Wokół tej książki (cyklu) narósł jakiś niesamowity szum marketingowo medialny, pewnie przez serial, a może nie tylko? Nie wiem. A to przecież tylko jeszcze jedna książka fantasy, z własnym średniowiecznym światem, feudalnym modelem państwa, szczyptą magii i całą galerią postaci uwikłanych w potężnej sieci intryg. W zasadzie nic specjalnego.
Ale Martin postawił na swoich bohaterów, rozpisując historię na ich głosy, właściwie to oddał im cały głos, sam zaś usunął się w cień okładki i strony tytułowej.
Pierwszy jest
Bran. Siedmioletni chłopiec, syn możnego rycerza Starka, jeszcze trochę naiwny (jak to dziecko), ale już usiłujący upodobnić się do ojca (podziwia go bardzo). Z namiętnością do łażenia po drzewach, murach i dachach, która to namiętność będzie dla niego zgubna.
Potem
Catelyn, czyli lady Stark, żona lorda Eddarda Starka, matka trzech synów: Robba, Brana i Rickona oraz dwóch córek: Sansy i Aryi. Kobieta silna i mądra, rodzina jest dla niej wszystkim.
Daenerys nie należy do rodu Starków, jest księżniczką, upadłą, młodą i zagubioną. Ma brata, tchórzliwego chciwego sadystę i jakieś niejasne powiązania ze smokami. Sprzedana za mąż przez brata komuś w rodzaju Dżyngis Chana, nadspodziewanie dobrze odnajduje się w roli żony.
Eddard, czyli Ned, lord Stark, mąż Catelyn i ojciec wymienionej już piątki prawowitych dzieci i jednego bękarta. Prawy, szlachetny i tak dalej i tak dalej.
Jon, wspomniany wyżej bękart, pełen godności i całkiem sympatyczny, trzymany uparcie przez ojca w niepewności co do tożsamości swojej matki.
Arya, dziewczynka, dla której konieczność noszenia sukienki i sztuka wyszywania to tortury. Najchętniej całe dnie jeździłaby konno i uczyła się sztuki władania mieczem. Typowa chłopczyca, zadziorna i krnąbrna.
Tyrion Lannister to wróg Starków. Czytelnicy dzięki niemu mają wgląd w sytuacje z dwóch przeciwnych stron. Karzeł, nieco zgorzkniały, ale inteligentny i ironiczny.
Sansa, ostatnia zabierająca głos, starsza siostra Aryi, dziewczę idealnie nadające się na damę dworu. Głupiutka, romantyczna, uczuciowa i chwiejna.
"Gra o tron" jest dokładnie tym, o czym mówi tytuł - grą o tron. Prawowity władca Robert ginie, bo jego małżonka (żmija taka jedna) chce posadzić jak najszybciej swojego synalka na tronie. Po co morderstwo, skoro synalek jest następcą tronu, czy to nie wystarczyło trochę poczekać? Ano nie, bo niby następca, ale w rzeczywistości bękart, a tacy nie cieszą się poważaniem, no i na pewno nie zostają władcami. Królewski namiestnik (taki premier przy królu - prezydencie) dopiero co to odkrył, no i zanim ogłosił, to zginął. Na jego miejscu król Robert, żyjący jeszcze, powołuje znanego już mi Neda Starka, a ten idzie tropem poprzednika i to dość skutecznie, na skutek czego wiarołomna królowa, jej kochanek i poplecznicy tracą cierpliwość, króla usuwają z tego łez padołu, Starka oskarżają o zdradę, rozpieszczonego synalka wpychają na tron i oddychają z ulgą. Niesłusznie, bo zabijając króla powodują nadmierne rozmnożenie pogłowia monarszego w kraju, co wcale uzurpatorom na dobre nie wychodzi, ale o tym będzie już w następnym tomie, o jakże wiele mówiącym tytule "Starcie królów".
A w "Grze o tron" przede wszystkim czytam o tym, jak to ród Starków poszedł w rozsypkę, jako rodzina napiętnowanego zdrajcy. Głowa rodziny dość szybko traci głowę, a szkoda, bo fajny gość był i mało pił. Najstarszy syn, ledwo kilkunastoletni, obejmuje po nim rządy w rodowej posiadłości, łatwo nie ma, bo młody, a poddani to doświadczeni rycerze.
Średni syn Bran mało co może, bo po nieszczęśliwym upadku z dachu jest sparaliżowany od pasa w dół. Zły, rozgoryczony, zagubiony - jak to kaleka. Do tego nie umie sobie poradzić z umiejętnością dopiero co odkrytą: babcia
Weatherwax nazywała to pożyczaniem.
Najmłodszy syn, Rick, to dziecko jeszcze, czteroletni chłopczyk, bardzo, ale to bardzo zagubiony bez rodziców.
Sansa, przedziwnym zrządzeniem losu zaręczona ze świeżo wyniesionym królewiątkiem, nie ma lekko. Traktowana jak zakładniczka, poniżana i pogardzana. No i wciąż, biedna, głupiutka jak przeciętna królewska dwórka. Niby chce się wyrwać z dworu jak ptak ze złotej klatki, ale tak naprawdę tylko nieporadnie trzepocze skrzydełkami i obija się o pręty.
Arya, o, ta to umie sobie radzić. Nie daje się uwięzić, ucieka królewskim siepaczom i w przebraniu chłopca (ładna nie jest, więc ma łatwiej) udaje się w długą podróż do domu. Autor ją lubi, bo uchyla jej nieba jak może, nikt (zły) się nie domyśla, że jest dziewczyną, nie gwałci, nie okrada i tak dalej. Sama dziewczynka zaś uchodzi za zadziornego czupurka.
Ostatni z młodzieży, Jon, zaciąga się do Strażników. Bardzo interesująca profesja: ma się ubrać na czarno, ślubować celibat i na wieki wieków mieszkać w czymś w rodzaju Chińskiego Muru zbudowanego z lodu. Po co? Żeby bronić terenów leżących po jednej stronie muru przed tym, co może przyjść z drugiej strony, a co z całą pewnością jest złe, krwiożercze, no i nie do pojęcia. Wiadomo, najbardziej boimy się tego, czego nie znamy.
Lady Catelyn także "poszła w rozsypkę", jeździ to tu, to tam, najpierw do męża, potem do siostry, potem jeszcze tu i ówdzie. Zupełnie jakby ją gdzieś coś gryzło.
Wygląda to trochę tak, jakby autor wepchnął w klatkę rodzinę sympatycznych myszek, pozwolił mi je trochę poobserwować, poznać, polubić, po czym otworzył klatkę i wrzucił do środka kamień. Jedne myszki nie były dość szybkie i oberwały kamieniem, inne się rozbiegły, przerażone, w różne świata strony, a ja, jako że do myszek się przywiązałam, pilnie śledzę, gdzie która z nich pobiegła i co się z którą dzieje. Jak widać, zrobiłam sobie fajne streszczenie "Gry o tron".
---
W drugiej części sagi, czyli "Starciu królów" myszki robią mniej więcej to samo samo, co poprzednio, czyli rozbiegają się w różnych kierunkach, próbując przeżyć, dotrzeć do domu, uciec z domu, który stał się pułapką, czy też biec na pomoc innym myszkom. Tyle że w tle tej bieganiny myszkowej mamy zawieruchy dziejowe.
Po śmierci króla Roberta na schedę po nim ma chrapkę mnóstwo ludzi. Nastoletni bękart, niby syn królewski. Bracia Roberta, i starszy i młodszy - obaj ogłosili się monarchami. Ba, nawet najstarsza latorośl Starków, Robb, został ogłoszony królem, co prawda tylko kawałka królestwa, ale zawsze.
No i czarne charaktery - rodzina Lannisterów - niezłe ziółka. Długo by pisać.
Na szczęście Martin zrobił dwa ciekawe wygibasy, odróżniające jego powieści od mnóstwa innych, opartych na średniowiecznym szkielecie, rycerzach i machaniu mieczem.
Takim jest wątek Daenerys. Kobiety, która z lękliwego dziewczątka przeistacza się w pewną siebie młodą kobietę. Dużo traci (brat, mąż, dziecko, poddani, kraj), ale zyskuje coś zupełnie nadzwyczajnego: trzy smoki. Malutkie na razie, ale bardzo obiecujące. Zaś sama wędrówka Daenerys przebiega w malowniczych okolicznościach: najpierw trawiaste stepy i nibytatarskie ordy, potem podróż przez pustynię, a potem kraje arabskopodobne: bogate, piaszczyste i o kupieckiej mentalności.
Drugi wygibas to Mur. Konstrukcja monumentalna, lodowa, ufortyfikowana, obsadzona gęsto Strażnikami. To znaczy kiedyś. Teraz, kiedy lordowie, rycerze i władcy ganiają w tę i nazad po kraju goniąc się wzajemnie, rąbiąc i siekąc w rozlicznych bitwach, gdzieżby kto myślał o Straży, naprawach umocnień, utrzymywaniu stanu liczebnego i tym podobnych bzdetach. Za Murem czai się Niewiadomoco, a przed murem wróg jest znany i wiadomo, jak go pokonać. No i wiadomo, jakie się z tego odniesie korzyści. A ci jacyś Inni? Phi tam. No i właśnie dlatego, że tak mało o nich wiadomo, są bardzo interesujący.
Dobra, koniec, ale się rozpisałam, robiąc to streszczenie "Starcia królów". Liczę na to, że tyle wystarczy, abym przypomniała sobie z grubsza fabułę, kiedy to następne tomy trafią w moje ręce. Bo na razie nie mam, liczę na pożyczki, kupno całej sagi raczej mnie nie interesuje. Czyta się dobrze, ale chyba tylko raz.
George R.R. Martin "Gra o tron", tłumaczył Paweł Kruk, Zysk i S-ka, Poznań 2011 - ocena 5.
George R.R. Martin"Starcie królów", tłumaczył Michał Jakuszewski, Zysk i S-ka, Poznań 2011 - ocena 4,5.