Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Pratchett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Pratchett. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 czerwca 2017
"Smoki na zamku Ukruszon" Terry Pratchett
Terry Pratchett w latach sześćdziesiątych był młodym reporterem gazety wydawanej gdzieś w hrabstwie Buckinghamshire. Relacjonował lokalne wydarzenia, miał więc mnóstwo okazji, aby obserwować ludzi przy pracy lub przy święcie. Z tych obserwacji, z lektury książek, z własnej wyobraźni - zrodziło się mnóstwo pomysłów na opowiadania.
Występują w nim nich wodne potwory, smoki, paskudne śniegoludy. Pratchett lubi pomniejszać swoich bohaterów, stąd opowiadania o ludziach Dywanu, malutkich, tak że włosie dywanowe jest dla nich niczym ogromny gęsty las; czy istotkach zamieszkujących drobiny kurzu unoszące się w powietrzu.
piątek, 17 lutego 2017
"Pasterska korona" Terry Pratchett
Ostatnia książka Pratchetta. Ależ to smutno brzmi. Złowrogo, beznadziejnie.
Na szczęście "Pasterska korona" nie jest ani przesadnie smutna, ani zatrważająco złowroga, ani też melancholijnie beznadziejna. No może ciut na początku, ale potem wcale nie. Odchodzi bowiem z powieści ktoś bardzo ważny. BARDZO. Och. Nie będę się nad tym rozwodzić.
Na szczęście "Pasterska korona" nie jest ani przesadnie smutna, ani zatrważająco złowroga, ani też melancholijnie beznadziejna. No może ciut na początku, ale potem wcale nie. Odchodzi bowiem z powieści ktoś bardzo ważny. BARDZO. Och. Nie będę się nad tym rozwodzić.
sobota, 24 maja 2014
"Niewidczni Akademicy" Terry Pratchett - wątłe barki Myślaka
Fanom Pratchetta nie trzeba jakoś specjalnie rekomendować jego książek. A niefanom trzeba? Pewnie! Bo Pratchetta warto czytać! Tylko niekoniecznie akurat ten tom - bo jak zaczynać przygodę ze Światem Dysku, to nie od tego tomu, tylko gdzieś od początku.
"Niewidoczni Akademicy" to trzydziesty trzeci tom serii. Pod względem pratchettopodobania się plasuje się gdzieś w dolnej strefie stanów średnich. To pewnie dlatego, że piłka nożna nie jest moją ulubioną dyscypliną sportową. A właśnie ten sport bierze autor pod lupę i rozbiera na czynniki pierwsze. Kopanie, faulowanie i dryblowanie, kibicowanie i takie tam bzdety. Przyznam się szczerze, że nigdy nie pojęłam do końca idei spalonego, to znaczy wiem, co to jest, ale nie mam tego we krwi, tylko muszę z niejakim wysiłkiem sobie to przypomnieć, lekko zwizualizować i dopiero wtedy mam to jakoś ogarnięte. Nie, stanowczo, kibic ze mnie żaden. Pewnie dlatego jakoś mnie ten temat nie poruszył do głębi.
Jest jeszcze drugi wątek - Kopciuszka zamienionego w Księżniczkę w wersji Top Model. No też jakoś nie moje klimaty. Trzeci wątek to historia straszliwego stwora, który wcale nie jest straszliwy, a i stworem jest jakoś nie bardzo. Zamotane? Jak zwykle u Pratchetta :)
Sytuację i książkę nieco ratuje Myślak Stibbons, który na wątłych barkach dźwiga sporo i najwyraźniej mu się to podoba; oraz lord Vetinari, zawsze tak samo chłodny, zabójczo precyzyjny i beznamiętny. Działa na mnie kojąco fakt, że Vetinari jest zawsze taki sam.
Tak narzekam i kręcę nosem, a czy mi się źle czytało? Gdzież tam, dobrze się czytało, Pratchett to Pratchett.
"Niewidczni Akademicy" Terry Pratchett, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński Media, 2013.
środa, 12 czerwca 2013
"Długa Ziemia" Terry Pratchett, Stephen Baxter - nie przypadło mi do gustu, więc oddam
"Ciekawa koncepcja, ale wykonanie rozłazi się w szwach. A zakończenie to furtka, lub wielkie wrota, do kolejnych tomów" - oto opinia mojego męża. Z tymi wrotami to nie bardzo się zgadzam, ale z resztą i owszem.
Co to za koncepcja? Taka, że Ziemia, na której żyjemy, to nie jedyna Ziemia na świecie. Wystarczy zrobić jeden krok w bok (mając przy sobie małe urządzonko) i można się znaleźć na zupełnie innej Ziemi. Jeszcze jeden krok i jeszcze inna Ziemia, jeszcze jeden... i tak można wciąż i wciąż. Ile jest tych Ziem? Dużo. Ile dokładnie, chce dowiedzieć się jeden osobnik, taki cyfral, znaczy się cyfrowa osobowość. Taki z niego ciekawski niuniek. Lobsang (tak się nazywa niuniek) bierze sobie do pomocy kogoś w rodzaju pilota - przewodnika, Joshuę. Pilot wcale nie potrzebuje urządzonka, żeby hopsać z jednej Ziemi na drugą. Taki jest i już (bo ma przeszłość).
Skaczą tak sobie i skaczą, odkrywają nie tylko nowe Ziemie o numerach coraz wyższych, ale i nowe gatunki istot inteligentnych, w końcu napotykają coś w rodzaju solarisowskiego oceanu, co ich trochę stopuje.
"Ta świadomość, którą spotkaliśmy, jest tylko... nasieniem. Emisariuszem zintegrowanej biosfery, z któej pochodzi. Absorpcja wszystkich miejscowych form życia, nawet rozwiniętych ssaków, takich jak trolle, to tylko etap pośredni. Jej celem jest... musi być... transformacja biosfer kolejnych Ziemi w kopie jej własnej. Zniewolenie ich w całości. Poświęcenie wszystkich zasobów jednemu celowi, to znaczy jej świadomości. [...] Na każdej Ziemi, do której dotrze, niesie ostateczny koniec indywidualności. [...] Jest niszczycielem światów". *
Tymczasem na Ziemi podstawowej trwa exodus, ludzie wybywają na inne Ziemie, gdzie jest luźniej, ciszej i nie ma złego szefa.
I co dalej? Ano, dalej coś się niby dzieje, ale to coś kompletnie nie jest interesujące, to znaczy jest, jak się to czyta, ale żeby tam tkwiła jakaś głęboka myśl, to nie. Nie zostało nic do przemyśleń, nic do zapamiętania. Ot, przeczytać, bawić się dobrze i zapomnieć.
Jeśli więc ktoś chce się dobrze bawić, to proszę o poinformowanie mnie o tym w komentarzu, czas ma na to do niedzieli 16 czerwca, do końca niedzieli. Dodatkowo proszę o poinformowanie mnie, czy to nazwisko Pratchetta tak przyciąga, bo w końcu kto zna Baxtera? W poniedziałek wybiorę sposobem dowolnym (losowanie, rzut strzałką czy inne takie) szczęśliwca, do którego książka powędruje PP lub Inpostem. Od razu też informuję, że do książki nie dorzucam żadnych czasoumilaczy, herbatek, kisielków i innych pierdółek. Wiem, inni tak robią, cześć im za to i chwała, ale mnie się normalnie nie chce szukać po sklepach słodkości, jak kupuję herbatę, to całe opakowanie, jak kisiel, to duży, na 3/4 litra (mam rodzinę). Czemu o tym piszę? A, kiedyś jeden wylosowany u mnie szczęśliwiec przy podawaniu adresu do wysyłki upomniał się mile o takie czasoumilacze, łaziłam potem po sklepie i szukałam czegoś, co się nie połamie w transporcie i nie niczego nie ubrudzi. Dzięki, już nie chcę, choć to fajne itepe, ale ja wysyłam książkę. Do czytania.
---
* "Długa Ziemia" Terry Pratchett, Stephen Baxter, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 326-327.
czwartek, 8 grudnia 2011
"W północ się odzieję" Terry Pratchett - refleksyjnie
Ach, wiem, toczyły się dyskusje na temat tłumaczenia, zmiany nazw własnych i tak dalej. Ta książka jest bowiem trzecią częścią o młodziutkiej czarownicy, a poprzednie dwie tłumaczyła Dorota Malinowska-Grupińska. Nie zamierzam się jednak nad tym rozwodzić, bo co by nie mówić, to PWC jest znakomitym tłumaczem i basta.
Tiffany jest czarownicą w Kredzie. Nastoletnią, więc mało doświadczoną, ale traktującą swoje zajęcie wyjątkowo poważnie. No i mającą po swojej stronie Nac Mac Feeglów, co jej się bardzo przydaje, gdy zaczyna się robić groźnie.
A zaczyna, bo przecież na tym polegają wszystkie prawie fabuły w książkach Pratchetta. Coś jest nie tak jak powinno i trzeba coś zrobić, żeby ten stan zlikwidować i żeby wszystko było tak jak powinno być.
Tym razem niebezpieczeństwem jest bliżej nieokreślony "zły", który nienawidzi czarownic, a Tiffany jest na celowniku przez jedną zazdrosną bladolicą pannicę. Zadanie młoda czarownica ma dość trudne, bo jak skrewi, to... no właśnie, ją też skrewią. Taka świadomość może nieco odebrać pewność siebie, prawda? Ale Tiffany jest twarda. I dobra w swoim fachu. I po prostu dobra.
Co mnie uderzyło podczas czytania książki? Smutek. Pratchett jest znany z humoru i ja mu tego humoru absolutnie nie odmawiam, ale tu to raczej ironia, troszkę kpina. Brak mi było dobrodusznego, zdrowego śmiechu. Za to wyłapałam kilka zdań, które zdają się być w jakiś sposób odzwierciedleniem poglądów czy nastroju autora.
Po pierwsze, bardzo osobisty stosunek do książek, no, to akurat nie powinno dziwić u pisarza:
"Jest kilku strażników i kilku innych więźniów, a powietrze wypełnia dym, ponieważ obok płonie stos książek, więc ludziom łzawią oczy". [1]
Znamienne, że palenie książek zawsze wydaje nam się czymś złym. Oto odrzucamy cywilizację, oświecenie i rozwój i cofamy się do barbarzyńskich czasów.
Po drugie, oto bardzo ciekawe zdanie dla tych, którzy mają problemy z asertywnością.
"- Tego właśnie nauczyłam się na uniwersytecie: być sobą, taką, jaka jestem. I się tym nie martwić. Ta wiedza sama w sobie jest jak niewidzialna magiczna laska". [2]
Tłuką nam w różnych poradnikach, że trzeba polubić i zaakceptować siebie. Pratchett mówi nam mniej więcej to samo, tylko zaczyna lżej. "Nie martw się sobą" - uśmiecha się dobrodusznie. "Nie zamartwiaj się, jesteś, jaki/jaka jesteś i już, to jest fajne". Kiwam głową z uznaniem. Brawo, panie Pratchett, za takie smaczki pana lubię.
Po trzecie, fantastyczne zdanie:
"Jesteśmy dumni, jeśli tworzymy z naszego życia dobrą opowieść". [3]
Interpretacja słów "dobra opowieść" należy do nas samych. Dla jednego "dobra" to uczciwa, solidna, niewzruszona, dla drugiego - wybitna, błyskotliwa, dla trzeciego - jeszcze inne przymiotniki. Wybór jest ogromny! Ważne, żeby samemu sobie wybrać interpretację - wtedy nasza własna opowieść będzie na pewno dobra.
Za książkę bardzo serdecznie dziękuję Eruanie :)
---
[1] "W północ się odzieję" Terry Pratchett, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 138
[2] Tamże, s. 145
[3] Tamże, s. 268
niedziela, 19 września 2010
"Świat finansjery" Terry Pratchett
Pratchett jaki jest, każdy widzi. Jak nie widzi, to znaczy, że nie wie, bo nie czytał i nie czyta. Jak widzi, to wie, bo czytał. Terniętych jest wielu, a ja między nimi. I choć Pratchett jest jak tort z marcepanem i czekoladowymi ziarnkami kawy: za dwudziestym razem jest wciąż taki sam tort, tak samo dobry, to jednak jakby te ziarenka coraz bardziej gorzkie, a może to ta czekolada? Nieważne, tort marcepanowy jest tortem marcepanowym i można to tylko zjeść ze smakiem i już.
Bo jak tu nie skonsumować takich smakowitych kawałków jak takie w sprawie odczytywania adresów nieodczytywalnych:
"- Wydaje mi się, że kluczowe jest wejście w umysł piszącego - mówił dalej Vetinari. Spojrzał na kopertę pokrytą odciskami brudnych palców i czymś, co wyglądało jak resztki czyjegoś śniadania. - W niektórych przypadkach, jak podejrzewam, jest tam sporo miejsca." [1]
Czy też takich w sprawach ściśle egzystencjalnych:
"- Jeftem Igorem, fir. My nie ftawiamy pytań.
- Naprawdę? A czemu nie?
- Nie wiem, fir. Nie pytałem." [2]
Czy po prostu kawałków o dzikich żółwiach:
"Jeden z moich poprzedników skazywał ludzi na rozerwanie przez dzikie żółwie. Nie była to szybka śmierć. Uważał, że to świetny żart." [3]
Ha, ha. Ale Vetinari tak nie uważa, chwałaż Bogu. Ten gość ma wyczucie, taki pratchettowy Petroniusz, wie, na jakiego konia postawić. I ponieważ w pocztowym biznesie jako koń sprawdził się Moist von Lipwig, można go skierować na inne odcinki wymagające natychmiastowej interwencji. Czyli do banku. Sprawdzi się, a jakże. Niekoniecznie tak, jak chciał Vetinari, ale w ostatecznym rachunku liczy się to, że nikt (ważny) nie ginie, wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi. Alleluja i do przodu.
Ocena: 4/6.
---
[1] "Świat finansjery" Terry Pratchett, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 71
[2] Tamże, s. 166
[3] Tamże, s. 334
Bo jak tu nie skonsumować takich smakowitych kawałków jak takie w sprawie odczytywania adresów nieodczytywalnych:
"- Wydaje mi się, że kluczowe jest wejście w umysł piszącego - mówił dalej Vetinari. Spojrzał na kopertę pokrytą odciskami brudnych palców i czymś, co wyglądało jak resztki czyjegoś śniadania. - W niektórych przypadkach, jak podejrzewam, jest tam sporo miejsca." [1]
Czy też takich w sprawach ściśle egzystencjalnych:
"- Jeftem Igorem, fir. My nie ftawiamy pytań.
- Naprawdę? A czemu nie?
- Nie wiem, fir. Nie pytałem." [2]
Czy po prostu kawałków o dzikich żółwiach:
"Jeden z moich poprzedników skazywał ludzi na rozerwanie przez dzikie żółwie. Nie była to szybka śmierć. Uważał, że to świetny żart." [3]
Ha, ha. Ale Vetinari tak nie uważa, chwałaż Bogu. Ten gość ma wyczucie, taki pratchettowy Petroniusz, wie, na jakiego konia postawić. I ponieważ w pocztowym biznesie jako koń sprawdził się Moist von Lipwig, można go skierować na inne odcinki wymagające natychmiastowej interwencji. Czyli do banku. Sprawdzi się, a jakże. Niekoniecznie tak, jak chciał Vetinari, ale w ostatecznym rachunku liczy się to, że nikt (ważny) nie ginie, wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi. Alleluja i do przodu.
Ocena: 4/6.
---
[1] "Świat finansjery" Terry Pratchett, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 71
[2] Tamże, s. 166
[3] Tamże, s. 334
wtorek, 23 marca 2010
"Opowieści o Johnnym Maxwellu" Terry Pratchett
Terry'ego Pratchetta raczej przedstawiać nie trzeba, bo jego Świat Dysku jest dość znany i popularny. Przedmiotowe "Opowieści" nie są z tego nurtu, przeznaczone są dla młodszych czytelników, co wcale nie znaczy, że starszemu czytelnikowi się nie spodoba, bo na przykład mnie spodobało się i polecam.
Tom dzieli się na trzy książki, każda ma wspólnych bohaterów, tylko przygoda w każdym jest inna.
Pierwsza część to "Tylko ty możesz uratować ludzkość". Ludzkość w tym przypadku to nie ludzkość taka, jaką znamy, tylko populacja stworków znanych z gier komputerowych, tych, co to najeżdżają na Ziemię i trzeba je wytłuc do ostatniego zielonego ogona, żeby ocalić Ziemię. Nic dziwnego, że mają tego dość i chcą do domu. Jedynym, który słyszy ich wołanie o pomoc, jest Johnny. No jak zwykły chłopak ma uratować całe rzesze "obcych", kiedy nikt mu nie wierzy, a nowi gracze wciąż kupują/pożyczają/piracą grę i walą w biedne stworki bez opamiętania. No bo jak wierzyć w takie dziwactwo w ogóle? Otóż to. Jak się nie uwierzy, to nie ma ratunku, nie ma też frajdy z czytania. Albo skaczemy na głęboką wodę i dajemy się porwać, albo nie. Ale jak nie, to nie bierzmy się za tę książkę.
Tak samo jest z drugą częścią: "Johnny i zmarli". Tym razem o pomoc do głównego bohatera zwracają się zmarli z miejskiego cmentarza. Korporacja chce im bowiem wyszarpać spod nóg (czy tam tułowi) miejsce wiecznego spoczynku, budując na cmentarzu biurowiec. I znów Johnny musi dać sobie radę z tym problemem - bo tylko on widzi i słyszy zmarłych. Na szczęście ma paczkę przyjaciół, którzy mu pomagają.
Trzecia część, "Johnny i bomba", podobała mi się najbardziej. To przez nieoczekiwane podobieństwo do książki Connie Willis "Nie licząc psa", czyli o podróżach w czasie. Tu Pratchett rozwija skrzydła wyobraźni, kręci i lawiruje ze światami równoległymi, skacze to tu, to tam, albo też tu, tylko pięć minut wcześniej. Dzieje się, oj dzieje.
W całym tym cyklu dostrzegam też jakieś podobieństwo do "Wielkiej, większej i największej" Broszkiewicza czy "Ci z Dziesiątego Tysiąca", dzieci mają przygody, dzieci myślą niekiedy rozumniej i doroślej niż dorośli, więcej dostrzegą, bardziej się przejmą tym, co się wokół nich dzieje. A my, dorośli, z wiekiem tracimy tę cechę.
Ocena odpowiednio: 4,5/6; 4,5/6; 5/6.
Tom dzieli się na trzy książki, każda ma wspólnych bohaterów, tylko przygoda w każdym jest inna.
Pierwsza część to "Tylko ty możesz uratować ludzkość". Ludzkość w tym przypadku to nie ludzkość taka, jaką znamy, tylko populacja stworków znanych z gier komputerowych, tych, co to najeżdżają na Ziemię i trzeba je wytłuc do ostatniego zielonego ogona, żeby ocalić Ziemię. Nic dziwnego, że mają tego dość i chcą do domu. Jedynym, który słyszy ich wołanie o pomoc, jest Johnny. No jak zwykły chłopak ma uratować całe rzesze "obcych", kiedy nikt mu nie wierzy, a nowi gracze wciąż kupują/pożyczają/piracą grę i walą w biedne stworki bez opamiętania. No bo jak wierzyć w takie dziwactwo w ogóle? Otóż to. Jak się nie uwierzy, to nie ma ratunku, nie ma też frajdy z czytania. Albo skaczemy na głęboką wodę i dajemy się porwać, albo nie. Ale jak nie, to nie bierzmy się za tę książkę.
Tak samo jest z drugą częścią: "Johnny i zmarli". Tym razem o pomoc do głównego bohatera zwracają się zmarli z miejskiego cmentarza. Korporacja chce im bowiem wyszarpać spod nóg (czy tam tułowi) miejsce wiecznego spoczynku, budując na cmentarzu biurowiec. I znów Johnny musi dać sobie radę z tym problemem - bo tylko on widzi i słyszy zmarłych. Na szczęście ma paczkę przyjaciół, którzy mu pomagają.
Trzecia część, "Johnny i bomba", podobała mi się najbardziej. To przez nieoczekiwane podobieństwo do książki Connie Willis "Nie licząc psa", czyli o podróżach w czasie. Tu Pratchett rozwija skrzydła wyobraźni, kręci i lawiruje ze światami równoległymi, skacze to tu, to tam, albo też tu, tylko pięć minut wcześniej. Dzieje się, oj dzieje.
W całym tym cyklu dostrzegam też jakieś podobieństwo do "Wielkiej, większej i największej" Broszkiewicza czy "Ci z Dziesiątego Tysiąca", dzieci mają przygody, dzieci myślą niekiedy rozumniej i doroślej niż dorośli, więcej dostrzegą, bardziej się przejmą tym, co się wokół nich dzieje. A my, dorośli, z wiekiem tracimy tę cechę.
Ocena odpowiednio: 4,5/6; 4,5/6; 5/6.
niedziela, 3 stycznia 2010
"Eryk" Terry Pratchett
Przeczytałam Eryka rachu ciachu, czyli raz dwa. Wydanie wielkoformatowe, z rysunkami Josha Kirby'ego. Rysunki piękne, a wydanie książki spartolone jak rzadko - każda strona osobno (właściciel poinformował, że rozpadła się w pierwszym czytaniu). I co? I wiem już, że spełnienie życzeń czasem może być nie całkiem tym, co tygryski lubią najbardziej. Nastoletni Eryk zażyczył sobie takich stereotypowych rzeczy: władzy, długiego życia, pięknych kobiet - i co mu z tego przyszło? Hehe, chciałoby się przeczytać, że figę, że dostał nauczkę i tak dalej. A wcale że nie - bo Eryk razem z magiem Rincewindem (omyłkowo wziętym za demona) mają fantastyczne przygody, wędrują w czasie i przestrzeni, Bagaż też tam jest i jest zajefajnie.
Tylko co z tego, jak po dwudziestej którejś książce Pratchetta nic nas już nie zaskakuje, dowcipy są znane, Rincewind wciąż taki sam, magowie również... Przesyt? A przecież ostatniego Pratchetta czytałam dość dawno temu i była to niedyskowa "Nacja". Może nastrój jakiś nie taki? Sama nie wiem...
Na półce wciąż czeka "Johnny Maxwell", na wszelki wypadek sporo odczekam, zanim sięgnę.
Tylko co z tego, jak po dwudziestej którejś książce Pratchetta nic nas już nie zaskakuje, dowcipy są znane, Rincewind wciąż taki sam, magowie również... Przesyt? A przecież ostatniego Pratchetta czytałam dość dawno temu i była to niedyskowa "Nacja". Może nastrój jakiś nie taki? Sama nie wiem...
Na półce wciąż czeka "Johnny Maxwell", na wszelki wypadek sporo odczekam, zanim sięgnę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







