Od razu się przyznam, że liczyłam na obraz bitwy pod Azincourt oczami Francuzów, czyli dworu króla Ludwika -no co poradzić, tak mi ta bitwa utkwiła w pamięci. Nie nie nie. Zorientowałam się szybko, że to zupełnie inna bajka. Hickson napisała powieść, w której nakreśliła losy Katarzyny de Valois od urodzenia aż do... hm, o tym potem. Autorka długie lata pracowała w telewizji BBC i zdaje mi się, że odbicie tego widać w książce, bo umie przedstawić historię w sposób przystępny, ciekawy i rzetelny.
Narratorem jest Mette, mamka, niańka, a także bliska przyjaciółka Katarzyny. Żadna tam arystokratka, gdzieżby, to córka piekarza. I chwała Bogu, bo nie jest zmanierowana (a cały dwór francuski na taki niestety wygląda) i ma masę zdrowego rozsądku. Przebywanie w pobliżu rodziny królewskiej wcale jej nie zepsuło. Zresztą tak naprawdę żadna to atrakcja, praca dla monarchii. Król boi się, że się potłucze jak szklana tafla. Królowa rodzi dzieci jedno po drugim (dwanaścioro, słuszny wynik), po czym oddaje je w opiekę niańkom i dalejże królować, brylować i błyszczeć jak paw.
Katarzyna ma Mette, która opiekuje się nią najlepiej jak potrafi, nią i jej rodzeństwem. Przychodzi jednak dzień, w którym każdy idzie w swoją stronę. Dzieci królewskie nie są dziećmi, są kartami przetargowymi w polityce, są przyszłymi mężami, żonami, następcami tronu lub gwarantami międzynarodowych traktatów. Tak też było z Katarzyną. Miała zostać żoną króla Henryka V, ale co rusz się ta koncepcja zmieniała, aż w końcu biedne dziewczę nie wiedziało, na czym stoi. Tak, wiedziałam już z historii, jak się ten wątek skończy, ale nie wiedziałam, jakie były przed tym zawirowania polityczne!
Ba, polityki w tej książce jest całe mnóstwo. Wiecie, tych monarszych spisków i knowań nie znoszę, plączą mi się, mylą i denerwują. Na szczęście Mette opowiada o całej tej pajęczej sieci intryg tak, że da się to wszystko pojąć.
Powieść kończy się nader nieoczekiwanie. Katarzyna postanawia wyjechać do Anglii i... i no właśnie, koniec! Obruszyłam się, no jak to, a co dalej, jak tak można, urywać książkę w połowie! Skandal! Rzuciłam się do internetu, na stronę wydawnictwa i tam doczytałam (uff), że będzie kolejna część (uff uff) w listopadzie tego roku (dopiero?! grrr!). Nie mam wyjścia, poczekam.
Porównałam sobie "Oblubienicę z Azincourt" z dziełami wymienionymi we wstępie (nic dziwnego, niezły ciąg literacko-filmowy mi się utworzył) i mam kilka spostrzeżeń.
Po pierwsze - trochę nieładnie ze strony Szekspira, że z Katarzyny zrobił pensjonarsko rozchichotaną dzierlatkę, wydaje mi się, że jako przyszła królowa była naprawdę wykształconą i rozumną niewiastą.
Po drugie po raz kolejny stwierdzam, że Cornwell jest mistrzem akcji, krwi, potu i łez, w przypadku Azincourt także błota. Nikt, a na pewno nie Joanna Hickson mu w tym nie dorówna (inna rzecz, że pani Hickson w ogóle nie ma takiego zamiaru).
Po trzecie szukałam w "Oblubienicy..." śladów bitwy. Niewiele znalazłam. Na stronie 148 początek wyprawy Henryka do Anglii, na stronie 161 lamenty delfina Ludwika, a na stronie 173 relację herolda. Ale są łucznicy!
No to teraz czekam do listopada, na drugą część.
"Oblubienica z Azincourt" Joanna Hickson, tłumaczenie Maria Zawadzka, Wydawnictwo Literackie, 2014.
