poniedziałek, 20 lipca 2009

"Kocia kołyska" Kurt Vonnegut


Gazeta Wyborcza w swej dobroci do kolekcji literatury XX wieku dołożyła również Kurta Vonneguta. Nie wiem, czym się kierowano, wybierając tę właśnie powieść, ale w sumie to mało ważne – nie potrafię wartościować jego powieści i nie umiałabym wybrać tej jednej z wielu i postawić jej na podium.
„Kocia kołyska” jest, jak wszystkie książki Vonneguta, trochę odjechana, trochę surrealistyczna, trochę magiczna.
Zaczyna się od zamiaru napisania książki przez Jonasza - bohatera/narratora (masz ci los, znowu książka w książce! ), zawierającej wspomnienia ludzi z dnia, w którym wybuchła pierwsza bomba atomowa nad Hiroszimą. Wiecie, to coś podobnego, jak dzień, w którym zabito JFK.Żeby zebrać materiały do książki, Jonasz kontaktuje się z dziećmi profesora Felixa Hoenikkera, ojca bomby atomowej. Gdyby książka została napisana, świadectwo jego dzieci miałoby sporą wartość. No, ale akcja powieści tak się toczy, że przestaje to mieć znaczenie.
Nabiera za to znaczenia spuścizna Hoenikkera, wynalazek lodu-9. Nabiera znaczenia wyspa San Lorenzo wraz z jej bogatą historią podbojów i przejęć. Nabierają znaczenia młodzi Hoenikkerowie: Newton, Angela i Frank. Nabiera znaczenia najpiękniejsza dziewczyna świata Mona. Sam narrator też nabiera znaczenia. Wszystko staje się nagle niezwykle ważne, niezwykle istotne, a potem mamy duże BUM i ludzkość przestaje istnieć. Vonnegut uwielbia to robić, unicestwiać ludzi (jako społeczność) z przeróżnych powodów (no dobrze, te powody są dla mnie nieco niejasne) i na najprzeróżniejsze sposoby. Jakby tak przypatrzeć się na zimno, można odnieść wrażenie, ze Vonnegut nie lubi ludzkości jako takiej, nie lubi społeczeństwa, a cały dorobek cywilizacyjny jest dla niego płytki i miałki.
Mówi o tym rozdział księgi Bokonona... no tak, ale aby przytoczyć co nieco, muszę wyjaśnić, że Bokonon to twórca religii panującej niepodzielnie i w tajemnicy na San Lorenzo. To taki zlepek obojętności, wrażliwości, stoicyzmu i cynizmu. Ot, wymyślona religia. Ale autorowi się podoba, a to jest najważniejsze, , bo jak jemu się podoba (w końcu sam ją wymyślił, nie?), to potrafi tak o tym pisać, że i nam się podoba.
Ale o czym to ja?... Prawda, o rozdziale.
Tytuł rozdziału brzmi: Jaką nadzieję na przyszłość może mieć ludzkość w świetle swoich dokonań na przestrzeni ostatniego miliona lat?
Treść: Żadnej.
I taki właśnie jest Kurt. Swoim stylem, krótkimi zdaniami, mocno postawioną kropką czy wykrzyknikiem przekonuje nas, że społeczeństwo jest do bani. Na szczęście po skończeniu książki nie ma się ochoty rzucić w diabły wszystkiego, bo wyczuwa się w tym jego pisaniu porozumiewawcze przymrużenie oka, ironię, autoironię i potężny dystans do świata.
Tak już na koniec: wynalazek lodu-9, skuwającego planetę w mroźny klejnot, przyprawia mnie o dreszcz zachwytu i przerażenia.
Jeszcze jedno: kocia kołyska to ułożenie sznurka na palcach i takie go skrzyżowanie, by powstała kołyska i kot w niej. Miau.Widzieliście kiedyś coś takiego? Widzieliście kołyskę? Widzieliście kota? Czy tylko poplątany sznurek na palcach? Kocia kołyska to blaga. Kropka.

2 komentarze:

  1. Masz rację to jest niezły sposób na czytelnika. Pokręcone jak nie wiem co, ale "Na szczęście po skończeniu książki nie ma się ochoty rzucić w diabły wszystkiego,". Druga sprawa, że to "pokręcenie" chyba bardzo mi odpowiawda :)

    OdpowiedzUsuń