Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane w 2011. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 kwietnia 2012

"Alicja w Krainie Czarów" Lewis Carroll - ekstra wydanie od Wilgi


Czy to książka dla dzieci, czy dla dorosłych, do tej pory nie rozstrzygnięto, zdania są podzielone i niech tak zostanie.

Jednak w przypadku tego egzemplarza nie ma żadnych wątpliwości - jest dla wszystkich, a przede wszystkim dla estetów. Małym dzieciom spodobają się otwierane drzwiczki szafek, znikający kot z Cheshire czy rosnąco/malejąca Alicja. Mój synek na przykład uwielbia znikać kota. I pojawiać go.
Starsze dzieci zapewne chętnie będą szukać ukrytych w książce kluczyków i rozwiązywać zagadki. A dorosłych (wszystkich! i dzieci też!) zachwycą ilustracje. Mnie intrygowały postacie Alicji, Królowej, przedziwnej Gąsienicy - ach, te twarze! Krzysztof zaś, dwuipółletni brzdąc, wyszukuje na każdej kartce drobiażdżki - biedronka, mysz w serze, malutki ślimaczek, czy wachlarz Królika.

To prze, prze, prześliczne wydanie, tak staranne, tak kolorowe. Oczy się śmieją. I - wierzcie lub nie - miałam tę książkę w rękach kilkanaście razy, a wcale jej nie przeczytałam w całości, tylko fragmenty. Bo od tekstu odciągają mnie te ilustracje, te smaczki i sztuczki. Ale co tam, od tekstu mam całkiem inne wydane, leży gdzieś na półce.


"Alicja w Krainie Czarów" Lewis Carroll, opowiedziała Bogumiła Kaniewska. ilustracje Zdenko Bašić, wydawnictwo Wilga, Warszawa 2011

Alicja w krainie czarów [Lewis Carroll]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 4 kwietnia 2012

"Tupcio Chrupcio. Dbam o zęby" Anna Casalis - bo o zęby trzeba dbać!


Lubimy Tupcia Chrupcia. Fajny myszak z niego. I jak każde dziecko - lubi on słodycze, które mama wydziela mu z umiarem, napominając przy tym, by nie zapomniał umyć zębów, bo próchnica  tylko czyha za progiem. Ale co tam napominanie, które tak łatwo puścić mimo uszu. Porządny, ładny przykład próchnicy podziała o wiele skuteczniej. Tak się składa, że przyjaciel Tupcia, Borys, dysponuje takim przykładem: śliczna, mała dziurka w zębie. W dodatku dziurka daje znać o sobie bólem w znakomicie dobranym (pod względem pedagogicznym) momencie, czyli rankiem, tuż po tym, jak chłopcy urządzili sobie piżama party. Opychali się przy tym ciasteczkami, w głębokiej pogardzie mając mycie zębów. Na szczęście dla Borysa istnieją dentyści, a Tupcio już nie zapomina o myciu zębów.
Muszę dodać, że gdy pierwszy raz przeczytałam synowi  tę właśnie historię o Tupciu, następnego dnia umył zęby jakieś osiemnaście razy. Świadczy to znakomicie o książce, prawda?

"Tupcio Chrupcio. Dbam o zęby" Anna Casalis, tekst polski Eliza Piotrowska, ilustracje Marco Campanella, wydawnictwo Wilga 2010.

wtorek, 14 lutego 2012

"Czarne mleko" Elif Safak - pięknie napisana książka


Kiedy czytałam recenzje tej książki, w większości - no dobra, wszystkie - pochlebne, wyobrażałam ją sobie zupełnie inaczej. A potem przeczytałam, zdumiałam się i ucieszyłam.

Tematy takie jak ciąża, natchnienie, depresja po porodzie, macierzyństwo, pisarstwo - potraktowane zostały przez autorkę bardzo subtelnie, bardzo osobiście i szczerze (na ile jestem w stanie to ocenić). Takie to wszystko wyważone, że aż mi pióro zastyga na papierze i nie wiem, co napisać. Tak, czasem też tak bywa!

Jeszcze tylko napomknę, że w książce wymienione są 33 koleżanki autorki po fachu (przytaczane w ramach przyglądania się, jak one radziły sobie z pisaniem i życiem jednocześnie). Policzyłam, bo niedługo po "Czarnym mleku" wzięłam do ręki "Kobiety w literaturze" i natknęłam się na jedno znajome nazwisko, drugie... no i zrobiłam sobie taki skorowidz, żeby móc łatwo znaleźć tę czy tamtą pisarkę widzianą oczyma Safak.
A książkę polecam, polecam, polecam, znakomita!

"Czarne mleko: O pisaniu, macierzyństwie i wewnętrznym haremie" Elif Safak, przełożyła Natalia Wiśniewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

niedziela, 12 lutego 2012

"Sprawa przedziwnej mężatki" E.S. Gardner - nie pamiętam jej prawie


Z moich starannych notatek wynika, że przeczytałam ten kryminał tuż przed Wigilią - 23 grudnia (tak, mogłam sobie pozwolić na swobodne czytanie dzięki moim siostrzenicom, które bardzo mi pomogły w przygotowaniach do świąt). Ale, być może, ten właśnie, mimo wszystko gorący, przedświąteczny okres wpłynął na to, że, po ponad miesiącu nic a nic nie pamiętam z fabuły! (i na dokładkę pogubiłam się całkiem w przecinkach).

Okładka też nie pomaga - zblazowana blondynka w ślubnej sukni z papierosem w ręce - nic mi to nie mówi, poza tym jest politycznie niepoprawna.

Wielkim wysiłkiem woli przypominam sobie, iż ta mężatka to była przedziwna dlatego, że była wręcz bezgranicznie lojalna w stosunku do męża. Mąż zaś od pierwszego czytelniczego wejrzenia był łajdakiem i szują. No ale wiadomo - zakochana kobieta jest ślepa. Dopiero kiedy pada jakiś tam trup (bo zawsze u Masona pada trup), a mężatka staje się podejrzaną, to otwierają jej się oczy na prawdziwą naturę małżonka - głównie dlatego, że mąż ochoczo składa obciążające ją zeznania.
Reszta fabuły przepadła w mrokach mojej pamięci, nawet nie pomachawszy (niewdzięczna!) na pożegnanie.
Oceniłam na 3,5, ale ze względu na powyższe oraz nijakość książki, obniżam do 2,5.

"Sprawa przedziwnej mężatki" E.S. Gardner, tłum. Marian Stawiński, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996. Tom 5 cyklu.

piątek, 3 lutego 2012

"Kill Grill: Restauracja od kuchni" Anthony Bourdain - smakowite!


Traf chciał, że "Kill Grill" czytałam zaraz po "Grillbar Galaktyka". Zbieżność tytułów i tematów - jak na zawołanie! Tyle że ta książka to nie żadne s-f, tylko historia życia słynnego szefa kuchni.
A teraz przyznam się, że napisałam "słynnego" kłamliwie, bo w życiu o takim nie słyszałam, ani też wcześniej nie widziałam, dopiero na okładce książki. Po prostu to słówko "słynny" zabrzmiało tak fajnie, okładkowo i blurbowo, że nie mogłam się oprzeć. Proszę o wybaczenie!

Bourdain napisał autobiografię, a że życie ma nierozerwalnie związane z kuchnią i gotowaniem, wyszła mu mimochodem książka o restauracjach, gotowaniu, szefowaniu w kuchni, potrawach, smakach, mięsach, warzywach, właścicielach restauracji, grillach, sałatkach, owocach morza, dostawcach, klientach... i tak by jeszcze można wymieniać i wymieniać.

Czyta się znakomicie, bo widać, że napisał to człowiek z pasją. Praktycznych wskazówek można by wynieść z książki sporo, jeśli ktoś profesjonalnie zajmuje się gotowaniem. Ja się nie zajmuję, więc może tylko jedna (a nuż widelec wam też się przyda): "Nie jem w restauracjach, które mają brudne łazienki" * - uzasadniać chyba nie trzeba?
Dla miłośników Gesslerów, Okrasy, Makłowicza i tym podobnych książka idealna!

* "Kill Grill: Restauracja od kuchni" Anthony Bourdain, przełożył Jacek Konieczny, W.A.B., Warszawa 2009, s. 101.

czwartek, 2 lutego 2012

"Grillbar Galaktyka" Maja Lidia Kossakowska - karuzela!


Lubię programy kulinarne, Gesslerów, Makłowicza czy Okrasę. Lubię oglądać, jak kroją, siekają, mieszają i dobierają przyprawy. Sama gotuję całkiem zwyczajnie, ale czasem lubię zjeść coś ekstra wyjątkowego, nic więc dziwnego, że się na "Grillbar" oblizywałam od dawna, od momentu, kiedy usłyszałam o jej wydaniu. Po czym z prawdziwą radością kupiłam ją mężowi na urodziny i jak tylko było można, dopadłam i zawładnęłam. Przeczytałam migiem, jak błyskawica i świetnie się przy tym bawiłam.

Hermoso Madrid Iven to szef kuchni w restauracji "Płacząca Kometa". Najpierw mu towarzyszyłam, jak gotował - pff, akurat tylko gotował, szef kuchni ma na głowie wszystko, absolutnie wszystko, personel, zaopatrzenie, menu na dany dzień, kontrole sanepidu, inspekcje unijne, walkę ze szkodnikami i Bóg wie co jeszcze.
Potem mu towarzyszyłam, jak uciekał, oskarżony o zamordowanie pewnego VIP-a. Ucieka przez światy tak różne, że migają przed oczami jak na karuzeli czy w kalejdoskopie (tak to jest, jak się szybko czyta i na dodatek książka jest wciągająca). Hermoso tu i ówdzie gotuje, gdzieniegdzie pracuje w innym charakterze, ukrywa się, nawiązuje różnorakie kontakty, przyjaźnie, śmiga tu i tam w przestrzeni, ogólnie ruchliwy jest jak nie przymierzając rybik w łazience po zapaleniu światła.
Zaawansowane ADHD nie przeszkadza mu jednak w rozwiązaniu zagadki zielonej pożywki/odżywki/śmierdzącej papki, którą Unia Galaktyczna (czy coś w tym guście) chce wepchnąć ustawowo do restauracji i innych podobnych przybytków jako pełnowartościowe i zbilansowanie pożywienie.

Przejechała się rzetelnie Kossakowska po Unii, przy okazji zabierając czytelnika w fantastyczną podróż, czyli właśnie jak na karuzeli. Główny bohater zaś przypomina mi (bardzo bardzo) Jima di Griz, czyli Stalowego Szczura z książek Harrisona.

Dałam się porwać w podróż i bardzo jestem z tego zadowolona.

"Grillbar Galaktyka" Maja Lidia Kossakowska, ilustracje Daniel Grzeszkowicz, Fabryka Słów, Lublin 2011.

Grillbar Galaktyka [Maja Lidia Kossakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 4 stycznia 2012

"Gra o tron" i "Starcie królów" George R.R. Martin - duuuużo czytania


Wokół tej książki (cyklu) narósł jakiś niesamowity szum marketingowo medialny, pewnie przez serial, a może nie tylko? Nie wiem. A to przecież tylko jeszcze jedna książka fantasy, z własnym średniowiecznym światem, feudalnym modelem państwa, szczyptą magii i całą galerią postaci uwikłanych w potężnej sieci intryg. W zasadzie nic specjalnego.

Ale Martin postawił na swoich bohaterów, rozpisując historię na ich głosy, właściwie to oddał im cały głos, sam zaś usunął się w cień okładki i strony tytułowej.

Pierwszy jest Bran. Siedmioletni chłopiec, syn możnego rycerza Starka, jeszcze trochę naiwny (jak to dziecko), ale już usiłujący upodobnić się do ojca (podziwia go bardzo). Z namiętnością do łażenia po drzewach, murach i dachach, która to namiętność będzie dla niego zgubna.
Potem Catelyn, czyli lady Stark, żona lorda Eddarda Starka, matka trzech synów: Robba, Brana i Rickona oraz dwóch córek: Sansy i Aryi. Kobieta silna i mądra, rodzina jest dla niej wszystkim.
Daenerys nie należy do rodu Starków, jest księżniczką, upadłą, młodą i zagubioną. Ma brata, tchórzliwego chciwego sadystę i jakieś niejasne powiązania ze smokami. Sprzedana za mąż przez brata komuś w rodzaju Dżyngis Chana, nadspodziewanie dobrze odnajduje się w roli żony.
Eddard, czyli Ned, lord Stark, mąż Catelyn i ojciec wymienionej już piątki prawowitych dzieci i jednego bękarta. Prawy, szlachetny i tak dalej i tak dalej.
Jon, wspomniany wyżej bękart, pełen godności i całkiem sympatyczny, trzymany uparcie przez ojca w niepewności co do tożsamości swojej matki.
Arya, dziewczynka, dla której konieczność noszenia sukienki i sztuka wyszywania to tortury. Najchętniej całe dnie jeździłaby konno i uczyła się sztuki władania mieczem. Typowa chłopczyca, zadziorna i krnąbrna.
Tyrion Lannister to wróg Starków. Czytelnicy dzięki niemu mają wgląd w sytuacje z dwóch przeciwnych stron. Karzeł, nieco zgorzkniały, ale inteligentny i ironiczny.
Sansa, ostatnia zabierająca głos, starsza siostra Aryi, dziewczę idealnie nadające się na damę dworu. Głupiutka, romantyczna, uczuciowa i chwiejna.

"Gra o tron" jest dokładnie tym, o czym mówi tytuł - grą o tron. Prawowity władca Robert ginie, bo jego małżonka (żmija taka jedna) chce posadzić jak najszybciej swojego synalka na tronie. Po co morderstwo, skoro synalek jest następcą tronu, czy to nie wystarczyło trochę poczekać? Ano nie, bo niby następca, ale w rzeczywistości bękart, a tacy nie cieszą się poważaniem, no i na pewno nie zostają władcami. Królewski namiestnik (taki premier przy królu - prezydencie) dopiero co to odkrył, no i zanim ogłosił, to zginął. Na jego miejscu król Robert, żyjący jeszcze, powołuje znanego już mi Neda Starka, a ten idzie tropem poprzednika i to dość skutecznie, na skutek czego wiarołomna królowa, jej kochanek i poplecznicy tracą cierpliwość, króla usuwają z tego łez padołu, Starka oskarżają o zdradę, rozpieszczonego synalka wpychają na tron i oddychają z ulgą. Niesłusznie, bo zabijając króla powodują nadmierne rozmnożenie pogłowia monarszego w kraju, co wcale uzurpatorom na dobre nie wychodzi, ale o tym będzie już w następnym tomie, o jakże wiele mówiącym tytule "Starcie królów".

A w "Grze o tron" przede wszystkim czytam o tym, jak to ród Starków poszedł w rozsypkę, jako rodzina napiętnowanego zdrajcy. Głowa rodziny dość szybko traci głowę, a szkoda, bo fajny gość był i mało pił. Najstarszy syn, ledwo kilkunastoletni, obejmuje po nim rządy w rodowej posiadłości, łatwo nie ma, bo młody, a poddani to doświadczeni rycerze.
Średni syn Bran mało co może, bo po nieszczęśliwym upadku z dachu jest sparaliżowany od pasa w dół. Zły, rozgoryczony, zagubiony - jak to kaleka. Do tego nie umie sobie poradzić z umiejętnością dopiero co odkrytą: babcia Weatherwax nazywała to pożyczaniem.
Najmłodszy syn, Rick, to dziecko jeszcze, czteroletni chłopczyk, bardzo, ale to bardzo zagubiony bez rodziców.
Sansa, przedziwnym zrządzeniem losu zaręczona ze świeżo wyniesionym królewiątkiem, nie ma lekko. Traktowana jak zakładniczka, poniżana i pogardzana. No i wciąż, biedna, głupiutka jak przeciętna królewska dwórka. Niby chce się wyrwać z dworu jak ptak ze złotej klatki, ale tak naprawdę tylko nieporadnie trzepocze skrzydełkami i obija się o pręty.
Arya, o, ta to umie sobie radzić. Nie daje się uwięzić, ucieka królewskim siepaczom i w przebraniu chłopca (ładna nie jest, więc ma łatwiej) udaje się w długą podróż do domu. Autor ją lubi, bo uchyla jej nieba jak może, nikt (zły) się nie domyśla, że jest dziewczyną, nie gwałci, nie okrada i tak dalej. Sama dziewczynka zaś uchodzi za zadziornego czupurka.
Ostatni z młodzieży, Jon, zaciąga się do Strażników. Bardzo interesująca profesja: ma się ubrać na czarno, ślubować celibat i na wieki wieków mieszkać w czymś w rodzaju Chińskiego  Muru zbudowanego z lodu. Po co? Żeby bronić terenów leżących po jednej stronie muru przed tym, co może przyjść z drugiej strony, a co z całą pewnością jest złe, krwiożercze, no i nie do pojęcia. Wiadomo, najbardziej boimy się tego, czego nie znamy.
Lady Catelyn także "poszła w rozsypkę", jeździ to tu, to tam, najpierw do męża, potem do siostry, potem jeszcze tu i ówdzie. Zupełnie jakby ją gdzieś coś gryzło.

Wygląda to trochę tak, jakby autor wepchnął w klatkę rodzinę sympatycznych myszek, pozwolił mi je trochę poobserwować, poznać, polubić, po czym otworzył klatkę i wrzucił do środka kamień. Jedne myszki nie były dość szybkie i oberwały kamieniem, inne się rozbiegły, przerażone, w różne świata strony, a ja, jako że do myszek się przywiązałam, pilnie śledzę, gdzie która z nich pobiegła i co się z którą dzieje. Jak widać, zrobiłam sobie fajne streszczenie "Gry o tron".

---

W drugiej części sagi, czyli "Starciu królów" myszki robią mniej więcej to samo samo, co poprzednio, czyli rozbiegają się w różnych kierunkach, próbując przeżyć, dotrzeć do domu, uciec z domu, który stał się pułapką, czy też biec na pomoc innym myszkom. Tyle że w tle tej bieganiny myszkowej mamy zawieruchy dziejowe.
Po śmierci króla Roberta na schedę po nim ma chrapkę mnóstwo ludzi. Nastoletni bękart, niby syn królewski. Bracia Roberta, i starszy i młodszy - obaj ogłosili się monarchami. Ba, nawet najstarsza latorośl Starków, Robb, został ogłoszony królem, co prawda tylko kawałka królestwa, ale zawsze.
No i czarne charaktery - rodzina Lannisterów - niezłe ziółka. Długo by pisać.

Na szczęście Martin zrobił dwa ciekawe wygibasy, odróżniające jego powieści od mnóstwa innych, opartych na średniowiecznym szkielecie, rycerzach i machaniu mieczem.

Takim jest wątek Daenerys. Kobiety, która z lękliwego dziewczątka przeistacza się w pewną siebie młodą kobietę. Dużo traci (brat, mąż, dziecko, poddani, kraj), ale zyskuje coś zupełnie nadzwyczajnego: trzy smoki. Malutkie na razie, ale bardzo obiecujące. Zaś sama wędrówka Daenerys przebiega w malowniczych okolicznościach: najpierw trawiaste stepy i nibytatarskie ordy, potem podróż przez pustynię, a potem kraje arabskopodobne: bogate, piaszczyste i o kupieckiej mentalności.

Drugi wygibas to Mur. Konstrukcja monumentalna, lodowa, ufortyfikowana, obsadzona gęsto Strażnikami. To znaczy kiedyś. Teraz, kiedy lordowie, rycerze i władcy ganiają w tę i nazad po kraju goniąc się wzajemnie, rąbiąc i siekąc w rozlicznych bitwach, gdzieżby kto myślał o Straży, naprawach umocnień, utrzymywaniu stanu liczebnego i tym podobnych bzdetach. Za Murem czai się Niewiadomoco, a przed murem wróg jest znany i wiadomo, jak go pokonać. No i wiadomo, jakie się z tego odniesie korzyści. A ci jacyś Inni? Phi tam. No i właśnie dlatego, że tak mało o nich wiadomo, są bardzo interesujący.

Dobra, koniec, ale się rozpisałam, robiąc to streszczenie "Starcia królów". Liczę na to, że tyle wystarczy, abym przypomniała sobie z grubsza fabułę, kiedy to następne tomy trafią w moje ręce. Bo na razie nie mam, liczę na pożyczki, kupno całej sagi raczej mnie nie interesuje. Czyta się dobrze, ale chyba tylko raz.


George R.R. Martin "Gra o tron", tłumaczył Paweł Kruk, Zysk i S-ka, Poznań 2011 - ocena 5.
Pieśń Lodu i Ognia.: Gra o tron [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
George R.R. Martin"Starcie królów", tłumaczył Michał Jakuszewski, Zysk i S-ka, Poznań 2011 - ocena 4,5.
Pieśń Lodu i Ognia.: Starcie Królów [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 29 grudnia 2011

"Kukułka" Antonina Kozłowska - fleszem po rzeczywistości


Trudno mi było rozczytać się w książce, gdyż tematy, jakie są w niej poruszane, to trudne i bolesne tematy. Dla mnie. Bo to o dzieciach, ich braku oraz obecności.

Mamy dwie kobiety. Martę, całkiem nieźle sytuowaną trzydziestolatkę, która ma dobrą pracę, wspaniałego męża, nowe mieszkanie, a do tego wszystkiego jest głęboko nieszczęśliwa, bo nie może mieć dzieci. Irena z kolei dzieci ma, dwójkę, bardzo udaną, ale nędzną pracę, ciasne mieszkanie, gderliwą matkę, męża, który ją porzucił, wyjechawszy za chlebem do UK - no i wieczny niedostatek pieniędzy.
Różne te kobiety, ale coś je łączy - dziecko Marty i jej męża, które ma urodzić Iwona, za odpowiednią zapłatę. Ot, brzuch do wynajęcia.

Temat wcale nie taki nowy, ale wciąż wywołujący kontrowersje. Niedawno oglądałam program dokumentalny o Indiach, które stają się zagłębiem zastępczego rodzicielstwa. Zjeżdżają się tam ludzie z całego świata, aby wynająć matkę, która donosi i urodzi dziecko parom, które mają z tym problem. Wypowiadane były wzruszające i prawdziwe zdania w rodzaju "oni będą mieli upragnione dziecko, a my będziemy mieli pieniądze na wychowanie i wykształcenie swoich dzieci". Ale, jak wszędzie, pojawiają się wątpliwości, gdy w jednej z klinik pojawia się kobieta (dziennikarka, to prowokacja), która chce wynająć brzuch, ale nie istnieją żadne wskazania medyczne, by sama nie mogła zaciążyć. Ona po prostu nie ma ochoty na mdłości, rozstępy na brzuchu i spuchnięte nogi. Nie odprawiają jej z kwitkiem, skądże, przecież ma pieniądze. Nie odprawiają też z kwitkiem pary homoseksualnej, która chce mieć dzieci. Dwoje, żeby geny obu osób mogły się replikować dalej (zadziwiająca sprawa te geny, muszą się replikować i replikować, no no). Ci panowie również mają pieniądze, więc nie ma przeszkód. Miałam wrażenie podczas oglądania, że to wszystko skręca w jakąś dziwną stronę...

No ale dość dygresji, wracam do Marty i Iwony i ich dziecka, które pojawia się na świecie i do którego obie się przyznają. Jedna przegrywa, tu nie ma Salomona, nie ma szlachetnych porywów. Ale nie można powiedzieć, że ta historia kończy się źle. Do cukierkowego happy endu też daleko. Tak naprawdę dla mnie w tej książce wcale nie było ważne zakończenie. Najważniejsza była opowieść tych kobiet, zwłaszcza Marty. Szczegółowa relacja o tym, jak pragnienie posiadania dziecka może zniszczyć, fizycznie i psychicznie jest wstrząsająca. Marta całe swoje życie podporządkowuje jednemu celowi, żyje od wizyty do wizyty lekarskiej, od ciąży do ciąży (wciąż poronienia), od zabiegu do zabiegu. Zatraca się w tym pragnieniu tak daleko, że traci z oczu siebie samą, męża, pracę, cały świat. Ginie, wpada w czarną dziurę, deprecha jak Rów Mariański.

Jak się na to patrzy z boku, to łatwo się skrzywić z dezaprobatą: jak można tak doszczętnie zdruzgotać sobie życie, wystarczyłoby mieć przecież odrobinę zdrowego rozsądku i ciut dystansu do siebie samej. Otóż oświadczam z mocą: nie wystarczyłoby. Skąd wiem? Ano wiem. I dlatego jestem pełna podziwu dla autorki, że tak doskonale umiała oddać pewne stany ducha. Zazdroszczę jej też trochę daru obserwacji i umiejętności przenoszenia każdego zauważonego szczegółu na papier w ten wyrazisty, jakby oświetlony błyskawicą sposób.

Tylko... cała ta książka jest tak przesycona smutkiem, szarym, przygnębiającym, że wygląda jak posypana popiołem. Brakowało mi kolorów. I odrobiny uśmiechu.


Książka ode mnie powędrowała w świat, bo stała się Wędrującą Książką Biblionetkową, tak postanowiła jej była właścicielka, Diana wrzosowa. Zacna inicjatywa!

---
"Kukułka" Antonina Kozłowska, Wydawnictwo Otwarte, Kraków, 2010.

Kukułka [Antonina Kozłowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 21 grudnia 2011

"Detektywi i storczyki" Rex Stout


Nie ukrywam,  że swego czasu praca związana z literaturą, czyli w bibliotece bądź wydawnictwie, wydawała mi się bardzo atrakcyjna. Przeszło mi i lubię swoją obecną pracę, ale gdyby mi nie przeszło, to po przeczytaniu "Detektywów i storczyków" już by przeszło.

Ginie pracownik kancelarii adwokackiej, co wprawdzie na pozór z literaturą nie ma nic wspólnego, ale zaraz potem ginie młoda dziewczyna pracująca w wydawnictwie. Ginie, bo przeczytała pewną powieść? Niemożliwe. Ale oto jest następna ofiara. Maszynistka. Czyżby przepisywała jakąś powieść? Tę samą? No, to już zdecydowanie staje się podejrzane, a co z tym pierwszym zamordowanym? Istnieje przypuszczenie. że napisał jakąś powieść? A niech to, literatura jest naprawdę niebezpieczna!

Co udowadnia nam Neron Wolfe, genialny detektyw, który nie ruszając się z domu rozwiązuje skomplikowane zagadki. Nasuwa się skojarzenie z Mycroftem, bratem Sherlocka Holmesa, prawda? U podobnie jak Mycroft, Neron potrzebuje pomocy, jeśli chodzi o pracę w terenie: śledzenie podejrzanych, zbieranie informacji, przesłuchania świadków. Dlatego ma agencję detektywistyczną i zatrudnia pracowników, sam wtedy może bez przeszkód zająć się swoimi ukochanymi orchideami, grą w bilarda i innymi przyjemnymi zajęciami.

Narratorem w książce jest prawa ręka Nerona, Archie Goodwin. Bardzo sympatyczny facet, a jego metody zbierania informacji są czasami nader niekonwencjonalne.
Na przykład: wysłał pracownicom wspomnianej już kancelarii adwokackiej kwiaty (storczyki) z zaproszeniem na kolację. Zebrał wszystkie sekretarki, stenotypistki, telefonistki, recepcjonistki i asystentki, ugościł bardzo szczodrze, opowiedział, że mają problem ze śledztwem w sprawie śmierci ich współpracownika, po czym poczekał, aż alkohol zacznie działać i pilnie zbierał wszelkie informacje, jakie wymknęły się rozochoconym paniom. Paradne!

Myślałam, że to będzie kryminał noir i prawie był, ale stanowczo za mało mroczny, a posępności w nim za grosz. Co, jak dla mnie, jest zaletą!

"Detektywi i storczyki" Rex Stout, przełożył Tadeusz Jan Dehnel, Iskry, Warszawa 1969, seria Klub Srebrnego Klucza.

wtorek, 13 grudnia 2011

"Młody i niewinny" Josephine Tey


Książka kupiona w pakiecie z "Sercem dla sprawy", kupiona pośpiesznie i z ukontentowaniem, bo wcześniej te książki nie były tłumaczone ani wydawane w Polsce, a ja jestem fanką pani Tey.

"Młody i niewinny" opowiada o śledztwie prowadzonym w sprawie śmierci młodej i bardzo sławnej aktorki. Początkowo wygląda to na przypadkowe utonięcie, ale zaraz, jak diabełek z pudełka, wyskakuje główny podejrzany, młody człowiek, sympatyczny bankrut. Okazuje się bowiem, że ma motyw.
Ale... Alan Grant ma pewne przeczucie - że śledztwo idzie nie tą drogą, co trzeba, że prawda jest zakopana gdzieś głębiej. Dlatego rozpościera swoje dochodzenie szeroko i w różnych kierunkach, żeby łapać fakty i poszlaki jak muchy w pajęczej sieci.
Po czym główny podejrzany mu ucieka, a na scenę wkracza Erica Burgoyne (tak na dobre, bo pojawia się w książce już wcześniej) - "mała, chuda, na oko szesnastoletnia dziewczyna, w mocno znoszonym, teedowym kostiumie, bez kapelusza na ciemnych, potarganych włosach" [1]. Erica, córka przełożonego Granta, pułkownika Burgoyne, nie wierzy w winę uciekiniera i stara się mu pomóc. W swej odwadze i bezkompromisowości podobna jest nieco do Flawii, tylko nieco starszej (a może to tylko moje ulotne wrażenie, wszak Flawię czytałam stosunkowo niedawno). Erica odgrywa niebagatelną rolę w śledztwie, dostarczając dowód na to, że... patrz tytuł.  Więc jeśli nie on, to kto? To już dziedzina Granta, a on potrafi dać sobie radę.

Znów sobie wynotowałam fragmenty, przemówiły do mnie, sama nie wiem czemu. Staroświeckość, angielska dystynkcja? Może...
"Drugi w kolejności przedstawiony został jakiś kapitan, nijaki, skromny adorator Marty, który przykleił się do szklanki whisky jako jedynego znanego mu na obcym terenie przedmiotu". [2]
"Rześkim poniedziałkowym porankiem Grant jechał samochodem wzdłuż Wigmore Street. O tak wczesnej porze ulica jeszcze nie ocknęła się ze snu; klienci Wigmore Street nie zwykli spędzać weekendów w mieście. W kwiaciarniach sobotnie róże ściskano w wiktoriańskie wiązanki, usztywniając opadające płatki niczym gorsetem". [3]

---
[1] "Młody i niewinny" Josephine Tey, tłum. Ewa Rudolf, Wydawnictwo "C&T", Toruń 2011, s. 37
[2] Tamże, s.51
[3] Tamże, s.56.

sobota, 10 grudnia 2011

"Serce dla sprawy" Josephine Tey


Serce dla sprawy niewątpliwie ma Alan Grant, inspektor Scotland Yardu, przed którym postawiono niezwykle trudną zagadkę zniknięcia młodego człowieka. Ów człowiek wziął się nie wiadomo skąd, a co najmniej z bardzo daleka (taka jest Ameryka dla Anglików), i z niezwykłym wdziękiem i urokiem wkradł się w łaski znakomitej brytyjskiej rodziny. Kiedy zaś pod maską uprzejmości, uśmiechów i ukłonów zaczęły wrzeć namiętności, nie zawsze pozytywne - zniknął. Czy wpadł po prostu do rzeki, czy też ktoś mu w tym pomógł? Nie wiadomo, a policja długo nie może dojść do prawdy, bo tropy mylą i się plączą. Rozwiązanie zagadki było dla mnie sporym zaskoczeniem.

Jeśli chodzi o Alana Granta, którego uwielbiam, fizjonomisty o ciut arystokratycznych manierach, chorującego na klaustrofobię z przepracowania - to go, niestety, nie znalazłam. Znalazłam tylko inspektora, którego postawa przywodzi na myśl wojskowego czy armię, i który ma nadzwyczaj rozwiniętą intuicję, przydatną bardzo w pracy.  Mało trochę.
Ale o ile sobie dobrze przypominam, inspektor musi jeszcze trochę popracować w policji, żeby ewoluować w tego Granta, którego, jak już pisałam, uwielbiam.
Za to jego współpracownik i podwładny jest taki jak zapamiętałam. Sierżant Williams, zawsze rumiany, czyściutki i niewzruszenie pewny siebie. Po prostu wzór angielskiego policjanta.

Do tego pani Tey tu i ówdzie wtrąca fragmenty szczególnie mnie urzekające. Na przykład ten o słuchaniu pewnej audycji radiowej:
"Cóż, no wiesz, można by to nazwać czymś w rodzaju obrzydliwej fascynacji. Myślisz sobie: to przechodzi wszelkie wyobrażenia, chyba już nie może być nic bardziej paskudnego. I w następnym tygodniu znowu słuchasz, by się upewnić, czy nic gorszego nie jest jednak możliwe. To działa jak pułapka. Jest takie okropne, że nawet nie potrafisz się zdecydować na wyłączenie radia. Jak zaczarowany czekasz na następne paskudztwo, i tak dalej i tak dalej. I słuchasz, dopóki nie skończy gadać".[1]
To święta prawda, sama wielokrotnie złapałam się na tym, jak z jakąś niezdrową fascynacją wpatruję się w w coś wyjątkowo paskudnego i nie umiem wzroku oderwać. Też tak macie?

Swego czasu rozpływałam się nad przemyśleniami autorki dotyczącymi próżności, tu znów natknęłam się na rozważania o prymitywizmie:
"W dzieciństwie, gdy chodził do szkoły, koledzy używali słowa »prymityw« do określenia każdego, kto nosił nieodpowiedni krawat. Problem oczywiście nie na tym polegał. Na prymitywizm człowieka składała się pewna jego duchowa cecha. Swego rodzaju prostactwo. Brak wrażliwości. Coś absolutnie nieuleczalnego: duchowy astygmatyzm".[2]
Ciekawe.

No a ten fragment sam w sobie nie jest aż tak wnikliwy...
"Mówił na temat: »Co dobrego czynią dla Anglii dżdżownice«. Zwrot »dla Anglii« należał do sztandarowych powiedzonek Whitemore'a. Inni mogli sobie grzmieć o miejscu Dżdżownicy w Naturze, i nikogo nie obchodziła ani natura, ani dżdżownice. Natomiast Walter nabił swego robaka na szekspirowski hak i delikatnie zarzucał wędkę, sprawiając, że słuchaczom przed oczami zakłębiły się całe legiony, bez reszty oddane dziełu przemiany szarych skał zachodniego morza w zielony raj, którym była Anglia. Nazajutrz do studia pierwszą poranną pocztą nadejdzie pięćdziesiąt siedem listów z północnego pogranicza, by podkreślić, że Szkocja także posiada swoje dżdżownice".[3]
...ale ten szekspirowski hak mnie rozłożył.

I czy ktoś wie, czy edwardiański to to samo co wiktoriański?
"Liz pomyślała, jak bardzo w stylu ciotki było posłużenie się starodawnym edwardiańskim terminem »zauroczenie«".[4]

Jeszcze jedno.
"Zna pan pomnik Shelleya w Oksfordzie, inspektorze?
Grant znał ową rzeźbę - kojarzyła mu się ze zbyt długo gotowanym kurczęciem, ale powstrzymał się od podobnej uwagi". [5]

Czy rzeczywiście? Zdjęcie pochodzi z oxfordstudent.com.

P.S. Za informację o nowo wydanych książkach pani Tey dziękuję Zuzance :)

---
[1] "Serce dla sprawy" Josephine Tey, tłum. Ewa Rudolf, Wydawnictwo "C&T", Toruń 2011, s. 12
[2] Tamże, s. 35
[3] Tamże, s. 48
[4] Tamże, s. 56
[5] Tamże, s. 110

czwartek, 8 grudnia 2011

"W północ się odzieję" Terry Pratchett - refleksyjnie


Ach, wiem, toczyły się dyskusje na temat tłumaczenia, zmiany nazw własnych i tak dalej. Ta książka jest bowiem trzecią częścią o młodziutkiej czarownicy, a poprzednie dwie tłumaczyła Dorota Malinowska-Grupińska. Nie zamierzam się jednak nad tym rozwodzić, bo co by nie mówić, to PWC jest znakomitym tłumaczem i basta.

Tiffany jest czarownicą w Kredzie. Nastoletnią, więc mało doświadczoną, ale traktującą swoje zajęcie wyjątkowo poważnie. No i mającą po swojej stronie Nac Mac Feeglów, co jej się bardzo przydaje, gdy zaczyna się robić groźnie.
A zaczyna, bo przecież na tym polegają wszystkie prawie fabuły w książkach Pratchetta. Coś jest nie tak jak powinno i trzeba coś zrobić, żeby ten stan zlikwidować i żeby wszystko było tak jak powinno być.

Tym razem niebezpieczeństwem jest bliżej nieokreślony "zły", który nienawidzi czarownic, a Tiffany jest na celowniku przez jedną zazdrosną bladolicą pannicę. Zadanie młoda czarownica ma dość trudne, bo jak skrewi, to... no właśnie, ją też skrewią. Taka świadomość może nieco odebrać pewność siebie, prawda? Ale Tiffany jest twarda. I dobra w swoim fachu. I po prostu dobra.

Co mnie uderzyło podczas czytania książki? Smutek. Pratchett jest znany z humoru i ja mu tego humoru absolutnie nie odmawiam, ale tu to raczej ironia, troszkę kpina. Brak mi było dobrodusznego, zdrowego śmiechu. Za to wyłapałam kilka zdań, które zdają się być w jakiś sposób odzwierciedleniem poglądów czy nastroju autora.

Po pierwsze, bardzo osobisty stosunek do książek, no, to akurat nie powinno dziwić u pisarza:
"Jest kilku strażników i kilku innych więźniów, a powietrze wypełnia dym, ponieważ obok płonie stos książek, więc ludziom łzawią oczy". [1]
Znamienne, że palenie książek zawsze wydaje nam się czymś złym. Oto odrzucamy cywilizację, oświecenie i rozwój i cofamy się do barbarzyńskich czasów.

Po drugie, oto bardzo ciekawe zdanie dla tych, którzy mają problemy z asertywnością.
"- Tego właśnie nauczyłam się na uniwersytecie: być sobą, taką, jaka jestem. I się tym nie martwić. Ta wiedza sama w sobie jest jak niewidzialna magiczna laska". [2]
Tłuką nam w różnych poradnikach, że trzeba polubić i zaakceptować siebie. Pratchett mówi nam mniej więcej to samo, tylko zaczyna lżej. "Nie martw się sobą" - uśmiecha się dobrodusznie. "Nie zamartwiaj się, jesteś, jaki/jaka jesteś i już, to jest fajne". Kiwam głową z uznaniem. Brawo, panie Pratchett, za takie smaczki pana lubię.

Po trzecie, fantastyczne zdanie:
"Jesteśmy dumni, jeśli tworzymy z naszego życia dobrą opowieść". [3]
Interpretacja słów "dobra opowieść" należy do nas samych. Dla jednego "dobra" to uczciwa, solidna, niewzruszona, dla drugiego - wybitna, błyskotliwa, dla trzeciego - jeszcze inne przymiotniki. Wybór jest ogromny! Ważne, żeby samemu sobie wybrać interpretację - wtedy nasza własna opowieść będzie na pewno dobra.

Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Eruanie :)

W północ się odzieję [Terry Pratchett]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

---
[1] "W północ się odzieję" Terry Pratchett, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 138
[2] Tamże, s. 145
[3] Tamże, s. 268

wtorek, 6 grudnia 2011

"Skarb heretyka" Scott Mariani - bardzo duży i bardzo złoty


Jeśli ktoś lubi intrygi oparte na poszukiwaniu dawno temu ukrytego skarbu, możliwie dużego i możliwie złotego (srebro w ogóle nie wchodzi w rachubę), przez super gościa, wyjątkowo przystojnego profesjonalnego komandosa (o sercu miękkim jak Leon Zawodowiec), któremu w poszukiwaniach pomaga łebski, acz antypatyczny naukowiec w wymiętym ubraniu - to ta książka jest dla niego.

Dla zachęty dodam jeszcze, że czarne charaktery w książce są naprawdę czarne jak noc listopadowa: jeden to krwiożerczy sadysta-terrorysta, a drugi to wyrachowany i zimny łajdak.

Piękne kobiety oczywiście też są, a jakże. Nie za dużo, nadmiar takich szkodzi książce, bo się mylą.

Zagadki! Oczywiście, są zagadki, starożytne, sprzed tysięcy lat, nasi bohaterowie bez trudu je odgadują - wystarczy pomyśleć minutę lub dwie.

Mnie tego wszystkiego było za dużo. Zlepek Indiany Jonesa, Langdona i Nicolasa Cage'a ze "Skarbu narodów" okazał się dla mnie niestrawny i połknęłam go z ledwością.  Na szczęście było coś, co szczątkowo mnie zainteresowało, właściwie zainteresowało całkiem całkiem, tylko w tekście było ledwie zarysowane - a mianowicie postać Echnatona. Faraon, który ośmielił się rzucić wyzwanie bogom i jednym machnięciem faraonowej ręki skreślił Ozyrysa, Izydę i innych. Wstawił za to jednego jedynego boga, Atona, stając się tym samym pierwszym władcą w Egipcie wyznającym monoteizm. Okrzyknięto go heretykiem i marnie skończył.
Książce zaś przysłużył się tyle, że miał skarb, jak już pisałam, bardzo duży i bardzo złoty.

Niby takie wszystko przerysowane, jak w opisywanym niedawno "Drzymalskim", ale do tego jeszcze przekalkowane, a to już za dużo jak na mnie jedną. Dla miłośników gatunku.

Książkę wygrałam w plebiscycie "Złota zakładka" i na pewno się nie zmarnuje, bo pewna spalona biblioteka ma zbiory do odbudowania.

Skarb heretyka [Scott Mariani]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
"Skarb heretyka" Scott Mariani, tłum. Wojciech Jędruszek,  MUZA SA, Warszawa , 2011.

czwartek, 1 grudnia 2011

"Dranie w tranie czyli wiersze trudne niesłychanie" Agnieszka Frączek


Tak naprawdę, to nie jest książeczka dla Krzysia. To książeczka przeznaczona dla dzieci, które mają problemy z prawidłową wymową głosek dźwięcznych i bezdźwięcznych. Krzyś na razie zrozumiałych słów wydaje z siebie niewiele, więc nie mam się co martwić o głoski takie czy siakie.

Ale tak nam podpasowała ta niewielka książeczka, że w czytaniu jest bardzo często. Ja, jako czytająca, mam niezłą gimnastykę języka, bo trzeba czytać bardzo starannie takie wiersze:
"Płynie tratwą
Dryblas z dratwą.
Wiąże z trudem z drutem dratwę, 
drutem z dratwą łata tratwę" [1]
żeby słówka, wszystkie, wszyściuteńkie, były dobrze zrozumiałe. Krzyś pilnie słucha, a przy wierszyku:
"Co dzień w borze
o tej porze
puchacz w buk
puka: puk!" [2]
energicznie i z rozmachem pucha w stronę z puchaczem, aż echo niesie.

Książeczka jest bardzo kolorowa i pełna wesołych rysunków, są smoki, żaby, kurki i bobaski, a to wszystko mojemu synkowi bardzo się podoba.
Więc tak naprawdę to jest książeczka dla Krzysia! :)

P.S. Plusem dla rodzica jest twarda oprawa, bo nie gnie się w rękach podczas czytania, nie za duży format (20x20cm), sztywne kartki i staranne wykonanie. Jeszcze nam posłuży.

---
[1] "Dranie w tranie czyli wiersze trudne niesłychanie" Agnieszka Frączek, ilustrowała Marianna Jagoda-Mioduszewska, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2009, s.20
[2] Tamże, s. 8

poniedziałek, 28 listopada 2011

"Ucho od śledzia w śmietanie" Alan Bradley - dużo będzie o śmietanie i ogólnie osobiście


"Była sobie raz Flawia mądrzejsza od kury,
kura wyłazi ze skóry,
prosi, błaga, namiawia: bądź głupsza!
Ale co można zrobić, kiedy się ktoś uprze?"

Bardzo mi się cisnęły pod pióro te słowa właśnie, kiedy myślałam o Flawii. Bo Flawia jest taka trochę przemądrzała i uparta. No dobrze, rzeczywiście jest inteligentna i wykorzystuje to jako tarczę. Bo - muszę to napisać na samym początku - Flawia nie wydaje się szczęśliwa. Kłopoty finansowe rodziny zaczynają do niej docierać, ojciec jest oschły i nieczuły (czasem tylko coś przebłyskuje jak z pęknięć pancerza), a siostry coraz bardziej dokuczają, właściwie dlaczego one jej tak dokuczają, co i czemu mają jej tak za złe? Ta kwestia wydaje mi się bardzo interesująca, bo sama jestem najmłodszą z trzech sióstr i pamiętam, że się tłukłam z siostrami (niech podniesie rękę ten, co się nie tłukł z rodzeństwem), ale to nie było tak, że one dwie zawsze tłukły mnie jedną, bo co jakiś czas następowało przegrupowanie sił i ja z jedną z nich dawałam nauczkę trzeciej, a za chwilę wchodziłam w komitywę z trzecią przeciwko drugiej. Sprawiedliwie.
Toteż wydaje mi się, że ta dziwna dysproporcja pomiędzy siostrami będzie miała jakiś dalszy ciąg, może jakąś tajemnicę i jakieś jej spektakularne rozwiązanie? Wszak to nie koniec cyklu o Flawii, przekonam się.

Słóweczko o fabule: Flawia zaprasza do Buckshaw starą Cygankę, niejako w akcie ekspiacji za spalenie jej namiotu, a także mało grzeczne zachowanie jej ojca przed laty względem tej samej Cyganki; zaproszonej wcale to nie wychodzi na dobre, bo ktoś na nią napada i wali w łeb. Tuż potem dziewczynka natyka się (napisałabym potyka, ale to fizycznie niemożliwe) na trupa wiszącego na fontannie z Neptunem. Kto popełnił te szkaradne czyny? - tym właśnie zajmie się Flawia, mając do pomocy ukochaną chemię, plotki pani Mullet, wsparcie Doggera, obecność Porcelany, wnuczki Cyganki oraz własną intuicję i odwagę.

Ale co tam fabuła! Oczywiście jest ważna i istotna, ale mnie za serce chwytają takie małe urocze kwiatuszki rozsiane w tekście jak stokrotki na łące:
" - Miłość to nie rzeka, która płynie bez końca, a każdy, kto uważa inaczej, jest cholernym głupcem. Lecz nawet na rzece można postawić tamę i zmusić ją, żeby tylko ciurkała...
- A nawet zatrzymać albo odwrócić - dodałam". [1]

"Przy południowo-wschodnim krańcu naszej posiadłości rzeka, jakby poprawiając spódnicę, skręca łagodnym łukiem na zachód i płynie pod rozłożystym namiotem zieleni i pokrytych liśćmi konarów, tworząc przytulną łączkę, która wyglądała niemal jak wyspa".[2]

"Zapadła między nami wspaniała cisza - nieodłączna część każdej rozmowy z Doggerem: cisza tak długa, głęboka i złocista, że jej przerwanie graniczyłoby z afrontem". [3]

Erudycja Flawii w dalszym ciągu robi na mnie wrażenie, a ja lubię, gdy do tego autor puszcza do mnie oko, pisząc:
"Ale ni z tego, ni z owego jakaś nierozpoznawalna cześć wszechświata wywróciła się do góry nogami, jakby jeden z czterech wielkich żółwi, na których wspiera się Ziemia, nagle kichnął".[4]

Bazyl przyczepiał się do tytułu, ja nie mam zamiaru, wiedząc o wiernych i pięknych przekładach, co więcej, jestem bardzo zadowolona ze śledzia w śmietanie, a to ze względu na wielce pouczający fragment:
"Przed zadaniem pytania dokonałam przeglądu mej dosyć skromnej wiedzy na temat śmietany. Wiedziałam, że otrzymuje się ją w procesie fermentacji mlekowej, podczas której węglowodany zamieniają się w kwas mlekowy wskutek oddziaływania bakterii z rodziny Lactococcus, czyli paciorkowców, głównie homofermentatywnych: Lactococcus laktis i Lactococcus cremoris. Ten pierwszy to paciorkowiec mlekowy, a ten drugi śmietanowy. Pani Mullet zawsze się upiera, żeby kupować śmietanę »od chłopa«, czyli od mleczarza, a nie ze sklepu, bo ta ze sklepu wcale nie jest śmietaną. Sprawdziłam kiedyś, co jest nie tak ze śmietaną ze sklepu. Nie znalazłam w niej ani pół paciorkowca, za to mnóstwo żelatyny, gumy guar, karagenu i kwasu erukowego. Czy muszę dodawać, że słowo »ekurowy« pochodzi od greckiego terminu oznaczającego »wymioty«?".[5]
Poleciałam do lodówki szukać śmietany i czytać skład, był jakby mniej groźny, ale bardziej enigmatyczny i wcale go nie zapamiętałam. Zresztą nie chcę pamiętać, po co mi to, przy jedzeniu w niczym to nie pomaga. Poza tym w dzisiejszych czasach kupowanie "od chłopa" nie gwarantuje obecności paciorkowców śmietanie, niestety!
Mam bowiem rodzinę na wsi, kiedyś była krowa w oborze, co zapewniało oprócz mleka również zsiadłe mleko, śmietanę, biały ser, a czasem nawet masło, jeśli mamie się chciało ubijać (to niestety pracochłonne i męczące). W tej chwili krowy nie ma, a szwagier bierze mleko na bieżące potrzeby od sąsiada. Sąsiad krów ma wiele, podpisaną umowę z mleczarnią, produkującą dla firmy Zott, spełnia wszystkie związane z tym normy i wymagania, krowy są zadbane, dobrze odżywione, czyste, ale... no właśnie. Biedne paciorkowce nie są najwyraźniej ujęte w żadnych normach, bo to mleko jest sterylne  i wyjałowione. Nie ma szans, żeby się zsiadło, nie ma szans na żadną śmietanę, a o serach, maśle można zapomnieć. Chodzi tu o mleko naprawdę prosto od krowy, nie poddane absolutnie żadnym dodatkowym zabiegom. To okropnie przygnębiające.

Wracając do Flawi - ona oczywiście taka nie jest. Mimo tych drobnych wad ona naprawdę da się lubić. Szczerze i za całego serca ją polubiłam i całą serię serdecznie polecam, sama zaś czekam na kolejne części.

Jeszcze dopiszę serdeczne podziękowania dla Bazyla, który wystarał mi się na Targach Książki w Krakowie o autograf autora. Cudo! Bazyl, wielkie dzięki!

---
[1] - "Ucho od śledzia w śmietanie" Alan Bradley, przełożył Jędrzej Polak, Vesper, Poznań 2011, s. 154
[2] - Tamże, s.36
[3] - Tamże, s.226
[4] - Tamże, s.177 
[5] - Tamże, s.162

czwartek, 24 listopada 2011

"Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej" Artur Baniewicz - mocna rzecz!


Usadowiłam się na kanapie i spojrzałam badawczo na męża. Tak, on będzie wiedział.
- Mężu drogi - zaczęłam. - Oglądałeś film "Rambo", prawda? To powiedz, o co mu chodziło, że taką rozpierduchę zrobił? Bo ja z filmu tylko tę rozpierduchę pamiętam, a motywów wcale.
Mąż spojrzał, wcale nie zaskoczony i nie poświęcając ani sekundy na namysł (wiedziałam, że będzie wiedział) odpowiedział:
- O to, że on, zasłużony żołnierz, weteran z Wietnamu, bohater, został potraktowany jak włóczęga i ludzki śmieć. Trafił do pewnego amerykańskiego miasteczka, a tam policja zapakowała go do radiowozu, wywiozła na drugi koniec miasta i kazała zniknąć w podskokach. Kiedy zaś ośmielił się wrócić, szeryf zapakował go do więzienia, pobił i takie tam. Toteż wkurzył się Rambo niewąsko, a co z tego wynikło, wiadomo. Aż trzy filmy.

Bardzo podobne motywy pchają do działania Drzymalskiego, bohatera książki Baniewicza. Znakomity żołnierz jednostki specjalnej dostaje, hm, wymówienie z wojska. Czyli nie przedłużają mu kontraktu. Czyli kop w dupę i radź sobie sam. Do tego jego rodzina ma spore problemy z gangsterami, a zwrócenie się o pomoc do państwa (policja, sądy, adwokaci etc.) nie daje zupełnie nic, a nawet problemy powiększa. Toteż chłopakowi puszczają nerwy i wypowiada wojnę Rzeczpospolitej. Na serio. Na poważnie. Tak jak Rambo.
Wylatują w powietrze warszawskie mosty, płoną rafinerie, gazociągi i rurociągi naftowe wybuchają coraz to w innym miejscu, giną policjanci, giną żołnierze, giną zwykli ludzie w zwykłych samochodach, bo Drzymalski zaminował zwykłe drogi. Masakra, apokalipsa, klęska żywiołowa - jednym słowem  - wojna! Podczas czytania byłam jednocześnie przerażona i zachwycona rozmachem zniszczeń zaserwowanych mi przez autora. Co za wyobraźnia!

Drzymalskiego ścigają i tropią wszystkie siły zbrojne: wojsko, żandarmeria, policja, tajniacy - kto żyw, rzucony jest na front. W tym także pewna pani psycholog wojskowa (właściwe mogłabym napisać "psycholożka", prawda?), która do pomocy dostaje Kiernackiego: byłego żołnierza, który kiedyś był dowódcą Drzymalskiego w jednostce. Oczywiście, by dostarczył jak najwięcej informacji o terroryście: jak dużo umie, do czego jest zdolny, słabe strony i tak dalej. Ale Kiernacki wcale nie jest skłonny do współpracy. Po pierwsze, nie lubi być zmuszany do niczego, a w tym przypadku jest. Po drugie, nie podoba mu się traktowanie Drzymalskiego jak zwierzyny łownej, bez choćby próby wniknięcia w motywy jego działania (która ja wyłuszczyłam na wstępie, popełniwszy klasyczny spoiler). Po trzecie, wkurzają go gierki i giereczki na górze, gdzie niby debatuje się, jak Polskę przed Drzymalskim chronić, ale przede wszystkim, jak to zrobić tak, by jednocześnie rywala z resortu obok z siodła wysadzić, a dla siebie urwać jak największy kawałek rządowego tortu. Normalne polskie piekiełko.

Toteż Kiernacki wcale się nie pali do pomocy, ale... właśnie, zawsze jest jakieś "ale". W tym przypadku to pani psycholog/psycholożka, porucznik Dembosz. Nie ma co ukrywać, iskrzy między nimi od samego początku, choć najpierw to iskry ze skrzyżowanych szabel, a dopiero potem takie iskry elektryczne jak pomiędzy plusem i minusem. No a poza tym... Drzymalski. Kiernackiego naprawdę interesuje, co nim kieruje, no i chyba go rozumie. Nie, nie popiera, zbyt wielu ludzi zginęło bez powodu, ale rozumie.

Mnie książka nie rozczarowała, jest mocna, dynamiczna, tu pieprzyk, tam łezka, tam porządne mordobicie, dla każdego coś dobrego. Przede wszystkim dla tych, co lubią Rambo, Brudnego Harry'ego i Johna Wayne'a.

P.S. A okładka jest wyjątkowo do bani, nie sądzicie?

"Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej" Artur Baniewicz, W.A.B., Warszawa 2004.

poniedziałek, 21 listopada 2011

"Maly brat" Cory Doctorow - świeżutki, nowiutki cyberpunk


Niuch, niuch, pociągam nosem - czym mi to pachnie? Komputery, internet, wirtualne osobowości, wirtualne wędrówki w cyberprzestrzeni... No jasne, cyberpunk. Fantastyczny nurt literacki w s-f, z czołowym przedstawicielem Williamem Gibsonem (wspaniały pisarz, słowo daję).
Ale Doctorow nie ogranicza się do cyberpunku, tylko porusza w swojej książce wyjątkowo istotne zagadnienia. Wolność słowa. Bezpieczeństwo kraju. Konieczność i zasadność inwigilacji.

Napisałam powyższe i zasiedziałam się z ręką opartą na policzku; pióro zawisło w powietrzu, a ja próbuję poukładać sobie w głowie, co mam napisać. Nie daję rady, głowa mi pęka, zatoki bolą, ceny paliw przyprawiają o dreszcze. Proza życia wygrała z prozą literacką.

Na okładce wydawca pisze:

"Zamach bombowy w San Francisco wywraca spokojny świat Marcusa do góry nogami. Aresztowany wraz z grupą przyjaciół przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego trafia do tajnego więzienia. Gdy w końcu zostaje wypuszczony, odkrywa, że teraz żyje w państwie policyjnym, a każdy obywatel traktowany jest jak potencjalny terrorysta. Odtąd pragnie tylko jednego – zniszczyć DBW i odnaleźć zaginionego przyjaciela.
"Mały Brat" to porywająca powieść o walce z opresyjnym systemem w czasach virtual reality, cyberprzestrzeni i gier komputerowych. Wielokrotnie nagradzana (między innymi Nagrodą Campbella dla najlepszej powieści 2009 roku) i okrzyknięta fenomenem w Stanach Zjednoczonych.
Po przeczytaniu tej książki dobrze się zastanowisz, zanim znowu naciśniesz enter."


Z grubsza się zgadzam i tylko żal mi trochę, że że moje pokolenie to już nie ten target. Teraz cyberpunkowymi bohaterami są nastolatkowie, którzy grzebanie w sieci wyssali z mlekiem matki. A myśmy musieli do wszystkiego mozolnie dochodzić sami. Ot, życie.


"Maly brat" Cory Doctorow, tłum. Barbara Komorowska, Wydawnictwo Otwarte, 2011

sobota, 19 listopada 2011

"Lektor" Bernhard Schlink

Na którymś spotkaniu biblionetkowym dostałam książkę do przeczytania, choć wcale nie nalegałam - z racji wcześniejszej znajomości tematu. Oglądałam bowiem film pod tym tytułem jakiś czas temu.

No i okazało się, niestety (a może stety), że film jest tak wierny oryginałowi książkowemu, że już nic więcej w moim postrzeganiu "Lektora" nie zmienił.

Historia romansu piętnastoletniego ucznia z ponad trzydziestoletnią kobietą jest urzekająca. Pachnie latem, mydłem i rumiankami. A potem mamy proces i stęchły zaduch sali sądowej (ależ mi się kojarzy zapachowo!). Najważniejszy jednak jest główny bohater, który bije się z myślami, przed którym los postawił zaporę i kazał pójść albo w lewo, albo w prawo. Nie można wzruszyć ramionami i nie zrobić nic, bo to jedna z tych dróg właśnie. Pamiętam, że po filmie długo byłam zadumana i rozmyślałam, co też ja bym zrobiła... Ale to wtedy, teraz już nie. Teraz już wszystko wiedziałam, żadnego elementu zaskoczenia, żadnego wzruszenia, nic.

Dobry film na podstawie dobrej książki, ale nie ma sensu zaczynać od filmu, jeśli się chce przeczytać książkę.

Zdjęcie pochodzi stąd.

Lektor [Bernhard Schlink]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

czwartek, 17 listopada 2011

"Sfera Armilarna" Andrzej Pilipiuk (ostatnia część Oka jelenia)


Pomiędzy zamknięciem książki po przeczytaniu ostatniej strony a zabraniem się do tego tekstu upłynęły niecałe dwa tygodnie oraz cztery inne książki. W innym przypadku nie miałoby to większego znaczenia, ale jeśli chodzi o "Oko jelenia", to muszę się przyznać, że po takim czasie nie jestem w stanie napisać nic mądrego, odkrywczego czy konstruktywnego.

Ot, po prostu dokończenie przygód Marka, Staszka i Helenki, rzucanych tu i tam przez wichry czasu. Czy szczęśliwe, czy pomyślne to zakończenie - oceńcie sami, jak już przeczytacie, bo kto czytał poprzednie części i na tą (tą czy tę - o matko, sama nie wiem) się skusi, aby cykl zakończyć.
Rozrywka bardzo dobra, czyta się świetnie, ale po lekturze mało co w pamięci zostaje.

 "Sfera Armilarna" Andrzej Pilipiuk, ilustracje Rafał Szłapa, Fabryka Słów, Lublin 2011.

Oko jelenia. Sfera Armilarna [Andrzej Pilipiuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 16 listopada 2011

"Nudzimisie" Rafał Klimczak - przesympatyczna książeczka dla przedszkolaków


Książka idealna dla przedszkolaków, bo głównym bohaterem, no dobra, jednym z głównych, jest przedszkolak Szymek. Ale czytałam to Krzysiowi, który ma trochę ponad dwa lata i byłam zaskoczona, z jakim zajęciem tego słucha!

Oto mamy Szymka, który w domu się nudzi, ma co prawda mnóstwo zabawek, ale co z tego, skoro partnera do zabawy żadnego: siostra odrabia lekcje, mama robi obiad, a tata jest zajęty jakąś naprawą. Co robić? Trzeba krzyczeć głośno "Nudzi mi się!". Ale, ale - Szymek nie wie (zniżam teraz głos i mówię szeptem), że jak się tak woła, to do znudzonego dziecka przychodzą nudzimisie i się z nim bawią. Pod jednym warunkiem: że się w te nudzimisie uwierzy, bo jak nie, to pozamiatane.

Nudzimisie są urocze! Hubek, który odpowiada na wezwanie Szymka, potrafi magicznie zmniejszyć przedszkolaka do swoich rozmiarów, dzięki czemu zabawa na przykład żołnierzykami nabiera nowego wymiaru. Towarzyszy też Szymkowi w przedszkolu, nie, tu już go nie zmniejsza, ale wspaniale pomaga chłopczykowi w rozwiązywaniu problemów.

Poza tym Hubek zabiera już nie Szymka, ale nas, czytelników, do nudzimisiowego świata. Cieplutkiego, mięciutkiego świata, gdzie domki wyrastają z nasionek, są drzewa lizakowe, a po obiadek rosnący na liściu wystarczy wyciągnąć rękę, zerwać i zjeść! Świat niemal idealny. Oczywiście, i tu zdarzają się problemy, ale sympatyczne nudzimisie potrafią sobie z nimi poradzić.

Bardzo spodobały mi się też rysunki autorstwa Agnieszki Kłos-Milewskiej. Krzysiowi też! Książkę wygrałam u Sabinki (bardzo dziękuję raz jeszcze), a niedawno dowiedziałam się, że pan Klimczak popełnił drugą część - koniecznie muszę sobie (zaraz tam sobie, nam!) sprawić!

Nudzimisie [Rafał Klimczak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
"Nudzimisie" Rafał Klimczak, ilustracje Agnieszka Kłos-Milewska, Wydawnictwo Skrzat, Kraków 2011.