piątek, 14 grudnia 2012
"ŚmiercionoŚni" Łukasz Ryłko - wyobraźnia, taak
Od pierwszej strony oczarowała mnie kreska, piórkowa, przypominająca nieco Alicję w Krainie Czarów, Kubusia Puchatka, Dickensa i rysunki w starym wydaniu “Rob Roya”.
Potem zagłębiłam się w pierwszą historię i zainteresowały mnie szczegóły: kapelusz jak ten, który nosił Lew Archer lub Philip Marlowe; pies z uszami jak ten królik czy zając, co wyłaził ze skrzynki na strychu i przecierał, skrzypiąc przy tym charakterystycznie, długim uchem szkiełko lunety.
Następna historia: Harold Lloyd! A ta knajpa! Ach, a ta sowa, cudnie i smętnie spoglądająca przez okno (pamiętajmy, że sowy nie są tym, czym się wydają).
Następna... i już nie wymieniam szczegółów, bo oto trzecia historia zaczyna zazębiać się z pierwszą i drugą, czwarta dokłada kolejny kamyczek do układanki, porozsypywanej, żeby czytelnik nie miał za łatwo.
Ha, ale ja podeszłam do sprawy naukowo, narysowałam sobie schemacik i doszłam, że kolejność opowiadań (chronologiczna) to: wyrok, porwanie, bomba, lokator, kara, polowanie i koniec. Koniec jest, jak należy, na końcu. Ale, po pierwsze, mogę się mylić, a po drugie, to wcale nie jest najważniejsze.
Ważny jest kapelusz, porwana lalka, prześladowana mysz, pisarz bez talentu, Charlie Chaplin i Zwariowany Kapelusznik.
Tutaj już pokazywałam jedną z plansz, a tu jeszcze jedna, z tej samej strony, kultura gniewu:
Jest piesek!
Uważam, że rozszyfrowałam tytuł, który tak naprawdę brzmi: “O śmierci on śni”, oczywiście przy założeniu, że jest zaszyfrowany :)
Łukasz Ryłko świetnie rysuje i ma bogatą wyobraźnię, trochę mu jej zazdroszczę. Na pewno zapamiętam sobie to nazwisko.
"ŚmiercionoŚni" Łukasz Ryłko, Kultura Gniewu, Warszawa 2007.
środa, 12 grudnia 2012
"Na krańcu świata. Najsłynniejsza wyprawa na biegun południowy" Apsley Cherry-Garrard
Długo czytałam "Na krańcu świata". Tego się nie da szybko czytać, tej opowieści jednego uczestników wyprawy pod dowództwem porucznika Scotta na biegun południowy.
Scott i jego polarnicy wyekwipowali się, dopłynęli statkiem, dokąd mogli, rozłożyli się obozem i zajęli badaniami naukowymi oraz wyprawą na biegun. Anglicy chcieli być tam pierwsi, a przy okazji przeprowadzić badania naukowe. A może na odwrót, co odrobinkę sugeruje autor? No, teraz to już nieważne. W międzyczasie dostali wiadomość od Roalda Amundsena, że on również wybiera się w tym samym kierunku. Norweg tym manewrem wywołał spore zamieszanie, bo formalnie wybierał się na północ, ale zmienił zamiar w biegu, gdy dowiedział się, że Peary już tam dotarł (chociaż dziś na 100% nie wiadomo, czy dotarł do samego bieguna), zawrócił statek i pożeglował na południe.
To był wyścig dwóch ekspedycji. Ludzie Scotta podążając na południe wciąż mieli (tak myślę, a może nie wciąż, tylko czasami) przed oczami obraz Norwega podążającego na biegun. Zaraz, niech ja się odczepię od Amundsena, nie o nim jest ta książka, tylko o tym, jak piekielnie trudno jest wędrować po Antarktydzie.
Po pierwsze, jest zimno, potwornie zimno, wszystko zamarza, gdy do tego dochodzi porywisty wiatr i opady śniegu, jest się uwięzionym w namiocie czy baraku. Po drugie, droga jest trudna. Przenosząc sprzęt ze statku na ląd można wpaść w grząską krę lub być capniętym przez orkę. Na lądzie można trafić na gładką, równą trasę, a można też przedzierać się przez zwały lodu i zmrożonego śniegu. Można co rusz natykać się na głębokie rozpadliny w lodzie i wpadać w nie. Można utykać co chwila w głębokim śniegu. Można błądzić w zawiei bez żadnych punktów odniesienia. Każda najprostsza czynność wymaga ogromnego wysiłku, czy to chodzi o zrobienie herbaty, rozstawienie namiotu czy wciśnięcie się w śpiwór. Dziąsła miękną od szkorbutu, nogi są wiecznie poodmrażane, ubrania zamarzają na drewno, sanie motorowe się psują, kucyki nie spełniają pokładanych w nich nadziei, psów jest mało i jedzenia dla nich też.
Jest PIEKIELNIE ciężko, mimo ogromnego poświęcenia i hartu ducha Anglików.
Ten obraz Antarktydy jest zimny, odpychający. Nieprzyjazny. Dlatego przeczytałam z trudem. Bach, bach, trach - oto runęło, roztrzaskane na kawałki, moje wyobrażenie o dzielnych polarnikach zdobywcach, którzy z uporem i męstwem, zakutani w ciepłe futra, poganiali psie zaprzęgi do szybszego biegu.To wyobrażenie oczywiście z książki o Amundsenie "Człowiek o którego upomniało się morze", za którą złapałam zaraz po skończeniu książki Cherry-Garrarda. Chciałam porównać fakty dotyczące wyprawy Scotta.
Zaczyna się od telegramu, gdzie wszystko się zgadza.
Cherry-Garrard, s.47 "W Melbourne na Scotta czekał telegram: »Madera. Płynę na południe. Amundsen«".
Centkiewiczowie s.197 "Uprzedzam Anglika, że płynę na Szósty Kontynent i że moim celem jest także południowy biegun".
Teraz o psach.
Cherry-Garrard, s.131 [słowa Scotta] "Jego pomysł wykorzystania psów jest z pewnością znakomity".
Centkiewiczowie, s.203 "Dla nas psy nie wchodzą w rachubę - wycedził wreszcie [kapitan "Terra Nova"], patrząc chłodno na Norwega. - Perspektywa zaplanowanej masakry nieszczęsnych zwierząt jest wprost odrażająca".
Ok, te słowa o masakrze Centkiewicz włożył w usta kapitana statku "Terra Nova", ale i tak coś tu nie halo, prawda?
A potem natknęłam się na tekst:
Centkiewiczowie, s.210 "Uśmiechnął się pobłażliwie na myśl o dumnym, lekkomyślnym Angliku, który ludzi zamierzał wprząc w sanie i kazać każdemu ciągnąć ciężar stu dwudziestu kilogramów, żeby zwycięstwo nad przyrodą nazwać pełnym. Czyżby słuszniej było traktować psy jak ludzi, a ludzi jak psy? Czemu zresztą Scott nad psami litował się bardziej niż nad kucykami islandzkimi? Czekała je ta sama okrutna śmierć".
Norweg uśmiechał się pobłażliwie? Dumny, lekkomyślny Anglik? No nie. Zdaje się, że Centkiewiczowie za bardzo ograli ten stereotyp Scotta, co to nikogo nie słuchał, robił po swojemu i źle na tym wyszedł. Brzydko. Odłożyłam "Człowieka...". Na tle relacji Garrarda opowieść pary Polaków zdaje się bajką dla dorosłych, choć oczywiście znajomości realiów życia za kołem podbiegunowym im nie odmawiam.
To bardzo zimna i niełatwa książka. Biedny Scott i reszta.
Źródło zdjęcia.
"Na krańcu świata. Najsłynniejsza wyprawa na biegun południowy" Apsley Cherry-Garrard, przekład Jacek Spólny, Zysk i S-ka, Poznań 2012.
Alina i Czesław Centkiewiczowie, Człowiek o którego upomniało się morze", Czytelnik, Warszawa 1969.
wtorek, 11 grudnia 2012
Uwielbiam pożyczać książki
Dlatego cieszą mnie takie akcje jak Włóczykijka, jak Wędrujące książki biblioNETki, jak Podaj dalej na blogach:
- Notatnik kulturalny
- Książki sardegny
- Moje podróże
i mnóstwa innych, do których nie dotarłam.
Uwielbiam też spotkania biblionetkowe, na których czasem trzeba opędzać się od książek, żeby nie zostać zasypanym książkami ;)
No i z blogerami również uskuteczniam pożyczanki, dziękuję za zaufanie, wcale nie tak łatwo wysłać książkę komuś znanemu tylko wirtualnie.
37 moich książek jest "u ludzi", u mnie na półce stoi 31 "od ludzi", książki powinny wędrować. Prawda?
- Notatnik kulturalny
- Książki sardegny
- Moje podróże
i mnóstwa innych, do których nie dotarłam.
Uwielbiam też spotkania biblionetkowe, na których czasem trzeba opędzać się od książek, żeby nie zostać zasypanym książkami ;)
No i z blogerami również uskuteczniam pożyczanki, dziękuję za zaufanie, wcale nie tak łatwo wysłać książkę komuś znanemu tylko wirtualnie.
37 moich książek jest "u ludzi", u mnie na półce stoi 31 "od ludzi", książki powinny wędrować. Prawda?
poniedziałek, 10 grudnia 2012
"Blacksad. Piekło, spokój" Juan Díaz Canales i Juano Guarnido
Pisałam niedawno i pierwszym tomie z serii, teraz czas na tom czwarty (jestem przekonana, że tom drugi z trzecim wcześniej czy później wpadną w moje ręce).
Postacie tak samo fantastycznie narysowane, natomiast miejsce akcji się zmienia, z wielkiego miasta typu Nowy Jork przenosimy się do Nowego Orleanu w stanie Luizjana, kolebki jazzu. Fabuła dotyczy muzyki, Blacksad otrzymuje zlecenie od właściciela wytwórni płyt, Fausta - ma znaleźć uzdolnionego pianistę uzależnionego od heroiny. Musi się spieszyć, bo Fausto umiera na raka, a pianista też już ledwo ciągnie.
Fabuła jest bardziej skomplikowana, co (moim zdaniem) wcale nie wyszło komiksowi na dobre. Dodatkowo autorzy kilkukrotnie urywali wątek jak Tatarzy hejnał mariacki, w filmach jakoś mnie to nie razi, a tu tak.
Zwróciłam za to uwagę, jak doskonale w tej książce są sportretowani Murzyni (czy to aby słowo poprawne politycznie?). Wcale bym tego nie zauważyła, gdyby nie notka na blogu Outline o opracowaniu "Black images in the comics" Frederika Strömberga, z której wynika, że wierne i bez zafałszowań i stereotypów rysunki Murzynów są dość rzadkie.
Tak czy siak, podobało mi się. I chylę czoła przed planszami z uliczną paradą, spędziłam nad nimi dłuższą chwilę, wpatrując się z upodobaniem w szczegóły.
Plansza stąd, w linku więcej, polecam.
"Piekło, spokój", scenariusz: Juan Díaz Canales, ilustracje: Juano Guarnido, przekład z języka francuskiego: Joanna Jabłońska, Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2010.
sobota, 8 grudnia 2012
"Uczta dla wron. Cienie śmierci" G.R.R. Martin - cóż za straszliwa nuda
Bożesz ty mój, jak mówi ciocia Stasia z Klanu, ależ ja się wynudziła przy czytaniu, aż niepodobna to sobie wyobrazić! No wprost aż nie wiem, co tu pisać, żeby coś mi z tego zostało na przyszłość (czyli jak uda mi się zdobyć następny tom). Ale jakieś krótkie streszczenie by się zdało.
Co się dzieje ze Starkami? Tymi, co przeżyli, oczywiście.
Sansa udaje córkę Littlefingera w Orlim Gnieździe. Arya próbuje się odnaleźć w jakimś zakonie czy czymś takim. Chłopcy Starków, nie wiem, czy jest o nich choćby wzmianka, oprócz Jona, o którym jest wzmianka, że jest Lordem Dowódcą. Karła brak, bo gdzieś się skrył, smoków brak, bo w tym tomie całkiem je pominięto...
Zdaje się, że cały tom wypełnia sobą Cersei, piękna i wyjątkowo niesympatyczna królowa, która wszystko wszystkim ma za złe.
Trochę jest o królestwie Żelaznych Wysp, gdzie po śmierci Greyjoya zaczynają szarpać się o władzę. Trochę jest też o Dorne, gdzie po śmierci Oberyna Martella też zaczynają szarpać się o władzę.
Trochę więcej jest o Brienne z Tartu, ale nic ciekawego, jeździ i szuka Sansy.
Straszliwie nudny tom.
"Uczta dla wron. Cienie śmierci" G.R.R. Martin, przełożył Michał Jakuszewski, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2006.
poniedziałek, 3 grudnia 2012
"Blacksad. Pośród cieni" Juan Díaz Canales i Juano Guarnido - MRAU.
Dopiero co odłożyłam na półkę kryminał noir w postaci “Miejskich historii”, a już wpadł mi w ręce następny taki, może nawet jeszcze bardziej noir niż poprzedni.
Przypadkowo nie wpadł, Julka pożyczyła mi kilka komiksów, wśród których znalazł się czwarty tom serii Blacksad. Zanim się do niego zabrałam, wyciągnęłam z regału tom pierwszy, dla przypomnienia i wczucia się w klimat.
Jest się w co wczuwać, mrau, mroczne zaułki wielkiego miasta, zadymione spelunki, zaplute komisariaty, mrau po raz drugi. Jest wszystko, co trzeba: prywatny łaps, czyli tytułowy Blacksad; jego była kochanka występująca jako gustownie upozowany trup; jest wielki i solidnie wyglądający policjant; jest wysoko postawiony podejrzany i jego ochroniarze, potężni i zwaliści.
Z fabułą jest tak samo, wszystko, co trzeba: ona ginie, policja ma nieco skrępowane ręce, łaps powodowany sentymentami wkracza do akcji, trochę się dowiaduje, po czym dostaje w michę, ale taki drobiazg jak sklepana micha przecież go nie powstrzyma.
Blacksad jest bardzo bardzo bardzo typowym prywatnym detektywem (twardziel o miękkim sercu), że aż można się pod nosem pouśmiechać, że stereotyp. Ale jednocześnie jest bardzo bardzo bardzo nietypowy. Jest kotem, czarnym kotem.
Och, uczynienie zwierząt bohaterami jest strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza w tak znakomitym wykonaniu. Szef policji to wilk, jego podwładni to psy, ochroniarze - nosorożec i niedźwiedź, i tak dalej i tak dalej. Sami zobaczcie
[plansza pochodzi stąd - zajrzyjcie koniecznie]
Sam autor tłumaczy taką właśnie konwencję słowami:
"To dżungla, w której cieniu wielki pożera małego, a ludzie zachowują się jak zwierzęta". *
Podobają mi się te postacie, podobają mi się kolory, sepia, ochra, jak na starych zdjęciach, czar czasu. Podoba mi się ten komiks.
P.S. Komiks należy do literatury francuskiej, choć obaj autorzy to Hiszpanie. Ciekawe.
[*] - "Blacksad. Pośród cieni", scenariusz: Juan Díaz Canales, ilustracje: Juano Guarnido, tłumaczenie: Arno, Wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław 2001, s.48.
Drukowane na kredowym papierze we Francji.
Przypadkowo nie wpadł, Julka pożyczyła mi kilka komiksów, wśród których znalazł się czwarty tom serii Blacksad. Zanim się do niego zabrałam, wyciągnęłam z regału tom pierwszy, dla przypomnienia i wczucia się w klimat.
Jest się w co wczuwać, mrau, mroczne zaułki wielkiego miasta, zadymione spelunki, zaplute komisariaty, mrau po raz drugi. Jest wszystko, co trzeba: prywatny łaps, czyli tytułowy Blacksad; jego była kochanka występująca jako gustownie upozowany trup; jest wielki i solidnie wyglądający policjant; jest wysoko postawiony podejrzany i jego ochroniarze, potężni i zwaliści.
Z fabułą jest tak samo, wszystko, co trzeba: ona ginie, policja ma nieco skrępowane ręce, łaps powodowany sentymentami wkracza do akcji, trochę się dowiaduje, po czym dostaje w michę, ale taki drobiazg jak sklepana micha przecież go nie powstrzyma.
Blacksad jest bardzo bardzo bardzo typowym prywatnym detektywem (twardziel o miękkim sercu), że aż można się pod nosem pouśmiechać, że stereotyp. Ale jednocześnie jest bardzo bardzo bardzo nietypowy. Jest kotem, czarnym kotem.
Och, uczynienie zwierząt bohaterami jest strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza w tak znakomitym wykonaniu. Szef policji to wilk, jego podwładni to psy, ochroniarze - nosorożec i niedźwiedź, i tak dalej i tak dalej. Sami zobaczcie
[plansza pochodzi stąd - zajrzyjcie koniecznie]
Sam autor tłumaczy taką właśnie konwencję słowami:
"To dżungla, w której cieniu wielki pożera małego, a ludzie zachowują się jak zwierzęta". *
Podobają mi się te postacie, podobają mi się kolory, sepia, ochra, jak na starych zdjęciach, czar czasu. Podoba mi się ten komiks.
P.S. Komiks należy do literatury francuskiej, choć obaj autorzy to Hiszpanie. Ciekawe.
[*] - "Blacksad. Pośród cieni", scenariusz: Juan Díaz Canales, ilustracje: Juano Guarnido, tłumaczenie: Arno, Wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław 2001, s.48.
Drukowane na kredowym papierze we Francji.
sobota, 1 grudnia 2012
"Miejskie historie" Dashiell Hammett - opowiadania kryminalne
"Jego jasnowłose, szatańskie wręcz oblicze przybrało kamienny wyraz".[*]
No i po co wynotowałam sobie ten właśnie fragment? Przez to oblicze, które zdało mi się porośnięte jasną, płową sierścią, jak u wilkołaka. Jack Nicholson się kłania, wyszczerzając zęby.
A to nie wilkołak, tylko poczciwy Sam Spade. Miłośnicy kryminału noir znają Sama, prawda? Też znam, ale to nie jest mój ulubiony detektyw z tego okresu, wolę Lwa Archera.
"Miejskie historie" to zbiór opowieści, gdzie zawsze jest jakiś szwindel, kant lub pada trup. Z drugiej zaś strony zawsze jest jakiś stróż prawa, detektyw czy biały charakter, który kanciarza i mordercę bez pudła wyłuskuje z dostępnej mu populacji i poddaje reperkusjom uświęconych prawem. Czy jakoś tak.
Książka idealna na zastój czytelniczy, odblokowuje bez pudła. Nic nie szkodzi, że w ogóle nie zostaje w pamięci.
---
[*] "Miejskie historie" Dashiell Hammett, przełożył Łukasz Małecki, wydawnictwo “C&T” Toruń 2010, s. 274
piątek, 30 listopada 2012
"Amandine" Marlena de Blasi - ym, hym, hm.
1. Fabuła
Młodziutka polska arystokratka zachodzi w ciążę, a jej matka wywozi niemowlę do klasztoru we Francji, zapewniając maleństwu dostatek i absolutny brak rodziny. Dziecię smutne i słodkie chowa się w klasztorze przez 10 lat, po czym jedzie do rodziny opiekunki, wpadając w środek wojny (Francja właśnie poddała się Niemcom). Jedzie tak jakieś cztery lata. Babcia dziewczynki umiera podczas okupacji, ostatnim tchem przekazując córce wiadomość, że jej dziecko nie umarło, a ta podejmuje poszukiwania, przy okazji przygarniając osierocone dzieci (czwórkę).
2. Kwestie, hm, dziwne i wątpliwe:
2.1. Dziewczynka z opiekunką wędrują po Francji przez cztery lata, prawie nie spotykając Niemców, a do tego żadna (prawie, jedną pomijam, spoiler) krzywda im się nie dzieje. Nikt na nie napadł, nie obrabował, nie zgwałcił, a ruch oporu nieba im przychylał. Święte ludzie ci Francuzi.
2.2. Młoda dziewczyna rodzi dziecko i kompletnie, kompletnie się nim nie interesuje, przyjmując na wiarę wszystkie wyjaśnienia serwowane jej przez mamusię, że dziecko chore, że umarło, że to, że tamto. Nawet nie wie, gdzie grób. Ratunku i litości.
2.3. Osiedlona we Francji Polka poznawszy sierotę od pierwszego wejrzenia wie, że dziecko ma w sobie coś z Polki i w dodatku arystokratki. Ciekawe skąd.
3. Osoby:
3.1. Amandine - za śliczna, za słodka, za chora, za bardzo prześladowana, za bardzo dotknięta nieszczęściami, za poważna, za dorosła, za, za za. Ble.
3.2. Jej matka - bezwolna mimoza. Ble.
3.3. Jej babka - twarda jak stal. No, jedna porządna postać.
3.4. Opiekunka - bez życia własnego.
3.5. Ruch oporu - bohaterowie jak aniołowie.
3.6. Zakonnice dwie - skłamałam, że jedna porządna postać, bo jeszcze dwie zakonnice, oczywiście czarne charaktery, są interesujące.
Ogólem - ckliwa historia, obfitująca w łzy, pożegnania, rozstania, powroty oraz te "w ostatniej chwili", "cudem" czy "ostatnim tchem". Idę wyrzucić ze schowka inne jej powieści, o ile je mam.
Lektorka, Marta Klubowicz, na początku mi przeszkadzała swoją twarzą, bo ją widziałam przed oczami. To nie jej wina, absolutnie, po prostu fabuła taka sobie, to myśli leciały to tu, to tam i padło na lektorkę. Potem przestała mi przeszkadzać, bo się przyzwyczaiłam, za to zaczęło mi się podobać, jak ona wymawia francuskie zwroty. Ślicznie. Dykcja bez zarzutu.
"Amandine" Marlena de Blasi, tłumaczyła Katarzyna Malita, Świat Książki, 2011.
środa, 28 listopada 2012
"Obcy w obcym kraju" Robert A. Heinlein - co to znaczy grokować?
Żeby jakoś uporządkować wrażenia po lekturze, chyba muszę ją sobie wypunktować.
1. Ludzie wysyłają ekspedycję na Marsa, który okazuje się być zamieszkany przez Marsjan.
2. Kolejna ekspedycja zabiera z Marsa ludzkie szczenię (marsjańskiego Mowgli) imieniem Mike.
3. Mike wygląda jak Ziemianin, a myśli jak Marsjanin.
4. Mike jest bardzo cenny (jako właściciel Marsa z ziemskiego punktu widzenia) dla amerykańskiego rządu i dlatego jest trzymany w zamknięciu.
5. Ludzie, którym się nie podoba to przymusowe zamknięcie, porywają chłopaka i uciekają.
6. Uciekinierzy znajdują schronienie u Jubala i przebywają tam do momentu, aż Mike zaczyna rozumieć ludzi.
7. Mike z dziewczyną żyje na własny rachunek, zakłada kościół, a następnie idzie w ślady Boga.
Świetnie mi się czytało tę powieść, do mniej więcej połowy szóstego punktu. Jubal tłumaczy Mike'owi świat, obnażając wszystkie ludzkie wady, zawiłości, nonsensy, absurdy i dziwolągi. Na wszystko ma odpowiedź, wszystko analizuje, na wszystkim się zna: na polityce, socjologii, religii, historii, kulturze, sztuce*... Nie wywyższa się przy tym, nie wymądrza - ale (no właśnie, zawsze jest jakieś ale) ta wszechwiedza nagromadzona w jednym miejscu, a właściwie w jednym człowieku, przytlacza. I deprymuje. Uch.
Zaś poczynania Mike'a można rozpatrywać na... chciałam napisać: na wiele sposobów, ale zaraz się zmitygowałam, bo sposoby są dwa. Ludzki i nieludzki (marsjański). Trzy. Jeszcze boski.
Czy Mike chce zbawić ludzkość, mimo że ludzkość wcale nie ma na to ochoty? (nigdy nie miała) Czy chce zbawić samego siebie? Zgrokować świat? A co znaczy zgrokować? Doszłam do wniosku, że zgrokować to znaczy zrozumieć. Potem, że zgrokować znaczy uwierzyć. Jedno i drugie.
Nie zgrokowałam sksiążki w obu tych znaczeniach, zabrakło mi wiary. Ale wiem, że byli tacy, którym jej nie zabrakło - "Obcy w obcym kraju" został obwołany biblią pokolenia hipisów. Na zdrowie.
* "Abstrakcja jest w porządku - o ile idzie o tapety czy wykładzinę podłogową. Ale prawdziwa sztuka jest procesem wywoływania u odbiorcy reakcji - litości czy zgrozy, które wcale nie są abstrakcjami dla żadnego człowieka. To, co robią ci samozwańczy współcześni artyści jest czymś w rodzaju pozbawionej emocji pseudointelektualnej masturbacji. Kreatywna sztuka jest jak wstęp do płciowego stosunku - zawsze i wszędzie artysta usiłuje uwieść emocjonalnie odbiorcę". [1]
---
[1] "Obcy w obcym kraju" Robert Anson Heinlein, przełożył Andrzej Sawicki, Solaris, Stawiguda 2006, s.488
wtorek, 27 listopada 2012
Zdegustowana jestem, ale pocieszam się stosikiem
Albowiem dotarłam do informacji, że Audioteka.pl dostała Złotą Kaczkę za "Grę o tron" - gratuluję! Zdegustacja zaś dotyczy tego, że zamiast takie świetne książki słuchać, to ja się męczę z mało interesującą "Jak zostać królem". Ale może się jeszcze rozkręci.
Co do Martina, to przecież właśnie go czytam - "Cienie śmierci". I kompletnie, ale to kompletnie mi nie wchodzi, co się dzieje? Zepsułam się!
Dla pocieszenia wkleję sobie stosik, zacny, książkowy...
... na którym znajdują się od dołu:
- Margaret Millar "Gładkie słówka" i "Pięknym za nadobne",
- Kelly Braffet "Wszelki ślad zaginął",
- Dashiell Hammett "Miejskie historie" - wszystko to od zaprzyjaźnionej Ałtorki, bardzo dziękuję!
- Jennifer Clemens "Trucizną mnie uwodzisz" - od Małej Kurki (nie śmiać się, to wydawnictwo jest) za głosowanie w ZZ, dziękuję!
- Marcin Ciszewski "Upał" - wygrane na stronie notatnik kulturalny (choć absolutnie nie zgadzam się, że to kicz, ta okładka), dzięki!
- Antonina Kozłowska "Czerwony rower" i "Trzy połówki jabłka" - od Autorki, bardzo dziękuję!
- "Dawny humor polski" - a to znalazłam w paczce od Vespera, zafakturowane na jeden grosz :)
- Alan Bradley "Tych cieni oczy znieść nie mogą" - mówiłam, że kupię! Fajnie, że Vesper ma darmową dostawę.
- Agata Matraś "Komiks, który wydarzył się naprawdę" - wygrałam! :) Na gackowym blogu! Z dedykacją mam! Dzięki!
- Henning Mankell "Cios. Szczelina" - prezent od Izy - wielkie dzięki! Już mi niewiele brakuje, by wszystko o Kurcie Wallanderze poznać :)
- Rob Scotton "Kotek Splotek" - Baranek się podobał, to Kotek będzie dla Krzysia pod choinkę.
- Wanda Chotomska "Wyliczanki, zgadywanki, wierszowanki" - wygrana na blogu Czytajki - Krzyś już porwał i czyta do snu. Mną czyta, oczywiście. Dzięki!
Żeby zrobić miejsce na półkach, wystawiam książki na fincie, może ktoś zainteresowany?
Co do Martina, to przecież właśnie go czytam - "Cienie śmierci". I kompletnie, ale to kompletnie mi nie wchodzi, co się dzieje? Zepsułam się!
Dla pocieszenia wkleję sobie stosik, zacny, książkowy...
... na którym znajdują się od dołu:
- Margaret Millar "Gładkie słówka" i "Pięknym za nadobne",
- Kelly Braffet "Wszelki ślad zaginął",
- Dashiell Hammett "Miejskie historie" - wszystko to od zaprzyjaźnionej Ałtorki, bardzo dziękuję!
- Jennifer Clemens "Trucizną mnie uwodzisz" - od Małej Kurki (nie śmiać się, to wydawnictwo jest) za głosowanie w ZZ, dziękuję!
- Marcin Ciszewski "Upał" - wygrane na stronie notatnik kulturalny (choć absolutnie nie zgadzam się, że to kicz, ta okładka), dzięki!
- Antonina Kozłowska "Czerwony rower" i "Trzy połówki jabłka" - od Autorki, bardzo dziękuję!
- "Dawny humor polski" - a to znalazłam w paczce od Vespera, zafakturowane na jeden grosz :)
- Alan Bradley "Tych cieni oczy znieść nie mogą" - mówiłam, że kupię! Fajnie, że Vesper ma darmową dostawę.
- Agata Matraś "Komiks, który wydarzył się naprawdę" - wygrałam! :) Na gackowym blogu! Z dedykacją mam! Dzięki!
- Henning Mankell "Cios. Szczelina" - prezent od Izy - wielkie dzięki! Już mi niewiele brakuje, by wszystko o Kurcie Wallanderze poznać :)
- Rob Scotton "Kotek Splotek" - Baranek się podobał, to Kotek będzie dla Krzysia pod choinkę.
- Wanda Chotomska "Wyliczanki, zgadywanki, wierszowanki" - wygrana na blogu Czytajki - Krzyś już porwał i czyta do snu. Mną czyta, oczywiście. Dzięki!
Żeby zrobić miejsce na półkach, wystawiam książki na fincie, może ktoś zainteresowany?
Subskrybuj:
Posty (Atom)












