O rany, co za smutna książka! Przypomina mi trochę "Wielkiego Gatsby'ego" - z nastroju, tkliwej niekiedy melancholii, czy szarego ze zmęczenia smutku.
Paryż, lata trzydzieste, w powietrzu wisi zapach faszyzmu, noce snują się jak papierosowy dym pod sufitami knajp. Ravic, niemiecki uchodźca, mieszka w Paryżu w obskurnym hotelu i pracuje nielegalnie jako lekarz. Nielegalnie, bo uchodźcom nie wolno praktykować. Toteż operuje, ale incognito, na konto innych lekarzy, dorabia też jako lekarz dochodzący w paryskim burdelu. Noce spędza albo w hotelu, albo pijąc koniak ze swoim przyjacielem, Rosjaninem.
Szaro, smutno, troszkę beznadziejnie. Teraz na scenie pojawia się Joanna - kobieta, która nie ma co ze sobą zrobić, która nie wie, co ze sobą zrobić, która wręcz tonie w atramentowej czerni nocy po stracie kochanka. Gdyby nie Ravic, który wyciągnął do niej rękę - utonęłaby.
Tych dwoje coś zaczyna łączyć, choć wcale na to nie wygląda, bo przecież tylko rozmawiają i piją nocami calvados. Poza tym ona śpiewa w klubie, on leczy pokątnie i ze znawstwem, a nad nimi wisi ten nieuchwytny opar tymczasowości. Nad nim - bo uchodźcy tak mają. Nad nią nie wiem dlaczego.
Wreszcie dopada Ravica twarda proza życia; kiedy na ulicy próbuje uratować komuś życie (imperatyw dobrego lekarza), zostaje zatrzymany i wydalony z Francji za brak dokumentów. Musi wyjechać, zapewniając Joannę ostatnim słowem, że niebawem wróci. Wraca, ale po dłuższym, niż sądził, czasie. A kiedy wraca, świat wokół niego stał się inny. Stał się kłębowiskiem miłości, niechęci, smutku (znów ten smutek), strachu, obojętności, gniewu i pragnienia zemsty. I wciąż, ach, wciąż ten zapach faszyzmu w powietrzu, coraz bardziej lepki i odrażający...
Ravic przypomina mi camusowskiego lekarza (Rieux mu było, prawda?), obowiązkowego do szpiku kości, bladego i z ogniem (niekiedy) w oczach. Niezłomny i godny szacunku Ravic.
"Łuk Triumfalny" Erich Maria Remarque, JOPA, 1990, tłum. Wanda Melcer.
