niedziela, 27 września 2009

"Park Marzeń" L. Niven, S. Barnes


Nota wydawcy:
Park Marzeń to Disneyland przyszłości. Jego główną atrakcją są wymyślne gry fantasy, dziejące się "na serio" z udziałem żywych aktorów. O przebiegu Gry decyduje jej Mistrz. Jeżeli logika Gry tego wymaga, Mistrz może nawet zabić każdego z Graczy. Park zapewnia plenery, kostiumy, rekwizyty, reszta należy do wyobraźni Graczy. Właśnie zbierają się, by zacząć nową Grę - "Skarby Mórz Południowych", opartą na mitologii melanezyjskiej.
Wzięłam sobie to i poczytałam. Cóż. Nie jest to książka wysokich lotów, o nie. Raczej sprawnie napisane czytadełko (nie wiem, czy teraz nie obrażam miłośników tworczości tych panów, z góry przepraszam, jakby co), które pozwala na miłe oderwanie się od rzeczywistości. Taka wycieczka do wesołego miasteczka. Tyle że przez to umieszczenie akcji w „grze” jakoś czytelnik cały czas pozostaje na uboczu i nie jest do końca przekonany do akcji książki. Skoro i tak to tylko gra. A może ja po prostu zbyt mało wiem o mitologii melanezyjskiej (to, że wiem, co to jest kult ‘Cargo’, to za mało), i czytałam o coraz to innych jej aspektach (nie wiedząc, że to są jej aspekty, przypominam, dla mnie to tylko gra) z coraz większym niedowierzaniem: ale powymyślali ci autorzy. Dramaturgii również ciut maławo. Hm, jak tak się zastanawiam, to podobało mi się tylko jedno – motyw wprowadzenia do gry kogoś z zewnątrz, nie gracza, przygotowanego mało albo wcale. Gracza – detektywa, tak dodam dla ścisłości. Wynika z tego więc, że ujęły mnie kryminalne klimaty, inne zaś, futurystyczno-magiczne – ledwo ledwo. No cóż, polecać, nie polecać... sama nie wiem. Jak chcecie, to czytajcie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza