piątek, 31 lipca 2009

Wzięte z podaja

"Alienista" Caleb Carr. Ach, kiedyż ja uporządkuję swój katalog?!

"PiT" Jacek Bierut


Długo szukałam tej książki, oj, długo, ale w końcu udało się.
Przeczytałam szybciutko i okazało się, że dość trudno mi tę powieść zaklasyfikować. Ni to kryminał, ni to powieść współczesna, ni to psychologiczna, zahacza odrobinę o klimaty baśniowe, choć to nie baśń, ale te niezwykłe dzieje bohaterów, tak niezwykłe, że aż nieprawdopodobne.

Główny bohater pierwszej części, pod tytułem „Pau”, Marek, jest zwykłym, szarym człowiekiem, żonatym, dzieciatym, wprzęgniętym w kierat codziennego życia: dom, praca, dom. Wędruje wciąż tymi samymi drogami, spotyka tych samych ludzi. Aż nagle wyskakuje z tej wydeptanej przez siebie ścieżki, bo w drodze do pracy nie spotyka biegacza, którego widział codziennie idąc do pracy. I to był ten kamyczek, który uruchomił całą lawinę. Bo Marek, pchnięty irracjonalnym impulsem, zaczyna biec, chcąc wynagrodzić światu, a może sobie, brak stałego elementu porannego krajobrazu, jakim był biegacz. I od tego wszystko się zaczyna. Wszystko, czyli to, że Marek - podsłuchawszy rozmowę osiedlowych blokersów - próbuje pomóc pewnej dziewczynie imieniem Paulina; to, że trafia do bardzo dziwnego mieszkania, gdzie jest seksualnie wabiony i nęcony; to, że ucieka, ratując zdrowie i życie (kolejność obojętna, on sam nie wie), przez ogródki działkowe Wrocławia; to, że spotyka kolegę z dawnych lat, trochę pomylonego z miłości. Nie, nie zdradzam tu fabuły, gdyż jest ona tak misternie wpleciona w powieść, że nie da się zamknąć w paru słowach, ba, w paru zdaniach nawet bym nie zdołała.

Bo jest jeszcze część druga, pod tytułem „Tony”, a Tony to tenże biegacz właśnie, przez którego Marek wpadł w tak rozliczne tarapaty. To niespełniony muzyk jazzowy, on z kolei chce pomóc innej kobiecie, okazuje się, że ta kobieta jest związana z Markiem, pojawiają się kolejne osoby i nagle uświadamiamy sobie, że to wszystko jest ze sobą ściśle związane jak włóczka w sweterku.

Jacek Bierut bardzo ciekawie wpisał się w światek młodych polskich pisarzy, po swojemu, nie naśladując nikogo (co prawda mogłabym wymienić parę nazwisk, z którymi mi się kojarzą niektóre z elementów powieści, ale tego nie zrobię, bo to by mogła być moja nadinterpretacja, zresztą, on tego nie potrzebuje, naprawdę). Tworzy słowami bardzo specyficzny klimat, doskonale oddaje zarówno język żulerii, bajania chorego z miłości, jak i wewnętrzne przemyślenia – wszystko to jest tak autentyczne i mocne, jak poranny błysk słońca pod powiekami. Wiele razy łapałam się na tym, że jakieś zdanie, jakiś akapit uderzył mnie mocno, aż zatrzymywałam się w rozpędzie czytania i zastanawiałam się chwilę, zanim mogłam czytać dalej.
Bierut jest laureatem nagrody Fundacji Kultury w konkursie „Promocja najnowszej literatury polskiej” - moim zdaniem całkowicie zasłużenie.

No i Wrocław Bieruta jest moim zdaniem dużo ciekawszy niż Wrcoław Krajewskiego.

czwartek, 30 lipca 2009

"Balsam dla duszy miłośnika kotów"


Wyprawa do Empiku w poszukiwaniu „PiTa” Bieruta zaczęła się od tego, że nauczona doświadczeniem podreptałam od razu do punktu informacyjnego, żeby o to zapytać. Pusto. Rozejrzałam się i po chwili bystrym oczkiem wyłowiłam osobę, która wyglądała na przynależną do obsługi, no i miałam rację, tyle że na pytanie o książkę pan zrobił dziwną, nieobecną minę. Aha, ochroniarz. Uprzejmy pan ochroniarz zaoferował się podprowadzić mnie do punktu informacyjnego, wcześniej zeksplorowanego przeze mnie. Dalej nikogo tam nie było. Im bardziej zaglądaliśmy za ladę, tym bardziej nikogo tam nie było. Uprzejmy pan ochroniarz chcąc się wykazać zaciągnął mnie do drugiego punktu informacyjnego, tam za ladą była miła pani, która sprawdzała coś w komputerze dla drugiej miłej pani stojącej przed ladą. Stanęłam za drugą miłą panią i czekam. Uprzejmy pan ochroniarz czekał również, widocznie chciał mieć pewność, że zostanę należycie obsłużona. Czekam. Po dwóch minutach zerknęłam na ochroniarza, on na mnie. Uśmiecham się, on również. Czekam. Po pięciu minutach (miła pani za ladą wciąż coś sprawdzała) znów zerknęłam – ochroniarz twardo czekał razem ze mną, ale uśmiechy oboje mieliśmy już takie jakieś niepewne. Po siedmiu minutach zlitowałam się nad ochroniarzem, który jakoś twardo postawił sobie za punkt honoru czekać na godziwe obsłużenie hipotetycznej klientki i zwolniłam go z posterunku, mówiąc, że ja sobie pójdę do kasy, tam też mają komputery. Uśmiechnął się z wyraźną ulgą.
Jak było do przewidzenia, komputer w kasie wypluł z siebie bezduszną informację, że „PiTa” nie ma i w ogóle, więc na pocieszenie postanowiłam kupić sobie inną książkę. No dobrze, dział „Nowości”, co tam mają? A! „Dzieci Hurina”! Śliczne wydanie, przekartkowałam, biorę. Ale może by coś jeszcze? Dział „Fantastyka”, co my tu mamy?... Mnóstwo mamy, szybko, brać coś i uciekać, bo majątek stracę, no już, już, Grzędowicz, „Księga jesiennych demonów”, łapię z półki i zmykam, no ale nie dość szybko, bo jeszcze do oczu przykleiła się antologia „Czarnoksiężnicy z krainy osobliwości”, pratchettowa okładka jest wrednym chwytem poniżej pasa, no nieważne, to się okaże później, idę dalej, mimochodem zupełnie ściągam z półki Fforde’a, bo zgubiłam poprzednie egzemplarze. I jakaś kocia mordka na mnie patrzy z okładki, ojej, jaka śliczna. Biorę!
No i okazało się, że to zbiór nawet nie opowiadań, a stronicowych historyjek, pisanych przez posiadaczy kotów, jakie to są śliczne, słodkie, kochane, a czasem nieznośne, a czasem bohaterskie, a czasem takie, siakie i owakie i w ogóle. Sierść mają i łapy, przeważnie cztery; ogon, czasem nie; mruczą, przeważnie śpią na głowie opowiadaczy, no i tyle. Słodki bełkot dla naiwnych.
Stanowczo nie polecam.
Tych „Balsamów” jest więcej, dla psów, dla nastolatków, dla matki i córki, dla kobiety. Będę się starannie wystrzegać i wam też radzę.
ps. Jak już płaciłam (o zgrozo, ten debet) za książki, to miła pani za ladą dalej sprawdzała coś w komputerku dla miłej pani przed ladą.

środa, 29 lipca 2009

Tadeusz Baranowski

Starannie kompletowany zbiorek jego komiksów pożyczyłam chen, bo się zgadałyśmy na spotkaniu biblionetkowym, że lubi, a ja mam. A że nasz wspólny znajomy będzie się z nią widział niebawem, to poprosiłam, żeby podskoczył i zabrał paczuszkę dla niej, te komiksy są idealne na poprawę humoru. W skład paczuszki wchodzą:
- "Antresolka profesorka Nerwosolka" (podwójnie, jeden egzemplarz bez okładki),
- "Ecie-pecie o wszechświecie, wynalazku i komecie" (w dwóch częściach),
- "Podróż smokiem Diplodokiem",
- "Przepraszam, remanent",
- "Orient Men - forever na zawsze".
I powiem wam, że takie kawałki jak ten, że opowiem wam teraz dowcip o gąsce Balbince, czy też "czy słyszysz szczęk tych szczęk?" albo jak Entomologia robi profesorkowi mostek kapitański, to się nie zapomina, mimo sklerozy, na wieki wieków amen.

wtorek, 28 lipca 2009

"Przechodzimur" Marcel Ayme


Zbiór opowiadań dziwnych. Czemu dziwnych? Takie opowiadanka , piszą, że to fantastyka, ale taaaaka wczesna. Nic dziwnego, autor pojawił się na świecie w 1902 roku.

Weźmy sobie niezwykłe jakieś możliwości, ubierzmy w to zwykłego człowieka i zobaczmy, jak się zachowa. Więc i jakieś aspekty psychologiczne się pojawiają.

Takie opowiadanie: "Sabinki" na przykład. Jedna Sabina - ale ma dar wszechobecności, może pojawiać się w wielu osobach w wielu różnych miejscach. Więc, po pierwszych oporach, Sabina upaja się rozdzielaniem, Sabinek jest sześćdziesiąt pięć tysięcy, korzystają (korzysta) z życia do maksimum.

To takie zachęcające, używać życia.

A potem...

Nie. Nieładnie zdradzać zakończenie.

poniedziałek, 27 lipca 2009

"Inny świat" Tad Williams


Swego czasu pochwaliłam się wśród znajomych, że fajną książkę przeczytałam, Tada Williamsa, pod tytułem "Pieśń Łowcy", no i zaraz zostałam znokautowana krótkim pytaniem "a Inny Świat czytałaś"’, "nie" – mówię, "nooooo... Agnes...." - z dezaprobatą.
No i tak właśnie pytający pożyczył mi do przeczytania cykl. Po otrzymaniu przesyłki ugięłam się pod ciężarem – cztery spore tomy, co jeden to grubszy i cięższy i więcej ma stron.
Budowa powieści jest prosta, gdzieś wyczytałam, że to się nazywa budowa szkatułkowa, a może to nie tego dotyczyło? Ach, ta moja skleroza, nieważne, w każdym bądź razie akcja toczy się w VR (czyli Virtual Reality). Weszli, wyszli, pomiędzy jednym a drugim mieli mnóstwo przygód i tyle. Tylko tyle i aż tyle, bo naprawdę powieść jako całość bardzo mnie urzekła. I wciągnęła. Wsysła. Jak bagno, he, he.
Uczciwie się przyznam, że nie wiem, do jakiego gatunku zaliczyć cykl, bo niby cybercośtam, ale jednak nie do końca, bo za dużo epickiego rozmachu. Bohaterów jest tam sporo, całkiem głównych, ale zaczyna się wszystko od Renie, akademickiej nauczycielki, która szuka w sieci odpowiedzi na to, dlaczego jej młodszy brat zapadł w śpiączkę. Pomagają jej znajomi i nieznajomi, ludzie, których poznała w VR. Spotyka tam też wrogów. Przyjaciele się wspierają, ale zdarza się, że wśród grona zdawałoby się zaufanych osób znajdzie się jakaś czarna owca zdrajczyni.
Rzecz cała rozrasta się jak dobrze podlewane dzikie wino – w każdą stronę. Już nie chodzi tylko o małego chłopca w śpiączce, tylko o tysiące dzieci w śpiączce, o ogromny trust potentatów finansowych świata, o zagadkowe śmierci, sieć wirtualną opartą na nieznanym i potężnym systemie... Wątków jest mnóstwo, w książce roi się od przygód i niespodziewanych zwrotów akcji. Podobało mi się bardzo i polecam mocno, z całych sił.

niedziela, 26 lipca 2009

Żeby się nie pogubić

Bo i tak rozgardiasz mam na półkach nieziemski... Oddałam właścicielom: - Firmin - Marten - Tartaren - Piekło pocztowe - Baśnie z 1001 nocy Pożyczyłam do przeczytania komuś: - Bromba i inni - Maciej Wojtyszko - O Królu Cukrowym, Marcepanowej Królewnie, Piernikowym Paziu i Kucharce Pelasi - Ewa Ostrowska - Więcej niż człowiek - Theodore Sturgeon (było tego więcej, ale w międzyczasie mi oddano) Pożyczyłam do przeczytania od kogoś: - Łups - Nacja

piątek, 24 lipca 2009

"Żmijowa harfa" Anna Brzezińska


Brzezińskiej saga o Twardokęsku jest odrobinę podobna do Malazjańskiej Księgi Poległych. Mamy grupkę bohaterów, miotanych wichrami dziejów (nie, nie namiętności), wędrujących to tu, to tam. Mamy też bogów, którzy są co prawda spersonifikowani, ale niezbyt ludzcy i niezbyt sympatyczni. Mamy wielość miejsc akcji, przeskakujemy na kartach książki od śledzenia losów Szarki noszącej obręcz bogini do klasztoru innej bogini, oglądamy miasta, karnawał, wstawki z losów jakichś pomniejszych postaci, ślub, tortury, rozmyślania Twardokęska i tak dalej. Mamy to wszystko, opisane z wielu perspektyw, coraz to i ktoś inny jest narratorem. Oglądamy ten skomplikowany, zróżnicowany świat z wielu perspektyw.
Opisane jest to pięknym językiem, stylizowanym na staropolski. Trochę się trzeba do niego przyzwyczaić, ale jak już to się stanie, wchodzi jak po maśle.
Niby jest wszystko, co by mogło składać się na dobrą powieść. I bardzo możliwe, że tak jest, ale nie dla mnie. Bardzo mi przykro, ale kompletnie całość do mnie nie przemówiła. Ba, to jest tom drugi sagi, tom pierwszy „Zbójecki gościniec” przeczytałam kiedyś tam i całkiem, ale to całkiem zapomniałam o czym był. W połowie tomu drugiego zaczęłam sobie słabiutko przypominać postać Szarki, a zasadzie bardziej to, co nosiła na głowie...
Nie wiem, co jest nie tak, że pierwsza część sagi tak konsekwentnie nie zapisała się w mojej pamięci, a część druga już zaczyna iść w ślady pierwszej. Naprawdę nie wiem.

Żmijowa harfa [Anna Brzezińska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 23 lipca 2009

Siostrzenice i bratanice

Przy przekładaniu z półek na półki siostrzenice wydłubały sobie: - "Kod Leonarda" i "Cyfrową twierdzę" - "Opowieści z Narnii", wszystkie siedem tomów - "Kobieta za kierownicą" Groszovej - "Przedwiośnie" i "Lalkę" - "Łatwe gotowanie" Ramsay'a - "Pielęgnowanie zdrowia i urody" - kalendarz "Przyjaciółki" z lat '80 - rocznik "Przekroju" Ten "Kod Leonarda" był czytany na bieżąco podczas pobytu i podczas jazdy do domu (mąż odwoził), toteż wrócił prędziutko i zaraz, razem z "Cieniem wiatru" powędrował do bratanicy.

wtorek, 21 lipca 2009

"Lala" Jacek Dehnel


Moje spotkanie z panem Jackiem zaczęło się od Teleekspresu. W któryś dzień tygodnia jest kącik literacki i polecają to i owo oraz tego i owego autora pokazują. Zdarzyło się więc, że zobaczyłam szczupłego, miłego facecika w okularach z książką w ręku. Powiedział kilka słów o swoim dziele sympatycznym głosem i zniknął. Z ekranu, oczywiście, nie na zawsze. No i zapomniałam.
Ale kiedy udałam się od Empiku celem nabycia kilku kilogramów literatury, przypomniałam sobie o miłym faceciku i o dziwo, pamiętałam nawet, jaki tytuł nosiła jego książka. Szast prast, z półki w Empiku na półkę u mnie, sięgnęłam, poczytałam i powiem: fiu fiu.
A teraz tłumaczę czemu fiu fiu. Otóż ja generalnie na tych nowych, młodych, polskich pisarzach nie znam. No, Masłowska i ci od s-f to jeszcze, ale to wyjątek, natomiast tych od literatury pięknej i/lub popularnej no nic, serio. Może się zraziłam, jak mi wpadł Shuty w ręce (zaraz ze wstrętem wypuściłam i z obrzydzeniem wytarłam ręce w spodnie), a może jeszcze co innego. Natomiast książka pana Jacka jest przemiła.
To książka o jego babci – od dzieciństwa zwanej Lalą. Babcia opowiada o życiu, a wnuk słucha (czasem po wielokroć tych samych opowieści), by to potem spisać. Spisać trochę tak, jak babcia mówi, wielowątkowo, dygresyjnie, kwieciście, a trochę próbuje to uporządkować, by czytelnik nie zgubił się jednak w tej chronologii ze szczętem. Tu zaznaczy „jeszcze do tego wrócimy”, potem napomknie „a teraz będzie o tym, co to pisałem, że do tego wrócimy”. Całość opowieści przeplata się z obserwacją schyłku życia babci, i tak to się toczy: tu życie Lali opowiadane, do przodu i do przodu, tu życie Lali przeżywane, do przodu, choć z coraz większym trudem.
To piękna opowieść i pięknie napisana. Wspomnienia kobiety energicznej, pięknej i żyjącej pełnią życia kobiety przefiltrowane przez wnuka pisarza są jak tkany starannie gobelin, kolorowy, bogaty i dopieszczony w każdym calu.
Dehnel naprawdę pięknie pisze. Gładko, nienachalnie, sympatycznie. Jestem pełna uznania dla jego warsztatu.
A tak jeszcze na koniec mi się nasunęło: iluż z nas ma/miało starsze osoby w domu, ze swoimi opowieściami? Póki one były, były i opowieści, częstokroć tak często powtarzane, że aż nużące. Zabrakło osób (babć, dziadków, ciotek, wujków), znikły i ich historie, nigdzie nie spisane, nie uwiecznione, powoli zacierające się w naszej pamięci. Ech, przepadło w mrokach dziejów i czegoś żal. Jacek Dehnel umiał uchwycić to, co już już miało przepaść w tychże mrokach i jemu na pewno nie żal. Podziwiam.

Lala [Jacek Dehnel]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE