wtorek, 29 września 2009

"Rozmyślania nad tlenem" Marek Oramus


Podtytuł (wybór felietonów z cyklu "Piąte piwo") jasno określa, że to są felietony, nie określa jednak, o czym. To gratka dla lubiących s-f, jest to bowiem zbiór felietonów o książkach s-f. Znakomite.
Dam kawałek z przedmowy autora:
Są to listy o książkach do nieznanego przyjaciela, informujące go o wyczytanych w nich ciekawostkach, o wrażeniach, jakich się doznaje pod wpływem dobrze opowiedzianych i niegłupich historii, a także refleksje, jakie się nasuwają człowiekowi żyjącemu na tym padole już prawie pół wieku.
Całość czyta się fantastycznie. Oramus opowiada o 55 książkach (w tym tomie, felietonów jest więcej, ale nie mam do nich dostępu, na razie przynajmniej), nie wszystkie mu się podobają, ale wszystkie potrafi przedstawić ciekawie. Gratuluję mu tak wnikliwego oka, ja podczas czytania nie zawsze chwytam wszystko, co powinnam, a przynajmniej, co wyobrażam sobie, że powinnam. Skąd taki autokrytyczny osąd? Ano, jest tam kilka pozycji, które czytałam, a okazało się, że autor naświetlił mi je ze strony, której nie znałam. I bardzo dobrze. Trzeba poszerzać horyzonty.
Przyznam się, że dostawszy książkę, przejrzałam spis i zaczęłam czytanie od tych felietonów, które traktowały o dziełach już mi znanych, z ciekawości. Potem zaś zaczęłam czytać pozostałe. To był gruby błąd, ponieważ po którymś tam felietonie popadałam w coraz większe przygnębienie: na litość boską, tego nie czytałam, tego nie czytałam, tego też nie - co ze mnie za osoba! Porażka, bieda z nędzą, miałam się za osobę oczytaną, cóż za pycha. Oramus zepchnął mnie z piedestału "czytelnika", który sama sobie nieopatrznie wykułam i starannie na niego wdrapałam. I bardzo dobrze, powiem wam, bo w miarę czytania uczucie frustracji minęło, a pozostała radość: jeszcze tyle przede mną, tyle książek do odnalezienia, pięknie.
Cóż dodać więcej? Ano: polecam gorąco - tłustym drukiem, a jakże. Miłośnikom s-f na pewno się spodoba, jak to znajdziecie, sięgnijcie.
I jeszcze na koniec cytat z książki, baaardzo mi podpasował, hehe:
Człowiek, który zyje odpowiednio długo, wyobraża sobie, że inni wiedzą to samo co on, tyle samo przeczytali oraz przeżyli, wobec czego nie powinno być trudności z porozumieniem. Jakaś inercja psychiki każe stosować w życiu codziennym ten całkowicie fałszywy model i jeszcze dziwić się, gdy zawodzi. Lepsze już podejście całkowicie odmienne: mało kto wie cokolwiek, ludzie mają mózgownice zapchane gazetowo-telewizyjną juchą, nikt nic nie czyta (jeśli czyta, nie rozumie, jeśli zaś czyta i rozumie, zaraz zapomina, chłe, chłe - skądże to przywołanie, robaczki?), nikt nic nie przemyślał, nie przeżył ani nie przecierpiał. Oczywiście ta druga krańcowość jest jest równie fałszywa jak pierwsza, ale ma przynajmniej tę zaletę, że stosowana w życiu oszczędza rozczarowań. Szczególnie młodzi ludzie najchętniej poruszają się dziś w rejonach nie wymagających wysiłku umysłowego ani pracy pamięci, a kontakt z nimi wspomnianego na początku osobnika (mnie na przykład) bliski jest zera.
Taaa... powyższe z felietonu o "Pikniku na skraju drogi" Strugackich, dziwić się, że rzuciłam się na to jako pierwsze do czytania i walnęło jak obuchem?

poniedziałek, 28 września 2009

Paczka z Empiku dotarła dziś, hura!

I wzbogaciłam się o: - "Coś się ślini pod łóżkiem" Wattersona - "Jukon czeka" jw - "Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" Brzezińskiej (pomna słów Burzyna) - "Historia brudu" Ashenburg - "Spowiedź brata Haluina" Petersa (z Kronik brata Cadfaela, pamiętacie film?) - "Po śniadaniu" Rylskiego

niedziela, 27 września 2009

"Park Marzeń" L. Niven, S. Barnes


Nota wydawcy:
Park Marzeń to Disneyland przyszłości. Jego główną atrakcją są wymyślne gry fantasy, dziejące się "na serio" z udziałem żywych aktorów. O przebiegu Gry decyduje jej Mistrz. Jeżeli logika Gry tego wymaga, Mistrz może nawet zabić każdego z Graczy. Park zapewnia plenery, kostiumy, rekwizyty, reszta należy do wyobraźni Graczy. Właśnie zbierają się, by zacząć nową Grę - "Skarby Mórz Południowych", opartą na mitologii melanezyjskiej.
Wzięłam sobie to i poczytałam. Cóż. Nie jest to książka wysokich lotów, o nie. Raczej sprawnie napisane czytadełko (nie wiem, czy teraz nie obrażam miłośników tworczości tych panów, z góry przepraszam, jakby co), które pozwala na miłe oderwanie się od rzeczywistości. Taka wycieczka do wesołego miasteczka. Tyle że przez to umieszczenie akcji w „grze” jakoś czytelnik cały czas pozostaje na uboczu i nie jest do końca przekonany do akcji książki. Skoro i tak to tylko gra. A może ja po prostu zbyt mało wiem o mitologii melanezyjskiej (to, że wiem, co to jest kult ‘Cargo’, to za mało), i czytałam o coraz to innych jej aspektach (nie wiedząc, że to są jej aspekty, przypominam, dla mnie to tylko gra) z coraz większym niedowierzaniem: ale powymyślali ci autorzy. Dramaturgii również ciut maławo. Hm, jak tak się zastanawiam, to podobało mi się tylko jedno – motyw wprowadzenia do gry kogoś z zewnątrz, nie gracza, przygotowanego mało albo wcale. Gracza – detektywa, tak dodam dla ścisłości. Wynika z tego więc, że ujęły mnie kryminalne klimaty, inne zaś, futurystyczno-magiczne – ledwo ledwo. No cóż, polecać, nie polecać... sama nie wiem. Jak chcecie, to czytajcie.

piątek, 25 września 2009

"Jeśli zimową nocą podróżny" Italo Calvino - cytaty


- To co w takim razie czytasz? - Nic. Tak dobrze wyćwiczyłem się w nieczytaniu, że nie czytam nawet tego, co nasunie mi się przed oczy przypadkiem. Nie jest to łatwe: uczą nas czytać, kiedy jesteśmy dziećmi, i potem do końca życia pozostajemy niewolnikami całej tej pisaniny, którą nas zarzucają. Może na początku kosztowało mnie to trochę wysiłku, zanim nauczyłem się nie czytać, ale teraz przychodzi mi to w sposób zupełnie naturalny. Sekret polega na tym, aby nie odwracać wzroku od napisanych słów, przeciwnie, należy patrzeć na nie tak długo, aż znikną. (1) 


 Na ścianie naprzeciw mojego biurka wisi plakat, który mi podarowano. Piesek Snoopy siedzi przed maszyną do pisania, a w dymku czytamy zdanie: "Była ciemna i burzliwa noc..." Za każdym razem, gdy tu siadam i czytam: "Była ciemna i burzliwa noc", bezosobowość tego incipitu zdaje się przede mną otwierać przejście z jednego świata do drugiego, z czasu i przestrzeni tu i teraz w czas i przestrzeń napisanej strony. Urzeka mnie początek, który stwarza niewyczerpane, wielorakie możliwości dalszego poprowadzenia akcji, przekonuję się, że nie ma nic lepszego nad konwencjonalne rozpoczęcie utworu, nic lepszego od wstępu, po którym można spodziewać się wszystkiego i niczego. (2)

Jeśli zimową nocą podróżny [Italo Calvino]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
(1) "Jeśli zimową nocą podróżny" Italo Calvino, Państwowy Instytut Wydawniczy 1989, Warszawa, s. 51
(2) Tamże, s. 176

czwartek, 24 września 2009

"Kłamstwa Locke'a Lamory" Scott Lynch

Tytuł mówi nam sporo o książce. Zdradza imię i nazwisko głównego bohatera, a do tego informuje, że Locky kłamie. Tak, kłamie jak najęty, od małego. Jest bowiem złodziejem, łotrzykiem i oszustem, wyszkolonym w tym właśnie fachu przez najlepszych nauczycieli. Należy do Niecnych Dżentelmenów. Cóż za piękna nazwa, prawda? Przywodzi na myśl Arsen Lupina, Rafflesa (kto czytał, ten wie), Woodehouse'a, Sherlocka Holmesa i paru innych dżentlmenów. A do tego jest Janosikiem, bo naciąga i okrada jedynie bogatych.

Lamora jest sympatycznym facetem, choć oszukuje, bo nie oszukuje nas, czytelników. Ma poczucie humoru, jest lojalny wobec przyjaciół - polubiłam go. Polubiłam też jego paczkę, misiowanego z wyglądu, ale śmiertelnie niebezpiecznego Jeana, bliźniaków Calo i Galdo oraz Pędraka, najmłodszego z Niecnych Dżentelmenów, nadrabiającego swój młody wiek ogromnym zaangażowaniem.

Historię Locke'a można opisać krótko "zabili go i uciekł". I tak kilkanaście razy. Jestem pełna podziwu dla autora, że w jednym tomie zawarł tak wiele przygód, perypetii, splotów akcji, walk, podchodów, podstępów, ucieczek i intryg. Coś fantastycznego. Śledzimy dzieje Lamory od dzieciństwa, kiedy to jako osierocone kilkuletnie chłopię trafia pod skrzydła Złodziejmistrza, aby dla niego zarabiać. Jako złodziej, oczywiście - i zarabia, tyle że aż nazbyt skutecznie, bo Złodziejmistrz szybko się go pozbywa, odkrywszy olbrzymi spryt chłopaka,zagrażający jego pozycji. Nie dało się przy czytaniu tego fragmentu nie odkryć podobieństwa do "Oliwera Twista", ale to tylko tak na marginesie. Locke wędruje więc do innego mistrza, też złodzieja, ale jakże innego... Kapłan (fałszywy kapłan) Łańcuch szczególną uwagę przywiązuje do starannego przygotowania się do fachu. Chłopcy (Locke i wspomniani wyżej bliźniacy) uczą się więc. Wszystkiego. Języków, arytmetyki, zachowania przy stole, gotowania, sztuk walki. Co ciekawe, obserwujemy te przygotowania wplecione w akcję książki, bo tak naprawdę główny wątek zaczyna się, gdy Lamora ma już lat dwadzieścia parę i znakomicie radzi sobie jako oszust. Przy czym te wplecenia nie są zwykłą retrospekcją, tylko są tak sprytnie wkomponowane, że dostarczają wyjaśnień dla tego i owego splotu wydarzeń. Bardzo, jak dla mnie, przekonywujący literacki zabieg.

Teraz mogłabym przejść do opisywania, co się w powieści dzieje, a dzieje się dużo. Locke przygotowywuje wielki skok, ale w paradę wchodzi mu Szary Król, tajemnicza persona, roszcząca sobie pretensje do tronu króla podziemnego światka w Camorrze, który to jest obecnie w posiadaniu capy Barsaviego. Niecnym Dżentelmenom depczą po piętach Nocni, tajna straż księcia rządzącego Camorrą, okazuje się, że w grze jest też straszliwy więzimag, okrutny i bezwzględny, Szary Król się ujawnia, Lamora popada w tarapaty, kilkukrotnie prawie ginie, cudem... dobra, stop. Zapewniam, że dzieje się naprawdę dużo.

I tu muszę podkreślić dwa, moim zdaniem, bardzo mocne strony tej powieści (trzecia też będzie, ale potem). Pierwsza to te wspomniane już wyżej retrospekcje: pozwalają na nabranie oddechu podczas czytania. Druga: mimo akcji pędzącej do przodu z szybkością przyświetlną, ani na chwilę nie tracimy wątku, nie gubimy się w zawiłościach wydarzeń - wielki plus!

Na uwagę zasługuje też świat przedstawiony w powieści. Mieszkańcy tego świata trochę przypominają społeczeństwo miasta Ankh-Morpork, to społeczeństwo o ściśle określonej hierarchii: arystokraci, mieszczaństwo, biedota; światek podziemny z jego gildiami przestępczymi; kapłani wielu bogów; tajna policja, magowie. Miasto Camorra leży na wielu wyspach połączonych mostami, ilość zaułków i zakamarków przekracza wszelkie pojęcie, różne wyspy zamieszkują różne kasty, a w centrum, gdzie mieszka arystokracja, uwagę zwracają przewysokie, oszałamiające wieże ze staroszkła, górujące nad całym miastem. Staroszkło - to pozostałość po starożytnych mieszkańcach Camorry, Eldrenach, tajemniczej rasie, która wyginęła dawno temu, pozostawiajac po sobie tylko budowle, przezroczyste, wytrzymałe i niezwykle piękne. Z wieżami kontrastują kanały pomiędzy poszczególnymi częściami miasta, czarne, zatęchłe, z krwiożerczymi pająkami - mutantami. Same smaczki!
Trzecia (albo któraś tam z kolei) mocna strona powieści to humor:
  - Już doszedłem do siebie i dobrze się czuję, mistrzu Ibeliusie. Nie, nie wstawaj, nie ma potrzeby. Mój puls jest dokładnie w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłem: w moim nadgarstku.
  - Jestem uosobieniem roztropności.
- Ha! Skoro tak, drogi panie, to mam szczerą nadzieję, że nigdy nie spotkam uosobienia nierozwagi.
- Nie dręcz go, Ibeliusie - jęknął Jean. - Nie wypada tak uprzykrzać mu życia, nie wyszedłszy najpierw za niego za mąż.
- Medykusi bywają pożyteczni - powiedział Locke, obciągając mankiety surduta. - Wydaje mi się jednak, że powinniśmy za dopłatą zamówić sobie wersję niemą.
- Będziecie wtedy mogli sami opatrywać swoje rany, drogi panie, a także samodzielnie przykładać sobie kompresy. Ośmielę się jedna zauważyć, że w wypadku waszej dwójki szybciej i prościej będzie wykopać dwa groby i spocząwszy w nich, oczekiwać nieuniknionego przejścia w spokojniejszy stan istnienia.
 I tym optymistycznym akcentem kończę i zachęcam. To debiut Lyncha, życzę mu długiego życia i mnóstwa powieści!

środa, 23 września 2009

"Wodnikowe wzgórze" Richard Adams


Kawał porządnej opowieści o spersonifikowanych (trudne słowo i wcale nie wiem, czy poprawnie je napisałam) królikach.
Taka jakby wyprawa drużyny pierścienia – jest królik Frodo z misją, królik czarodziej i drużyna królików, gdzie każdy z nich jest specem od czego innego, by mógł przydać się podczas licznych przeszkód, są oczywiście też siły zła (królik Sauron i jego żołdacy). Ale nie lękajcie się! Dzielne króliki wywiną się z każdej opresji. Grunt to działanie zespołowe. Drużyna. Cel.
No dobrze, odrobinę ironizuję, ale tylko ociupinkę, bo całość bardzo ładnie napisana, a króliki budzą sympatię. Jedyne, co mi zgrzytnęło, to jednak ząb czasu, który troszkę już napoczął powieść (takie tam niuanse, a może klimacik, a może jeszcze coś innego). A nie, nie jedyne, drugie to króliki. To znaczy instytucja dzikich królików jest raczej w Polsce nieznana, jeśli już, to zające, musiałam wytężyć wyobraźnię, by króle z klatki znane od dziecka przenieść na łąki i pola i dać im wolność. To świadczy jednak źle tylko o mnie, żem spętana okowami tradycjonalizmu, kajam się bardzo.
A „Wodnikowe wzgórze” przeczytajcie koniecznie, mało jest książek o takiej tematyce, a wśród nich ta właśnie błyszczy jak perełka.

Wodnikowe Wzgórze [Richard Adams]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 22 września 2009

"Wyprawa Kon-Tiki" Thor Heyerdahl


Z ogromnego kartonowego pudła na targu staroci w Krakowie wychyliła się i uśmiechnęła do mnie mała, pożółkła, zaczytana książeczka z jakimś bohomazem na okładce. Uśmiechnęła tak ujmująco, że nie mogłam się powstrzymać i wzięłam do ręki, a wtedy ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej i obie wiedziałyśmy, że jesteśmy sobie przeznaczone.
Mała zaczytana książeczka to "Wyprawa Kon-Tiki" Thora Heyerdahla - możecie mi teraz nawrzucać, że coś mnie ominęło, że powinnam to przeczytać dawno temu, że to kanon literatury podróżniczej... ale ja z pogodnym uśmiechem odeprę wszystkie zarzuty jednym zdaniem - bardzo dobrze się stało, że to przeczytałam właśnie teraz. Bo to śliczne.
Treść samej książki myślę, że zna wielu: wyprawa tratwą zbudowaną z drzewa balsa po to, żeby udowodnić teorię, iż Polinezję zaludnili przybysze z Ameryki Południowej.
Mnie urzekł język książki: ciepły, sympatyczny, pogodny. Autor bez nadymania się opisuje swoje przygody związane z przygotowywaniem całego wojażu i całą tą morską podróżą, gdzieniegdzie wtrącając swoje naukowe hipotezy. Ale wtrąca je tak tylko, by uzasadnić całość, skleić to w jeden spójny tekst. Głównym motywem jest podróż. Pasjonująca - od skompletowania załogi, przez budowę tratwy dokładnie wg starożytnych opisów, poprzez sam rejs. Opis życia na tratwie, żeglowania, obserwacje oceanu i jego mieszkańców - całość jest przepiękna. Aż chce się tam być!
Thor wydaje się być przesympatycznym człowiekiem, uśmiechniętym i pełnym zapału. To się czuje w książce i znacząco podnosi wartość dla mnie. Tak mi się nasunęło, że niedawno czytałam też fabularyzowaną biografię Amundsena i opis jego podróży biegunowych (popełnione przez Centkiewicza czy też Centkiewiczów) i mimo niewątpliwego bogactwa przygód - tam nie ma tego uśmiechu, tej sympatii dla czytelnika - a szkoda.
Dobra, ja tu dygresuję, a powinnam zabrać się za szukanie pozostałych książek Heyerdahla. Nawet jeśli jego teorie są już przestarzałe, to klimat jego książek na pewno się nie zestarzał, co mówi wam Agnes, ponadtrzydziestoletnia kobieta, na parę godzin przemieniona w dziesięciolatkę pochłaniającą z wypiekami na twarzy arcyciekawą książkę.

poniedziałek, 21 września 2009

"Maratończyk" William Goldman


Opis z księgarni netowej:
Tom Levy, zwany Babe, ma kilka obsesji. Chce zostać wybitnym myślicielem i najlepszym maratończykiem w dziejach. Chce także uwolnić się od prześladującego go widma wywołanej skandalem, samobójczej śmierci swojego sławnego ojca. Jednak nieoczekiwana wizyta starszego brata zapoczątkowuje ciąg wydarzeń, który wciągnie Babea w wir przemocy, zdrady i morderstwa oraz zmusi go do walki o rzecz podstawową - pozostanie przy życiu.
No opis całkiem ok, ale szczerze powiem, że na podstawie opisu nie kupiłabym tej książki. Dlatego też zapobiegliwe wydawnictwo dodało podtytuł "Pierwowzór literacki znakomitego filmu z rewelacyjną rolą Dustina Hoffmana", żeby nikt nie przeoczył, że był film, co więcej, że grał w nim świetny Dustin Hoffman. Widać rynek wydawniczy wymaga rozpychania się łokciami.
Dobrze, więc podtytuł już zwróciłby moją uwagę. Lubię tego aktora, nie ukrywam; uważam, że jest świetny i w byle popierdółce by nie zagrał. Kupiłabym. Tanie chwyty, ale skuteczne. Przy okazji - filmu nie oglądałam (choć na początku zdawało mi się, że oglądałam) i chwałaż Bogu. Mogłam z czystym sumieniem rozkoszować się lekturą, mogłam być zaskakiwana nagłymi zwrotami akcji i mogłam gryźć palce z niecpierliwości i ciekawości, co też zdarzy się za kartek parę. Tak nawiasem - nie gryzę palców, nawet nie obgryzam paznokci, ale to dodaje dramatyzmu mojemu opisowi, prawda?
Akcja, akcja, książka na tym stoi. Znakomite budowanie scen, napięcie i te inne chwyty stosowane przez pisarzy - perfekcyjne. Otworzyłam buzię ze zdziwienia, gdy (uwaga, kawałek fabuły) brat bohatera stanął w drzwiach i okazało się, że... no właśnie. Fenomenalne. Albo też ja się starzeję i zatracam zdolność przewidywania, co też autorowi mogło wpaść do głowy - to też w tym konkretnym przypadku zaliczam na plus.
No dobrze, to tyle o książce, bo i więcej nie ma co napisać, nie zdradzając fabuły. Ale dodam jeszcze jedno - to wydanie, które posiadam, aktualnie dostępne w księgarniach, ma świetną przedmowę autora. Pisaną lekko, bez nadęcia i zadęcia, trochę o książce i okolicznościch, trochę o filmie - o wszystkim razem. Bardzo dobrze się czyta, naprawdę. Polecam, jeśli ktoś nie czytał. Jeśli zaś ktoś oglądał film, to poproszę o wrażenia, ja dopiero zamierzam go wyszukać i obejrzeć. Dobrze się stało, że kolejność nie była odwrotna, ponieważ twarz Dustina pewnie by mi wisiała nad książkę, hehe.

niedziela, 20 września 2009

"Blondynka w dżungli" "Poradnik Globtrotera czyli blondynka w podróży" Beata Pawlikowska

Zachęcona soczystym fragmentem gdzieś publikowanym zakupiłam sobie dwie książki. Tym chętniej zakupiłam, że autorkę często widywałam w bardzo ciekawym programie „Podróże z żartem” i spodobała mi się. Wesoła, rozmowna, ciekawie opowiadała o swoich podróżach.

Czytanie zaczęłam od „Poradnika”, no cóż, tytuł zobowiązuje, poradnik to poradnik, poradnikiem ma być i basta – i niech nawet nikt nie myśli, że może być czymś innym niż poradnik. Jak się pakować, czym podróżować i czy dawać bakszysz czy nie – takie porady zajmują mniej więcej połowę książki. Druga połowa to lista chorób tropikalnych, jakie można załapać podróżując po świecie. Po prostu rewelacja. Po przeczytaniu o robaczku nitkowcu podskórnym (drakunculus) odechciało mi się podróży. Przy malarii zabarykadowałam się w domu, a przy żółtej febrze wyrzuciłam paszport przez okno.

 Następnie zabrałam się za „Blondynkę w dżungli”. Prześliczne wydanie (National Geographic Society łapkę na tym trzyma), przepiękne fotografie, czasem nawet osadzone w odpowiednim miejscu w tekście, a do tego zbiór luźnych wspomnień i historii z licznych podróży. Oczywiście po dżunglach przeróżnych. No nie wiem, oczekiwałam chyba czegoś innego, czegoś więcej? Ale czego? Sama nie wiem. Ach, te moje wygórowane oczekiwania... zepsuły mi lekturę. Fe, Agnes, fe.

Blondynka w dżungli [Beata Pawlikowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 19 września 2009

"Był dom... Wspomnienia" Anna Szatkowska


Raz w tygodniu dwie osoby (zawsze dwie) przychodziły o szóstej rano do kościoła Świętego Krzyża, gdzie w bocznej kaplicy Matki Boskiej Częzstochowskiej oczekiwał je ksiądz Edmund Krauze. Wręczał im puderniczkę z podwójnym dnem, specjalnie wykonanym na prośbę Mamy orzez jubilera, członka konspiracji. Kapłan wkładał kilka hostii między podwójne dno. Trzema etapami, za pośrednictwem trzech różnych osób, puderniczka docierała do "Myszki", która ją swobodnie przenosiła w torebce jako własną. Był to przedmiot używany przez większość pań. Na Pawiaku 'Myszka" dyskretnie przekazywała puderniczkę Wandzie (tej, którą gestapo zaaresztowało u nas w styczniu 1941 roku zamiast Mamy), a ta z kolei rozdawała maleńkie części hostii tym kobietom, które miały być rozstrzelane w najbliższych dniach. Często odbywało się to w toalecie. Z czasem udało się donieść komunię również do męskiego oddziału Pawiaka. Po wojnie Mama, organizatorka tej akcji, złożyła puderniczkę jako votum na Jasnej Górze i tam jest ona przechowywana i wystawiona w skarbcu. (1)

Kiedyś "Cień" zwraca się do mnie, zakłopotany, i prosi, czy mogłabym mu umyć nogi. Ręce ma nadal uwięzione w klateczkach i goją się bardzo powoli. Jego stopy nie widziały wody już od dawna; pokrywa je skorupa sklejonego brudu, kurzu i krwi. Gdy wreszcie zdobywam miednicę, wodę, mydło i jakąś szmatkę, gdy stopy "Cienia" nabierają normalnego wyglądu, jego uśmiech wdzięczności i zadowolenie z tej odrobiny komfortu są tak wzruszające, że nigdy nie zapomnę, jaką radość sprawił mi swą prośbą o coś tak prostego i oczywistego, jak umycie nóg... (2)

Do piwnicy, w pobliżu naszej kuchenki, schroniły się trzy kobiety: matka i jej dwie córki, z których jedna była w ciąży i z dnia na dzień oczekiwała narodzin. Jej mąż pracował w innej dzielnicy i nie zdołał dotrzeć do rodziny, gdy wybuchło powstanie. Jego żona bardzo się martwiła o niego i o nadchodzący poród w tak dramatycznych i ubogich warunkach. I pewnego dnia, przychodząc na barykadę, słyszymy płacz niemowlęcia: młoda matka uśmiecha się, szczęśliwa, że wszystko dobrze poszło, pomimo braku wody, światła, komfortu i niezbędnych przedmiotów codziennego użytku; a przede wszystkim pomimo braku perspektywy normalnego życia... Gdy w końcu sierpnia opuszczaliśmy definitywnie naszą pozycję, proponowałyśmy tym trzem kobietom, by przyłączyły się do nas, lecz wolały zostać na Starówce. Nie wiemy, jaki los je spotkał...
Po latach, kiedy rodziły się moje dzieci w szwajcarskich szpitalach, zawsze wspominałam tę młodą matkę ze Starego Miasta, która w TAMTYCH warunkach uśmiechała się do szczęśliwie urodzonego dzieciątka... (3)

- Ci, co mnie znają - mówiła - wiedzą, że to wierutne kłamstwo [praca Zofii Kossak jako sekretarka Bolesława Bieruta], a ci, co nie znają, niech myślą sobie, co chcą. Jest to równie niedorzeczne, jak gdyby napisali, że zabiłam własne dziecko. Na to się nie odpowiada. Ja natomiast nie posiadałam się z oburzenia i z trudem zachowywałam uprzejmy spokój wobec przygodnych emigrantów. Mamy postawa, pełna godności i wzniesienia się ponad polityczne "błoto", bez rzucania na kogokolwiek obrażonych inwektyw, była dla mnie wielką lekcją i przykładem. (4)
---
(1) "Był dom... Wspomnienia" Anna Szatkowska, Wydawnictwo Literackie, 2008, s. 119-120
(2) Tamże, s. 186
(3) Tamże, s. 191-192
(4) Tamże, s. 332