poniedziałek, 31 sierpnia 2009

"Traktor albo błąd w sztuce" Juhasia Kalada


To nie podręcznik naprawy ciągnika rolniczego, broń Boże nie sugerujcie się tytułem! Bohaterka książki nazywa się Masza Traktor. Ale to nie jest główna bohaterka, głównym bohaterem jest Afanasij, wykładowca na uniwersytecie. Osobnik czterdziestoletni, zadbany, porządny, wręcz pedantyczny, dla studentów okrutny, a do tego przeraźliwie wręcz zakochany w sobie. Afanasij postanawia się zakochać, ale ma własną definicję miłości.
"Miłością Afansij nazywał ten stan rzeczy, w którym ktoś był zakochany w nim. Kiedy ktoś ufnie patrzył mu w oczy, czule całował na pożegnanie, otwierał przed nim swoją duszę, opowiadał, jaki Afanasij jest dobry, piękny i mądry."
Pławił się więc nasz bohater w tym ogarniającym go uwielbieniu, a gdy miał już dostatecznie podbudowane ego, rzucał kobietę, jak niepotrzebną już mu zabawkę. Widać, jaki to łotr,co nie? Ale przyszła kryska na Matyska, trafił na Maszę. A Masza to niezwykła kobieta, co umie odpłacić pięknym za nadobne. Toteż za przedmiotowe traktowanie mści się okrutnie i z rozmachem, z finezją i pomysłowością.
A teraz clou. To tylko opowieść. Opowieść w książce, szkatułka, otwieramy, a w środku Masza i Afanasij. Czym jest szkatułka? Właściwą opowieścią, ale też o miłości i zdradzie. Historią, jakich wiele, ale Traktor jest tylko jeden/jedna.
Polecam, przede wszystkim paniom.

niedziela, 30 sierpnia 2009

"Dom z papieru" C.M. Dominguez


Lubię książki o książkach, ta niewątpliwie wpisuje się w ten nurt, ale pozostał mi po niej pewien niedosyt. Doskonale zresztą zrozumiały - spodziewałam się książki, a dostałam opowiadanie.
Opowiadanie bardzo dobre, na ulubiony przeze mnie temt, z cudownymi niejednoznacznościami. Opis biblioteki, a właściwie księgozbioru z tomami zapełniającymi każde wolne miejsce w domu bohatera jest bliski memu sercu.
" [...] tomy leżały stosami w kuchni, w łazience, również w jego sypialni.[...] W łazience były książki na wszystkich ścianach z wyjątkiem prysznica i jeżeli nie niszczały, to dlatego, że przestał brać gorący prysznic, aby nie wytwarzać pary. Latem czy zimą mył się w zimnej wodzie."
Z kolei to, jak te książki zamieniają się w dom, czyli bezpowrotnie znikają dla czytelnika - jest przerażające. Tak, dom. Ich właściciel wykorzystał je jako cegły, pokryte cementem czy zaprawą książki zostały ścianami. Tyle że... umierają, i to dwukrotnie, i jako książki, i jako dom, proch i pył, gruz i kartki.
"Leżały tam książki pogrzebane w kamieniu, podarte, owinięte w całun czarnej warstwy brudu, której nie mogłem zeskrobać. [...] Każdy tom wystawał z wydmy jak złowieszczy trup; papier i słowo, rozmyta farba drukarska, grzbiety podziurawione przez owady, które wyryły setki drobnych, kapryśnych tuneli między stronami i rozdziałami."
Słowem: wiele emocji. Szkoda, że to tylko opowiadanie.

sobota, 29 sierpnia 2009

"Blisko domu" Erskine Caldwell


Pamiętacie takie filmy jak "Kolor purpury", albo książki "Przygody Tomka Sawyera" czy inne o Południu w Ameryce, gdzie istnieje (w pewnych czasach, rzecz jasna) ścisła segregacja rasowa, biali to panowie, Murzyni to niewolnicy i niech tylko ktoś spróbuje coś zmienić, a zaraz będzie posiekany i poszatkowany? To wiedzcie, że ta książka to jeszcze jedna z tego nurtu. Tyle że trochę inna (hi hi, jak każda książka, nie?). Głównym bohaterem jest tu prostaczek boży imieniem Native rodem z "Tortilli Flat" Steinbecka, który to postanawia się ożenić ze świeżo owdowiałą niewiastą Maebelle, a robi to TYLKO I WYŁĄCZNIE dlatego, że zbrzydło mu jedzenie z puszek i hamburgery w knajpie i pożąda domowego jedzenia bardziej niż czegokolwiek na świecie. Po ożenku, a następnie nasyceniu się znakomitym obiadem odkrywa, iż pożąda nie tylko jedzenia, ale i dobrego ciupciania, toteż nie zwlekając zabiera się do dzieła - ba, ale nie ze świeżo poślubioną małżonką, jeno z jej służącą, Murzynką. No cóż, nie ma to jak przyzwyczajenie, ciupciał bowiem ponętną Josene od roku. Każdy zresztą zdrowy biały mężczyzna w mieście miał jakąś Murzyneczkę na boku, albowiem jak klaruje jeden z mieszkańców miasteczka drugiemu, to całkiem naturalne: "Zresztą nie był pierwszym białym, który miał stosunek z murzyńską dziewczyną, i nie będzie ostatnim. Ja to robiłem, tyś to robił, i pokaż mi dorosłego mężczyznę, który by był bez grzechu. Chyba z białą kobietą też można doznać satysfakcji, ale ja o takiej nie słyszałem." I wszystko by było ok, gdyby nie fakt, że żona przyłapuje go w kluczowym momencie z kochanką, wścieka się i szuka wszelkich sposobów, by zatruć życie obojgu. Ale białego mężczyznę trudno ugodzić tak, by to poczuł, łatwiej jest dosięgnąć Murzynkę - bez prawa obrony, bez głosu. Odtąd się robi tragicznie, giną ludzie, w mieście szaleją burzowe nastroje, czarni szumią, biali szumią - tu jest właśnie kolorowo purpurowo. Kończy się natomiast tragikomicznie: prostaczek boży wraca skruszony i przede wszystkim głodny do żony.

"Szklany klosz" Sylvia Plath


Debitutancka i jedyna powieść znanej poetki amerykańskiej z motywami autobiograficznymi. Takie zdanie widnieje gdzieś tam na okładce - i to zdanie znakomicie podsumowywuje tę pozycję. Jeszcze od siebie bym dodała, że dla twórców i poetów jest to z pewnością ciekawsza książka niż dla przeciętnego zjadacza chleba. Bo ja, taka zwykła właśnie zjadaczka chleba, niespecjalnie czuję się zainteresowana tym, że młoda panienka o znakomitych wynikach w nauce udaje się do wielkiego miasta, bawi się, używa życia, chadza na bale i bankiety, a wszystko to z niechęcią niemalże i jakoś sennie. Ani też tym, że przeżywa załamanie nerwowe, czy też tym, że po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego, aplikują jej elektrowstrząsy i leczą z całych sił, raczej z powodzeniem, acz nie wiadomo na pewno. A to całe leczenie i postępy pacjentki też jakieś takie senne i bez bigla. Ogółem, senny smutek, smętna beznadzieja, aura mglistego powolnego tracenia zmysłów - to z pewnością może przyciągnąć i zachęcić do czytania niektórych czytelników. W sumie ja też to przeczytałam bez specjalnej przykrości, ale pamiętać za bardzo nie chcę i nie mam zamiaru. Kesey w wariatkowie lepszy, bo nie taki uległy.

piątek, 28 sierpnia 2009

"Wielki Gatsby" Scott Fitzgerald


Dostałam książkę w prezencie na jednym ze spotkań biblionetkowych. Pomyślałam sobie, że podaruję Mamie, bo wiem, że film uwielbia (no dobra, głównie dlatego, że tytułową rolę gra Robert Redford). Okazało się jednak, że czytała to dawno temu, no to sobie zostawiłam i sama przeczytałam. Świetnie, że to jest z tej starodawnej serii "Koliber", mały format pozwala na trzymanie książki w jednej ręce, co w przypadku, gdy druga ręka jest zablokowana spoczywającą na niej małą głowiną, ssającą i posapującą, znacząco ułatwia czytanie.
Filmu nie pamiętam, książkę więc odbierałam na świeżo, bez naleciałości. Przeczytałam i zdziwiłam się nieco, że taką ma renomę arcydzieła. Nie przeczę, to bardzo dobra powieść, ale nie rzuca na kolana. Zdała mi się nieco podobna do "Śniadania u Tiffany'ego" czy też do filmu "Amadeusz". Pierwsze skojarzenie to ten klimat bankietów, przyjęć, lekko wyobcowanego narratora no i motyw samotności bohatera, drugie nasunęło się przy scenie pogrzebu.
O czym tak naprawdę jest ta powieść? O człowieku, który z nizin społecznych wybił się na świecznik, dorobił się wielkich pieniędzy, kobieta, którą pokochał, okazała się być zepsutą i rozpieszczoną damulką, a on sam po głupiej, niezawinionej śmierci miał najbardziej smutny pogrzeb, o jakim czytałam. "Biedny sukinsyn" - tak go podsumował jeden z bohaterów książki i ja się z tym zgadzam.

Wielki Gatsby [F. Scott Fitzgerald]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 27 sierpnia 2009

"Klejnoty" Danielle Steel

„Klejnoty” to czytadło. Przeczytałam tylko z ciekawości, jak też przedstawia się ten gatunek powieści. Hm. Interesujące... chyba. To znaczy – całkowicie odmienne od tego, co do tej pory czytałam. Przypomina trochę Anię z Zielonego Wzgórza. Pozwolę sobie spokojnie poopowiadać o treści, co tam spoilery, przecież i tak nikt tego czytał nie będzie, co nie? Mamy bohaterkę. Sara jej na imię, pochodzi z zamożnej amerykańskiej rodziny. Autorka wyszła z założenia, że losy Sary powinny przypominać sinusoidę, raz na wozie, raz pod wozem, a to po to, żeby czytelnicy mogli najpierw pozachwycać się jej życiem, a potem jej współczuć, a potem znów zachwycać i oddychać z ulgą, że jej dobrze.. i tak w kółko Macieju. Tak więc Sara wychodzi za chłopaka z dobrej rodziny (+), po czym okazuje się, że pojęła za męża urwipołcia, pijaka i hulajduszę.(-) Zachodzi w ciążę, to sobie biedulka myśli, że choć dziecko będzie miała,(+) co tam mąż huncwot, jakoś to ścierpi. No ale autorka dochodzi do wniosku, że trzeba Sarę trochę zdołować, żeby nie było jej zbyt dobrze, no i ciap, poronienie (-). Rodzice Sary widząc jej nieszczęśliwą minę i niezdolność do wyraźnych kroków biorą sprawy w swoje ręce i rozwodzą ją z mężem (+), ale Sara dalej cierpi, bo uważa, że rozwodem przyniosła wstyd rodzinie (-). Rodzina zabiera ją więc na wakacje do Europy (+), mimo zmiany otoczenia Sara dalej się gryzie i daje kosza każdemu, kto ją próbuje poderwać (-). W końcu natrafia na idealnego faceta! Ona jego lubi, on ją lubi, piękne perspektywy! Po paru tygodniach on jej się oświadcza (+), fanfary. He, he, nie ma tak dobrze, ona nie chce za niego wyjść, bo on jest angielskim księciem, lordem, czy innym arystokratą, w kolejce do tronu, która to kolejka mu przepada po małżeństwie z rozwódką (-). Jednak miłość zwycięża, pobierają się, kupują dom i robią sobie synka (+), po czym wybucha wojna i on wyrusza na front (-). Ona czeka, on ma przepustkę, przyjeżdża i bach, ona znowu w ciąży, co za radość, będzie córeczka! (+) Niestety, on znów na froncie, a jej dom we Francji zajmują niemieccy okupanci (-). Na szczęście niemiecki oficer to gość z klasą i nie da Sary skrzywdzić (+). Zaprzyjaźnia się z nią, wspiera na duchu, gdyż nowe nieszczęście spadło na głowę biednej kobiety – mąż zaginął na froncie (-). Czeka więc na niego, czeka na koniec wojny i doczekuje się, wojna skończona, Niemcy wyjeżdżają (+), radość jednak jest niepełna, gdyż umiera mała córeczka Sary (-). Na szczęście (dla czytelników bardziej) odnajduje się mąż naszej bohaterki (+), żeby jednak nie było zbyt słodko, jest w strasznym stanie, po torturach ma bezwładne nogi i ogólnie z nim źle (-). No dobra, stop, (doszłam mniej więcej do 1/3 książki) bo to już staje się nudne, plus, minus, plus, plus, minus, i tak przez całą książkę: coś się układa, coś się nie układa, potem wchodzą na arenę dzieci Sary, im się układa, potem im się nie układa... Podsumowania zachęcającego/odradzającego nie będzie, proszę sobie wydedukować, w ramach relaksu proszę policzyć plusiki, minusiki, dodać, pomnożyć przez dwa, wyciągnąć pierwiastek i co tam jeszcze chcecie.

środa, 26 sierpnia 2009

Kocie kryminały


Ostatnio wpadły mi w ręce trzy książki kryminalne z kotami.
1. "Kot, który czytał wspak" Lilian Jackson Braun
2. "Kot, który jadał wełnę" autorka jak wyżej
3. "Salve Roma! Koci kryminał" Akif Pirinçci

Dwie pierwsze książki to zaczynają serię "Kota, który...", gdzie głównym bohaterem i rozwiązywaczem zagadek jest dziennikarz nazwiskiem Qwilleran (zmora korekty), a kot jest tylko dodatkiem. Znaczącym dodatkiem, trzeba dodać. Ale tylko w pierwszym tomie, w drugim nabiera znaczącego znaczenia i staje się pełnoprawnym uczestnikiem zdarzeń. Nic dziwnego, jest wszak pełnokrwistym kotem syjamskim cudownej piękności. Bardzo inteligentnym. I z nutką dekadenckiej, tfu, detektywistycznej intuicji. Ta parka da się lubić!

Trzecia książka jest nieco inna, tu koty są głównymi bohaterami, a ludzie służą przede wszystkim do wypełnienia tła i obsadzenia ról czarnych bohaterów. Kot Francis wędruje za swoim nieco przygłupawym panem do Rzymu, gdzie natyka się na przerażające morderstwa (popełnione na kotach, oczywiście) i dzięki swemu przenikliwemu intelektowi udaje mu się wykryć sprawców. Troszkę przeszkadzało mi to uczłowieczenie kotów... ale niedużo. Smaczku książce zaś nadawał koci gej.

Wszystkie trzy polecam osobom lubiącym koty. Bo wiecie, KOTY SĄ MIŁE.

wtorek, 25 sierpnia 2009

"Wiedźma.com.pl" Ewa Białołęcka


Białołęcką znałam do tej pory ze słodkiej powieści fantasy "Tkacz Iluzji" - historii o głuchym magu Kamyku, osadzonej w całkowicie wymyślonym świecie.
"Wiedźma.com.pl" jest dla odmiany produktem na wskroś przesiąkniętym współczesnością, począwszy od tytułu, przez bohaterkę, język powieści, aż po miejsce akcji.
Tylko te czary skąd się wzięły? Ano, z bogatej wyobraźni autorki. Czary, wiedźmy, duchy, swojskie, przaśne odczynianie uroków przez zawiązywanie czerwonej tasiemki - to wszystko, o czym słyszeliśmy nie wiadomo kiedy i od kogo, ale słyszeliśmy. Złe oko babiny żyjącej na uboczu może zaszkodzić, to też wiemy, i tak dalej, i tak dalej.
Nie mam nic przeciwko przenikaniu się świata współczesnego ze światem ludowych wierzeń, dobrze mi się czytało "Podatek" Mileny Wójtowicz, polubiłam willę Lichotkę z opowiadania "Dożywocie" Marty Kisiel, nic więc dziwnego, że i "Wiedźma" przypadła mi do gustu.

To opowieść o kobiecie wpółczesnej imieniem Krystyna (nick Reszka), pani redaktor (od książek, nie od gazet) wychowującej syna, mieszkającej u rodziców i wiecznie borykającej się z problemami finansowymi; uzależnionej od kawy, papierosów, internetu i glanów. Spadek - dom w odciętej od świata małej wiosce wali się jej na głowę niespodziewanie, aczkolwiek nie można powiedzieć, że bohaterka była spadkiem zmartwiona. To się szybko zmienia, ponieważ okazuje się, że dom należał do wioskowej wiedźmy. Takiej złej, naprawdę złej.
Ale wszelkie komplikacje i niedogodności, jakie z tego tytułu wynikają, Reszka przyjmuje mężnie, nadspodziewanie łatwo godząc się z faktem, że sama posiada (świeżutko odkryte, a może nabyte) nadnaturalne moce. Błyskawicznie przystosowywuje się do swojej nowej roli jako wiedźmy, tyle że wrodzone poczucie sprawiedliwości każe jej być wiedźmą dobrą. Rach, ciach, zabiera się do roboty, tropi tajemnice, walczy ze złymi duchami i generalnie staje się osobą bardzo zajętą.

Trzeba przyznać, że Białołęcka umie sprawnie poprowadzić akcję, przyspieszyć gdzie trzeba, zwolnić dla nabrania oddechu, a przy okazji niezauważenie tak tak wciąga czytelnika w wir wydarzeń, że ten po kilku godzinach czytania potrząsa z niedowierzaniem głową, mamrocząc do siebie pod nosem "nie do wiary, to już koniec książki?".
Przed czytaniem ktoś mi rzekł, iż powieść trąci nieco Chmielewską. Pamiętałam o tym rozpoczynając lekturę i szukałam tej Chmielewskiej. Pamiętałam do momentu, kiedy to natknęłam się na zdanie: "Pomieszczenie kiedyś pomalowano farbą olejną na biało, teraz jednak biel nabrała niezdrowego odcienia mleka zsiadłego tak dawno, że zaczynało zyskiwać świadomość" i zakrzyknęłam sobie w duchu, że to przecież kojarzy się z Adamsem, Douglasem Adamsem, natychmiast polubiłam Białołęcką za to moje skojarzenie i popędziłam dalej po kartach książki, zapominając o Chmielewskiej. Hm, w sumie to kojarzy się też z Pratchettem, może nawet bardziej (a tego na pewno pani Ewa czytała, skoro używa słowa przez niego wymyślonego, mianowicie "głowologia"), ale liczy się pierwszy impuls.
Przypomniałam sobie o pani Joannie po zamknięciu książki, faktycznie, jakieś tam podobieństwa są, główna bohaterka, przebojowa, inteligentna, która bierze sprawy w swoje ręce itp. Ale to luźne powiązanie. Białołęcka ma swój styl, niewątpliwie.
Polecam, naprawdę polecam. Zaraz po mnie wziął do ręki książkę mój mąż, tak od niechcenia i pochłonął ją prawie tak szybko jak ja, co dowodzi, że książka jest jak bagno. Wciąga.

Wiedźma.com.pl [Ewa Białołęcka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 23 sierpnia 2009

"Śmierć pszczelarza" Lars Gustafsson


Emerytowany szwedzki nauczyciel czeka na śmierć.

W takim jednym, mocnym zdaniu zawiera się cała ta książka. Książka nieduża, wielce oszczędna w słowach, chłodna... skandynawska, oni, ci autorzy stamtąd mają coś w sobie, ten pozorny chłód, podkreślam, pozorny! Jak na listopadowo-grudniowej kałuży: jest cieniutka warstewka lodu, ale wystarczy lekko nadepnąć, a wszystko się łamie, pod spodem żywa woda.

W notatkach nauczyciela, dotykających spraw wszystkich, jakie tylko mu przychodzą na myśl - dzieciństwa, małżeństwa, uciekającego psa, bólu, szpitala, zamarzających pszczół i odwiedzin krewnych - widać spod warstewki lodu i chłodu gorące emocje, strach, żal, tęsknotę. Przejmujące. Czytałam kawałki o przeżywanym bólu, szarpiące duszę (sama świeżo po porodzie, wyczulona byłam na ból), czytałam o spalonym liście ze szpitala, sama się zastanawiając, co bym zrobiła na jego miejscu, przeczytałam całość i żałowałam, że to takie krótkie!

Zapamiętam nazwisko Gustafsson i jeśli natknę się na coś jeszcze tego autora, wezmę do ręki na pewno.

"O kotach" Doris Lessing


Lubię koty. Doris Lessing też lubi, ale nie w stylu "och, kici, kici, słodki koteczek, jak ładnie mruczy". Koty towarzyszyły jej od zawsze, bo jeśli się mieszka na farmie, to koty są nieodłączną częścią krajobrazu wiejskiego. Ich śmierć, choroby - również. Nie zliczyłabym, ile kotów umiera na kartach tej książki, ta ilość idzie w setki. Gdzieś przeczytałam opinię czytelnika właśnie to czytającego, że to jakaś pomyłka, że to okrutne, i nie czyta dalej. Właśnie trzeba, ponieważ ten niewątpliwie okrutny wstęp jest nam potrzebny, żeby na koty patrzeć nie jak na puchatą maskotkę z kanapy. Zresztą, o czym ja mówię, żaden właściciel kota tak nie patrzy. Ale tu jest jeszcze coś innego, właściwie dwie sprawy, które chcę poruszyć.
Raz, to te wspomnienia z farmy, gdzie zwierzęta traktuje się inaczej niż to opisują na grupie pl.rec.zwierzaki.koty. Na grupie bowiem kot jest jednym z najważniejszych członków rodziny, należy go wykastrować lub wysterylizować dla jego własnego dobra, z każdym podejrzanym kichnięciem lecieć do weterynarza, a już nieosiatkowany balkon, na który kot wychodzi, ściąga oburzone i pełne potępienia komentarze na głowę posiadacza balkonu. Na farmie tak nie traktuje się zwierząt. Farma to świat, gdzie, nie oszukujmy się - nikt nie roztkliwia się nad losem świeżo narodzonych kociąt. Pakuje się je po prostu do worka i topi, by nie dopuścić do zbytniego zakocenia otoczenia. Okrutne? Tak. Ale takie jest życie i jestem w stanie to zrozumieć. Dwa, osobiste przeżycia stają przed oczami podczas czytania. Życie na wsi, gdzie się wychowałam, nauczyło tego właśnie praktycznego podejścia do zwierząt. Tego, że aby zjeść kurę na obiad, należy jej najpierw uciąć siekierą łeb, ona jeszcze trochę się trzepocze, taka bezgłowa, potem trzeba ją sparzyć, oskubać, wypatroszyć. To robiła u mnie mama. U Lessing również jej matka zajmowała się problemem kociego przychówku, właściwie jego usuwaniem i wcale nie było jej łatwo. Taka myśl mnie naszła - a mojej było łatwo? Ot, refleksja, nie do rozwinięcia, tylko do zadumania się, nad kotami, nad zwierzętami w ogólności, nad życiem i śmiercią.
Jeśli przebrniemy przez ten wstęp, czeka nas spotkanie z kocim światem. Autorka jest nie tylko uważną obserwatorką kocich zachowań, ale i stara się je interpretować. Z namysłem, powoli objaśnia nam, jak to jest, że jeden kot jest taki, a drugi inny. Nie kreuje się przy tym na wszechwiedzącą znawczynię kotów, przyznaje, że czasami kocie zachowania są dla niej niezrozumiałe. Bo koty są czasami niezrozumiałe, oj, są. Tym niemniej pasjonujące jest śledzenie wraz z Lessing historii tego czy innego kota, ona ma wielki dar obserwacji, cichej, uważnej, nie narzucającej się obserwacji.
Nic, tylko tego się od niej trzeba uczyć. Brawo.