środa, 12 listopada 2014
Rozwiązanie konkursu!
Dziękuję za wszystkie zgłoszenia! Przeczytałam wnikliwie, naradziłam się z mężem - i wspólnie postanowiliśmy nagrodzić osobę o nicku zapalax.
Gratuluję!
niedziela, 9 listopada 2014
"Życie nie jest takie złe, póki starczy sił. Nowela rysunkowa autorstwa Setha"
W literaturze mam takie swoje malutkie hobby - lubię czytać książki o książkach (mam nawet taką etykietę na blogu). Ten zaś komiks doskonale pasuje do tej kategorii, bo jest o rysowniku komiksów, który jest zafascynowany pracami i ogólnie postacią innego rysownika komiksów. W skrócie "komiks o komiksie".
Zaczyna się od tego, że Seth w jakimś magazynie widzi rysunek, który nadzwyczajnie mu się podoba.
"Jego kreska jest hipnotyzująca i naprawdę do mnie przemawia".[1]Rysunek jest podpisany "Kalo", jednak to nazwisko/pseudonim nic Sethowi nie mówi, a co ciekawsze, poszukiwania czy to w innych magazynach, czy to w bibliotekach nic nie dają. Jednak bohaterowi udało się odnaleźć kilka innych rysunków Kalo, niektóre z pomocą przyjaciela, inne wygrzebuje gdzieś w archiwach czy sklepach ze starzyzną.
Czy Sethowi udało się zidentyfikować Kalo, czy udało mu się znaleźć więcej jego prac, o tym można dowiedzieć się z komiksu. Jednak oprócz tych poszukiwań równie ważne są wątki autobiograficzne. Mówiąc wprost, Seth bez przerwy gada. Gada o sobie. Gada o tym, jak nie lubi ludzi, jak nie podoba mu się ten świat, jak nie potrafi porozumieć się z dziewczynami, a jak już się z jakąś porozumie, to na krótko. Seth spaceruje, mając u boku przyjaciela, i non stop nawija mu o swoich rozterkach i wątpliwościach, a ten, święty człowiek, słucha i tylko ze zrozumieniem kiwa głową.
Szczerze powiem, że czasami miałam tego dość, tej megalomanii, wewnętrznego ostracyzmu (Seth odsuwa się od wszystkich). Czy ten człowiek ma depresję? - pytałam sama siebie. A może właśnie z pomocą tego komiksu z depresją sobie radzi? Nie wiem, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było.
Właściwie to taka autoterapia książkowa wcale nie jest taka rzadka. A jeśli skutkuje - to pop prostu super. Nie mówię przez to, że polubię Setha - a raczej postać, którą mi pokazał na kartach komiksu, ale też go nie znielubię.
Rysunki są ciekawe. Kolorystyka utrzymana w błękitnej tonacji, postacie oddane pojedynczą kreską, ale wiernie (brat Setha na przykład, jakże naturalny). Tłum na ulicach, sklepach - wszyscy oni żywcem są wyjęci z populacji miejskiej i wsadzeni do komiksu. Miałam na początku niejakie obiekcje, że mało koloru (to po tych nieszczęsnych mutantach, gdzie kolorki są nalane prosto z wiaderka z farbą), ale potem pojęłam, że za dużo koloru odciągałoby uwagę od głównego bohatera, a to na nim trzeba się mocno skupić, na Sethu właśnie.
On wypełnia sobą cały ten komiks, jego szczupła osoba rozpycha kadry, na Kalo jest tam jeszcze miejsce, ale niewiele. Kalo jest tylko pretekstem do rozważań. Ale też i dzięki niemu Seth przestaje skupiać się tak bardzo na sobie. Widać to mocno na spotkaniu bohatera z matką Kalo - piękny moment pod koniec komiksu. Ale i wcześniej też, podróż Setha w poszukiwaniu Kalo daje mu okazję do wyciszenia się, do zadumy.
Wisienką na torcie są rysunki Kalo, zamieszczone na końcu książki. Prawdę mówiąc, do tej pory nie byłam na 100% przekonana, czy on istniał naprawdę, bo przecież kto zabroni artyście wymyślania postaci i wątków. A tu proszę! No chyba że Seth narysował te rysunki, ale to przecież niemożliwe, sam w tekście skarży się, że nie umie ich nawet przerysować.
Dzięki temu komiksowi miałam też możliwość jakby sięgnięcia głębiej w ten świat. Oto Seth, autor. Oto jego przyjaciel, Chet. Aż tu nagle dzięki Michałowi Misztalowi dowiedziałam się, że Chet to Chester Brown! No dobrze, pod sam koniec komiksu jest wymienione nazwisko Brown, jest szansa, że bym się domyśliła, ale na samym początku opowieści na pewno nie. Dowiaduję się, że to przyjaciele, widzę zdjęcie, porównuję z komiksem, wszystko się zgadza.
Chester Brown to autor komiksu "Na własny koszt. Komiksowy pamiętnik bywalca burdeli" - zważywszy na to, jak ten facet potrafi słuchać, założę się, że potrafi też to, co usłyszy (i zobaczy oczywiście) przenieść na papier. I gdy byłam niedawno w Krakowie na Targach Książki, wypatrzyłam "Na własny koszt" na półce Centrali i już miałam szczery zamiar go kupić, ale przejrzałam i zrezygnowałam. Ma identyczna wadę jak "Życie..." - drobniuteńka czcionka na niewielkich planszach. Och, co ja się naklęłam w duchu na tę czcionkę! Mam swoje lata, oczy już nieco wysłużone i te robaczki sprawiały mi kłopot, zwłaszcza że zastosowano krój pisma imitujący pismo ręczne, nieco trudniejsze do odcyfrowania niż drukowane. A jeszcze jak było białe pismo na czarnym tle, odpadałam zupełnie. Mam okulary, ale od niedawna, wyciągam je rzadko, bo przy dobrym oświetleniu jeszcze całkiem nieźle sobie radzę. Tu były ciągle w użyciu. A pisałam już, że Seth ciągle gada, prawda?
Toteż z zakupem komiksu Browna..." poczekam, aż będę nosiła okulary na stałe i nie będzie mnie irytowałą konieczność ich zakładania, żeby coś przeczytać.
Tak jeszcze na koniec dodam (chaotycznie mi to dziś wyszło), żę jednak polubiłam Setha. Trochę za to:
"Czy nie jest tak, że wszystko nam się udaje, tylko jeśli nie grzebiemy wszystkiego pod grubą warstwą oczekiwań? Pewnie, ze są od tego wyjątki... Ale przeważnie tak właśnie bywa, czyż nie?" [2]A trochę pomimo tego:
"Ten ktoś, kogo poznaję, musi mieć w sobie coś wyjątkowego, inaczej włącza mi się krytykowanie. Wystarczy, że przyzna się do czytania powieści kryminalnych, komiksów Marvela albo czegoś takiego, i już jest spalony". [3]Czytam powieści kryminalne. Byłabym spalona.
Dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za książkę!
P.S. Macie świetne logo.
---
[1]"Życie nie jest takie złe, póki starczy sił. Nowela rysunkowa autorstwa Setha" Seth, tłumaczenie Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Komiksowe, 2014, s. 29
[2] Tamże, s. 39
[3] Tamże, s. 25
wtorek, 4 listopada 2014
Konkurs! Do wygrania "Szare śniegi Syberii" Ruty Sepetys
Drodzy czytelnicy! Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Nasza Księgarnia mam dla was egzemplarz książki "Szare śniegi Syberii" Ruty Sepetys. O powieści można przeczytać tutaj .
Króciutki regulamin:
1. Aby wziąć udział, należy w komentarzu dokończyć zdanie "Syberia kojarzy mi się z...".
2. Osoby nie prowadzące bloga zostawiają namiar do siebie (te, które prowadzą bloga, a nie mają na stronie kontaktu, też zostawiają).
3. Czas trwania konkursu to tydzień, czyli można odpowiadać do 11.11 do 23:59.
4. Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Nasza Księgarnia.
5. Po zakończeniu konkursu wybiorę zdanie, które mi się najbardziej spodoba i poinformuję o tym w osobnej notce.
6. Wysyłka nagrody realizowana będzie Pocztą Polską lub Inpostem.
Powodzenia! Książkę naprawdę polecam.
Króciutki regulamin:
1. Aby wziąć udział, należy w komentarzu dokończyć zdanie "Syberia kojarzy mi się z...".
2. Osoby nie prowadzące bloga zostawiają namiar do siebie (te, które prowadzą bloga, a nie mają na stronie kontaktu, też zostawiają).
3. Czas trwania konkursu to tydzień, czyli można odpowiadać do 11.11 do 23:59.
4. Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Nasza Księgarnia.
5. Po zakończeniu konkursu wybiorę zdanie, które mi się najbardziej spodoba i poinformuję o tym w osobnej notce.
6. Wysyłka nagrody realizowana będzie Pocztą Polską lub Inpostem.
Powodzenia! Książkę naprawdę polecam.
"Ania z Wyspy Księcia Edwarda" Lucy Maud Montgomery
Tego tomu Ani nie czytałam wcześniej, toteż pożyczyłam, mówiąc sobie "fajnie będzie, zapoznam się i przypomnę sobie klimacik, jaki zawsze towarzyszył Ani Shirley".
Pfff. Ani w tym tomie jest tyle, co kot napłakał. Występuje głownie w zdaniach typu "A doktorowa Blythe twierdzi, że to i tamto", "Słyszałam, że doktorowa Blythe owamto" oraz "doktor Blythe i jego żona". Są to najczęściej wypowiedzi osób, które przepadają za doktorostwem, ale też i takich, które czują, że gdy usłyszą jeszcze jedną pochwalną wzmiankę, zaczną krzyczeć, drapać i gryźć. Wcale im się nie dziwię.
Opowieści koncentrują się wokół nieśmiertelnych "aninych" tematów: miłości, zazdrości, nienawiści. Ach, jeszcze nieszczęśliwe dzieci, najczęściej sieroty. Ale uwaga, o ile sierotki zazwyczaj zostają uszczęśliwione (bo kto zniesie, gdy dziecku dzieje się krzywda?), to w pozostałych przypadkach nie ma co oczekiwać, że będzie to stuprocentowe zwycięstwo dobra i uczciwości. I chwała Bogu, bo byłoby nudno i nie do wytrzymania.
Ale, ale! Przecież jest Ani więcej, nie wspomniałam! Opowieści są przeplatane wierszami i ich interpretacjami czynionymi przez całą rodzinę Blythe'ów razem z Zuzanną Baker. Niestety to nie moje klimaty, ta poezja, a Ani, tej poważnej, tej z "Rilli..." jest akurat tyle, żeby za nią zatęsknić.
"Ania z Wyspy Księcia Edwarda" Lucy Maud Montgomery, przełożył Paweł Ciemniewski, Wydawnictwo Literackie 2011.
piątek, 31 października 2014
[Thorgal] "Strażniczka kluczy" Rosiński, Van Hamme - chlip, do widzenia
To jest tom, w którym jest więcej magii, oniryzmu, baśni i legend niż w innych tomach. Główną rolę gra w nim taki jeden wredota przebieraniec, znany mi już z "Trzech starców w krainie Aran".
| http://pl.thorgal.wikia.com |
Występuje też strażniczka kluczy, jest wąż, krasnale, światy znane i nieznane.
Fabuła w skrócie: podstępny wąż wysyła wredola o lisich oczkach z misją złodziejską: ma ukraść strażniczce kluczy pas. Żeby było łatwiej, nadaje wredolowi postać Thorgala. Wredol, przepraszam, on ma imię, to Wolsung z Nichor, z misji się wywiązuje, kradnie ten kawałek garderoby (właściwie to CAŁA garderoba strażniczki), a że ten pas zapewnia nietykalność osobistą, korzysta z okazji, by podporządkować sobie Wikingów z osady Thorgala.
Rządzi, rozstawia po kątach, bije, zabija, gwałci, słowem rozrabia jak pijany zając. Na szczęście Thorgal, Jolan, strażniczka kluczy i krasnal biorą się żwawo do roboty, żeby wyrwać chwasta.
Bójki bójkami, istotniejsze jest natomiast to, że Thorgal po tych wszystkich przejściach decyduje się odejść od żony i dzieci, uznawszy, że jego obecność jest dla nich zbyt dużym zagrożeniem. Wciąż im się coś złego dzieje, wciąż muszą dokładać starań, żeby wyjść cało z kolejnych opresji. Nic dziwnego, że łucznik ma tego dość - zamierza odejść w siną dal i tej dali pozostać tak długo, aż bogowie o nim zapomną.
Och. Ciężkie jest rozstanie z Thorgalem, zwłaszcza że to ostatni tom z zestawu mi pożyczonego. Smuteczek. Chlip, chlip, pa, Thorgalu.
"Strażniczka kluczy", tom siedemnasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Małgorzata Markowska, "Korona", 1991.
czwartek, 30 października 2014
"X-Men. Obdarowani" Joss Whedon, John Cassaday - do bani
Będzie nader krótko.
Jako osoba dopiero odkrywająca swoją ścieżkę w świecie komiksów i powieści graficznych sięgam w różne strony. Jakoś do tej pory nie było mi po drodze z superbohaterami, ale dotarł do mnie tom "X-Men. Obdarowani".
Film (któryś, już nie pamiętam, który) podobał mi się, ach, te białe włosy Halle Berry, ach, sztylety Wolverine'a; liczyłam więc na dobrą zabawę przy komiksie.
No i niestety, drętwo. Rozczarowałam się. Miałko, płytko. Mutanci mają jakieś tam kłopoty, bo pojawiła się szczepionka na mutacje (jak widać, dylemat "szczepić czy nie szczepić" obecny jest nie tylko wśród rodziców małych dzieci). Oni jednak wolą handryczyć się między sobą, niż rozwiązywać problemy.
A jak już wyruszają na jakąś akcję, to zakładają okropne obcisłe kostiumy, fuuuuj.
Nie podobało mi się, nie chcę więcej. Filmy tak, komiksy nie. Czyżbym była za stara na komiksowych superbohaterów?
"X-Men. Obdarowani", scenariusz Joss Whedon, rysunki John Cassaday, tłumaczenie Tomasz Sidorkiewicz, Wydawnictwo Mucha Comics, 2007.
środa, 29 października 2014
"Gdzie się cis nad grobem schyla" Alan Bradley - płyńcie łzy moje
Przeczytałam najnowszą część Flawii z prawdziwą przyjemnością, ale po zamknięciu książki zakłopotałam się nieco. Powieść bowiem otrzymałam od wydawnictwa - więc jak tu zacznę bić brawa, wyjdzie, że to z wdzięczności za egzemplarz.
Ale nic nie poradzę na to, że każda Flawia podoba mi się nadzwyczajnie i nie znajduję żadnych wad (no dobra, jednak znalazłam, ale o tym potem). Pienia pochwalne będą, bo muszą być.
Po pierwsze za tytuł. Jakże rzadko zdarzają się tak poetyczne tytuły, długie i urokliwe. Widać, że się autor rozwijał, bo zaczynał od nieco pospolitego "Zatrutego ciasteczka", ale potem było coraz lepiej. Teraz dygresja będzie, bo równie urokliwe tytuły nadawał swoim kryminałom Joe Alex, tyle że on czerpał z klasyki; a skąd czerpie Bradley? Nie z klasyki jest też tytuł "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant" i uważam go za mistrzostwo świata. Koniec dygresji.
Pienia pochwalne numer dwa należą się Buckshaw i całej atmosferze mu towarzyszącej. Czyli: wielkie domostwo z mnóstwem pokoi, gabinetów, jest pracownia chemiczna (ostoja Flawii), bogato wyposażona biblioteka, a także pokój pamięci Harriet (pani na Buckshaw), do którego nie wolno wchodzić. Można by powiedzieć, że przepych, ale na tym wszystkim, jak kurz, osiadło poczucie beznadziei i finansowej bezradności. Och, jakie to smutne. Płyńcie łzy moje.
Kolejne pienia to sama Flawia, która jak swój wiek jest wyjątkowo bystra i odważna - chociaż z tą odwagą to bym polemizowała, bo czasami mam po prostu wrażenie, że ona nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Umiejętności przepytywania ludzi i wyciągania prawidłowych wniosków z obserwacji odmówić jej jednak nie można. Rośnie na rasowego detektywa Scotland Yardu, zaprawdę powiadam wam.
Teraz kończą się pienia, a zaczynają wyrazy uznania. Za fabułę, pełną trupów starych i nowych, której wątki kręcą się po Buckshaw, cmentarzu i kościele. Za sytuacje mrożące krew w żyłach (eter!) i wywołujące uczucie obrzydzenia (babranie się w przegniłych szczątkach!). Nie będę jednak ukrywać, że na równi z wątkiem kryminalnym interesuje mnie wątek rodzinny klanu de Luce. Autor bowiem, wyjątkowo sprytnie, już w pierwszym tomie cyklu przedstawił czytelnikom pewną tajemnicę (której nie zna także główna bohaterka, Flawia), a w kolejnych odsłania mikroskopijne kawałeczki tego sekretu. Na tyle mikroskopijne, że nie wyjaśniają nic lub prawie nic. Ale jednak są! I dla tych kawałeczków będę kupować i czytać Flawię, póki mi tchu starczy i póki autor będzie pisał (z całego serca życzę mu długiego i twórczego życia).
Do tego ta seria tak ślicznie wygląda na półce, okładki są tak wspaniale zaprojektowane, czcionka w moim ulubionym brązowym kolorze i dołączona bardzo ładna zakładka - że śmiało mogę rzec, iż w tym przypadku forma też jest ważna, nie tylko treść. Ale tu muszę wspomnieć o jednym małym defekcie: grzbiet okładki minimalnie różni się od poprzednich tomów, jakby grafik nie zerknął na pliki, które już mu siedziały w komputerze. Nie zauważyłam, dopóki nie wstawiłam książki na półkę.
Stałe elementy to: symbol graficzny, szarfa z tytułem, autor, logo wydawnictwa. W piątym tomie Flawii dwa pierwsze są zamienione miejscami. Miałam okazję porozmawiać o tym z panami z wydawnictwa Vesper, ale tłumaczyli, że dostają gotowe pliki i nie mają możliwości ingerencji. No dobrze, to może warto (w przyszłości) zwrócić uwagę temu, kto te pliki wysłał?
Pytali mnie też, co sądzę o zmianie tłumacza. No cóż, może odrobinę przekład utracił na lekkości, a naprawdę odrobinę. Nie jestem wyczulona na takie rzeczy.
Chciałam jeszcze dorzucić jakieś smakowite cytaty, ale czytałam tak zachłannie, że nie miałam czasu nic zaznaczyć (serio, serio), więc może innym razem.
Na koniec - ależ dobrze mi się to czytało, ach!
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Vesper za książkę i dziękuję za bardzo miłą rozmowę na Targach w Krakowie przedstawicielom Wydawnictwa. :)
"Gdzie się cis nad grobem schyla" Alan Bradley, przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska, Wydawnictwo Vesper, Czerwonak, 2014.
wtorek, 28 października 2014
Targi Książki w Krakowie 2014 - mój drugi raz
Pierwszy raz był bardzo udany, co można sprawdzić tutaj, toteż bez wahania zdecydowałam się na powtórny przyjazd do Krakowa na Targi Książki. I jak było? Doskonale!
Do hali EXPO dotarliśmy (ja, mój mąż i Magda) punkt dziesiąta, dzięki temu w kolejce spędziliśmy jedynie 10 minut, potem tam były jakieś horrendalne kolejki, facebook zasypywany jest zdjęciami tłumów przed wejściem. Też zrobiłam zdjęcie tłumu, ale mój tłum był tylko małym tłumkiem:
Przy kawie ustaliliśmy z mężem, co najpierw, co potem, gdzie koniecznie, a gdzie można by, ale to jak starczy czasu (dzięki, Magda, za kolorowy plan):
Po kawie udaliśmy się na halę, oddałam książki na akcję "książka za książkę"- świetna ta akcja, upłynniłam kolejne tomy z półek, a w zamian pobrałam ebooka z publio.pl. Potem planowaliśmy zwiedzać sobie stoiska od A do D. Nie mogłam się jednak powstrzymać, żeby tu i ówdzie nie uciąć sobie pogawędki: a to na stoisku Vesper, które wydało właśnie najnowszą Flawię, a to w Centrali, gdzie już prawie kupiłam Chestera Browna, ale odstraszyła mnie czcionka, a to na stoisku Egmontu, gdzie wybór lektur był wielki. Udało nam się trafić na Agnieszkę Frączek, której opowiedziałam, jak czytałam dzieciom w przedszkolu jej wierszyki. Była szczerze ucieszona i zostawiła Krzysiowi autograf (pisze wiecznym piórem z pięknym atramentem w kolorze lilaróż):
Potem zabrnęliśmy w okolice stoiska wydawnictwa Media Rodzina, gdzie kłębił się podejrzanie dziki tłumek. Dziki tłumek okazał się panią prezydentową ze świtą, trzeba było przeczekać lekkie zamieszanie i już mogłam wyrazić swoje słowa uznania pani Iwonie Chmielewskiej, która w zamian podpisała mi się na książce "Dwoje ludzi":
Żeby złapać oddech, bo na halach robiło się coraz tłoczniej, znów pokrzepiliśmy się kawą, przy okazji zarejestrowaliśmy ze zdumieniem, że kolejka do kas rozrosła się dziesięciokrotnie. Ludzie walili tłumnie na targi, nie bacząc, że rzekomo nikt nic nie czyta.
Kolejnym punktem programu było spotkanie blogerów. Na spotkaniu ogłoszono wyniki tegorocznej eBuki, rozlosowano kilka książek. Poza tym panował rozgardiasz. No cóż. Ale można było poznać blogerów i blogerki, znane tylko z bloga - teraz zyskali oni twarze. :) Przyznam się, że gdy dorwałam się do mikrofonu, wykorzystałam okazję do zareklamowania grupy ŚBK - zwłaszcza że grupa planuje aktywnie uczestniczyć w Targach Książki w Katowicach. Poza tym można było posłuchać autorów oraz przedstawicieli wydawnictw, którzy przedstawiali swoje opinie na temat współpracy z blogerami.
Po spotkaniu udałam się na dalsze zwiedzanie hali - ooooo, przede wszystkim na stoisko, które mnie szczególnie interesowało, czyli Leuchtturm1917. Przywitałam się serdecznie z panem, którego pamiętałam z poprzedniego roku, przywitałam się z przedstawicielem firmy przybyłym z Niemiec (to niemiecka firma), i przeoglądałam stoisko wzdłuż i wszerz. Chciałam zakupić czarny Ex Libris dla kolegi, niestety, czarnych zabrakło! Czyżby cieszyły się dużą popularnością? A może nie zabrano ich za wiele? Zostały szare i błękitne, zakupiłam szary. Chciałam pomacać Das Lesejournal, nie było! Pan mnie jednakże upewnił, że różnią się niewiele, przede wszystkim okładką (Das Lesejournal ma płócienną), w środku też są różnice, ale niewielkie. Obejrzałam notatnik "Some lines a day -5 Year Memory Book" - ależ grubasek! Dla osób, które cenią codzienne, albo po prostu systematyczne zapiski, idealny. No i oczywiście Whitelines Link, na który ostrzyłam sobie zęby od dawna, w końcu! Pomacałam, pootwierałam, niemalże obwąchałam :) Oczywiście, że zakupiłam! Wybrałam Whitelines Link Notebook Medium. Do tego wszystkiego dołożyłam jeszcze kalendarzyk na przyszły rok, a miły pan ze swojej strony dołożył mi pen loopy (szlufki) do wszystkich zakupionych notesów, dopasowane kolorystycznie, mini kalendarzyk urodzinowo/imieninowy oraz katalog produktów firmy. Wyszłam stamtąd uboższa o blisko stówę, ale zachwycona.
Równie zachwycona byłam, gdy dotarłam do stoiska dużeKa, gdzie rezydowała właśnie Marta Kisiel. Zachwycona, bo spotkałam tam samych znajomych: Janka Oko, któremu mocno kibicuję - zakłada antykwariat, wiecie? Łukasza, męża Marty - przyznał się do fascynacji skrzatami. Popieram. Bazyla spotkałam! Ukłony, Bazylu, było mi niezmiernie miło Cię w końcu poznać, bo wirtualna znajomość trwa już ładnych parę lat. Zaprawdę powiadam wam, Bazyl jest wielki.
No i w końcu miałam okazję uściskać się serdecznie z Martą, za którą przepadam i za książkami jej też przepadam. W końcu podpisała mi się na książce (mam już wpis Marty, ale w notesie), dostałam do tego piękne zakładki. Mniam.
Uff, ta relacja niebezpiecznie się rozrasta, komu się będzie chciało czytać tyle, to może jeszcze tylko skrótowo. Dokupiłam "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk dla siebie oraz "Taka jestem i już" Magdaleny Zawadzkiej - ta druga dla mamy i specjalnie dla mamy stanęłam w kolejce po podpis autorki.
Dokupiłam sobie "Terapię logopedyczną...", a z wydawnictwa Nasza Księgarnia dostałam dla dzieci "Co robią pająki" i "Co robią żaby" oraz Fistaszki.
Na stoisku gildii.pl porozmawiałam trochę o komiksach.
Dopchałam się też do Czułego Barbarzyńcy, gdzie wypatrzyłam "Paryż" (Sempe), który urzekł mnie kreską. Potargowałam się i zakupiłam za w miarę korzystną cenę.
Odwiedziłam też stoisko Prime Line, gdzie była masa notesów Moleskine w cenach niekonkurencyjnych zupełnie (nie kupiłam nic). Myślałam, że będą mieli atramenty Caran d'Ache, ale z tej firmy mieli tylko długopisy. A z piór - Lamy. Fajne, ale już mam.
Jeszcze tylko poczekałam na podpis od autorów "Opowiem ci mamo...", czyli Katarzyny Bajerowicz , Daniela de Latour i Marcina Brykczyńskiego - i uznałam, że już chyba mam dość na ten jeden dzień i pora udać się na spotkanie potargowe.
Odbyło się w Kolanku i było świetne. Przyszło całe mnóstwo ludzi, część już znałam, część jeszcze nie i miałam okazję poznać. Od Janka (Tramwaj nr 4) pożyczyłam sobie komiks. Aktywnie brałam udział w losowaniach książek (hej, a w ogóle skąd te książki były?). Brawa dla Kasi, organizatorki, że to ogarnęła. Super. Pamiątkowa fotka - pożyczona od AnnRK:
No i oczywiście obowiązkowa fotka przywiezionych z Targów różności, brak jedynie "Yansa" pożyczonego od Janka oraz "Rozgwiazdy" Wattsa, ebooka pobranego już po przyjeździe do domu:
Targi Książki w Krakowie, do zobaczenia za rok!
Do hali EXPO dotarliśmy (ja, mój mąż i Magda) punkt dziesiąta, dzięki temu w kolejce spędziliśmy jedynie 10 minut, potem tam były jakieś horrendalne kolejki, facebook zasypywany jest zdjęciami tłumów przed wejściem. Też zrobiłam zdjęcie tłumu, ale mój tłum był tylko małym tłumkiem:
Przy kawie ustaliliśmy z mężem, co najpierw, co potem, gdzie koniecznie, a gdzie można by, ale to jak starczy czasu (dzięki, Magda, za kolorowy plan):
Po kawie udaliśmy się na halę, oddałam książki na akcję "książka za książkę"- świetna ta akcja, upłynniłam kolejne tomy z półek, a w zamian pobrałam ebooka z publio.pl. Potem planowaliśmy zwiedzać sobie stoiska od A do D. Nie mogłam się jednak powstrzymać, żeby tu i ówdzie nie uciąć sobie pogawędki: a to na stoisku Vesper, które wydało właśnie najnowszą Flawię, a to w Centrali, gdzie już prawie kupiłam Chestera Browna, ale odstraszyła mnie czcionka, a to na stoisku Egmontu, gdzie wybór lektur był wielki. Udało nam się trafić na Agnieszkę Frączek, której opowiedziałam, jak czytałam dzieciom w przedszkolu jej wierszyki. Była szczerze ucieszona i zostawiła Krzysiowi autograf (pisze wiecznym piórem z pięknym atramentem w kolorze lilaróż):
Potem zabrnęliśmy w okolice stoiska wydawnictwa Media Rodzina, gdzie kłębił się podejrzanie dziki tłumek. Dziki tłumek okazał się panią prezydentową ze świtą, trzeba było przeczekać lekkie zamieszanie i już mogłam wyrazić swoje słowa uznania pani Iwonie Chmielewskiej, która w zamian podpisała mi się na książce "Dwoje ludzi":
Żeby złapać oddech, bo na halach robiło się coraz tłoczniej, znów pokrzepiliśmy się kawą, przy okazji zarejestrowaliśmy ze zdumieniem, że kolejka do kas rozrosła się dziesięciokrotnie. Ludzie walili tłumnie na targi, nie bacząc, że rzekomo nikt nic nie czyta.
Kolejnym punktem programu było spotkanie blogerów. Na spotkaniu ogłoszono wyniki tegorocznej eBuki, rozlosowano kilka książek. Poza tym panował rozgardiasz. No cóż. Ale można było poznać blogerów i blogerki, znane tylko z bloga - teraz zyskali oni twarze. :) Przyznam się, że gdy dorwałam się do mikrofonu, wykorzystałam okazję do zareklamowania grupy ŚBK - zwłaszcza że grupa planuje aktywnie uczestniczyć w Targach Książki w Katowicach. Poza tym można było posłuchać autorów oraz przedstawicieli wydawnictw, którzy przedstawiali swoje opinie na temat współpracy z blogerami.
Po spotkaniu udałam się na dalsze zwiedzanie hali - ooooo, przede wszystkim na stoisko, które mnie szczególnie interesowało, czyli Leuchtturm1917. Przywitałam się serdecznie z panem, którego pamiętałam z poprzedniego roku, przywitałam się z przedstawicielem firmy przybyłym z Niemiec (to niemiecka firma), i przeoglądałam stoisko wzdłuż i wszerz. Chciałam zakupić czarny Ex Libris dla kolegi, niestety, czarnych zabrakło! Czyżby cieszyły się dużą popularnością? A może nie zabrano ich za wiele? Zostały szare i błękitne, zakupiłam szary. Chciałam pomacać Das Lesejournal, nie było! Pan mnie jednakże upewnił, że różnią się niewiele, przede wszystkim okładką (Das Lesejournal ma płócienną), w środku też są różnice, ale niewielkie. Obejrzałam notatnik "Some lines a day -5 Year Memory Book" - ależ grubasek! Dla osób, które cenią codzienne, albo po prostu systematyczne zapiski, idealny. No i oczywiście Whitelines Link, na który ostrzyłam sobie zęby od dawna, w końcu! Pomacałam, pootwierałam, niemalże obwąchałam :) Oczywiście, że zakupiłam! Wybrałam Whitelines Link Notebook Medium. Do tego wszystkiego dołożyłam jeszcze kalendarzyk na przyszły rok, a miły pan ze swojej strony dołożył mi pen loopy (szlufki) do wszystkich zakupionych notesów, dopasowane kolorystycznie, mini kalendarzyk urodzinowo/imieninowy oraz katalog produktów firmy. Wyszłam stamtąd uboższa o blisko stówę, ale zachwycona.
Równie zachwycona byłam, gdy dotarłam do stoiska dużeKa, gdzie rezydowała właśnie Marta Kisiel. Zachwycona, bo spotkałam tam samych znajomych: Janka Oko, któremu mocno kibicuję - zakłada antykwariat, wiecie? Łukasza, męża Marty - przyznał się do fascynacji skrzatami. Popieram. Bazyla spotkałam! Ukłony, Bazylu, było mi niezmiernie miło Cię w końcu poznać, bo wirtualna znajomość trwa już ładnych parę lat. Zaprawdę powiadam wam, Bazyl jest wielki.
No i w końcu miałam okazję uściskać się serdecznie z Martą, za którą przepadam i za książkami jej też przepadam. W końcu podpisała mi się na książce (mam już wpis Marty, ale w notesie), dostałam do tego piękne zakładki. Mniam.
Uff, ta relacja niebezpiecznie się rozrasta, komu się będzie chciało czytać tyle, to może jeszcze tylko skrótowo. Dokupiłam "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk dla siebie oraz "Taka jestem i już" Magdaleny Zawadzkiej - ta druga dla mamy i specjalnie dla mamy stanęłam w kolejce po podpis autorki.
Dokupiłam sobie "Terapię logopedyczną...", a z wydawnictwa Nasza Księgarnia dostałam dla dzieci "Co robią pająki" i "Co robią żaby" oraz Fistaszki.
Na stoisku gildii.pl porozmawiałam trochę o komiksach.
Dopchałam się też do Czułego Barbarzyńcy, gdzie wypatrzyłam "Paryż" (Sempe), który urzekł mnie kreską. Potargowałam się i zakupiłam za w miarę korzystną cenę.
Odwiedziłam też stoisko Prime Line, gdzie była masa notesów Moleskine w cenach niekonkurencyjnych zupełnie (nie kupiłam nic). Myślałam, że będą mieli atramenty Caran d'Ache, ale z tej firmy mieli tylko długopisy. A z piór - Lamy. Fajne, ale już mam.
Jeszcze tylko poczekałam na podpis od autorów "Opowiem ci mamo...", czyli Katarzyny Bajerowicz , Daniela de Latour i Marcina Brykczyńskiego - i uznałam, że już chyba mam dość na ten jeden dzień i pora udać się na spotkanie potargowe.
Odbyło się w Kolanku i było świetne. Przyszło całe mnóstwo ludzi, część już znałam, część jeszcze nie i miałam okazję poznać. Od Janka (Tramwaj nr 4) pożyczyłam sobie komiks. Aktywnie brałam udział w losowaniach książek (hej, a w ogóle skąd te książki były?). Brawa dla Kasi, organizatorki, że to ogarnęła. Super. Pamiątkowa fotka - pożyczona od AnnRK:
No i oczywiście obowiązkowa fotka przywiezionych z Targów różności, brak jedynie "Yansa" pożyczonego od Janka oraz "Rozgwiazdy" Wattsa, ebooka pobranego już po przyjeździe do domu:
Targi Książki w Krakowie, do zobaczenia za rok!
piątek, 24 października 2014
"Wina" Ferdinand von Schirach - prawnik opowiada, część druga
Miałam kłopot z tym tekstem, bo w zasadzie lwią część mogłabym przepisać z notki o "Przestępstwie". Ale to byłby autoplagiat.
Mam wrażenie, że "Wina" i "Przestępstwo" to jedna wielka powieść, tylko ze względów edytorskich podzielona na dwie części, żeby nie wyszło za wielkie tomisko. A może podzielone dlatego, żeby nie przesycić się tym całym nieszczęściem, krwią i złem? Bo jednak jest pewna różnica między tymi tytułami. "Wina" bardziej przygniata, jest cięższa, mocniejsza.
Już na samym początku dostałam jakby obuchem w łeb, słuchając, jak kilkoro podchmielonych mężczyzn niemalże jawnie, w biały dzień, podczas koncertu - brutalnie zgwałciło dziewczynę i wdeptało ją w ziemię. Najgorsze było jednak to, że żaden z nich nie został ukarany, choć znano tożsamość każdego z nich.
Słuchałam, jak pewne małżeństwo bawiło się w trójkątne imprezy (mąż był zawsze tylko obserwatorem) i twarz mi się wydłużała, i zadawałam sobie pytanie: ale dlaczego tak? Po co?
Słuchałam, jak pewien mężczyzna przez kilkanaście lat katował i gwałcił żonę, a ona cierpiała w milczeniu. Do czasu, kiedy zapowiedział jej, że teraz zabierze się za ich córkę, bo już jest wystarczająco dojrzała (dziecko miało 9 lat). Skąd biorą się tacy zwyrodnialcy?
Ale już zupełnie odpadłam podczas słuchania opowiadania o facecie, który miał pilnować trzech rzeczy swojego znajomego przebywającego w więzieniu: psa (doga), samochodu maserati oraz kluczyka do skrytki dworcowej, gdzie przechowywane były pieniądze z handlu narkotykami. Pies zeżarł kluczyk, facet więc nafaszerował go środkami przeczyszczającymi. Po pięciokrotnej dawca pies dał czadu - tyle że siedział w środku maserati. Niestety, kluczyk się nie znalazł (a facet przeszukał dokładnie auto, trzymajcie mnie mocno), więc dog poszedł pod nóż, zrobiło się krwiście; po drodze wmieszali się jacyś bandziorzy i też nie przebierali w środkach - całe opowiadanie było pełne strachu, krwi i ekskrementów. Za duża dawka jak dla mnie i o mało co książki nie porzuciłam.

Wytrzymałam jednak, a potem było już lepiej. Pozostała mi zaduma i konkluzja. Zaduma nad tym, jak ludzie potrafią koncertowo spieprzyć komuś życie. Czasem komuś, czasem sobie. Przerażające.
Konkluzja - za nic w świecie nie mogłabym być prawnikiem, adwokatem, sędzią. Jestem empatyczna i tak duża dawka zła zniszczyła by mnie emocjonalnie.
Bardzo dziękuję za egzemplarz książki Bibliotece Akustycznej!
![Wina [Ferdinand von Schirach] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
"Wina"Ferdinand von Schirach, przełożyła Anna Kierejewska, czyta Roch Siemianowski, Biblioteka Akustyczna 2014.
czwartek, 23 października 2014
[Thorgal] "Wilczyca" Rosiński, Van Hamme
Po cudownie odprężającym "Władcy gór" pora wrócić du utartego schematu. Czyli: wędruje sobie Thorgal i jego rodzina, przebyli właśnie długą drogę i marzą o tym, żeby gdzieś spokojnie spocząć (zwłaszcza że Aaricia lada moment ma rodzić), aż tu nagle, jak diabełek z pudełka, wyskakuje jakaś niecnota i bruździ.
Tym razem to chciwy Wiking, taki typowy, co to tylko palić, rabować i gwałcić umie. Thorgal mu przeszkadza przez rodzinne powiązania i Wiking najchętniej by go ukatrupił bez dania racji, ale to było dla komiksu za mało spektakularne, no i cykl by się za szybko zakończył. Toteż, jak zwykle, skrupi się na Aaricii i Jolanie. Aaricia szczególnie tu jest narażona na szykany, bo to ona jest spadkobierczynią dóbr Gandalfa Szalonego. Wiking jednak wychodzi z założenia, że najlepiej jest wykosić wszystkich, całą rodzinkę, dla pewności. Ha, nie ma jednak tak łatwo, bo jakiś cichociemny partyzant przeszkadza w planach, po cichutku i skutecznie likwidując mu ludzi. Taka Niewidzialna Ręka.
Koniec zaś podsumuję tak:
"Pitu pitu chlastu chlastu
Thorgal wykosił przeciwników jedenastu
Jego żona, oj niebożę
dziecię powiła w wilczej norze"
I dała dziecięciu na imię Wilczyca. Słodko. Oj, wiem, po francusku Louve - wygląda o niebo lepiej.
"Wilczyca", tom szesnasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Stanisław Kroszczyński, "Orbita", Warszawa 1990.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















