Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowa. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 sierpnia 2023
"W 80 dni dookoła świata" Juliusz Verne, Chrys Millien - komiksowe adaptacje literatury
Fileas Fogg i jego obrotny służący Obieżyświat (w oryginale Passepartout) okrążają świat w 80 dni. Fogg, angielski poukładany dżentelmen, decyduje się na tę szaleńczą wyprawę, ponieważ założył o to z innymi dżentelmenami. I co? I rozpoczyna podróż, po drodze doświadczając wielu niezwykłych przygód. W ślad za nim rusza inspektor policji, podejrzewając, że Fogg jest sprawcą zuchwałego napadu na bank i kradzieży znacznej sumy.
poniedziałek, 8 maja 2023
"Biały Kieł" J. London, Caterina Mongato, Walter Venturi - komiksowe adaptacje literatury
Uwielbiam tę historię! Znam ją od najwcześniejszego dzieciństwa i mam do niej ogromny sentyment.
Biały Kieł - półwilk, półpies, urodzony w lesie, wychowany (choć bardziej złamany) przez Indian, potem potwornie skrzywdzony przez poszukiwaczy złota z Klondike.
wtorek, 29 grudnia 2009
"Opowieść o korsarzu Janie Martenie" Janusz Meissner
Łotrzykowska - tak się chyba nazywa powieści, w których łotrzyka traktuje się z atencją i pobłażaniem. W/w książka spełnia to założenie w zupełności i z zapasem. Co ciekawe, zdałam sobie jasno z tego sprawę dopiero po zakończeniu lektury, wcześniej będąc zupełnie,ale to zupełnie pochłonięta historią życia Jana Martena.
Czarna Bandera - taką Jan Marten, a właściwie Jan Kuna, wciąga na maszt, gdy już dopada osaczony statek, czarna flaga ze złotą kuną sieje postrach wśród portugalskich i hiszpańskich marynarzy. Ale oto przychodzi mu fantazja, by popłynąć przez ocean na wybrzeże Ameryki Południowej, by założyć tam państewko indiańskie. Ten pomysł jednak nie wypala, Jan Marten wraca, znów para się korsarstwem. Żeby było romantycznie, zakochuje się w młodziutkiej, prześlicznej dziewczynie, porywa ją na swój statek i tak pływają razem, Janosik i Maryna na morzach i oceanach. On ją obsypuje klejnotami, kocha i wielbi. Ona bryluje urodą i młodością, uwodząc swego protektora, do tego flirtuje ze wszystkimi młodymi, przystojnymi mężczyznami w pobliżu. Nie, nie na statku, bowiem Marten kupuje posiadłość i rzuca ukochanej do stóp. Niestety, pochodzenie wybranki nie pozwala jej na uczestniczenie w życiu wyższych sfer, Marten zabiera ją więc do Polski, gdzie jej egzotyczna uroda znów święci triumfy, a Jan odcina kupony od sukcesów.
Wszystko co dobre, jednak się kończy, wiadomo, życie. Niewierna kobieta, nieuczciwy wspólnik, radni miejscy żądający głowy Jana Martena - to wszystko zwala się na głównego bohatera, aż ten, biedaczysko, stacza się po równi pochyłej, aż do samego końca, na sam dół.
To są trzy tomy uczciwej, porządnej, pełnokrwistej, soczystej powieści. Powieści, co wciąga od pierwszych kartek, trzyma w garści i nie puszcza aż do strony ostatniej. "Opowieść o korsarzu" sprawia, że lubimy korsarza, patrzymy z pobłażaniem na jego łotrostwa i trzymamy kciuki za wszystkie jego ciemne sprawki. Znakomita indoktrynacja, powiadam wam.
Czarna Bandera - taką Jan Marten, a właściwie Jan Kuna, wciąga na maszt, gdy już dopada osaczony statek, czarna flaga ze złotą kuną sieje postrach wśród portugalskich i hiszpańskich marynarzy. Ale oto przychodzi mu fantazja, by popłynąć przez ocean na wybrzeże Ameryki Południowej, by założyć tam państewko indiańskie. Ten pomysł jednak nie wypala, Jan Marten wraca, znów para się korsarstwem. Żeby było romantycznie, zakochuje się w młodziutkiej, prześlicznej dziewczynie, porywa ją na swój statek i tak pływają razem, Janosik i Maryna na morzach i oceanach. On ją obsypuje klejnotami, kocha i wielbi. Ona bryluje urodą i młodością, uwodząc swego protektora, do tego flirtuje ze wszystkimi młodymi, przystojnymi mężczyznami w pobliżu. Nie, nie na statku, bowiem Marten kupuje posiadłość i rzuca ukochanej do stóp. Niestety, pochodzenie wybranki nie pozwala jej na uczestniczenie w życiu wyższych sfer, Marten zabiera ją więc do Polski, gdzie jej egzotyczna uroda znów święci triumfy, a Jan odcina kupony od sukcesów.
Wszystko co dobre, jednak się kończy, wiadomo, życie. Niewierna kobieta, nieuczciwy wspólnik, radni miejscy żądający głowy Jana Martena - to wszystko zwala się na głównego bohatera, aż ten, biedaczysko, stacza się po równi pochyłej, aż do samego końca, na sam dół.
To są trzy tomy uczciwej, porządnej, pełnokrwistej, soczystej powieści. Powieści, co wciąga od pierwszych kartek, trzyma w garści i nie puszcza aż do strony ostatniej. "Opowieść o korsarzu" sprawia, że lubimy korsarza, patrzymy z pobłażaniem na jego łotrostwa i trzymamy kciuki za wszystkie jego ciemne sprawki. Znakomita indoktrynacja, powiadam wam.
środa, 14 października 2009
"Rodeo" Ken Kesey, Ken Babbs
To powieść, której współautorem jest Ken Kesey, znany przede wszystkim z "Lotu nad kukułczym gniazdem". Napisał to razem z Kenem Babbsem - wspólna powieść wyszła im znakomicie. To historia słynnego rodeo, które odbyło się w Pendleton w stanie Oregon w 1911 roku. Chciałabym rzucić nieco światła na historię powstania książki. Otóż Kesey legendy o sławetnym rodeo słyszał już jako dziecko, od ojca, po raz pierwszy z okazji przejeżdżania obok Pendleton. Potem już odwiedzał to miasteczko całą rodziną, uczestnicząc w zabawach i festynach, a jeszcze później, jako młodzieniec wybrał się tam samotnie jako turysta, już na miejscu zbierając opowieści naocznych świadków (jeszcze żyli). Te opowieści gdzieś tam w nim siedziały, skoro po latach postanowił spisać je i opublikować. Ken Babbs, jego przyjaciel, pomagał mu zbierając informacje, takie jak artykuły z gazet, wywiady, archiwalne zdjęcia. Wspólnie wędrowali konno po szlakach Oregonu, łykając kurz z dróg, pijąc kawę przy ognisku - tak powstała powieść "Rodeo".
Historia pierwszego rodeo w Pendleton to właściwie historia trójki rywali i przyjaciół, Jonathana Spaina z Tennessee, Murzyna George'a Fletchera i Indianina Jacksona Sundowna. Wszyscy troje byli kowbojami, przybyłymi na rodeo, by wygrać i zgarnąć główną nagrodę. Napisałam przyjaciół? Tak, zaprzyjaźnili się w ciągu tych paru dni. Rywale? Tak, wszak każdy z nich chciał być tym najlepszym. Przyjaźń i rywalizacja splatają się tu w przepiękny wzór, pełen ciepła, uroku, kobiet, koni, whisky i innych drobiazgów.
Wszystko to widzimy oczami Jonathana, siedemnastolatka zaczynającego karierę jako kowboj. Towarzyszymy mu od początku, od momentu, kiedy jedzie pociągiem przez pół Stanów Zjednoczonych do Pendleton, kiedy poznaje dwójkę pozostałych kowbojów, kiedy bierze udział w poszczególnych konkurencjach, kiedy poznaje miejscową dziewczynę i zakochuje się w niej, kiedy zostaje wciągnięty w światek brudnych pozakulisowych interesów, kiedy szuka miejsca do spania i czegoś do jedzenia, kiedy próbuje wraz z Indianinem herbatki z bieluniem, kiedy budzi się nagi w chińskim podziemnym mieście, kiedy zakłada się, że utrzyma się na narowistym koniu przez 15 sekund i wygrywa zakład, gryząc konia w nos, kiedy... Takich "kiedy" mogłabym pisać jeszcze dużo, te kilka dni obfituje w taką mnogość zdarzeń, że aż wydaje się nieprawdopodobne, że aż tyle mogło się zdarzyć w tak krótkim czasie. A jednak, zdarzyło się. Wspaniale, soczyście opisane jest to wszystko, na chwilę czytelnik przepada ze szczętem dla świata i przenosi się w tamte czasy.
Nie tylko akcja wciąga, są jeszcze postacie, tak wyraziste i soczyste. Murzyn George Fletcher, śmiały wesołek. "[...]w oczach tańczyły mu figlarne iskierki. Prawdę mówiąc, wszystko w nim tańczyło, poczynając od ruchliwej twarzy, a kończąc na nogach w długich, kowbojskich butach. Kiedy kręcił się po wagonie, gadając bez przerwy, miałem wrażenie, że cały czas tańczy do rytmu słów płynących ze swoich ust."
Indianin Jackson Sundown, stoicki, małomówny, wysoki. "Chudy, dumnie wyprostowany mężczyzna o nieprzeniknionej twarzy, z kapeluszem o płaskim rondzie, spod którego wyzierała para małych, okrągłych oczu". "Indianin trzymał się prosto, jakby kij połknął. I choć jego oczy błyszczały równie intensywnie jak oczy Murzyna, nic w nich nie tańczyło. Nawet nie mrugały. Drążyły człowieka niczym para świdrów". Czy ci dwaj kogoś wam nie przypominają? Dam głowę, że w jakiś sposób obaj są pierwowzorami głównych bohaterów "Lotu nad kukułczym gniazdem". Jest jeszcze Bufallo Bill, ta słynna postać Dzikiego Zachodu! Ale w książce nie budzi sympatii, to on jest tym (między innymi) czarnym charakterem, właściwie nieco już przyszarzałym, bo to stary, sterany życiem człowiek, żyjący blaskami dawnej świetności.
Znakomita książka. Tylko zakończenie historii jest... smutne. Jak w życiu, gdy coś się kończy. Kończy się rodeo, kończy się rejwach, harmider, gorączka. Szare, zwykłe życie puka do drzwi. Tym bardziej powinniśmy pamiętać o rodeo w Pendleton w 1911 roku. Szkoda mi trochę, że ta książka jest mało znana. Warto ją przeczytać, naprawdę. Obejrzeć wspaniałe zdjęcia (autentyczne). Poczuć klimat dalekiego kraju i dawnej jego świetności.
----
To powyżej to jest co, co zamieściłam w biblionetce. Dodać chcę jeszcze, że z każdą kolejną książkę autorstwa Kesey'a utwierdzam się w przekonaniu, że to pierwszorzędny pisarz i z pewnością będę sięgać po inne jego książki, których jeszcze nie miałam okazji przeczytać.
Co do zdjęć w w/w książce: są absolutnie fantastyczne. Zarówno te pozowane, w studio, jak i te z rodeo, ujeżdżanie koni (bardzo widowiskowe), jazda na bizonie, czy wreszcie Indianin Sundown, stojący obok samochodu, który sobie kupił za wygrane pieniądze. Nigdy nie nauczył się jeździć, do końca życia woziła go żona, a on siedział z tyłu. Co się tyczy Jonathana, po trzech latach od rozpoczęcia kariery kowboja stracił rękę, wokół której owinęło się lasso. Jeździł dalej, wygrywając kolejne konkurencje w kolejnych latach i dożył sędziwego wieku. Nazywano go kowbojem-dżentelmenem. I tak dalej, i tak dalej... Naprawdę wciągnęły mnie ich losy.
środa, 24 czerwca 2009
"Tartaren z Taraskonu" Alfons Daudet
Są takie książki, które uśmiechają się do czytelnika z półki. Tak było z "Tartarenem z Taraskonu", gdzie na okładce mamy zażywnego, tłuściutkiego pana w kapelusiku i spodniach w kratkę. Jeszcze jak otworzymy okładkę i przeczytamy, że ilustrował to Jan Marcin Szancer - to przepadliśmy ze szczętem. Ja przepadłam, wydłubałam to Dagmarze z półki i poprosiłam o pożyczenie. Spory tom zawiera w sobie aż trzy części, które można traktować jako oddzielne książki, są to "Tartaren z Taraskonu", "Tartaren w Alpach" oraz "Port - Taraskon". Pierwsza część wprowadza nas w klimat, opisuje postać Tartarena, przemiłego, zażywnego gawędziarza, cieszącego się opinią wielce szanowanego członka społeczności miasta Taraskonu. Zresztą, postać ta przybliżona i scharakteryzowana jest już we wstępie pióra jednego z tłumaczy, pana Zdzisława Ryłko. A sam autor, Alfons Daudet, pisze: "Nazywali go «wujciem», znajdowali w nim coś dziecięcego, naiwnego i to im się podobało. Może tylko trochę za często lubił opowiadać o swych polowaniach, po czym podwijał jeden rękaw aż po biceps, żeby na ramieniu pokazać bliznę po ranie od pazurów pantery, albo namawiał, żeby mu obmacywać pod brodą wklęśnięcia - ślady kłów lwa w gór Atlasu. [...] był prosty w obejściu z ludźmi, mile wyglądał, budził ufność, pragnął, żeby go wszyscy lubili." (1) Lubimy, bez obawy. Towarzyszymy mu w jego wyprawie na lwa (główny motyw pierwszej części książki), uśmiechem kwitując jego niebywały wyczyn, jakim stało się upolowanie groźnego zwierza, tyle że... oswojonego.W drugiej części ("Tartaren w Alpach") lubimy go nie mniej, śmiejąc się do rozpuku z przygód imć Tartarena, który to, żartobliwie oszukany przez znajomka-hosztaplera, święcie wierzy, że w wyprawach wysokogórkich nie ma żadnego niebezpieczeństwa, całe góry stanowią jedną spółdzielnię stworzoną w celu umilenia pobytu turystom, a wszelkie pogłoski o wypadkach śmiertelnych są jedynie plotkami rozpuszczanymi w celu zwiększenia atrakcyjności regionu. Uzbrojony w tę wiedzę nasz bohater wyrusza zdobyć szczyt Jungfrau, budząc swoją niefrasobliwością najpierw rozdrażnienie, a potem podziw przewodników.
Jednakże po dwóch miłych i żartobliwych częściach nadchodzi trzecia, wcale nie taka miła... "Port - Taraskon". Przeczytajcie sobie najpierw to: "Ponownie myśl założenia kolonii wolnych ludzi, tym razem różnej narodowości, pod nazwą Nouvelle-France Colonie Libre de Port-Breton, na należącej dzisiaj do Nowej Gwinei wyspie Nowa Irlandia (New Ireland) rzucił w 1879 r. Francuz Marquis de Rays. Zebrał 150 osób, w tym szereg Polaków, obok Francuzów, Belgów, Niemców i Włochów. Na barku „Chandernagore” przypłynęli 16 stycznia 1880 r. na Nową Irlandię. Projekt zakończył się całkowitym fiaskiem. Najpierw wiele osób zmarło podczas podróży, a po przyjeździe okazało się, że wybrany teren nie nadale się do żadnej kolonizacji. Ludzie szukali ratunku w ucieczce z tego piekła. Niestety, niec nie wiemy o losie Polaków biorących udział w tym przedsięwzięciu (L. Paszkowski)." (2) To jest właśnie opowieść o tym przedsięwzięciu (czy też takim), początkowo pełna zapału, rozmachu i świetlanych perspektyw, zakończona klęską. Ta nuta tragizmu nadaje tylko autentyczności całości, wszak życie nie składa się tylko z róż, ale i z kolców. Tartaren zdający sobie sprawę z tego, kim tak naprawdę jest, to nie róża, to kolec przebijający balonik nadmuchany "mrzoneczkami". Pyk - i nic nie kończy się dobrze. Czasem to zaleta. Oceniłam na pięć.
----
(1) Alfons Daudet "Tartaren z Taraskonu", tłum. Roman Kołoniecki, Nasza Księgarnia, Warszawa 1959, s. 214
(2) http://www.azpolonia.com/php/article.php?azplg=pl&article_id=110
Subskrybuj:
Posty (Atom)


