosem" Frederik Pohl, Cyril M. Kornbluth - proroczy rozbuchany konsumpcjonizm


Jedziemy przez zapadłą wieś, a tam tablice na płotach czy słupach "Auto-naprawa", "Nagrobki" czy "Biuro rachunkowe". Wyjeżdżamy na główniejszą drogę, a tam już bilboardy na polach: "Skuteczne odszkodowania", "Sprzedam działkę inwestycyjną", "Usługi ogólnobudowlane" czy "Odtrucia poalkoholowe, psychoterapia". To nie dziwi, jest normalne, wrosło w krajobraz. Do tego stopnia, że kiedy jakiś artysta zrobił zdjęcia współczesnej Warszawy i komputerowo wyciął reklamy, oglądało się to jak krajobraz księżycowy.

Bez reklamy niczego się dziś nie sprzeda. Reklamy są wszędzie. W radio, telewizji, gazetach, internecie, na polach i płotach, budynkach i słupach. Skąd wiedzieli panowie Pohl i Kornbluth już w latach 50, że tak to się rozwinie?
Nie wiem, ale przewidzieli całkiem trafnie tak gwałtowny rozwój reklamy. Oprócz tego przewidzieli ogromne megaprzedsiębiorstwa konkurujące, ba, walczące ze sobą bezpardonowo o każdy, każdziutki kawałek konsumenckiego tortu - aż ciarki człowieka przechodzą.

Jeśli do tego dojdzie jeszcze obraz zmasakrowanej, wyjałowionej, rabunkowo spustoszonej Ziemi - to ciarki przechodzą po dwakroć. Nie można wyjść na ulicę bez zatyczek przeciwsadzowych w nosie, taksówki z braku paliwa zostały zastąpione rykszami, mięso hoduje się w wielkich kadziach,  a do mycia używa słonej wody. Ciarki po trzykroć.

No ale co z tą reklamą? Czytał ktoś "Generation P" Wiktora Pielewina? Kiedyś mi wpadło w ręce, a po lekturze zapisałam sobie zdanie: "Reklama dźwignią handlu? Nie, reklama dźwignią gospodarki, życia, wszystkiego". Tu jest to samo. Korporacje używają wszelkich chwytów (kodowanie podprogowe, przekupstwa, morderstwa, zatajanie), żeby tylko zwiększyć obroty. A kiedy już nie ma niczego do sprzedania na Ziemi, to sięgają po Wenus. Miliony kolonistów chcących osiedlić się na tej planecie to miliony zysku. No ok, firma sponsoruje badania naukowe, żeby tę planetę jakoś przystosować do życia, ale i tak tnie koszty.

Na tym nieprzyjemnym i okropnie proroczo namalowanym tle (napisanym w latach 50.!) rozgrywa się sensacyjna historia. Jeden z bossów korporacyjnych zostaje porwany przez tajemnicze siły i ze zmienioną tożsamością zepchnięty na sam dół drabiny społecznej. To przez Wenus, łakomy kąsek. Żeby ten kąsek odzyskać, bohater książki musiałby się jakoś wyplątać z wielce niekorzystnej dla siebie sytuacji. No, jest wystarczająco zdeterminowany, żeby mu się to udało, ale po drodze coś się zdarza. Właściwie nie coś, tylko ktoś. Organizacja zwana Consies - dziś nazwalibyśmy ich ekoterrorystami.

Jak to się skończy? Dobrze. I ciekawie. Warto było przeczytać, choćby dla takich smaczków:
"Podczas gdy on pożerał wytarty egzemplarz czegoś zwanego »Moby Dick«, ja przejrzałem z pół tuzina starych czasopism [...] Ale nie mogłem zrelaksować się w obecności tylu książek, z których żadna nie zawierała nawet jednego słowa reklamy. Nie jestem pruderyjny, jeśli chodzi o nietypowe przyjemności służące użytecznemu celowi, ale moja tolerancja ma swoje granice".

Aaaaa!

Za inspirację bardzo dziękuję Tomkowi, natchnął mnie i przeczytałam.

środa, 22 maja 2013

"Paddington za granicą" Michael Bond - czwarty tom serii


Życie tego niedźwiadka jest pełne przygód.

Wyjeżdża z  państwem Brown i panią Bird na wakacje do Francji. Wcześniej podejmuje z banku swoje oszczędności, oczywiście wywołując przy tym spore zamieszanie. Przechodzi pomyślnie odprawę paszportową na lotnisku. We Francji zaś nawiązuje przyjazne stosunki z ludnością miasteczka St Castille, co niewątpliwie pomaga znieść drobne niedogodności życiowe (jak zgubienie drogi w obcym kraju i przebicie opony w samochodzie). Uczestniczy w festynie grając na bębnie. Pływa jachtem, rozkłada namiot na wyspie i pije marynarskie kakao. Wygrywa wyścig kolarski.

I wraca do domu.

P.S. Niebieski flanelowy płaszcz zmienia się niebieski bajowy płaszcz, to sprawka tłumaczki, Anny Pajek. Wolałam flanelę z przekładu Kazimierza Piotrowskiego.

P.P.S Tak sobie streszczam, bo to się potem przydaje w konkursach biblionetkowych.

poniedziałek, 20 maja 2013

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz - wojna jest do d...


Wojna.

Bitwy, strzały, rozerwane ciała, mnóstwo krwi, wszy, brud, błoto, głód, mróz, obcięte włosy, męska bielizna, za duże buty, spalone ciała, spodnie sztywne od miesięcznej krwi, lęk o bliskich, lęk o siebie, tortury, sen podczas marszu, odmrożone nogi i policzki, wieczne wydawanie prowiantu, wieczne pranie, wieczne pieczenie chleba, budowanie mostów, grzebanie poległych, przenoszenie ulotek w pieluchach dziecka, stanie na warcie, rozminowywanie pól, picie wódki, ciąże, skrobanki i NKWD. Oto wojna kobiety.

Niech się w zadek ugryzą ci wszyscy, którym wojna się podoba. Tym kobietom zrujnowała życie. Tyle cierpienia na kartach jednej książki mocno mną potrząsnęło. Odetchnęłam z ulgą, że wojna (wiem, wiem, wciąż są jakieś konflikty na świecie) mnie bezpośrednio nie dotyczy.

Oddam im głos.
"Była z nami radiotelegrafistka, która niedawno urodziła. Dziecko głodne, chce piersi... Ale matka sama jest głodna, mleka nie ma, dziecko płacze. Niemcy są tuż obok... Z psami... Jak psy usłyszą, to zginiemy wszyscy. Cała grupa, trzydzieści osób... Rozumie pani?
Zapada decyzja.
Nikt nie umie przekazać rozkazu dowódcy, ale matka sama się domyśliła. Zanurza zawiniątko z dzieckiem w wodzie i długo trzyma... Dziecko już nie krzyczy. Nic nie słychać...
A  my nie możemy podnieść wzroku. Ani na matkę, ani na siebie nawzajem..."[1]

"Pytasz, co na wojnie jest najstraszniejsze. [...] Dla mnie najstraszniejsze na wojnie było... noszenie męskich gaci. To właśnie było straszne. [...] Dlaczego się nie śmiejesz? Płaczesz... Eee, dlaczego?"[2]

"Późną jesienią przelatują ptaki... Długie, bardzo długie klucze. Wali artyleria, nasza i niemiecka, a one lecą. Jak do nich krzyknąć? Jak je uprzedzić: »Tu nie wolno! Tutaj strzelają!« Jak?! Ptaki padają, spadają na ziemię..."[3]

"Pod ogniem to do mnie wołali: »Siostrzyczko! Siostrzyczko!«, a po walce każdy na mnie dybał... Nocą z ziemianki nie dawało się wyleźć... Mówiły to pani inne dziewczyny, czy się nie przyznały? Myślę, że się wstydziły... Nie powiedziały. Takie dumne! A to jednak było..."[4]

"Wie pani, o czym wszyscy myśleliśmy w czasie wojny? Marzyliśmy: »Żeby tak dożyć... Po wojnie - jacy to będą szczęśliwi ludzie! Jakie zacznie się szczęśliwe, piękne życie! Ludzie, którzy tyle przeżyli, będą się nawzajem żałować. Kochać. To będą inni ludzie.« Co do tego, nie mieliśmy wątpliwości. Najmniejszych.
Moja ty brylantowa... Ludzie jak dawniej nienawidzą się nawzajem. Znowu się zabijają. To właśnie jest dla mnie niepojęte... I kto to? My... My to..."[5]

---
[1] "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz, przełożył Jerzy Czech, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 26-27
[2] Tamże, s. 95
[3] Tamże, s. 156-157
[4] Tamże, s. 260
[5] Tamże, s. 349

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety [Swietłana Aleksijewicz]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

sobota, 18 maja 2013

"Jeszcze o Paddingtonie" Michael Bond


Drugi tom cyklu o Paddingtonie. Co tym razem mu się przytrafia?

Robi zdjęcie swoim aparatem (kupionym za oszałamiającą kwotę trzech i pół szylinga) całej rodzinie Brown. Remontuje swój pokój. Zostaje tajnym detektywem i tropi złodziei konkursowej dyni. Uczestniczy w obchodach stracenia Guya Fawkesa (5 listopada, wcześniej nie wiedziałam o takim święcie). Bawi się w świeżym śniegu (pierwszym w jego życiu) i przeziębia się niemal na śmierć. Robi świąteczne zakupy. Obchodzi Boże Narodzenie, dostaje mnóstwo prezentów, sam też daje mnóstwo prezentów, obchodzi jednocześnie swoje drugie urodziny w roku.

 Jednym słowem, w Londynie, na 32 Windsor Garden, mieszka bardzo zajęty i bardzo szczęśliwy niedźwiadek, Paddington Brown.

piątek, 17 maja 2013

Kindle - pokrowiec. Bez światełka.

Kiedy prezentowałam czytnik, obiecałam, że pokażę pokrowiec. Próbowałam uszyć coś, co ma usztywnienie ze strony ekranu, ale tylko pokłułam sobie palce i zniszczyłam trochę materiału. Potem postanowiłam ułatwić sobie życie, wyciągnęłam z szafy dziecięce spodnie (niepotrzebne, żadne z moich dzieci nie jest takie szczupłe) i obcięłam kawałek nogawki. I proszę!


Niedługo potem musiałam obciąć i drugą nogawkę, bo dzieci uznały, że pokrowiec znakomicie się nadaje do chowania czegokolwiek. I dobrze, jest zapasowy.


Jednakowoż myślę intensywnie nad światełkiem, czyli o takiej okładce. Ma ktoś taką? Jakieś opinie?

"Miś zwany Paddington" Michael Bond - że też nie znałam tego wcześniej!


Zapoznałam się z Paddingtonem. Uroczy miś. Przyjechał do Londynu, bo w Peru, skąd pochodził, nie miał się kto nim zaopiekować - jego jedyna krewna, ciotka Lucy, musiała zamieszkać w domu dla emerytowanych niedźwiedzi. Miś miał to szczęście, że zajęła się nim wspaniała rodzina, państwo Brown, czyli Mary i Henryk, ich dzieci Jonatan i Judyta oraz ich gosposia, pani Bird.

Paddington jest prostolinijny, dobroduszny, czasem naiwny (trochę przypominał mi Misia o Bardzo Małym Rozumku), przepada za marmoladą i wciąż przytrafiają mu się komiczne przygody. A to o mało nie topi się w wannie (choć akurat to wcale nie jest komiczne), a to zatrzymuje ruchome schody w metrze (w książce to kolej podziemna, staroświecko). Kiedy zaś wybiera się z panią Brown na zakupy, kończy się to tym, że miś rujnuje ekspozycję na wystawie. Ale misie, jak koty, spadają na cztery łapy, za rujnację Paddington otrzymał słój marmolady (sama bym nie pogardziła).

Zresztą, jeśli chodzi o jedzenie, Paddington ma nosa do interesów. Dzięki żyłce do handlu dostaje honorowy etat dostawcy żywności dla rodziny Brown. Na targu nie tylko kupuje, ale i nawiązuje znajomości, jego najlepszym przyjacielem jest pan Gruber, właściciel sklepu z antykami. Dzięki niemu miś próbuje swych sił w dziedzinie renowacji obrazów, a następnie w malarstwie, co ma nieoczekiwane, ale i miłe następstwa.

Kultura. O, to też miś lubi. Państwo Brown zabierają misia do teatru, wspaniale się tam odnajduje, nawiązuje kontakt z aktorami i dostaje pracę, na króciutko, ale zawsze. Po pracy konieczny jest odpoczynek, toteż cała rodzina wybiera się nad morze. Kąpiele, plażowanie, budowanie zamków z piasku, ech, zazdroszczę, sama bym tak poodpoczywała. Miś tradycyjnie coś wywinie, tym razem pływa w morzu w kubełku plażowym, wiosłując łopatką.

Po dwóch miesiącach od przybycia misia do Londynu państwo Brown urządzają przyjęcie urodzinowe (pierwsze z dwóch w roku, bowiem niedźwiedzie obchodzą urodziny dwa razy w roku, jak królowa angielska). Przyjęcie jest wspaniałe, zwłaszcza że miś uświetnia je magicznymi sztuczkami prosto z książki. Sztuczki takie jak tajemnicze zniknięcie jajka czy rozbijanie zegarka są rewelacyjne, nawet jeśli nie wyglądają jak w książce.

Państwo Brown stwierdzają, że miło jest mieć w domu niedźwiadka, a ja stwierdzam, że miło jest o nim czytać.


wtorek, 14 maja 2013

"Hyperion" i "Zagłada Hyperiona" - cytaty

"Przede wszystkim rozumiem teraz potrzebę wiary - czystej, ślepej, nic sobie nie robiącej z rozumnych argumentów - gdyż wiem, że tylko ona pozwala przetrwać w nieskończonym, dzikim oceanie wszechświata, rządzonym nieczułymi prawami i całkowicie obojętnym na los małych, myślących istotek, które go zamieszkują". Z opowieści Księdza.
Świetne. I znakomicie mi korespondowało z przeczytaną niedługo przed Hyperionem "Kantyczką dla Leibowitza". Wierzę w Boga, więc przetrwam we wszechświecie.


"Najwięcej radości sprawiało mi korzystanie z datasfery - niemal bez przerwy żądałem jakichś informacji, ani na chwilę nie przerywając połączenia. Stałem się tak samo uzależniony od dopływu danych, jak Stado Karibu od narkotyków i stymulatorów. Bez trudu mogłem sobie wyobrazić starego don Baltazara, jak przewraca się w grobie widząc, że zarzuciłem przyjemność powolnego zapamiętywania na rzecz przelotnej rozkoszy natychmiastowego dostępu do implantowanej wszechwiedzy". Z opowieści Poety.
To z kolei przywiodło mi na myśl opowiadanie Lema z tomu "Opowieści o pilocie Pirxie" pod tytułem "Ananke" - tam też autor opisał zachłyśnięcie się danymi, zadławienie informacjami, uzależnienie od ciągłęgo napływu nowych liczb, cyfr, słów. To było s-f, a przecież już wchodzi w życie. Kto to, zaraz, chyba Dukaj pisał o tym, że długich tekstów nikt nie czyta. Pokolenie Google'a wyławia informacje jak rybki, komu by się chciało zgłębiać jakieś zagadnienie, od czego jest Internet?...

"Instynktownie zawsze wyczuwała, iż sens ludzkiego istnienia nie zawiera się w jego punktach kulminacyjnych, utrwalonych w pamięci niczym daty obwiedzione w kalendarzu czerwoną obwódką, lecz w jednostajnym, nie mającym początku ani końca przepływie drobnych zdarzeń, takich jak spokojne weekendowe wieczory, które każdy z członków rodziny spędzał w ulubiony przez siebie sposób, i zwyczajne rozmowy, o których natychmiast zapominano - jednak suma tych niezliczonych godzin tworzyła całość nie tylko niezmiernie ważną, ale wręcz wieczną". Z opowieści Uczonego.
To bardzo optymistyczny fragment

"- Słyszałem legendę, według której zrobił to Kowboj Gibson, jeszcze przed odłączeniem się Centrum - wymamrotał". Z opowieści. Detektywa.
Hej, czyż to nie jest bardzo czytelne i oczywiste nawiązanie do "Neuromancera" Williama Gibsona? Zresztą Simmons czerpie garściami z cyberpunku, więc właściwie to nic dziwnego.

"Początkowo moja rola polegała na tym, żeby przekonać kolonistów, iż Hegemonia naprawdę pragnie im pomóc w tym, co najlepiej potrafią, to znaczy w niszczeniu miejscowych form życia". Z opowieści Konsula.
To z kolei jest charakterystyczny rys wielu powieści s-f. Ludzkość bardzo lubi psuć i niszczyć, beztrosko rabuje, co tylko może - więc jak już zrabuje, idzie dalej, w Kosmos.

"[...] moim zdaniem Intruzi osiągnęli to, o czym ludzkość od kilkuset lat może tylko marzyć: rozwój. Podczas gdy my wegetujemy w ciasnych granicach archaicznych kultur, wzorowanych na kulturze Starej Ziemi, oni odkryli zupełnie nowe wymiary estetyki, etyki, nauk biologicznych, sztuki oraz wszystkiego, co musi zmieniać się i rosnąć, by obrazować przemiany zachodzące w ludzkiej duszy.
Nazywamy ich barbarzyńcami, podczas gdy to my trzymamy się kurczowo Sieci niczym Wizygoci, którzy przycupnęli nieśmiało w ruinach Rzymu i uznali się za w pełni ucywilizowanych".
Z opowieści Konsula.
Oto wizja Obcych.

"- Najwyższy Intelekt... - powtórzyłam, wydmuchując dym. - Aha. Więc TechnoCentrum stara się zbudować Boga?
- Tak."

TechnoCentrum nazywa to Najwyższym Intelektem. To tak, jak Adams budował Superkomputer, żeby uzyskać Odpowiedź Ostateczną. Czy SI zazdroszczą ludziom wiary?




"Centrum bez względu na to gdzie się znajduje
pasożytuje na rodzaju ludzkim/
wykorzystuje neurony każdego delikatnego umysłu
w dążeniu do Najwyższego Intelektu/
konstruowaliśmy więc waszą cywilizację ostrożnie
tak aby/
jak chomiki w klatce/
jak młynki modlitewne buddystów/
wasze małe mózgi myląc
służyły naszym celom"

Przerażające.



"Spojrzałem na niego z ukosa. W innych czasach, na Starej Ziemi, można by wziąć go za opata jakiegoś klasztoru, którego członkowie poświęcają się ocaleniu resztek tradycyjnej przeszłości. Popatrzyłem jeszcze na potężne gmaszysko archiwum i stwierdziłem, że moje skojarzenie nie odbiega wiele od rzeczywistości."
Proszę, znów nawiązanie do "Kantyczki..."


"Z jasnością, która stłumiła w nim ból i smutek, nagle zrozumiał, dlaczego Abraham zgodził się poświęcić Izaaka, gdy Bóg rozkazał mu to zrobić.
To nie był wcale przejaw posłuszeństwa.
Nie chodziło nawet o przedłożenie miłości do Boga ponad miłość ojcowską.
To Abraham sprawdzał Boga.
W ostatniej chwili rezygnując z ofiary i wstrzymując nóż, Bóg zasłużył w oczach Abrahama i jego potomstwa na stanie się ich Bogiem.
Sol aż zadrżał na myśl, że gdyby Abraham podjął jakiekolwiek próby oszukania Boga, mógł zburzyć przymierze tej potężnej siły z rodzajem ludzkim. Abraham musiał w głębi serca postanowić, że zabije chłopca".