poniedziałek, 14 września 2009

"Wiek żelaza" J.M. Coetzee


"Wiek żelaza" to z grubsza opowieść o umieraniu. Zajrzałam z ciekawości do recenzji na biblionetce i okazuje się, że to książka bardzo znana, uznana, genialna, odkrywcza, zjawiskowa, trudna, ważna i tak dalej i tak dalej. Mnie się nie spodobała, co przyznaję z niejakim wstydem, w świetle powyższych epitetów powinnam docenić geniusz, a nie doceniłam. Przepraszam.
Mogłabym się usprawiedliwić jakoś, że świeżo upieczona mamusia preferuję życie, a nie śmierć, wobec czego stan psychiczny książkę mi odrzucił, a nie ja sama. Ale się tak nie usprawiedliwię, albowiem uważni czytelnicy dostrzegli zapewne peany i pochwały na cześć "Śmierci pszczelarza" Gustafssona o tutaj - wynika więc z tego, że pan Coetzee po prostu mi nie podszedł.
Dlaczego? Bo to bardzo mglista i zawikłana książka. Bo opowieść starej, schorowanej kobiety często się plącze i kołuje. Bo czasem komplenie nie rozumiałam przeczytanych zdań. Bo, bo, bo... - nie zawsze umiem ładnie ubrać w słowa odczucia i wrażenia po przeczytaniu książki i chyba tak właśnie jest w tym przypadku. Może, kiedyś, za czas jakiś, dam szansę autorowi raz jeszcze, tym razem z innym tytułem. Zobaczymy.
Na zakończenie cytat ładnie opisujący Południową Afrykę: "W powszechnej opinii utrwalił się obraz równinnego kraju o dużym nasłonecznieniu, kraju bez cienia, bez przeszłości, bez głębi". *
 
--- 
* J.M. Coetzee "Wiek żelaza", tłum. Anna Mysłowska, wyd. Znak, Kraków 2004,s. 90

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza