środa, 23 listopada 2016

"Siła niższa" Marta Kisiel


Z książkami Marty Kisiel wcale nie jest łatwo. Czeka się i czeka, a potem, jak już się dostanie pachnący nowością egzemplarz w ręce, wpada się w lekturę jak śliwka w kompot. I wtedy też nie jest łatwo, bo rodzina domaga się posiłków, uwagi i takich tam. 
Frajda płynąca z czytania wynagradza jednak te trudności.

Konrad Romańczuk, znany mi już  z powieści "Dożywocie", mieszka teraz w innym domu, w nieco innym towarzystwie. Najważniejsze osoby dramatu pozostały te same: sam Konrad, przekochane Licho, a także kotka Zmora, utopiec i królik z gromadą przychówku.


Niestety, nie dzieje im się dobrze. W starciu z rachunkami i prozą życia codziennego Konrad ponosi klęskę, a co gorsze, jego niepowodzenie napełnia cieniem cały dom.
Wtedy Konrad przygarnia jeszcze jednego dożywotnika, anioła. Żadne tam z dobrego serca, po prostu przekwalifikował się na płatną opiekunkę.

Co z tego wyszło? Ohoho! Dużo! Przeczytajcie, no przecież nie mogę zdradzać całej fabuły.

Aż dziw bierze, jak dobrze mi się tę książkę czytało. Doskonałe, idealnie wyważone połączenie zjawisk nadprzyrodzonych z życiem szarym doskonale nam znanym bardzo mi odpowiada. Marta całymi garściami czerpie inspiracje z tego, co ma pod nosem: czy to chodzi o zakupy w Tesco, czy konwenty fantastyczne, czy też wesoło fikający nóżkami niemowlaczek; przyprawia to dużą ilością humoru, ironii, czasem szczyptą smutku. Czasem tych przypraw jest więcej niż potrawy właściwej, ale mnie to w niczym nie przeszkadza.

Miałam okazję wymienić kilka słów z kolegą, który "Siłę niższą" też dopiero co przeczytał. Kolega jest redaktorem i przyznał się, że skrzywienie zawodowe nie pozwala mu czytać bez jednoczesnego rozbierania na czynniki pierwsze. Za dużo mu tam było przydawek (albo przysłówków, nie pamiętam), za mało określeń równoważnych na głównego bohatera. Bardzo możliwe jest, że ma rację, w końcu posiada wiedzę z tego zakresu, ja zaś mylę przydawkę z przysłówkiem.  Posiadam jednak wewnętrzny czytelniczy radar, który mi mówi: patrz, to się samo czyta.

I właśnie "Siła niższa" tak się czyta. Sama. 

Jeszcze tylko dodam fotkę ze spotkania autorskiego na Opolconie, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, a poza nim sobie swobodnie z Ałtorką porozmawiałam.



"Siła niższa" Marta Kisiel, Uroboros, Warszawa, 2016.

11 komentarzy:

  1. Tak pozwolę sobie refleksyjnie zauważyć, że narzekanie na zbyt dużą liczbę przydawek i jednocześnie domaganie się kolejnych na określenie Kondzia wydaje się sprzeczne. No ale co ja tam wiem :D
    I tak, bycie redaktorem potrafi człowiekowi obrzydzić dowolną książkę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, do licha, teraz z zakłopotaniem skrobię się w głowę i ze skruchą walę w pierś. Bo rozmawiałam z dwoma kolegami (jeden z nich wspomniany wyżej) i możliwe, że mi się dwie opinie zbiegły w jednym zdaniu.

      Nigdy nie zostanę redaktorem! :D

      Usuń
    2. Ech, cały komentarz jak krew w piach :D
      Bycie redaktorem jest faaaajne w zasadzie. Czasem. Niekiedy.

      Usuń
    3. Na przykład wtedy, jak możesz sobie przeczytać książkę, którą cała reszta świata zobaczy za pół roku. Wszyscy ci zazdroszczą!

      Usuń
    4. Aha. I nawet cztery raz ją czytasz :P To był pierwszy taki przypadek w mojej karierze, trafiło się redaktorowi ziarno.

      Usuń
    5. Przesadzasz z tymi powtórkami :)

      Usuń
    6. Musisz, jeśli produkt ma być perfekcyjny :D Poza tym zapominam o czym czytałem zaraz po skończeniu :P

      Usuń
    7. Myślisz, że ludzie docenią perfekcjonizm w dzisiejszych czasach? A zapominanie dobre przy kryminałach. Zresztą, nie tylko. Ja już się parę razy łapałem na tym, że po przeczytaniu 70% książki nagle wpadała mi w oko charakterystyczna scena i wrażenie, że już kiedyś gościłem w tych okolicznościach literatury przestawało dziwić :P

      Usuń
    8. Perfekcjonizm jest dla mnie, redaktorzy mają senne koszmary o przecinkach w niewłaściwych miejscach :P

      Usuń
    9. Standardowo :P Bierzesz książkę do ręki, otwierasz, widzisz błąd i budzisz się zlany potem :P

      Usuń