czwartek, 30 września 2010

"Pulpecja" Małgorzata Musierowicz

"Pulpecja" jest dla tych wszystkich miłośniczek (ok, miłośników też) Jeżycjady, które nie są smukłej i strzelistej budowy. Jest też dla tych, którym coś się w życiu nie udało, coś zawaliły. A także dla tych, które uwielbiają szczęśliwe zakończenia.

Bo Pulpecja jest pulchniutką blondynką z dołeczkami w policzkach, uroczym dziewczęciem, które oblewa maturę - całkowicie ze swojej winy. Bo się zakochuje. Z wzajemnością. Toteż wszystko kończy się szczęśliwym happy endem.
Jak każda książka Musierowicz, tak i ta jest przepojona miłością. Kochają się Mila i Ignacy Borejkowie, kochają się Ida i Marek, Gabrysia kocha wszystkich, a w Pulpecji kochają się wszyscy (wrażliwi na obfite wdzięki niewieście) chłopcy. Tomek kocha się w Elce, Roma w Baltonie, Maciek w Kresce i vice versa - można by tak jeszcze długo wymieniać.
Dlatego muszę sobie zrobić przerwę przed następną jeżycjadową książką, żeby mnie nie zemdliło od tego nadmiaru słodyczy i latających wszędzie tłuściutkich amorków.

Ocena jednakowoż: 4,5/6.

wtorek, 28 września 2010

"Na tropie wampira" Mike Resnick

Cykl o Justinie Mallorym liczy sobie tylko dwie książki, ale to całkiem niezłe książki. O "Na tropach jednorożca" już pisałam, a teraz przeczytałam "Na tropach wampira". Widać, że Resnick postanowił odświeżyć postać detektywa po 22 latach (wow!), inspirowany zalewem wampirzej literatury i kinematografii. W tym tomie, w przeciwieństwie do pierwszego, Resnick szarżuje na maksa. To nie tylko parodia zmierzchowej sagi, to parodia także samego Mallory'ego, ba, nawet autora (tak, występuje w powieści pisarz)!
Książka, wzorem niektórych powieści MacLeana, dzieli się na rozdziały godzinne. Detektyw szuka wamprira, który ukąsił siostrzeńca jego wspólniczki. Tropy się plączą, gnomy przeszkadzają, nachalnie sprzedając, nocne życie kwitnie w najlepsze, detektyw prze do przodu z uporem czołgu. W międzyczasie pada trup (zresztą, bo to jeden, niektóre z nich twierdzą nawet, że padły nie raz i nie dwa), detektywowi pomaga wampir z gatunku tych niewydarzonych, do paczki przyłącza się smok pisarz, a Felina, kobieta-kot z uporem żąda sardynek i nosorożców. Miodzio, jest wszystko i jest tego dużo.

Ale nie podobały mi się niedociągnięcia. Literówki zdarzają się wszędzie i wszystkim, dobra korekta powinna je wyłapać. A przynajmniej te, które są istotne w rozwoju akcji! A tu na sto czterdziestej czwartej stronie pojawia się "goblin sprzedający spinki do kapeluszy po pięćdziesiąt centów sztuka" [1] Zanim zdążyłam się zastanowić, jak wyglądają spinki do kapeluszy, okazało się, że to szpilki! I to ważne szpilki, bo na następnych dwóch stronach akcja toczy się wokół tych szpilek, a raczej tego, co z nimi robią nabywające je babcie: "Mallory uśmiechnął się i wskazał na grupę satruszek w kwiecistych sukienkach. Dwie szły o laskach, trzecia wspierała się na balkoniku. Wszystkie nabyły szpilki" [2].

Jeśli chodzi o smoka pisarza, to ten z początku każe nam nazywać się Luskowatym Jimem, na stronach 161 dwukrotnie, raz na 163, by nagle na stronie 169 zamienić się w Łuskowatego Jima i takim pozostać już do końca powieści (korektor się obudził?).

Poza tym to ja lubię Resnicka i lubię jego poczucie humoru:

"- Pilnuję twojego tyłka - wyjaśniła. - Ale to naprawdę nudna robota. On po prostu tkwi pomiędzy plecami i udami i zupełnie nic nie robi". [3]

" - Kijaszek, gdzie ty właściwie sypiasz? - zapytał Mallory.
- W zasadzie to w łóżku - odparł McGuire.
- Wydawało mi się, że wy, wampiry, musicie jednak spać w ojczystej ziemi.
- Manhattan jest moją ojczyzną - wyjaśnił Kijaszek.
- A ziemia?
- Po prostu nie zmieniam pościeli - dodał mały wampir, lekko się czerwieniąc. - I jakoś się udaje". [4]

Nie ma co, udać to się udała autorowi ta książka, mam nadzieję, że sięgnie jeszcze do postaci detektywa z innego Manhattanu, bo warto.

Ocena: 4/6 (byłoby więcej, ale lubię dopracowane edytorsko książki, a ta taka nie była).

----
[1] Mike Resnick "Na tropie wampira", tłum. Robert J. Szmidt, Fabryka Słów, Lublin 2009, korekta: Agnieszka Pawlikowska, Magdalena Byrska, s. 144
[2] Tamże, s. 145
[3] Tamże, s. 96
[4] Tamże, s. 169

poniedziałek, 27 września 2010

"Na szkarłatnych morzach" Scott Lynch

Druga część przygód Locke'a i Jeana prawie dorównuje pierwszej. Czemu prawie? Tylko dlatego, że mnie osobiście odrobinę bardziej bawiło czytanie o tym, jak Niecni Dżentelmeni stawali się Niecnymi Dżentelmentami. W tym tomie mamy już dwójkę w pełni ukształtowanych bohaterów, wiemy, czego się po nich spodziewać. Zaraz, zaraz, wiemy? No dobrze, Locke kłamie, jak kłamał, Jean wspiera go we wszystkim, intrygi snute przez tych panów są wielopiętrowe i skomplikowane, ale mamy też mnóstwo nowości. Przede wszystkim zmienia się miejsce akcji - przenosimy się na morze, na statki pirackie (ach, autor na pewno oglądał "Piratów z Karaibów", Port Utracjuszy, mekka piratów, to wypisz wymaluj Tortuga), a żeby nie było zbyt jednostajnie, to mamy jeszcze oszustwa w kartach (a gra toczy się o wielką stawkę), zawirowania polityczne, załamanie nerwowe i wielką miłość (kolejność przypadkowa).
Podczas czytania nasunęło mi się na myśl, że trup w tej książce ściele się gęsto, może nieco zbyt gęsto, jak na mój gust, ale Lynch ładnie to przełamuje scenkami wywołującymi uśmiech na twarzy, choćby wtedy, kiedy walczy z wrogiem w kałuży rozlanego piwa:  
"Odkupiciel poślizgnął się i upadł na wznak. Locke - spokojny i zrezygnowany - zatopił mu szablę w piersi i wyrwał włócznię z nieruchomiejących rąk. - Alkohol zabija - mruknął"[1],
czy też:  
"Wyobraź sobie taką scenę: abordaż, chłopaki przeskakują nad relingiem, kordelasy w garściach, i wrzeszczą: »Koty, oddajcie nam swoje koty!«"[2].
Tytułem wyjaśnienia do drugiego cytatu: na statkach, także pirackich, konieczne są kobiety i koty, brak choćby jednego z tych dwóch elementów to pech, nieszczęście i zgroza.

A gdzieniegdzie pomiędzy tym, co wywołuje uśmiech na twarzy, a tym, co powoduje uniesienie brwi w szczerym podziwie dla sprawności w likwidowaniu kolejnych wrogów przez Niecnych Dżentelmenów, trafia się liryczna perełka:  
"Dwa księżyce właśnie wschodziły, srebrząc południowy horyzont, a gwiazdy wysypały się na bezchmurne niebo, jak kryształki cukru na czarne płótno"[3].
Nie wspominając już o tym, że naprawdę wzruszająca jest niezłomna lojalność bohaterów względem siebie, zawsze i w każdej sytuacji.

Jak to mówią, dla każdego coś miłego. Jeśli czytaliście "Kłamstwa Locke'a Lamory" i podobało wam się, to i "Na szkarłatnych morzach" spodoba się również.

Ocena: 6/6.



---
[1] Scott Lynch, "Na szkarłatnych morzach", tłum. Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła, wyd. Mag, 2008, s. 392.
[2] Tamże, s. 334.
[3] Tamże, s. 283.
Na szkarłatnych morzach [Scott Lynch]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 26 września 2010

"Noelka" Małgorzata Musierowicz

W ramach nadrobienia zaległości u pani M. M. zabrałam się za następną książkę po "Brulionie Bebe B", czyli za "Noelkę".
Elżbieta, Elka, Noelka, No-Elka, Nie-Elka, Elka Nie. Bo Elka jest na nie, jest rozpieszczona, niechętna, trochę roszczeniowa. A w Wigilę przebiera się za Efla i towarzyszy Mikołajowi (niejaki Tomcio, do usług) w tournee po domach, gdzie potrzebują Mikołaja z Elfem do wręczania prezentów, oczywiście za opłatą. Naburmuszona Elka robi swoje, uśmiechnięty Tomcio również, a przed ich oczami, jak w kalejdoskopie, przesuwają się wigilijne domy. Domy, mieszkania, wynajęte pokoje, klitki, pałace. Gwarne i tłoczne albo ciche. Bogate albo biedne. Skrzące się ozdobami albo skrzące się uśmiechami. I ludzie, rodziny, małżeństwa, dzieci, dziadkowie, wnuczęta.

"Opowieść wigilijna" Dickensa się kłania - i nic to, że takie podobne, że wydźwięk ten sam, to przecież Musierowicz, to Jeżycjada, zaglądamy tu do wszystkich bohaterów poznańskiej sagi (no dobra, do braci Lisieckich nie), z Borejkami na czele. Kreska, Dmuchawiec, Aniela z Bernardem... skaczemy to tu, to tam, zagladamy, co się komu urodziło i jak ma ubraną choinkę.
Ciepła książka, choć akcja dzieje się w zimie. Cieplutka.

Ocena: 5/6.

sobota, 25 września 2010

"Trudna operacja" James White

Trzecia część cyklu o doktorze Conway'u trąci Solarisem. Ale nie ma co się bać, żaden plagiat, to tylko moje luźne skojarzenie. Doktora już znacie, pisałam o nim wcześniej, po przeczytaniu "Gwiezdnego chirurga" - nawiasem mówiąc, tytuł książki nic a nic nie mówi o jej treści, zważywszy na fakt, że cały cykl jest o gwiezdnym chirurgu, to już pod tym względem "Trudna operacja" jest lepsza. Bo to naprawdę trudna operacja, gdy pacjent jest wielkości mniej więcej kontynentu, pokrywa powierzchnię globu grubą, mięsistą masą, ma jamy gębowe jak kratery wulkanu i do tego wszystkiego jest nieprzyjaźnie nastawiony do obcych. I choruje. Jeśli choruje, jest pacjentem i kropka. I nieważne, że do jego leczenia zaangażowane są całe oddziały sił zbrojnych, mnóstwo lekarzy, statki kosmiczne, pojazdy naziemne, masa narzędzi, materiałów, wszystkiego! Należy go wyleczyć za wszelką cenę, nawet gdy podczas tego leczenia giną ludzie. Tu mi się trochę zastopowało czytanie, bo priorytety mi się nie zgadzały: jakże to, władowywać się komuś na planetę z buciorami i leczyć na siłę? A gdzie idee nieingerencji? A, to lemowe idee...


Tak czy siak, wielkie istoty są jak myślące oceany Lema w "Solarisie". Tak trochę.

Ocena: 3,5/6.

czwartek, 23 września 2010

"Gwiezdny chirurg" James White

To druga część cyklu o kosmicznym szpitalu - zamysł skądinąd bardzo ciekawy i głęboko humanitarny. Mianowicie na obrzeżach galaktyki jest sobie obiekt zbudowany w całości przez ludzi i członków Federacji, służący tylko i wyłącznie do leczenia. Jest olbrzymi, z mnóstwm pomieszczeń przystosowanych do przeróżnych osobników występujących w kosmosie (a w tym względzie wyobraźnia autora spisała się bez zarzutu), mnóstwem personelu pomocniczego i lekarzy. Jeden z lekarzy, doktor Conway, to taki kosmiczny House, tylko daleko bardziej uprzejmy. Ale wyjątkowa intuicja i skłonność do dedukcji i kojarzenia pozornie nie powiązanych ze sobą faktów czyni go podobnym do słynnego telewizyjnego diagnosty.

W tym tomie, podzielonym na dwie wyraźne części, ma do zrobienia: po pierwsze, uleczenie nieśmiertelnego osobnika starożytnej rasy, prawdziwego gwiezdnego wędrowca, cierpiącego na śpiączkę i odrzucającego wszelkie metody leczenia (House by powiedział, że to choroba autoimmunologiczna i poniekąd miałby rację), po drugie zaś musi uratować Szpital przed zagładą ze strony drapieżnego, acz nieco prymitywnego Imperium.
Stara się, och, stara ze wszystkich sił, by to zadanie wykonać. Pomaga mu w tym personel (szczególnie pewna piękna pielęgniarka), wojsko i naczelny psycholog szpitala, doktor O'Mara. Uuu, właśnie, O'Mara ma charakterek Houde'a, tak trochę! Za mało bezczelny, ale niech tam...

Całość całkiem niezła, momentami zabawna, no i całkowicie przepojona tolerancją dla wszelkich przejawów odmienności. A właściwie to nie tolerancja, tylko raczej wskazanie, że ludzie zbyt dużą uwagę przywiązują do takich głupotek, jak na przykład kolor skóry. Co będzie, gdy już nawiążemy kontakty z innymi cywilizacjami i ich reprezentanci okażą się być istotami gąsienicowatymi, całkiem płynnymi, olbrzymimi jak góra lub oddychającymi kwasem? Ha.


Ocena: 4/6.

wtorek, 21 września 2010

"Czytelniczka znakomita" Alan Bennett

To jedna z nielicznych odsłuchanych przeze mnie książek. W samochodzie, w drodze do i z pracy – w obie strony to prawie dwie godziny na swobodne czytanie, tfu, słuchanie.

Książka jest znakomita. Królowa angielska, będąc już osobą w słusznym wieku, odkrywa nagle uroki płynące z czytania. Tak jakby trochę przypadkowo, bo natknąwszy się na obwoźną bibliotekę, z uprzejmości nie chce wyjść z niej z pustymi rękami.
Tak to się zaczyna, jedna książka, druga, piąta, dziesiąta. Królowa wyrabia się czytelniczo, do tego (skąd my to znamy) kradnie każdą chwilę, by móc ją poświęcić lekturze. Przyjmuje sekretarza literackiego, urządza wieczorki literackie (to akurat był chybiony pomysł, ale próbować warto), z poddanymi rozmawia o gustach czytelniczych… słowem, książkowa neofitka rzuca się głową naprzód w ocean literatury i bardzo jej się to podoba.
Tyle że nie podoba się innym. Dwór nie rozumie jej pasji. Osobisty sekretarz kopie dołki pod sekretarzem literackim, a premier, wręcz zmuszany przez władczynię (oczywiście w sposób niezwykle delikatny i uprzejmy) do czytania, jest wściekły.

Wyjątkowo ładnie w książce przedstawiono pewien proces. Proces stawania się czytelnikiem wyrobionym, doświadczonym, oczytanym. Z książki na książkę monarchini się zmienia. Jej gust, jej poglądy, jej sposób spojrzenia na świat. I w głębi umysłu nabiera kształtu pewne pragnienie, nieobce zapewne nam, czytelnikom – aby z czytelnika stać się pisarzem. Z obcowania biernego z literaturą wejść na poziom obcowania czynnego. Czy to pragnienie królowa zrealizowała, nie powiem, bo nie wiem, ale z całą pewnością mogłaby.

Ocena:  4,5/6

Czytelniczka znakomita [Alan Bennett]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

niedziela, 19 września 2010

"Świat finansjery" Terry Pratchett

Pratchett jaki jest, każdy widzi. Jak nie widzi, to znaczy, że nie wie, bo nie czytał i nie czyta. Jak widzi, to wie, bo czytał. Terniętych jest wielu, a ja między nimi. I choć Pratchett jest jak tort z marcepanem i czekoladowymi ziarnkami kawy: za dwudziestym razem jest wciąż taki sam tort, tak samo dobry, to jednak jakby te ziarenka coraz bardziej gorzkie, a może to ta czekolada? Nieważne, tort marcepanowy jest tortem marcepanowym i można to tylko zjeść ze smakiem i już.

Bo jak tu nie skonsumować takich smakowitych kawałków jak takie w sprawie odczytywania adresów nieodczytywalnych:
"- Wydaje mi się, że kluczowe jest wejście w umysł piszącego - mówił dalej Vetinari. Spojrzał na kopertę pokrytą odciskami brudnych palców i czymś, co wyglądało jak resztki czyjegoś śniadania. - W niektórych przypadkach, jak podejrzewam, jest tam sporo miejsca." [1]

Czy też takich w sprawach ściśle egzystencjalnych:
"- Jeftem Igorem, fir. My nie ftawiamy pytań.
- Naprawdę? A czemu nie?
- Nie wiem, fir. Nie pytałem." [2]

Czy po prostu kawałków o dzikich żółwiach:
"Jeden z moich poprzedników skazywał ludzi na rozerwanie przez dzikie żółwie. Nie była to szybka śmierć. Uważał, że to świetny żart." [3]

Ha, ha. Ale Vetinari tak nie uważa, chwałaż Bogu. Ten gość ma wyczucie, taki pratchettowy Petroniusz, wie, na jakiego konia postawić. I ponieważ w pocztowym biznesie jako koń sprawdził się Moist von Lipwig, można go skierować na inne odcinki wymagające natychmiastowej interwencji. Czyli do banku. Sprawdzi się, a jakże. Niekoniecznie tak, jak chciał Vetinari, ale w ostatecznym rachunku liczy się to, że nikt (ważny) nie ginie, wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi. Alleluja i do przodu.

Ocena: 4/6.

Świat finansjery [Terry Pratchett]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

---
[1] "Świat finansjery" Terry Pratchett, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 71
[2] Tamże, s. 166
[3] Tamże, s. 334

piątek, 17 września 2010

"Brulion Bebe B." Małgorzata Musierowicz

Pokonując moją wrodzoną niechęć do ebooków, sięgnęlam sobie po "Brulion Bebe B.", wchodząc gładko i bez problemu w poznański świat, gdzie Borejkowie tym razem są na dalszym planie, Aniela, czyli Kłamczucha, na bliższym, bracia Lisieccy wyrośli na czarne charaktery, a główną rolę gra Beata, zwana Bebe. Córka aktorki, osoby wyjątkowo roztrzepanej i oderwanej od rzeczywistości, niejako kontrastowo do matki, postanowiła stać się osobą wyjątkowo opanowaną, spokojną i nieodgadnioną. Udaje jej się to znakomicie, do czasu, gdy się zakocha w Damazym, czyli Dambo, bo takiego uczucia jak miłość nie da się ot tak upakować w sobie, stłamsić i ścisnąć. Urzekła mnie fantastyczna, barwna, soczysta postać Bernarda Żeromskiego:


Nazwisko? - spytał rozkazująco.
- Żeromski - padła odpowiedź.
Pierogowi zmiękły kolana.
- Co - co - co?!...
Tłum uczniów ryknął śmiechem.
- Żeromski, jak Boga najszczerzej kocham - zapewnił go Bernard z błękitną uczciwością w oczach. - Ale to nie ja napisałem te wszystkie bestsellery.

Jest ciepło, jest rodzinnie, są porywy uczuć, są doznawane krzywdy i tych krzywd zadośćuczynienie, są wakacje i szkoła też jest, cały Poznań jest. I są limeryki. Jest wszystko.
I wspomnienia są, po przeczytaniu tego fragmentu:

Byli oni ubrani w ozdobne podkoszulki, marmurkowe dżinsowe spodnie oraz takież kamizelki. Dżinsy te, zwane dekatyzami, wyglądały tak, jakby je kto pogniótł i z uporem moczył w roztworze chloru, co też podobno jest powszechnie stosowaną techniką w samorodnych inicjatywach sektora prywatnego; nawiasem mówiąc, błyskawiczne rozpowszechnienie się mody na to rękodzieło jest jednym z najbardziej zdumiewających i przygnębiających zjawisk lat osiemdziesiątych w PRL.

Wspomnienia dotyczą chłopaka, miał dekatyzowane spodnie, blond włosy, mieszkał kilkanaście kilometrów ode mnie i raz się z nim umówiłam. Chyba mu się spodobałam, bo pisał potem do mnie piękne listy. I nie wiem, czemu przygnębiające zjawisko, mnie tam się pozytywnie kojarzy.
 
Ocena: 4/6.

czwartek, 16 września 2010

Nowa rzeźba

Dopiero co pisłam o rzeźbach książkowych, a tu kolega, specjalnie dla mnie, podesłał mi zdjęcie z wycieczki po Wrocławiu.
To pomnik "Powodzianka" dla upamiętnienia akcji ratowania zbiorów biblioteki uniwersyteckiej przed zniszczeniem w czasie powodzi w 1997 r. Stoi na moście Uniwersyteckim.

Piękny, prawda?

Co mi przypomniało niedawne całkiem czasy, kiedy ostro padało i w Czeladzi (z okazji płynącej tam rzeczki) przygotowywano się do ewentualnych podtopień, niemrawo trochę... Ale miejska biblioteka, wcale nie położona jakoś tam nisko, była starannie obłożona workami z piaskiem. Rozumiem i popieram.