sobota, 31 października 2009

"Przejazdem przez życie... kroniki rodzinne" Lucjan Kydryński

Będąc młodą lekarką... a nie, to nie ta bajka. Będąc w odwiedzinach u mej szanownej rodzicielki, zostałam obdarowana (dobra, pożyczyłam tylko) w/w książką, ze słowami - poczytaj, dziecko, poczytaj, na pewno ci się spodoba, świetna książka. Oczywiście, opinia mojej Mamy jest dla mnie cenną rekomendacją, więc zabrałam sie do niej z zapałem. No i dawno nie połknęłam książki w takim tempie. Wciąga jak bagno. Tytuł właściwie mówi wszystko. Otóż pan Kydryński opisuje swoje nader ciekawe życie. Tylko tyle i aż tyle. Młodsze pokolenie zapewne nie zna Kydryńskiego, ja pamiętam jego konferansjerkę sopocką czy opolską, czy też inną - charakterystyczne, arystokratyczne "r" wryło się w uszy. No i tyle, mała byłam, to co więcej miałam wiedzieć o jego wyjazdach z orkiestrami, artystami, o małżeństwie z Kunicką, o synu Marcinie... No dobra, o Marcinie wiedziałam, bo i on przecież próbował sił na scenie, prawie jak ojciec, prawie, bo jednak poszedł w zupełnie inną stronę, a "r" mają podobne, nie? Ileż Kydryński znał osobistości świata kultury! Sporo możemy obejrzeć na zdjęciach - ksiażka jest przebogato ilustrowana zdjęciami.Tak na marginesie - wiedzieliście, że Aleksandra z kącika filmowego w "Przekroju" to Kydryński właśnie? Bo ja nie wiedziałam do mniej więcej zeszłego roku...A wiedzieliście, że żoną Marcina Kydryńskiego jest Anna Maria Jopek? Albo że... (psyt, sami poczytajcie, heh) No dobra. Podsumowywując: bardzo mi się podobała. Bardzo. A że szanowny autor wspomniał w ciepłym tonie o kilku innych książkach (jego znajomych i rodziny), to w wolnej chwili poszukam i poczytam. I Mama się ucieszy, bo jej pożyczę.

piątek, 30 października 2009

Trylogia "Tytan" John Varley

Postanowiłam napisać o w/w trylogii. Tylko od razu się przyznam, że to będzie trudne. Czytalam to bowiem już jakiś czas temu, powiecie, fajnie, bo się uleżało (mnie się musi uleżeć), ale to się przeleżało! No nic, dawno, niedawno, przeczytane i już. Powiem wam, że bardzo dobrze, że przeczytane. Jest sobie statek (muzyka), leci w przestrzeni kosmicznej (muzyka) i nagle (muzyka się urywa) napotyka obiekt, przedziwny, wielki, regularny i taki, że nie wiadomo, co z nim zrobić. Ale wiadomo, chęć poznania, badania itepe, podlatują więc i... (nagłe uderzenie muzyki, od której włoski się jeżą na rękach) KATASTROFA! Obiekt, niby cichy i niewinny, zaatakował ekipę astronautów i zdaje się, że to już koniec, nie ma statku, nie ma ratunku - ale nieee... To się dopiero zaczyna. Opowieść o małym, dziwnym świecie, niby znanym, ale zaskakującym. Gdzie trzeba sobie poradzić ze środowiskiem (jak byście się czuli, jakby was wyrzucono nagich na obcej planecie?), z mieszkańcami tego obcego świata, z Bogiem tego świata, ze współrozbitkami i wreszcie z samym sobą. I wiecie co? Człowiek sobie z tym wszystkim radzi. Nie dlatego, że jest jakiś super wspaniały, inteligentny czy silny - nie. Radzi sobie po prostu tak, ot, bo tak wyszło. Nie bez problemów, błądzenia, nie bez pomocy. Jak to bywa z opowieściami w częściach, pierwsza część jest najlepsza. Ale mini, naprawdę minimalnie odstaje od pozostałych dwóch, skłonna jestem przypuszczać, że to tylko ze względu na świeżość poznanej fabuły w pierwszej części (czy ja na pewno wyrażam się zrozumiale?), w pozostałych świeżosci już brak, co naturalne, a reszta smakowitości pozostaje.

czwartek, 29 października 2009

"Której imię wymazano" Donna Woolfolk Cross


Imię kobiety, która była papieżem, wymazano z ksiąg, kronik, annałów, z historii. Wymazano, ponieważ Kościół znieść nie mógł, iż został tak oszukany. Kościół składa się z ludzi, a ludzie nie cierpią, jak się z nich robi głupków. Tu natomiast wyszło, że ludzie zostali perfidnie wystrychnięci na dudka, perfidnie, bo papieżyca tak naprawdę wcale nie chciała stanąć na czele rzymskiej parafii, to stało się jakby przypadkiem i po drodze, a takie oszustwo przypadkowe to chyba bardzoej boli. Tak naprawdę to jest historia nie o kobiecie, która została papieżem, tylko o kobiecie, która miała chłonny, otwarty umysł, żądna była wiedzy do nieprzytomości, a tylko jako osoba duchowna mogła się kształcić. Ironią losu jest, że kobieta papież nawet nie była specjalnie pobożna! Znakomicie czytało mi się tę książkę, losy Joanny od dzieciństwa aż do śmierci przedstawione są plastycznie, z oddaniem i hm - uczuciem? Czyżby autorka tak bardzo przywiązała się do swojej bohaterki? Bardzo możliwe. Bo Joanna to całkiem sympatyczna, mądra, bystra, uczciwa osoba. Abstrahując już od tego, czy istniała w rzeczywistości, czy też jest tylko mitem i legendą, dobrze było ją poznać. Posłowie, gdzie podane są przeróżne przesłanki i fakty historyczne potwierdzające, lub też zaprzeczające istnieniu papieżycy, pozwoliłam sobie przeczytać pobieżnie i po łebkach. Jakoś nie jestem tego ciekawa.

środa, 28 października 2009

"Klub Dantego" Matthew Pearl


Z prawdziwą przyjemnością dopisałam tę pozycję do listy "książek o książkach". To w cudzysłowie to takie zgrubne określenie, bo tak naprawdę to jest kryminał, ale nie da się ukryć, że Dante Alighieri i jego "Boska komedia" to kamień węgielny całej koncepcji powieści.
Z grubsza o fabule można przeczytać tutaj.
To jest debiut tego pisarza - naprawdę udany. Zaczyna się z wysokiego "C", normalnie jak u Hitchcock’a – najpierw trzęsienie ziemi a później napięcie wzrasta. I serio mówię z tym trzęsieniem ziemi. Wyobraźcie sobie morderstwo popełnione za pomocą czerwi żywiących się żywą tkanką! Morderca ogłuszył i zranił ofiarę, po czym włożył w ranę czerwie, by one dokończyły dzieła (och, potwornego dzieła zniszczenia). Cztery dni... To straszne, to okropne, to potworne.
Ale dość zachwycania się okropieństwami. Morderstwa dalsze uświadamiają członkom Klubu Dantego, że w jakiś sposób są z nimi związani i (jakżeby inaczej w kryminale) zabierają się sami za śledztwo. I bardzo ładnie je prowadzą, to znaczy - jak na laików, oczywiście. Cała fabuła jest zgrabnie poprowadzona, tak, że sam czytelnik łapie się na tym, że myśli, dedukuje - kto też może być mordercą? Nie jest to wcale takie proste, autor co chwila podrzuca nowe tropy, które rozjaśniają sprawę, ale nie tak do końca. No, przyznam się, że mnie się nie udało wykryć sprawcy przed zakończeniem powieści - co tam, frajdę miałam i tak.
Do tego Pearl przemyca naprawdę sporą wiedzę na temat Dantego, jego twórczości i przekładów. Niektórzy mogliby się doczepić, że niekiedy rozmywa się za bardzo w opisach, zwłaszcza Bostonu owego czasu - ale to takie dopełnienie i wypełnienie książki. Dzięki temu jest mocno osadzona, taka pełna. Do tego jeszcze postacie - bardzo, ale to bardzo wyraziste. Każdemu z członków Klubu (i nie tylko) autor poświęca sporo czasu, a raczej kartek. Każdego znamy dość, by go polubić, bądź znielubić, a jeśli ani to, ani to (bo i tak się zdarzyć może), to i tak postać taką poznamy na ulicy, bo tak dobrze opisana. Rzadko kiedy zdarza się taki ładny przeplot akcji z opisami, tak dobrze wyśrodkowany, że wiemy wszystko, co autorowi zamarzyło się nam przekazać, a do tego nie nudzimy się podczas czytania.
Duży plus, panie Pearl! Mam jeszcze drugą pana książkę, "Cień Poego" - zobaczymy, czy trzyma pan poziom. Mam nadzieję, już niedługo.

Klub Dantego [Matthew Pearl]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 27 października 2009

"Syriusz", "Dziwny John" Olaf Stapledon



Po przeczytaniu zerknęłam z ciekawością do neta, cóż to za facet, ten Olaf. Otóż: pisarz i filozof. A powyższe dwie książki są jedyne, jakie wydano w Polsce (napisał więcej), i do tego określają je jako mniej ważne. Uff. W takim razie dobrze, że nie wydano więcej.
Z powyższego można odczytać pewną moją dezaprobatę dla twórcy, a raczej dla twórczości. Owszem. Dlaczego?
Obie książki są do siebie dość podobne. W obu mamy bohatera, który jest "nad". Nadnormalny. Wybitnie inteligentny, posiadający niezwykłe możliwości wynikające prawie tylko i wyłącznie z siły umysłu (ducha mniej). Taki Homo Superior. To znaczy, nie całkiem homo, bo co prawda John to człowiek, ale już Syriusz to pies z niezwykle rozwiniętym umysłem. I ta wybitna jednostka przeciwstawiona jest całemu rodzajomu ludzkiemu, Homo Sapiens. Ludziom. Głupim, bezmyślnym, zawistnym, aroganckim, cherlawym, ułomnym ludziom. Wydźwięk tego porównania jest jeden. Pogarda.
Nie podoba mi się to. Na szczęście obaj kończą marnie.

poniedziałek, 26 października 2009

"Kochali się że strach" antologia


Ściągnęłam tę książkę z półki w księgarni, bo tytuł mi się niejasno z czymś kojarzył. Po starannym obejrzeniu wiedziałam już, z czym. Otóż, tomik ten jest zbiorem opowiadań pisanych na forum Fahrenheita, w ramach ZakuŻonych Warsztatów, a że czasem tam bywam, ten temat przewodni "Kochali się, że strach" musiał wpaść mi w oko. Lubię to forum, od czasu gdy natknęłam się na celofyzy, które oczywiście nie istnieją.(1)

Tak więc postanowiłam dać szansę młodym zdolnym i zakupiłam książkę. Antologia składa się z trzynastu opowiadań, przeczytałam, co ja mówię, pochłonęłam w okamgnieniu i zakrzyknęłam: dobre!Po czym zajrzałam na tamtejsze forum i znalazłam wątek z wrażeniami z czytania zawierające opinie czytelników oraz wypowiedzi autorów. Niektóre z wypowiedzi pozwoliłam sobie załączyć w odpowiednich miejscach, mniejszą czcionką. Link do całego wątku podaję na końcu (2), przy czym chcących tam zajrzeć uprzedzam, że najpierw trzeba się przebić przez sporą dozę niecierpliwości, czekania na listonosza z paczka, szukania w księgarniach i ogólnie takie emocje, którym wcale się nie dziwię, jakby coś mojego wyszło drukiem, też bym się niecierpliwiła.

Przejdźmy teraz do opowiadań, moje krótkie cztery grosze:

1. Aleksandra Janusz: Imponderabilia
Głównym bohaterem jest imp, własność mistrza nekromanty, który próbuje pomóc swemu panu w problemach sercowej natury, choć nic a nic się na tym nie zna. No i właśnie ta nieznajomość ludzkich zwyczajów staje się źródłem komizmu. Nie najwyższych lotów, ale porządnego, nie sprośnego - fajne toto, można się uśmiechnąć całkiem szczerze. No i nekromanta - jak dla mnie to słowo to taki kotylion przypięty na stałe do Fahrenhaita.(1)

2. Daniel Greps: Głóg
A to już bardziej mroczne i metafizyczne opowiadanie. Zaczyna się dość przeciętnie, zapłatą za wykonaną usługę dentystyczną (najpewniej wampirowi, bo kto inny by robił zęby tylko po zmierzchu?) ma być kobieta. Nierzeczywiste. Nielogiczne. Ale klimat miłości pięknie oddany.

3. Andrzej Sawicki: Na końcu świata
Rzecz rozgrywa się w przestrzeni kosmicznej i przez dalekie nawiązania do Hala z Odysei od razu budzi w czytelniku (czyli we mnie) pozytywne odczucia. Bo chodzi o komputery, spersonifikowane, uczłowieczone, czasem wkurzające, ale jakże kochane...Głównym bohaterem jest galaktyczny oszust, taki Stalowy Szczur, albo ten z Lotofagów Weinbauma (nie czytaliście? - no to przeczytajcie) niby krętacz, ale sympatyczny. I smok, a jakże, w przestrzeni kosmicznej. Ciekawe.
Nosiwoda:Jeszcze jedno - przypomina mi się ŚWIETNE opowiadanie Bruce'a Hollanda Rogersa, tylko cholera tytułu nie pamiętam, także o przestępcy, który uciekał swoim rozumnym statkiem i także wykiwał na koniec własny statek, popełniając samobójstwo, żeby ten mógł się uratować. Ktoś pamięta ten tytuł? Krótki był...
Savikol: O, scheise! Popełniłem plagiat?! Ups, a sam wskazałem podobieństwo opowiadania Dabliu do tekstów Mieville, to teraz mam. Szczerze mówiąc obawiałem się, że ktoś wytknie podobieństwo motywu o inteligentnych okrętach do cyklu Anny McCaffrey "Statek, który śpiewał", a tu taki kiks. To już było! Co za cios! Cieszę się, że przynajmniej się podobało.
EDIT: A niech to! W "Statku, który śpiewał" też chyba było o śmierci pilota...

4. Rafał W. Orkan: Miód z moich żył
Stare jak świat: ona go kocha, on dopiero poniewczasie zdaje sobie sprawę, że on ją też. Ale dobrze opakowane, bo historia umieszczona w kastowym świecie przyszłości, ze Złotorękimi, Arystokratami, Technomantami i tymi najniższymi, prawie śmieciami. Jak dla mnie za krótkie, stanowczo przeczytałabym więcej. Po przeczytaniu wypowiedzi poniżej (z forum) doszłam do wniosku, że mnie z kolei klimat pachnie nieco "Pozytronowym detektywem" ale tylko pachnie. Jak widać, inspiracji można się doszukiwać a doszukiwać.
Jakoś tak w okolicy (o ile dobrze pamiętam) maja tego roku (Miód z moich żył został napisany na początku stycznia ) siedziałem sobie w Literatce z Joe Cool i Nexusem, i skarżyłem się, że właśnie czytam świetną książkę pt. "Dworzec Perdido", w której autor ukradł mi masę pomysłów A tymczasem Vakkerby powstawało w mojej głowie już od 2001 roku, a do bezpośrednich inspiracji zaliczam "Neuromancera", "Diunę" i opowiadania Agnieszki Hałas o Krzyczącym W Ciemności. Ale wiedziałem, że ktoś w końcu zauważy podobieństwo do Mieville'a, bo sam je zauważyłem. Choć jest totalnie niezamierzone, a oba opowiadania z Vakkerby napisałem na kilka miesięcy przed lekturą "Dworca..."


5. Martyna Raduchowska: Cała prawda o PPM
Bajka o bajkach. Śpiąca królewna, Kopciuszek i inne księżniczki, królewicz, czarownica i takie tam. I cała prawda o PPM - Prawdziwym Pocałunku Miłości. No takiego wyjaśnienia PPM jeszcze nie czytałam. Całość humorystyczna, w nieco podobnej konwencji jak pierwsze opowiadanie. Brawo.

6. Aleksandra Zielińska: A imię jej Grace
Nie wiem, o co tu chodzi. Naprawdę. Po przeczytaniu zapomniałam. 

7. Karol Makawczyk: Detox
Nie wiem, gdzie tam była miłość, ale była wódka i tyle z tego wiem. 

8. Paweł Grochowalski: Serce na dłoni
Króciutkie walentynkowe opowiadanko, z zaskakującym zakończeniem (w teorii, hłe hłe). Tylko językowo mi coś zgrzytnęło na koniec, niestety. 

9. Krzysztof Skolim: Wielbłądy za Annę
Żeby móc kochać Annę, trzeba wnieść do rodziny sutą opłatę. Jak wielbłądy u Beduinów. A że rodzina dziwna, więc i opłata będzie niecodzienna. 

10. Karolina Majcher: Fantastyczna miłość
Fantastyczna, bo taka och i ach? Nie. Bo to chemia, bo miłość jest efektem łyknięcia tabletki. Szast prast i dwoje całkiem obcych sobie ludzi jest w sobie szaleńczo zakochanych. Rozmowa tych ludzi (tuż przez zażyciem tabletki) powala na kolana. Karolina Majcher przestawia świat przyszłości, prorodzinny do tego stopnia, że ludzie samotni odrzucani są poza margines społeczeństwa. Stąd też te tabletki - by nie być samotnym, by kogoś pokochać, by zawrzeć małżeństwo i żyć długo i szczęśliwie. A gdzie magia miłości? Magia, nie chemia... Porażające. 

11. Marta Kisiel: Dożywocie
Najpiękniejsze opowiadane z całego zbiorku. Zwyciężyło u mnie na całej linii. Historia pisarza, Konrada Romańczuka (3), który próbuje napisać Dzieło Swojego Życia, na tle perypetii związanych z nieoczekiwanym objęciem spadku. Owym spadkiem jest domek gdzieś w lesie, willa Lichotka: niby sama radość, ale rzecz w tym, że spadek obciążony jest lokatorami. Cuuudnymi (tu padam na kolana i walę czołem w podłogę), bo to stwór Kraken (tak, ten potwór morski) znakomicie spełniający się w kuchni; panicz Szczęsny, który co i rusz umiera z miłości, (nie)szczęśnik jeden; oraz Licho, wiecznie zakatarzony anioł (ma alergię na pióra, biedaczysko, własne), tak jak pisałam, cudnymi, tyle, że sprawiającymi nieco kłopotów nowemu właścicielowi. No po prostu rewelacja. Opowiadanie jest śmieszne, przesympatyczne i w ogóle. W ogóle, powiadam. Pani Marto, ja chcę więcej o willi Lichotce! Domagam się! Alleluja.

12. Konrad Romańczuk: Wielkie, magiczne... hm...
Wielki Sztuk Mistrz na tropie kryminalnej zagadki. Gdzież tu miłość, zapytacie? Wszędzie. Naprawdę wszędzie. Brawo, panie Romańczuk. Tfu, panie Bańkowski (ładnie to tak sobie żarty stroić, panie Coleman, z Marty i podszywać się pod autora przez nią stworzonego? No dobra, ładnie, bo nader zgrabnie to wyszło). http://www.fahrenheit.net.pl/archiwum/f31/30.html Tekst ten nie został napisany na ten konkretnie temat, pochodzi z innego konkursu, a został włączony do antologii jakoś tak nie wprost. Albo później. Albo jeszcze co innego.

13. Wiktoria Semrau: Tylko mnie kochaj
Jedno z opowiadań z niecodziennym pomysłem. A może i nie tak znów błyskotliwym, ale pięknie rozwiniętym. Ludzie, których jedynie miłość trzyma przy życiu, co mają począć, gdy tej miłości braknie? No właśnie. Nie wiadomo, czytelnik ma sobie dopowiedzieć.

Podsumowywując - absolutnie warto. Mimo, że nie wszystko jednakowo mi się podobało, ale taki już urok antologii. Coś powala na kolana, coś się podoba, a o czymś się zapomina prawie natychmiast po przeczytaniu. Całość jednak, moim zdaniem, jest na dość wysokim poziomie, zawiera perełki i tchnie świeżością.

(1) Żeby porządnie zrozumieć, o co chodzi z celofyzami i nekromantami, polecam przeczytanie tego http://www.fahrenheit.net.pl/archiwum/f56/29.html
 
(3) Jak zapewne zauważyliście, bohater "Dożywocia" i autor następnego opowiadania "Wielkie magiczne... hmm..." noszą to samo miano, co zauważył jeden z forumowiczów Fahrenheita i pomyślał, że Marta Kisiel sprytnie wcisnęła drugie swoje opowiadanie, tyle że pod pseudonimem:
A niech sobie Harna i dziesięć opowiadań w jednej antologii publikuje. Alleluja! Tylko dlaczego się wypiera autorstwa, to ja nie rozumiem A jeśli to nie tekst Harny, to po prostu ciekawi mnie, czyj. Bo oznaczałoby to, że to tekst np. któregoś z redaktorów. No bo, zauważcie: opowiadanie "Wielkie, magiczne... hm..." nie jest jednym ze zwycięskich tekstów, tak? Autor, Konrad Romańczuk, to postać literacka, główny bohater opowiadania Harny. W jego notce autorskiej jest wprost i w skrócie napisane to, co wynika z opowiadania. Zresztą, sami zobaczycie. No więc ja byłem przekonany, że jest to taki żart ustalony między Harną a Wysoką Komisją, już poza konkursem. A jakoże to bonusowe opko jest dość świntuszkowate, nazwałem Harnę świntuszkiem. A ona się broni. A skoro się broni, i twierdzi że nie ona, to ja drążę głębiej, bo mi jakoś styl obu tekstów wydaje się podobny. Podobny rodzaj humoru i dygresyjność No więc, jak to dokładnie jest? Kto jest tym świntuszkiem od budyniu?

niedziela, 25 października 2009

"Festung Breslau" Marek Krajewski


Opis z Merlina:
Wrocław, wiosna 1945 roku. Sześćdziesięciodwuletni, zawieszony w obowiązkach oficer Eberhard Mock prowadzi prywatne śledztwo w sprawie zabójstwa pasierbicy znanej antyfaszystki. [...] Festung Breslau to mistrzowsko skonstruowany kryminał, czerpiący z najlepszych tradycji gatunku, niebanalny i zaskakujący. Znakomity język współtworzy zagadkowy nastrój, trzymająca w napięciu intryga powoli odsłania przed czytelnikami swoje tajemnice, postacie są interesujące i niejednoznaczne. [...] Stali czytelnicy odnajdą w czwartej części cyklu to, co w nim najlepsze, dla nowych stanie się ona z pewnością początkiem lekturowej przygody. 

Jak widać z powyższego, zaczęłam od ostatniej części cyklu. Cóż, to do mnie podobne, nie sugerować się kolejnością. Wnioskując jednak z opisów na Merlinie - trafiłam źle. To znaczy - źle, bo ostatnia książka z cyklu, wcześniejsze może są lepsze. Może. Chyba tego nie sprawdzę, bo to, co właśnie przeczytałam, nie podobało mi się. W zasadzie dokończyłam czytać tylko dlatego, żeby wiedzieć "kto zabił". Wątek kryminalny to jest jedyna rzecz, jakiej krytykować nie mam prawa, bo faktycznie, dobrze zarysowany, dobrze poprowadzony - nie ma co, klasycznie, pięknie.

Ale reszta... Cóż, główny bohater wyraźnie pretenduje do miana chandlerowskiego detektywa, zmęczonego życiem, cynicznego. Tylko na jaki piernik autor z sześćdziesięciodwulatka robi jurnego faceta, regularnie odwiedzającego panienki lekkich obyczajów? Żeby poczytność wzrosła? No cóż, to tylko margines książki, na szczęście.

Dalej - postacie, niby wyraźnie zarysowane, ale i przerysowane. Na siłę udziwnione, może żeby stały się bardziej interesujące? Niejednoznaczne, hehe... jakby autor nie mógł się zdecydować, czy mają być takie, czy siakie. No nie wiem. Mnie nie pasowało.

Język, styl. Och, to było najgorsze. Drętwy, chropawy, zgrzytał mi w uszach, jak czytałam, choć wcale nie czytałam na głos! Od jeszcze w miarę zgrabnych opisów wojennego Wrocławia autor przechodzi do opisów wewnętrznych przeżyć bohaterów (głównie głównego), tak niespójnych, tak cudacznych, tak dziwnych, że aż się gęba krzywi.

Ogólnie - całość mi nie podpasowała. Aż sobie przypomniałam powieść "Maruta" Kazimierza Korkozowicza - też kryminał, też akcja toczy się podczas wojny, a jaka różnica! Niebo i ziemia, naprawdę. I jak "Marutę" polecam wszystkim miłośnikom kryminałów, tak "Festung Breslau" jest chyba tylko dla zapaleńców.
Festung Breslau [Marek Krajewski]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Festung Breslau [Marek Krajewski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


sobota, 24 października 2009

"Światy braci Strugackich. Czas uczniów" antologia


Dostałam (właściwie pożyczyłam) ową pozycję od kolegi, który znając moje zamiłowanie do Strugackich podesłał książkę, wraz z niemożebną ilością starych Fantastyk. Oczywiście, namiętnością powodowana (czytelniczą, dodam dla jasności) odłożyłam NF na potem, a rzuciłam się do "Czasu uczniów".
Cóż to jest? Otóż to zbiór opowiadań młodych (a może nie, ja tam im w metryki nie zaglądałam) pisarzy rosyjskich, którzy, jak i ja, lubią czy też wręcz kochają twórczość braci Strugackich, no i pokusili się o rozwinięcie, czy też kontynuację wątków znanych z ich książek. Według informacji z okładki książki są to "skrzące się pomysłami, błyskotliwe kontynuacje takich powieści, jak «Poniedziałek zaczyna się w sobotę» czy «Piknik na skraju drogi»"
Informacja jak jest, taka jest, wiadomo, marketing, zachwalać muszą, nie? Ale już we wstępie pióra samego Borysa Strugackiego zastanowiło mnie jedno zdanie: "Nie będę twierdził, że przeczytałem wszystkie proponowane utwory z jednakową przyjemnością, ale niewątpliwie przeczytałem je z jednakowym zainteresowaniem." - mistrz dyplomacji, zaiste!
Otóż ja przeczytałam z niewątpliwą przyjemnością jedno (JEDNO!) opowiadanie, a pozostałe z nader nikłym zainteresowaniem, jedno nawet odpuściłam, bo mi się zwyczajnie nie chciało w to brnąć. Nudne, zawikłane, nieczytelne, echhh, pisać hadko. Może dla superhipermaniaków Strugackich byłyby one interesujące, widać jednak się do takowych nie zaliczam. Żeby nie było, podam, co mi się podobało: "Krzątanina w czasie" Siergieja Łukjanienki - kontynuacja "Poniedziałku". I pana Łukjanienkę chwalę i zapewniam, że jak jeszcze coś jego pióra dorwę, to przeczytam, bo mnie zainteresował.
A reszty nie polecam.
ps. Plusik mały za okładkę, ładna.

piątek, 23 października 2009

"Trzęsienie czasu" Kurt Vonnegut

Grupa ludzi wybrała się kiedyś do Kanady, żeby zapolować na jelenie i łosie. Ktoś musiał zostać kucharzem, bo inaczej wszyscy pomarliby z głodu. Ciągnięto zapałki i wypadło na mojego ojca. Myśliwi ustalili, że ktokolwiek powie złe słowo na temat kuchni ojca, sam zostanie kucharzem. Ojciec gotował coraz gorzej i gorzej, a reszta cholernie dobrze bawiła się w lesie. Koledzy chwalili kolacje, choćby najokropniejsze, mlaskając z ukontentowania i poklepując mojego ojca po plecach. Któregoś ranka, gdy reszta wyruszyła do lasu, ojciec znalazł świeżą łosią kupę. Usmażył ją na oleju silnikowym, a wieczorem podał na gorąco jako kotleciki. Gość, który pierwszy wziął kotlecik, wypluł go z obrzydzeniem. To był odruch! Wybełkotał: - Jezu Chryste, to smakuje jak łosia kupa smażona na oleju silnikowym! I szybko dodał: - Ale dobra kupa, dobra.

środa, 21 października 2009

"Królowa Południa" Arturo Perez-Reverte


To śliczna książka. Pochłonęłam ją z zapałem, ciekawością i zadowoleniem. To opowieść o kobiecie - silnej, twardej kobiecie działającej w światku przemytników narkotykowych. Znalazła się tam trochę przypadkiem, trochę wbrew sobie, ale jak już się tam znalazła, doskonale się odnalazła. Jako szefowa, jako strateg, jako głównodowodząca. Przewidująca, odważna, bezkompromisowa Teresa Mendoza. Teresa budzi sympatię, ale nie tę, gdzie identyfikujemy się z bohaterką i zaczynamy ją lubić. To raczej taka sympatia, gdzie trzymamy kciuki, żeby jej się udało, ale jednocześnie litujemy się bezustannie nad jej samotnością, wiecznym strachem i upiorami z przeszłości.

Bo tak naprawdę to opowieść o samotności tej kobiety, trwającej całe życie (dostępne nam na kartach tej powieści) z krótkimi przerwami, tym bardziej podkreślającymi pustkę w jej życiu. Możliwe, że tylko dla mnie ta książka ma taki wydźwięk, dla innych może być to świetna opowieść o narkobiznesie, rzeczowa, rzetelna, znakomicie napisana. o blaskach życia przemytników: pieniądze, luksus, szacunek (oczywiście w odpowiednich kręgach) i sława. O cieniach także: strach przed policją, przed złapaniem, porachunki między konkurencją, strzelaniny i zdrady, więzienie. Tak, dla innych może to być naprawdę dobra książka sensacyjna, rewelacyjnie napisana i w dodatku opisana, jak się tworzyła (to się chyba nazywa budowa szkatułkowa, jeśli dobrze pamiętam), ale nie dla mnie. Dla mnie to smutne studium postaci śmiertelnie (nie dosłownie, oczywiście) zranionej, żyjącej w próżni emocjonalnej.

Dobrze mi się czyta takie książki. A do tego autor wplótł (specjalnie dla kobiet!) prześliczne uwagi o strojach i ogólnie ubieraniu się*, oraz (specjalnie dla mnie!) rozważania o czytaniu w ogólności**. Miodzio - rzekłam.

* A więc ubieranie się nie służy tylko wygodzie czy uwodzeniu. Nawet nie jest wyrazem elegancji czy statusu społecznego, ale oddaje subtelności w ramach tego statusu. Ciuchy mogą wyrażać stan ducha, charakter, władzę. Można się ubierać jak ktoś, kim się jest, lub jak ktoś, kim chce się być, i na tym właśnie polega różnica. Tego się człowiek uczy, jasne. Tak samo jak manier, sposobu jedzenia czy rozmawiania. [...] - Jeśli mówimy o ubieraniu się naprawdę - wyszły z przymierzalni, gdzie Teresa oglądała się w lustrze w kaszmirowym swetrze z golfem - nie można ubierać się nudnie. Ale żeby nosić pewne rzeczy, trzeba odpowiednio się poruszać, trzeba dobrze się nosić. Nie wszystko jest dobre dla każdego. To na przykład. O Versace od razu zapomnij. W ubraniach od Versace wyglądałabyś jak dziwka. 

** Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę, mówiła Patricia. Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele. [...]Poza tym z lektury można się wiele nauczyć, czytanie pomaga myśleć inaczej albo lepiej, dlatego że na zadrukowanych stronicach inni robią to wszystko przed nią. [...]W ten sposób Teresa przekonała się, że zwykłe kartki papieru pokryte farbą drukarską nabierają życia, gdy ktoś je przerzuca i przebiega wzrokiem linijki, i znajduje w nich odbicie swojego losu, dostrzega swoje zamiłowania, upodobania, zalety i wady. Teraz już była pewna tego, co przeczuwała, kiedy rozmawiała z Pati O'Farrell o zmiennych losach Edmunda Dantesa: że nie ma dwóch takich samych książek, bo nie ma dwóch takich samych czytelników. A każda książka, jak każdy człowiek, jest czymś wyjątkowym, jest jedyną historią i całym oddzielnym światem.

Królowa Południa [Arturo Pérez-Reverte]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE